niedziela, 21 sierpnia 2016

Od Lucy

  Wstałam dosyć późno, pierwsze co przyszło mi na myśl to zjedzenie czegoś porządnego ale gdy do pokoju weszła mama nie liczyłam na nic dobrego.
-Śpisz marnując czas. Jest... dwunasta, na litość boską! - warknęła.
-Mamo... eh... tak, przepraszam... - podniosłam kołdrę i wstawałam.
-Jakie masz plany na dziś? - spytała oschle. 
-A co, zaplanowałaś mi sobotę? Mogę przełożyć... - zaczęłam, lecz mi przerwała.
-Nie,nie... sobotę masz dla siebie, jak zwykle... po prostu dzwoniła Bethany, a telefon zostawiłaś na dole więc...
-Ach... tak... o matko. - zerwałam się i wzięłam od mamy telefon. - Wychodzę. 
-W piżamie? - zmierzyła mnie z rozbawieniem.
  Spojrzałam w lustro. 
-No tak...
-Na ile wychodzisz? - spytała opierając się o ścianę.
-Nie wiem..
-Dokładny czas i godzina, Lu. Nie wychodzisz pierwszy raz... 
-Tak,tak... yhm... zjem śniadanie i... do czterech godzin.
-Czterech godzin? - zdziwiła się mama. - Dobrze, to twój dzien wolny, jak chcesz. Ale masz być pod telefonem. - zaznaczyła. 
-Jasne mamo. - kiwnęłam jej, a ona wyszła zamykając drzwi.

  Gdy ubrana zeszłam na dół mama położyła mi w jadalni talerz z kanapkami. Wszystko pochłonęłam w sekundę, jednak wiedziałam, że Beth będzie na głodniaka i jak w każdą sobotę naszych spotkań coś zje. Postanowiłam, że w tę sobotę ja stawiam.
-Mogłabyś - zaczęła mama. - jutro odstąpić od swojej nauki na dwie godziny i pouczyć Simona? Ma sprawdzian z chemii. 
-Pewnie. - mruknęłam z pełną buzią. 
  Wstałam i wzięłam torbę na ramię.
  Poszłam w stronę tętniącego życiem miasteczka, weszłam do kawiarni w której jeszcze nie było Bethany i zamówiłam dla niej coś, co zawsze chciała zjeść ale było definitywnie za drogie, a była strasznie oszczędna... a że ja dziś stawiam...
  Beth wyskoczyła zza moich pleców, przytuliła mnie i usiadła obok. 
-Jestem potwornie głodna! - westchnęła. - Dobrze wyglądam? - spytała jeszcze oglądając swoją twarz w odpiciu telefonu. 
-Bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się. - Już zamówiłam dla nas coś... Dla mnie spaghetti a dla ciebie...
-Co takiego? - spytała podekscytowana.
  Zastukałam dłońmi w stolik, jak na bębenkach. 
-Naleśniki francuskie z tym sosem czekoladowym i super dodatkami których nazw kompletnie nie umiałam przeczytać?! - spytała podekscytowana. 
-Tak!
  Przyszedł kelner, stawiając danie na stolik.
  Wpatrywała się w naleśniki z szokiem, było ich trzy rodzaje. 
-O MÓJ BOŻE. - wycedziła i spojrzała na mnie, a potem na talerz.













-Smacznego. - życzył kelner donosząc moje danie.
-Nie zrobiłaś tego! - zaśmiała się nerwowo, podziwiając talerz. - Kocham cię! 
  Zaczęła jeść, z pełną buzią coś opowiadała cała szczęśliwa.
-... ale na serio! Poza tym, Chris był wkurzony, Seattle to wielkie miasto, ma wielką chatę i zrobił wielką imprezę a jego, NASZA, najlepsza przyjaciółka nie przyszła... 
-Przepraszałam już. - westchnęłam kończąc spaghetti.
-Ale mam pomysł!
  Podszedł kelner i spytał, czy podać coś jeszcze. Zanim odmówiłam, przyjaciółka rzuciła się na ramię kelnera i emocjonalnie poprosiła o dwie lampki wina. 
-Już się robi. - kiwnął i zabrał talerze.
-Ale ja nie piję... - zarzekłam się.
-Nigdy nie piłaś, to będzie twój pierwszy raz, no weź... - poprosiła mnie. - To tylko wino, to jak... alkoholowy soczek. 
-Nie chcę, poważnie... 
-Napijesz się ze mną! Nie piłaś na imprezie Christopha, zrekompensuj się jakoś. 
  Westchnęłam ciężko.
-Dobra.
-Poza tym, ja za to zapłacę. - uśmiechnęła się dumnie.

  Gdy kelner podał nam wino, wzięłam mały łyk. Było wyjątkowo niedobre. Odłożyłam je na stolik a przyjaciółka wypiła wszystko na raz.
-Pycha! Co jest, nie smakuje ci?! - spytała zdziwiona.
-Nie no...














-Matko, to najdroższe wino w mieście! - opadła na krzesło.
-Oddam kasę...
-Nie chodzi o to! Jak może ci nie smakować?!
-Nie piję alkoholu...
-Mówiłam, że to soczek. Wmów to sobie... 
  Spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami. 
-Poważnie, ja nigdy nie piłam i teraz też odpadam. 
  Przewróciła oczami i spojrzała na kelnera.
-Ja podam kasę za wino, a ty za jedzenie. Pasi? 
-Jasne. - mruknęłam.

  Gdy wyszłyśmy Beth objęła mnie ramieniem i przyciągnęła do siebie. 
-Szkoda, że masz tylko taką sobotę na wyjścia... a gdyby tak zrobić imprezę w sobotę...?!
-Nie chodzę na imprezy. - powtórzyłam już znudzoną kwestię którą powtarzam kilka razy w tygodniu.
-Ale mama się nie dowie...
-Tu już nie chodzi o to... Ja zostałam wychowana na zasadach i łamanie ich jest karane...
-O matko, a co takiego może się stać? - zaśmiała się.
-Pamiętasz jak w czwartej klasie spanikowałam przed sprawdzianem z matematyki? 
-No... nigdy jej nie umiałaś. - uśmiechnęła się.
-W ten dzień gdy nauczycielka zadzwoniła do mojej mamy, że takie coś miało miejsce grozili wyrzuceniem za następne takie ''coś''. Mama tak się wściekła, że zabroniła mi wychodzić, weszła do mojego pokoju i zniszczyła domek dla lalek, ten wymarzony, który był tak wielki, że mogłabym się w nim zamknąć... podeszła i go normalnie zrzuciła ze schodów... tata mówił, że oszalała... ja płakałam, a mama mówiła, że to nauczka...
-Nie masz już tylu lat, nie masz zamku, co może ci zrobić?
-Po prostu chodzi o sam fakt, że jest szalona. Przez tamto trafiła do szpitala, lekarz stwierdził...
-Znam tą historię, ale to nie dowodzi, że jest szalona a ty nie możesz się bawić raz w tygodniu.
-Zasady to zasady, poza tym mam wspomnienia z mamą, które nauczyły mnie wielu rzeczy. 
  Westchnęła ciężko i odpuściła.

  Rano poczułam, że ktoś siedzi obok mnie. Wstałam, a gdy zobaczyłam Christopha roześmiałam się. 
-Co się gapisz? - warknęłam z uśmiechem.
-Patrzę się na małego krasnala i się zastanawiam, jak coś takiego mogło przyjść na świat...
  Roześmiałam się ponownie.
-A ja tak obserwuję wielki krater na twoim czole i zastanawiam się, kiedy nastąpi erupcja wulkanu. 
-Yhm... - parsknął.
-Dawaj, pomogę ci się go pozbyć. - dopadłam go.
-Weź te łapska! 











  Załaskotał mnie na śmierć, gdy leżałam a łóżku bezwładnie, a on na ziemi w końcu spytałam.
-Jak tu wszedłeś, jest niedziela? 
-Twój tata jest w domu. Mamy nie ma. 
-Mamy nie ma w niedzielę? - zdziwiłam się. - A tata cię wpuścił bez żadnego ale?!
-Mówił, że bez żadnego zapylania. - roześmiał się a ja spadłam celowo na podłogę i zaczęłam go dusić poduszką.
  Odepchnął mnie i tak znów leżeliśmy.
-Kretyn. 
-Nie no, twój stary jest spoko. Ale matka już nie. - parsknął.
  Wytknęłam mu język. 
-Po co przyszedłeś? 
-Miałem pouczyć cię matmy... - westchnął.
-Najpierw musiałabym pouczyć małego smroda. - przegryzłam wargę. 
-Heeej! Solidarność mężczyzn, on mnie akurat lubi! 
-On nie jest mężczyzną, to jest problem. - teraz ja wytknęłam mu język.
-Kiedy mam wpaść?
-Zostań, podaj książkę i bierzemy się za dwugodzinną naukę. 

  
  Po lekcji z Christophem nadszedł czas na Simona. Weszłam do jego pokoju, w którym był syf i tylko syf, śmierdziało opakowaniem od pizzy, które zresztą leżały w kącie na ładnej, pokaźnej kupce. Usiadłam na krześle obok biurka a on posłusznie wyłączył telewizor i stanął obok.
-Nie chcę żebyś mnie uczyła bo jesteś beznadziejnie głupia. - skomentował.
  Podniosłam plakietkę i pokazałam mu ją.










-Spadła mi z drzwi! - wrzasnął.
-A oddam ci ją, jak ładnie usiądziesz i będziesz przyswajał informacje które ci przekażę, jasne? - uśmiechnęłam się szerzej.
-Dobra. - mruknął.

  Po niedługiej półtorej godzinie, którą poświęciłam temu zasyfionemu pryszczowi na chemię, oburzył się i nie chciał dalej się uczyć. Chociaż nauczyłam go wielu rzeczy przez ten czas, ostatni temat został anulowany przez mózg brata i wrzucony do kosza.
-Hej... - złapałam go za rękę. - Jak wyrobimy się przez dziesięć minut to dam ci spokój.
-Ale mama mówiła o dwóch godzinach, jeszcze zostało pół...
-Mama się nie dowie. - mrugnęłam do niego.
-Dobra. 

  Dopiero rano, gdy zeszłam około szóstej na śniadanie nie było mamy na dole, a jej płaszcz, buty i teczka która zawsze leżała na stoliku w salonie zniknęła zdziwiłam się. Gdy wparowałam do kuchni zauważyłam bronie, naboje i jakieś inne cuda, których nigdy nie widziałam. 
  Oglądałam to nic nie rozumiejąc. 










-Tato, co to ma być? - spytałam zaszokowana gdy zjawił się wreszcie. 
-Ach. - westchnął niewzruszony. - Broń Finnicka, pamiętasz? Ten z policji.
-Czemu masz jego broń? 
-Został oskarżony o handel... - mruknął po dłuższej, niezręcznej chwili. 
-Ale to nie wygląda jak zwykła broń tato...
-Kochanie, mogłabyś dać mi pracować? - mruknął zdenerwowany i wpakował wszystko do jakiejś dziwnej walizki.
-Mama wie? - spytałam, opierając się o blat.
-Nie i się nie dowie. - spiorunował mnie wzrokiem.
-Oczywiście. - przytaknęłam. - Ale co to ma znaczyć? 
-Mówiłem ci, że to dotyczy sprawy którą prowadzę. Zbieraj się powoli i do szkoły.

  Nie mogłam się skupić na lekcji, cały czas zastanawiałam się po co ojcu te całe bronie? Fakt, może prowadził jakąś sprawę ale nigdy nie przynosił dowodów klientów do domu, szczególnie bronie... Musiałam mu wierzyć, nigdy mnie nie okłamywał...
  Notowałam na lekcji, dalej jednak myśląc o tym, co to wszystko oznacza...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz