było spokojnie ale im dłużej z nią mieszkałem i zajmowałem się synem Deana tym bardziej
Emilie mnie kusiła, te jej ruchy, zaangażowanie, czasami myślałem a wręcz byłem pewny
,że ona specjalnie mnie kusi, wygina to swoje ciało i tak się na mnie patrzy.
Dean mimo tego ,że jest moim bratem i oddał bym za niego życie, nie zasługuje
na kogoś takiego jak Emilie, on nie potrafi żyć w rodzinie, to już jest upośledzenie
wyniesione z ciągłego życia w ruchu. Zrobił dziecko i uciekł od obowiązku wymyślając
kolejną głupią wymówkę. Gdy go znajdę muszę z nim szczerze porozmawiać...
Po incydencie z Emilie od razu wsiadłem w samochód do miejsca gdzie
ostatnio telefon Deana złapał GPS. Prowadząc napisałem SMS do Emilie.
-Nie przejmuj się... Znajdę go - pierwsze miało odnosić się do pocałunku a drugie do
zatuszowania intencji pierwszego.
Wysłane.
Nagle zadzwonił do mnie nieznany numer.
-Halo?
-Witam. Z tej strony lekarz Artur Broder, pewien młody mężczyzna miał wypadek a ten
numer miał w telefonie podpisany jako ,,w nagłym wypadku" - nastała chwila ciszy
-A tak!- odezwałem się - To jest mój brat, gdzie się obecnie znajduję?
-Szpitalu na Ontario St.
-Dobrze, dziękuje będę tam za jakieś 2 godziny.
-Do widzenia Panie. Ackles.
-Do widzenia.
Rozłączyłem się i spojrzałem na SMS z nadzieją ,że dostałem jakąś odpowiedz ale się zawiodłem.
Minęła pierwsza godzina mojej podróży, i znów spojrzałem na SMS, nic...
Napisałem kolejną wiadomość.
-Odnalazłem sygnał GPS Deana, jest dość daleko, ale postaram się szybko wrócić, wiem ,że
ciężko jest ci samej z Richem
Odpowiedz dostałem niemal od razu
-Dziękuje. Jak cos będziesz wiedział to daj znać.
-Jasna sprawa.
Moja nawigacja doprowadziła mnie prosto do celu. Szpital na Ontario.
Wszedłem do środka. Była to niemała klinika, w recepcji dowiedziałem się gdzie znajdę
Deana. W drodze do sali zatrzymał mnie lekarz.
-Pan Ackles?
-Tak zgadza się, ja do brata.
-Jest w ciężkim stanie, jest u nas tydzień a obudził się dopiero wczoraj.
-Dlaczego tak późno zadzwoniliście?
-Nie odbierał Pan.
-Ah tak?
-Tak
-Kiedy będzie mógł wyjść?
-Nie zrozumiał mnie Pan, mówiłem ,że jest w ciężkim stanie. Gdy się obudził pytał się
o jakąś kobietę, podejrzewamy ,że to ona na niego napadła.
-Kobieta?
-Zdarza się - parsknął i zszedł mi z drogi
Uchyliłem drzwi do sali Deana, nie wyglądał ciekawie...

Podszedłem do niego powoli i nachyliłem się nad jego twarzą.
-Dean? Żyjesz? Musisz się pozbierać. - spojrzałem się za siebie. Jakaś pielęgniarka
patrzyła na mnie jak na złodzieja ale speszyła się gdy odwzajemniłem spojrzenie.
Dotknąłem palcem jego policzka i wpiłem mu go z nadzieją ,że się odcknie, ale nic z tego.
Usiadłem na krześle obok i przyglądałem się jego posiniaczonej twarzy.
Co on robił? Chwilę mnie nie było i już w szpitalu się wyleguje.
Czekałem tak pół godziny aż poczułem głód, przypomniałem sobie ,że nic nie jadłem
od 3 godzin. Znalazłem stołówkę i automat z batonami.
-Świetnie, to się nazywa porządny posiłek.- pomyślałem poirytowany
Kupiłem trzy 7'days, i wróciłem do Deana. U niego bez zmian. Ale gdy otworzyłem pierwszy rogalik
Dean, zaczął mieć lekkie skurcze, i zaciskał dłonie, zerwał się z łóżka cały spocony,
i szybko odpiął się od aparatury. Złapał głęboki wdech, rozejrzał się i osłupiał
widząc mnie.
-Sammy?! Uratowałem Cię? ... Lucyfer zginął.
-To on ci zrobił?
-Tak, ale ..... ej daj pół - spojrzał się na mojego rogala którego właśnie miałem włożyć do buzi.
-Ale ten jest mój!
-Twój poobijany brat, który ledwo uszedł z życiem prosi cię o kawałek czekolady a ty mówisz
,że jest twoja?!
Burknąłem i rzuciłem mu jednego z trzech.
-Idz kup więcej, nie jadłem od... od... ja tu jestem tydzień no nie?
-Podobno. Majaczyłeś też o jakieś kobiecie.
-Iza! Lucyfer ją zabił.
-Co? Po co ją w to wplątałeś?
-Potrzebowałem pomocy
-A ja to pies?
-Chciałem ciebie uratować
-Ale mi nic nie było, Lucyfer mnie wypuścił i wysłał do Emilie a ciebie już u niej
nie było.
-Emilie... Co u nich?
-Średnio, zraniłeś ich...
-Muszę to odkręcić
Zakrztusiłem się, i lekko zaśmiałem
-Co? Co ty chcesz odkręcać zostawiłeś ich już któryś raz! Pozostają ci alimenty lub upozorowanie
śmierci.
-Ej! Myślałem ,że jesteś po mojej stronię.
-Dean... jestem ale... - słychać było dźwięk SMS - ale spójrzmy prawdzie w oczy, ty nie
potrafisz żyć w jednym miejscu, a żeby mieć rodzinę to tę umiejętność trzeba posiadać.
-I co ja mam teraz zrobić? Po tym co mówisz wątpię aby Emilie i Rich chcieli mnie znać,
ale jak oni sobie sami poradzą?
-Ja od jakiegoś czasu im pomagam, zajmuję się Richem...
-I Emilie?! - przerwał mi
-Co?! Nie! Jestem twoim bratem, ty mi ukradłeś dziewczynę ale ja jestem ten dobry
-To było w podstawówce - burknął
-Wystarczy... Zabiłeś też jedną... - dodałem
-Była wilkołakiem! Jej matka chciała cię zjeść!
-Ale nie ona.
-Dobra mniejsza... Zbieramy się stąd.
-To nie jest dobry pomysł, lekarz nie brzmiał na takiego który chciał by cię wypuścić
w najbliższym miesiącu.
Dean opadł na łóżko
-Muszę czekać?
-Na to wygląda
-Ale Sammy - szeptał Dean
-Co? - spytałem normalnie
-Te piżamy nie zakrywają tyłka - syknął i zakrył się dokładnie kołdrą.
Zniesmaczyłem się na myśl gołego tyłka Deana. Wstałem i poszedłem w stronę wyjścia.
-Wpadnę do ciebie za dwa dni, po tygodniu myślę ,że uda ci się wyjść.
-Ja już teraz mogę, już się uleczyłem! - powiedział poirytowany Dean
-Lepiej nie robić sensacji.
Wychodząc zauważyłem naburmuszoną minę Dean'a.
W końcu mogłem zobaczyć treść SMS który mi przyszedł gdy rozmawiałem z Dean'em
-Jak nie będzie chciał wracać to go nie namawiaj, proszę nic nie kombinujcie.
-Już wracam.
Teraz czekała mnie droga powrotna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz