Nie wiem czy zaczęłam powoli przekonywać się do Jamie'go. Miałam wciąż wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Nie wiem nawet czy mogę nazwać to obawą, strachem... z jednej strony nie obawiałam się, że Jamie jest w stanie cokolwiek mi zrobić, ale z drugiej ta niepewność i wiedza, że na bank coś knuje wyprowadzała mnie z równowagi momentami. Intrygował mnie, jednak musiałam uważać na każdy jego i swój ruch.
Usiadłam przy blacie w kuchni obserwując go badawczo.
-Co? - zaśmiał się.
-Nic. - otrząsnęłam się obijając palcami o kubek.
-Nie brakuje ci swojego domu? - spytał ciekawie.
-A już mnie wyrzucasz? - zaśmiałam się.
-Nie, pytam tylko. Twoje towarzystwo jest naprawdę...
-Nie kończ lepiej. - pogroziłam mu.
-Jesteś chyba jedyną dziewczyną, która nie umie gotować...
-Zawsze jem na mieście. - sprostowałam.
Podeszłam do patelni która była nagrzana, przypadkowo gdy się odwróciłam przyparzyłam ramię Jamie'mu. Syknął tylko cicho, jakby nawet go to nie za bardzo ruszyło. Jednak zmoczyłam ręcznik i przyłożyłam do oparzenia.
-To nic, Lucy, nie panikuj. - parsknął rozbawiony.
-Siedź cicho. - warknęłam i zaśmiałam się znów przykładając mu zimny ręcznik do ramienia.
-Już nie jesteś dla mnie aż tak wredna, co się stało? - parsknął.
-Czasem mam te lepsze dni...
-Poważnie?! Są takie?! - roześmiał się a ja uderzyłam go w ramię.
-Przepraszam... - wypaliłam po chwili gdy zorientowałam się, że zrobiłam to w miejsce poparzenia.
-Nie powinnaś wchodzić do kuchni, niezdaro. - parsknął.
-Dlatego nie gotuję...
-Może zamiast odstawiać cię do hotelu wrócisz do domu?
Spuściłam wzrok milcząc.
-To trwa chyba zbyt długo... nie sądzisz?
-Nie. - odparłam. - Nie mogę tam wrócić.
-Co ci takiego zrobili, że...
-Nie chcę o tym gadać. - przerwałam mu. - Po prostu nie chcę i tyle. Kiedy tam jestem on mnie ogranicza... w sensie ojciec. Kiedy uciekłam stamtąd poczułam się normalnie. Nikt tego nie zrozumie bo mało osób jest w takiej sytuacji jak ja. Ostatnio znalazłam u niego... - zawahałam się. - komplet broni... to było pierwsze dziwne zjawisko jakie miało miejsce... potem zauważyłam listę naboi, nie były to zwykłe do zwykłych broni... wiem, że były różne...
-Skąd się na tym znasz?
-Za plecami ojca jego kumpel, Nick mnie uczył na ich temat.
-Czy mówił ci o jakiś standardowych czy...
-Za dużo chcesz wiedzieć. - parsknęłam. - To cholernie podejrzane. Ale niech stracę... - westchnęłam. - Wydawało mi się, że niektóre były zupełnie wymyślone, wyssane z palca... naboje również nie wskazywały na jakieś normalne...
-I to cię tak przeraziło, że uciekłaś?
-Jak byłam mała weszła para dziwnych typów do domu. Postrzelili mnie w nogę, potem grozili mi przed twarzą bronią, mówili, że mnie zabiją. Mówili też, że ojciec jest im coś winien... Zamknęli ich ale gdy widzę u kogoś broń... mam widok tych mężczyzn przed oczami. Chyba za dużo powiedziałam. - westchnęłam. - Odstaw mnie do hotelu. - poprosiłam.
Gdy byłam już sama w jednym z hotelów upewniając się przez Jamie'go wcześniej, że nie ma tam ludzi ojca spokojnie mogłam odetchnąć. Był wtorek, mogłam spokojnie rozpracować plan jak wejść do domu gdy nie ma ani matki ani ojca, brat był w szkole. Wzięłam klucze do domu i pojechałam taksówką do Portland do domu. Weszłam do środka i jak myślałam, nie było ojca. Weszłam do salonu i zamarłam. Moja matka, a raczej... nie-matka, leżała na ziemi nieprzytomna. Była krew na ścianach, meblach i wszędzie indziej. Byłam przerażona.
Złapałam za telefon i chciałam zadzwonić na pogotowie, jednak usłyszałam jak ktoś wchodzi do środka łamiąc pod nogami resztki szkła. Powoli spojrzałam na osobę która stała w przejściu.
-Już wezwałem pogotowie. - zapewnił obcy facet.
Zaczęłam panikować.
-Nie zbliżaj się do mnie. - wycedziłam.
-To nie ja tu przyszedłem i zrobiłem ten burdel... To ludzie, z którymi twój ojciec sobie zadarł. Nie mogą go dotknąć przez obstawę ale mogą jego najbliższych. To dopiero początek.
-Mój ojciec nie ma takich wrogów... - szepnęłam.
-Prędzej czy później by i tak przyszli. Twój ojciec podał im przez przypadek zły towar i teraz...
-Jaki towar? O czym ty mówisz i kim do cholery jesteś!?
-Ciebie też będą chcieli, Lu. - spojrzał mi w oczy.
-Nic nie... nic nie rozumiem...
-Nie pokazuj się przy swoim ojcu. Będzie najlepiej jeśli zostanie tak jak było wcześniej. Nie daj się złapać przez ochronę ani tych ludzi.
-Ale kim jesteś...?! - wycedziłam z trudem.
-Jestem kimś z góry. - mrugnął do mnie i skierował się do wyjścia.
Gdy po chwili wybiegłam za nim... zniknął.
Jednak zamiast niego pojawiła się karetka i wbiegła do środka. Policja przeprowadziła, a raczej próbowała przeprowadzić przesłuchanie. Ojciec pewnie zjawił się w szpitalu, nawet nie mogłam tam wejść ze względu na ludzi porozstawianych na parkingu placówki. Musiałam skierować się do hotelu. Dopiero po chwili zjawiło się przede mną dwóch gości. Stanęłam jak wryta i wpatrywałam się w nich powoli się cofając. Nic nie mówili, tylko się uśmiechali.
-Bierzemy cię słonko ze sobą. - złapał mnie ten niższy.
Zaczęłam się wyrywać.
-Spokojnie, bo nie będziemy dla ciebie mili i źle się to skończy.
-Czego chcecie!?
-To my złożyliśmy wizytę twojej mamusi, a ty jesteś tylko zemstą na twoim ojcu. Przysłał nam zły towar... trochę nam to nie na rękę. Odda nam wszystko jak należy jeśli zobaczy swoją córeczkę, jeszcze, w jednym kawałku. - uśmiechnął się ten wyższy i poprowadzili mnie do samochodu.
Cholernie się bałam. Szukałam telefonu w kieszeniach ale zostawiłam go w hotelu.
-To wina twojego ojca, mógł dopilnować dostawy jak trzeba. - uśmiechnął sie do mnie ten niższy. - I lepiej dla ciebie, żebyś nie próbowała uciekać, żadnych sztuczek, wykrętów. Po prostu bądź grzeczna, a krzywda ci się nie stanie.
Nic z tego nie rozumiałam... Gdy dojechaliśmy do jakiegoś starego budynku zaczęłam im się znów wyrywać. Jednak to na nic... Było ich tylko czterech, jednak i tak się bałam. Nie wiedziałam o co im chodzi, co mój ojciec ma z tym wspólnego...?! Związali mnie i posadzili w ciemnym pomieszczeniu. Próbowałam się jakoś wydostać, jednak bezskutecznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz