piątek, 26 sierpnia 2016

Od Lucy



 W tle leciała od kilkunastu minut ta sama nuta, a ja tylko cieszyłam się, że pogodziłam się z Christophem. Brakowało mi tego głupka od tych kilku dni, jednak dziwiło mnie, że z Beth nadal się nie pogodzili. Chris leżał na ziemi, przegrał w przepychanki z pijanym Finnickiem. Stanęłam nad nim i zaczęłam się śmiać, lekko wstawiona.
-Pomóż mi wstaaaać! - zapłakał.
-Jesteś przecież trzeźwy. - zaśmiałam się.











  Powoli się podniósł i krzyknął do Finnicka grożąc mu.
-Jeszcze się zemszczę stary!
  Stanął przede mną uśmiechnięty.
-Widzę, że powoli polepsza się humor. - uśmiechnął się.
-Nie wiem... - skrzywiłam się.
-Ale pijesz! Tylko błagam, nie mieszaj...
-To mój szósty drink... chyba.
  Uniósł brwi.
-Poważnie?
-Chyba! - zaśmiałam się.
-Kim jesteś i co zrobiłaś z Lucy Collins!? W każdym razie, mam coś dla ciebie.
  Uśmiechnął się.











-Co to? - podał mi trzydzieści dolców.
-Pamiętasz, jak byłem ci winien za czasów dzieciństwa, że wykradłaś Finnickowi zielsko?
-Pamiętasz takie rzeczy?! - zaśmiałam się. - To było pod koniec podstawówki!
-Zawsze oddawałem ci długi...
-Po kilku latach! - parsknęłam.
-Ktoś się na ciebie gapi od jakiegoś czasu, przylać mu? - spojrzał za mnie.
  Nawet nie musiałam się odwracać.
-Ta, to taki jeden... jeszcze nad nim pracuję.
  Roześmiał się.
-W jakim sensie, Collins!?
-W takim - zaczęłam. - że się do mnie przylepił i próbuję rozgryźć o co mu chodzi.
-Chyba sobie idzie. - mruknął, wtedy się odwróciłam.
  Wzruszyłam ramionami i chwiejnym krokiem podeszłam do stolika, na którym roiło się od różnych alkoholi.
-Nie przesadzasz? - spytał dla pewności Chris.
-Nie wiem. - parsknęłam śmiechem i napiłam się już z pełnego kubeczka.
-Dobra, może starczy, Pani Collins. - odebrał mi z rąk kubek.
  Zjawił się za moimi plecami nawalony Sean. Zaczął mnie powoli obmacywać, mimo, że byłam pijana bez problemu odepchnęłam go od siebie.
-Stary, odczep się od niej. - wtrącił Chris spokojnie.
  Cofnęłam się za Chrisa.
-No weź, jesteśmy pijani!
-Zaraz oberwiesz w ryj, Sean. - pogroził mu Christoph.
  Sean niespodziewanie uderzył Chrisa, który szybko się zrewanżował. Nie oberwał mocno, zdawało się, że nawet tego nie poczuł, w przeciwieństwie do Seana, który poślizgnął się i upadł.
-I się trzymaj z daleka. Jeśli mówi, że nie to nie.
-Dzięki... - szepnęłam do Chrisa lekko zakłopotana.
  Poszłam z przyjacielem, który zaproponował, że mnie doprowadzi do normalnego stanu.
-Zaraz się zrzygam. - wymamrotałam siadając na wannie.
-Spoko, wytrzymaj chwilę. - poprosił i przyniósł mi herbatę.
-Poważnie? - parsknęłam powstrzymując wymioty.
-Nie rzygaj, pokaż kto tu ma jaja. Ty czy twój żołądek...
-Ja mam jaja. - stwierdziłam stanowczo, a Christoph się roześmiał.
  Wypiłam herbatę i po jakimś czasie wyrzygałam wszystko. Podniosłam się z podłogi, a raczej przyjaciel mi pomógł.
-Masz szczoteczkę, a tu pastę.
-Używana, tak? - parsknęłam.
-Może tak, może nie. - błysnął zębami.
  Umyłam zęby i wytarłam buzię ręcznikiem.
-Skąd miałeś...
-To podstawowa rzecz na domówki, jak się zrzygasz to musisz umyć zęby żeby móc się z kimś ewentualnie lizać czy wiesz...
-Co za debil. - zaśmiałam się.
-Jak się czujesz? - spytał zanim wyszliśmy z łazienki.
-Źle. - mruknęłam.
-Kiedy masz być w domu?
-Nie mam domu...
-Co? - spytał zdziwiony.
-Wyjaśnię potem...
  Straciłam przytomność.

  Obudziłam się dopiero rankiem w pokoju zdaje się młodszej siostry Stephanie. Obok mnie siedział Christoph, uniosłam zaskoczona brwi i podniosłam się.
-Co się stało...? Która godzina...?
-Straciłaś przytomność i... piąta.
-Piąta...? - mruknęłam zmęczona. - Ile tu leżę?
-Trzy godziny. Twój organizm zdaje się nie przywykł do takiej ilości alkoholu, musiałaś wypić około siedmiu, może ośmiu pełnych kubeczków wódki...
-Przepraszam za zawracanie głowy, panie doktorze.
-Nic się nie stało, pani Collins.













-Bawiłeś się gdy mnie tu dostarczyłeś? - spytałam z wielkim bólem głowy.
-Miałem zamiar zejść na dół po miskę gdybyś ewentualnie chciała się zrzygać... wszedłem do drugiej łazienki i zastałem w niej Beth z jakimś fagasem...
-Co? - wycedziłam. - Jak to...? Ona...? Przecież...
-I kłamałem. Nie zdradziłem Beth. Nigdy.
-To po co...
-Byliśmy pokłóceni... nie chcę o tym gadać.
-I co teraz...?
  Spojrzałam na jego siną dłoń.
-Dałem mu w pysk. - parsknął lekko zdenerwowany. - A na nią nawet nie zwróciłem uwagi.
-O mój Boże... Przykro mi, Chris... ja...
-Spoko, dam radę. Przynajmniej znów mogę zaliczać laski. - zaśmiał się.
-Chociaż jeden plus. - mrugnęłam do niego.


  Gdy wyszłam z domu wraz z Chrisem, by mnie odwiózł do domu, nie mogłam znaleźć kierowcy. Pewnie leży z jakąś laską w łóżku... parsknęłam na tę myśl. Na trawniku przed domem leżeli ludzie, którzy najprawdopodobniej dopiero pod koniec padli. Usłyszałam Beth która wychodzi z domu, a za nią znajomy koleś...
-No weź mała, przecież to tylko jeden numerek! Może jeszcze jeden... - zaczął Jason.
  Już wiem, skąd go znałam.
-Chris! To nie tak, ja...
-Tylko pieprzyłaś się z innym gościem, ty tylko byłaś pijana, co jeszcze masz do powiedzenia?
-To przez nią, tak? - wskazała na mnie.
  Stanęłam jak wryta. Czy ona mnie oskarża o...
-Nie mieszaj jej w to. Zdradziłaś mnie z tym kolesiem, spoko.
  Dziwiłam się, jak obojętnie do niej podchodził. Jak nie ten sam Christoph..
-Idź się z nim dalej bzykać, tak ładnie cię prosi. - kiwnął jej rozbawiony i odszedł ze mną.

  Dopiero po południu wpadła do mnie Bethany, która oskarżała mnie o rozpad jej związku. Zirytowana siedziałam w salonie, przerwałam jej bezsensowny bełkot.
-Nie obchodzi mnie to. - odparłam powoli.











-To ty zawsze byłaś dla niego najważniejsza, byłaś i jesteś!
-Nic nas nie łączy. Przyjaźnimy się od dziecka, Beth. - kontynuowałam spokojnie. - Nie masz prawa mnie oskarżać, ja nie zdradziłam Chrisa tylko ty i ty za to płacisz.
  Wściekła wstała i wyszła, mijając zapłakana mojego zaskoczonego ojca wchodzącego do środka. Odwróciłam wzrok, gdy obserwował mnie z tego samego miejsca od paru minut.
-Co? - westchnęłam.
-Nie wróciłaś na noc.
-Brawo, Sherlocku. - parsknęłam zła.
-Gdzie byłaś?
-Na imprezie.
-Co? - wściekł się. - To przez Chrisa? Czy tego chłopaka który wczoraj tu był?
-Masz na myśli Jamie'go? - roześmiałam się. - Nie, to go tym bardziej nie dotyczy.
-To przez Chrisa?
-Przez was. - sprostowałam. - Jesteście egoistami i pieprzonymi zadufanymi w sobie rodzicami, z czego moja matka wcale nie jest moją matką. Ach, o tym mi nie powiedziałeś! No tak, przecież...
  Kłótnia ciągnęła się w nieskończoność. Robiło się groźniej, ojcu puszczały nerwy a gdy przyszła matka parę razy przymierzała się by mnie uderzyć. Nienawidziła mnie tak bardzo, jak nigdy nikt mnie nienawidził. Nadal nie wiedziałam za co. Jednak gdy sprawa doszła do takiego stopnia, że ojciec nawet nie zwracał uwagi na przekleństwa, które matka rzucała pod moim adresem i na ilość podniesionych rąk na mnie, miałam dość. Zostawiłam rozmowę z nimi i wbiegłam do pokoju. Zadzwoniłam zapłakana do Christopha, szukając tam ratunku i tymczasowego schronienia.
-Co się stało, Lu? - spytał zmartwiony.
-Potrzebuję tymczasowego dachu nad głową... pomóż mi, proszę, nie wytrzymam długo w tym domu...











Oczywiście, nie miałam zamiaru zostac tam długo. Ojciec prędzej czy później mnie u niego znajdzie, więc kilka dni znajdę jakiś szybki nocleg w którym na pewno mnie nie znajdzie. A szybko dojdzie do tego, gdzie mieszka Christoph przez telefon do jego rodziców... miałam mało czasu...
-Ale co sie dzieje? Dobra... opowiesz mi wszystko jak... gdzie mam podjechać?
-Nie mogą się dowiedzieć gdzie jestem, musisz podjechać.. może... pod stację benzynową obok baru przy wyjeździe z Portland.
-Będę tak szybko jak się da.
  Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, laptopa również wzięłam. Zeszłam na dół ignorując rodziców.
-Gdzie się wybierasz gówniaro!? - usłyszałam krzyk matki.
  Odwróciłam się do niej.
-Nie wasz interes. - parsknęłam przez łzy i wyszłam trzaskając drzwiami.
  Wyszło tak, że nikt nie wiedział gdzie się zatrzymam. Gdy doszłam na umówione miejsce szybko wsiadłam do samochodu Christopha i odjechałam w stronę Seattle. Załatwiłam w między czasie u dyrektor, że zwalniam się od wtorku do końca tygodnia ze szkoły ze względu na problemy rodzinne. Ku mojemu zdziwieniu, uznała zwolnienie.
-Czemu nie od poniedziałku?
-Jest test z biologii który decyduje o mojej ocenie z pierwszego semestru. - wyjaśniłam.
-Powiedz teraz co się stało.
-Rodzice. Kłamstwa... Wiem, że ojciec będzie mnie szukał, dlatego przyjdę na biologię a potem poczekam, aż skończysz lekcję w jakimś...
-Pojadę z tobą. - uśmiechnął się pocieszająco.
-Dzięki. - szepnęłam i starłam łzy z policzków.

  Na następny dzień zrobiłam według planu. Pojechałam do szkoły i równo z dzwonkiem miałam zamiar wejść i wyjść po teście i zniknąć... musiałam. Inaczej ojciec mnie znajdzie, a nie miałam ochoty tam wracać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz