wtorek, 31 maja 2016

Od Gabi

Byłam zamknięta w ciemnej celi. Poprawka. Moja dusza była zamknięta w ciemnej celi. Zawsze się zastanawiałam jak to będzie po śmierci. Rozważałam dziesiątki możliwości ale nigdy takiej że moja dusza będzie własnością piekieł. Jednak.. Nie bolało mnie to że umarłam. Nic nie czułam. Nie odczuwałam żadnych emocji.
Umarłam tragicznie. Zasztyletowana. Jednak była to lepsza śmierć od tej jaka by mnie czekała za 10 lat. Jako że sprzedałam dusze.. Za 10 lat odwiedziły by mnie piekielne ogary. Rozszarpałyby mnie. Śmierć jaka mnie spotkała była zatem bardzo łagodna.
Przez myśl czasem przechodziło mi to co się teraz dzieje z moją siostrą, rodzicami i Erykiem.. ale nie przejmowałam się tym. Wspomnienie o nich zaczeła zakrywać gęsta mgła. Stawali się tylko wspomnieniem. Wspomnieniem dziewczyny która umarła. Teraz byłam tylko tragicznie zmarłą duszyczką więzioną w murach piekieł.
Czasem słyszałam rozmowy moich dawnych bliskich osób jednak przeradzały się one w szepty. Zanikały.
Tego dnia, nocy nie wiem.. przyszedł do mnie Crowley. Mój niedoszły cel, mój oprawca, morderca.
-Witaj Gabrielo.
Patrzyłam się na niego dryfując w ciemnym kącie celi.
-Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
Milczałam.
-Będziesz dla mnie pracować.
Zamigotałam.
-Będziesz mordować, zbierać dusze. Staniesz się moim prywatnym mściwym duchem.
Zamigotałam.
-Jak zasłużysz zyskasz możliwości. Wepsniesz się w piekielnej hierarchii.
-Dlaczego miałabym coś dla ciebie robić?-powiedziałam jednak nie ruszałam ustami.
Głos wybył się z telefonu Crowleya.
-Jesteś moją duszą. Zapracuj na utrzymanie albo wieczność spędzisz w tej celi. Po paru latach staniesz sie obląkaną duszą. Zwariujesz. A wtedy juz nie bedzie ratunku. Albo w drugiej możliwości.. Osłabniesz i znikniesz. Przepadniesz.
Milczałam jednak zamigotałam. Byłam słaba. Bardzo słaba.
-Przemyśl to.

****

Mijały dni.. Wspomnienia z mojego życia praktycznie zanikły za mglą. Już nie słyszałam głosów. Dawna ja już zbikła. Byłam tylko zateaconą duszą. Nie poddałam się wbrew pozorom. Po prostu nie miałam wyjścia. Tak już się stało.
Crowley odwiedził mnie pobownie ale tym razem moja decyzja odnośnie jego propozycji się zmieniła. Nie odczuwałam dobrych emocji.. Wszystko było mi obojętnie co dobre. Zło mnie przyciągało.. Stałam się mściwym duchem.

Od Emilie

  Spojrzałam na Jansena. Miałam do niego masę pytań. No i musiałam poważnie porozmawiać.
  Wsiadłam bez słowa do impali, on za mną. Opanowałam wewnętrzne cierpienie i powstrzymałam łzy. Miałam już w tym wprawę.
  Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył naciskając pedał gazu, co jakiś czas zerkał na mnie.
-Wiem, że tak naprawdę masz na imię Dean Winchester... i najwyraźniej masz brata.
  Przestał się na mnie patrzeć. Zjechał na pobocze i wyłączył silnik.
-Wysiądziemy? - spytał.
  Otworzyłam drzwi i stanęłam stabilnie na ziemi łamiąc małe gałązki pod swoim ciężarem. Spojrzałam w dół, a potem na niego.
-Tak, okłamałem cię. Nie mogłem mówić prawdy. Moje prawdziwe ja zna nieliczna grupa osób...
-Skąd znasz Crowley'a?
-Jest...
-Królem piekieł, to wiem. Skąd go znasz?
  Zacisnął zęby.
-Tak jakby... mamy wspólne interesy.
-Yhm. - kiwnęłam głową. - A kto to Klaus?
-Skąd... zaraz, skąd znasz Klausa? - spoważniał.
-Poznałam przypadkowo. Uczył mnie jak być łowcą.
-Dalej cię uczy?
-Nie, ale chce rozmawiać z tobą i Samem.
-Dlaczego uczył cię jak być łowcą?
-Bo mój ojciec nim był. Gdy dowiedziałam się, że Crowley zabił moją siostrę postanowiłam ją pomścić i...
-Nie ma takiej opcji. - zaśmiał się nerwowo.
-Bo?
-Bo on cię zabije.
-Najwyżej. - wzruszyłam ramionami zirytowana. - Nie będziesz o tym decydować Dean!
-Jeśli zabijesz Crowley'a lub cokolwiek mu zrobisz mój brat umrze.
-Co...? - wydusiłam. - Zrobił to specjalnie. Musiał o mnie wiedzieć. Tylko skąd...?
-Słuchaj, nie pozwolę Ci iść tam... bo jak to zrobisz... to stracę dwie ważne dla mnie osoby, jasne?
  Zamilkłam.
-Nie załatwisz tego.
-Ty też nie! Myślisz, że zemsta przywróci twoją siostrę do życia? Nie pozwól by przerodziło się to w chorą obsesję, Em. - spojrzał mi w oczy.
-Pojedziesz ze mną? - spytałam spokojnie.
-Gdzie?
-Pokieruję cię.

  Wysiedliśmy przed kamienicą w mieście w której wynajmowałam mieszkanie. Weszliśmy. W środku panował porządek, bo jakby inaczej. Aiden leżący w przestronnym korytarzu ani drgnął gdy zobaczył nowego gościa. Był nie ufny, widząc Deana musiał coś wyczuć. Pogłaskałam go, z kamiennego posągu zmienił się w potulnego psa. Zawsze gdy go dotykałam, gdy był przy mnie stawał się kochany.
-Masz psa? - spytał zaskoczony Dean.
-Pomaga mi w tropieniu.
-Wyszkoliłaś go?
-Tak jakby. - odparłam wchodząc do salonu.
  Dean wszedł za mną.
  Na kanapie siedział Klaus trzymając w ręku coś znajomego...
-Co to jest? - spytałam drżącym głosem.
-Poznajesz? To kawałek kurtki twojego ojca. - zaśmiał się wstając. - Nawet przyprowadziłaś obstawę. - spojrzał na Deana.
   Gdy widziałam kawałek znajomego materiału wiedziałam, że tacie coś się stało. I on za tym stoi. Nadal lekko kulał ze względu na poprzedni postrzał. Już miałam się na niego rzucić ale Klaus i Dean zareagowali pierwsi. Rzeczywiście się znali i mieli jakieś niedokończone sprawy...
  Dean spojrzał na leżącego na ziemi Klausa, zdawało się, że zaraz ma stanąć na równe nogi i rzucić się na niego ale Dean był szybszy. Kopnął go i skręcił kark, przy okazji strzelił mu w łeb. Odwróciłam wzrok.
-Chodźmy stąd. - pociągnął mnie za rękę.
-Co? - spytałam zaszokowana.
-On wróci.
-Przecież właśnie go zabiłeś...
-Właśnie o to chodzi. Kurde, rzeczywiście wiesz mało o łowcach.
-Dobra, pójdę, ale biorę Aidena.
-Jak mi zasra samochód to..
-To zabiję, tak, wiem.

  Nie mogłam w to uwierzyć. Ojciec musiał żyć, teraz to nie to samo co z Gabi. Dałby znak, jeśli byłby martwy. Znam go. Nie popełnia błędów, był jednym z najlepszych, tak czytałam w jego dzienniku. Tam był też dokument i fałszywe dowody legitymacyjne jak FBI czy szeryf okręgowej policji. Wyjęłam dziennik siedząc w samochodzie Deana.
-Wysadź mnie pod domem rodziców. - poprosiłam nie odrywając wzroku od fałszywek.
-Nie ma sprawy. Skąd to masz?
-To mojego ojca. Wszystko zachował. W domu musi być jakaś informacja gdzie jest.
-Mówił, gdzie jedzie?
-Nie mieszaj się w to, masz swoje sprawy.
-Nie puszczę cię już nigdzie samej. Obiecuje.
  Spojrzałam na niego i szybko odwróciłam wzrok.
-Nie było cię wystarczająco długo bym stała się na tyle niezależna, by zabić takiego Klausa.
-On nie jest zwyczajnym demonem.
-To czym jest?
-To Abadon. Przybiera ten sam wygląd co zawsze.
-Anioł Czeluści?
-Ile o nim wiesz?
-Nic...
-Hebrajskie imię Apollyon, dosłownie ''zatracenie''. Po hebrajsku Awadon oznacza ''zagłada'', pan demonicznej szarańczy i nazywa się go Piekielnym Aniołem. Raz nieźle zaleźliśmy sobie za skórę i teraz trochę się będzie mścił. Na wszystkich po kolei. Zrobiłaś mu coś?
-No... w zasadzie... nie chciałam mu powiedzieć nic o Tobie i Samie. Gdzie jesteście...
-No i super. Teraz ma coś do twojego ojca, a więc musimy go znaleźć.
-Jakie my? Ja muszę. Na razie pójdę do domu... zobaczę jak się trzyma mama i poszukam czegoś, jakiegoś tropu. - zamknęłam dziennik.
-Ale ja cię już nie zostawię z niczym. Jeśli chcesz żebym odszedł to powiedz...
-Zostań i nigdy nie odchodź. - odparłam patrząc na drogę.

Od Jansen'a

Minęło parę dni Crowley nie potrafi wyleczyć Sama, utrzymuje go przy życiu lecz sam nie da rady wrócić go do normalności.
Crowley wyszedł z sali gdzie leży Sammy, król piekieł szedł prosto z wysoko uniesioną głową, ciężko opadł na tron. Widać było ze jest wykończony.
-aż tak? -Spytałem
-czym ty do cholery jesteś? Musze  zwalczać na raz setki infekcji.
-poszukam Casa
-Nie będę z aniołem pracował
-będziesz pracował jeśli ma to uratować Sama
-Mogę w ogóle go teraz nie ratować, jest mi to nie na rękę, zmieniamy zasady
-Co?!
-Nie nie to nic wielkiego, przez czas gdy będę utrzymywał Łosia ty będziesz zbierał duszę.
-tylko zbierał?
-A co powiedziałem? 
-Dobra ale najpierw odnajde Casa

Wyszedłem z piekła aby móc skontaktować się z Casem, stałem przed drzwiami do fabryki i mówiłem z głową uniesioną w stronę nieba.
-Cas!  Jesteś potrzebny!
Nie przestałem go wzywać do czasy gdy pojawił się za mną.  Zawsze pojawiał się za mną nigdy przed, co on z tyłka wychodzi?
-Dean?
-Musisz wejść do piekła
-coś z Samem? 
-Tak, szybko.
Wlecialem do fabryki i zabierając ze sobą anioła. Gdy weszliśmy do sali Crowley'a, Cas i król piekieł stali ze sobą twarzą w twarz, atakowali się wzrokiem.
-Zamknąć bramy piekieł-powiedzial Crowley
-Co? Po jakiego?  - Spytałem
-Za dużo ścierwa tu się dostaje- odwrócił się od nas i wszedł do sali Sama, stanął nad łóżkiem, Cas kolo niego.
-Myślałem że to cos w stylu  jadu ale to zupełnie coś innego, leczę jego ciało ale...
-on ma uszkodzoną duszę -powiedział cas
-dziwisz się?  Ma za sobą rok w klatce z Lucyferem
-no tak, ale to coś innego
Crowley silnym podmuchem powietrza zamknął mi drzwi Przed nosem,  próbowałem je otworzyć ale nic z tego. Jest ich dwoje musi im się udać.  Co ja zrobiłem. Teraz moje myśli są przy Samie ale podświadomość z Emilie. Właśnie co tam u nie?  Rozeszlismy się w kłótni. Ale dlaczego się obraziła? Jak ktoś zmienia tożsamość to dlatego że chce zapomnieć o przeszłości i nie chce do tego wracać.

Nie chce takiego rozstania, powiem jej co chce wiedzieć i dopiero wtedy ona zdecyduje czy chce odejść.
Wyszedłem na zewnątrz opuszczając piekielne klimaty, wziąłem głęboki wdech, tu powietrze jest o wiele lepsze. Podszedłem do rozbitej z przodu impali, przytuliłem ją, i czule głaskalem jedna ręką.
-wszystko będzie dobrze, naprawie cie słonko
Jeszcze chwile ja głaskalem  a potem wsiadłem do środka.
-Zabierz mnie skarbie do Emilie
Mógłbym się przenieść do niej bezpośrednio ale granicą między złem a dobrem we mnie jest bardzo cienka. Jechałem bardzo długo wydawało by się ze wieki ale w końcu czułem ją na tyle wyraźnie żeby wiedzieć że jest nie daleko, wyjechałem w las, musiałem jechać okrężną droga bo wszędzie były drzewa ale gdy została przed mną ostatnia prosta Emilie juz się na mnie patrzyła, widziałem jak powstrzymuje łzy, wyszedłem z auta i usiadłem obok niej w pewnej odległości. Zaczęła się gra w rozbrajanie bomby zegarowej, zrobię coś źle to wybuchnie.
-emn.. Cześć. -Powiedziałem
Emilie nie odpowiedziała przytuliła się do mnie i juz nie dała rady powstrzymać łez, odwzajemnilem uścisk.
-Crowley zabił Gabi -wyszeptała
Słysząc te słowa zagotowałem się w środku, to było jak wiadro gorącej wody wydanej mi na głowę.
-Ale jak to?  znasz go? Ona go zna? 
-znała -powiedziała odsunąć się od mnie
-Wiesz czego mnie życie nauczyło?  Śmierć nie oznacza rozstania
-Ale ona sprzedała duszę
-Co!?
Emilie siedziała sztywno juz nie płacząc, przełykała gorzkie łzy. Jej postawę odbieralem tak ze ona chce abym juz sobie poszedł, wiec nie chciałem przedłużać.
-Zajmę się tym - pocałowałem ją w czoło i podszedłem do impali
-Podwieść cie gdzieś? 

poniedziałek, 30 maja 2016

Od Emilie

  Gdy Klaus wczołgał się do mieszkania walnął się obolały na kanapę. Za jakiś czas powinien zacząć normalnie chodzić, na razie jad krąży w jego żyłach, a więc trudno będzie mu funkcjonować. Stałam nad stołem w kuchni i ładowałam bronie. Klaus uważnie się mi przyglądał.
-Jak wyszkoliłaś tego kundla? - spytał.
-On ma imię. - odparłam oschle. - Zajęło mi to trochę. Poza tym nie wiem w jakim celu, ale ktoś nas połączył. Wiesz, to jak połączenie anioła z człowiekiem.
-Jak w przypadku twojej siostry, ta?
  Zamilkłam. To było tematem tabu. Od dziś.
  Trzasnęłam magazynkiem o stół.
  Ona żyje. Musi żyć. Nie ma innej możliwości. Nikt nie wmówi mi, że jest inaczej choćbym zobaczyła ją martwą w trumnie.
-Od dziś kończę się rozklejać. - oświadczyłam.
-Wierzę. I to jeszcze jak. Tylko mogłabyś przestać mi grozić? Czuję, że zacznie mnie to z czasem męczyć...
-To przestań mnie wkurzać bo będziesz kulawy do końca swojego marnego życia.
-Ale przy rodzicach się rozkleiłaś.
-Przytuliłam ich, to normalna reakcja. Ojciec i tak wyjeżdża, ale najwyraźniej po pogrzebie. A mama? Ona się załamie. Pieprzony Eryk i jego chore zasady anioła. Jeszcze raz sprawi przykrość mamie i tacie...
-Tak ogólnie... to wiesz, że Gabi sprawiła wam największą...
-Nie waż się nawet tak mówić, rozumiesz? - wycelowałam w niego pistoletem. - Milcz.

  Nadal ślepo wierzyłam w to, że Gabi jeszcze żyje. Zbliżał się dzień pogrzebu. A ja czułam się jakbym szła na chwilowe pożegnanie z nią. Wiedziałam, że ona wróci. Musi wrócić. Nie uroniłam ani jednej łzy na myśl o niej. Oddając się pracy zmieniałam się na taką, która nic a nic nie czuje. Tylko nienawiść do Crowley'a i innych istot. Gdy myślałam o nim aż się we mnie gotowało. Coraz mniej znosiłam myśl, że sobie tam wygodnie przesiaduje wiedząc co się stało z Gabi.
  Nawet jeśli sam Crowley powiedziałby mi, że siostra nie żyje, ja nie jestem w stanie w to uwierzyć. Jestem dalej przekonana, że żyje.

  Nadszedł dzień pogrzebu. Ubrałam czarną sukienkę i szpilki. Nie zbliżałam się do trumny. Stałam z daleka od wszystkich ludzi, na szarym końcu. Ojciec nie uronił ani jednej łzy. Mama wręcz przeciwnie. Była załamana. Jednak nie zdziwiło mnie zachowanie ojca. Cierpiał ale wewnętrznie. Zawsze tak było. Nigdy nie uronił łzy. Brałam z niego przykład. Jak zawsze.
  Uciekłam do lasu zaraz po mowie księdza. Zdjęłam szpilki i pobiegłam w głąb, rozmazałam makijaż, zaczął padać deszcz. Usiadłam na mokrej już trawie pod drzewem i powstrzymywałam się od płaczu. Jestem silna. Dam radę. Muszę.

Od Eryka

Siedziałem w kostnicy przy ciele Gabi. Czas wyjawić to co się z nią stało. A przynajmniej to że nie żyje. Zasługuje na godny pogrzeb.
Z tego co się zorientowałem to Emilie powiedziała rodzicom że Gabi została porwana. Teraz nadszedł czas aby została "odnaleziona".
Wysłałem dwóch aniołów do domu bliźniaczek. Mieli się podać za funkcjonariuszy policji i zawiadomić rodzinę o tragedii.
Byłem przy tym obecny. Ale oczywiście byłem niewidzialny.
Rodzice Gabi jak tylko zovaczyli lolicję wiedzieli że nie mają oni dla nich dobrych wieści. Matka przytuliła się do męża a ten ją objął. Łkała bardzo głośno. Emilie akurat wtedy podjechała po dom. Szybko wysiadła widząc radiowóz "policjantów". Wiedziała ona że policja jest fałszywa.. Czuła ich anielskie aury. I także widziała mnie. Zezwoliłem jej na to dopuszczając ją.
Patrzyła się na mnie ze łzami w oczach i pobiegła do rodziców. Bie mogłem dalej tego oglądać. Zniknąłem.

***
Trzy dni później odbył się pogrzeb. Zostali powiadomieni o nim wszyscy znajomi Gabi.
Byłem przy tym jak przygotowano jej ciało. Ubrano ją w białą, śliczną suknie. Na szyji miała naszyjnik z zawieszką w krztałcie piórka. Wyglądała jakby spała. Mimo iż od śmierci mineło już pare dni jej ciało ani o sekundę się nie zniszczyło. Miała marmurowo białą i nieskazitelną cere. Usta były lekko szarawe tak jakby za długo pływała w chłodnej wodzie. Włosy nadal były pełne blasku jednak.. Nie tak bardzo jak kiedy żyła. Złożona w trumnie trzymała w rękach białą różę. Wyglądała bardziej jak porcelanowa lalka.. Niż moja zmarła bratnia dusza. Pogoda w dzień pogrzebu była ponura. Bowiem umarł heden z naszych.
Na cmentarzu zebrało się bardzo dużo ludzi a jeszcze więcej aniołów. Byli oni ubrani w czarne garnitury i mnieli poważne mini. Nie jeden człowiek zgromadzony tam pewnie zastanawiał się kim oni byli. Ja nie stałem ze wszystkimi. Trymałem się na uboczu, na wzgórzu. Czułem że nie jestem godny aby w ten dzień być tam, przy wsystkich.
Ksiądz wygłaszał mowę. Obok mnie pojawił się Archanioł Gabriel.
-Nawet ja odczuwam Eryku tę stratę. Gabriela była moją ulubienicą. Dlatego kazałem tobie być blisko niej.. By cię poznała.
-Zawiodłem Gabrielu. To moja wina.
-Nie Eryku. Nie jest to twoja wina. Takie było jej przeznaczenie. Jednak ono jeszcze się nie spełniło. -powiediał poczym odszedł zostawiając mnie w niewiedzy.

Od Emilie

  Coraz bardziej się niecierpliwiłam. Zbyt wolno to szło a wraz z tym uciekał mi Crowley. Nie wiedziałam nawet z kim pracuje. Podobno jest bardzo silny, jednak nie mogłam czekać. Klaus pchał mnie coraz bardziej do bram piekła. Zaczęło mnie to irytować. Podejrzewałam coś. Nie mogłam już mu ufać... musiałam znaleźć kogoś innego, kto nauczy mnie reszty.
  Zrobiłam prawo jazdy. Z Portland musiałam zapieprzać do Seattle do rodzinnego domu. Nie na potrzebę zobaczenia się z nimi, wpadam tam po Aidena. Pies może być czymś w rodzaju odpowiednika zwierzęcego, czyli drugą mną. Jest nadnaturalny, a to zdarza się bardzo rzadko. Urósł, jak na rok był wielkim owczarkiem, którego mama miała serdecznie dosyć.
-Mam nadzieję, że weźmiesz tego kundla. - parsknęła pracując w kuchni.
-Po to tu przyjechałam. - odparłam. - Gdzie tata?
-W garażu. Siedzi tam codziennie odkąd Gabi zaginęła...
  Nadal myśleli, że jest uprowadzona. Tak im powiedziałam. Nie miałabym serca mówić prawdy w oczy moim rodzicom. Nie mogłabym wtedy wyjechać, tak było prościej. Pies obserwował moje kroki, gdy wyszłam na zewnątrz w stronę garażu poszedł moimi śladami. Gdy stanęłam, zrobił to samo, równo ze mną. Jakby mnie naśladował.
-Tato?
-O, hej kochanie. - szybko zamknął bagażnik.
  Szykował się dokądś.
-Gdzieś wyjeżdżasz?
-Tak... na ryby z Billy'm i Harrym.
-Oh... No to miłego wypoczynku.
-Nie chciałbym zostawiać samej mamy...
-Nie mogę zostać tato. - westchnęłam rozumiejąc, co chce przez to powiedzieć. - Mam do załatwienia masę spraw.
-Wiem, że znalazłaś mój dziennik, Emilie.
  Spuściłam wzrok.
  Podszedł do mnie kładąc dłoń na ramieniu.
-Odkrywasz siebie. Zawsze ukrywałem to przed tobą i mamą, ale wiedziałem, że kiedyś nastąpi dzień, w którym zostaniesz jednym z nas.
-Z nas?
-Zrozumiesz, gdy trochę poćwiczysz...
-Trenuję od kilku miesięcy. Ja... ja to robię bo nie mam wyboru.
-Masz wybór. Możesz mieć normalne życie...
-Jak ty? I patrząc jak giną ludzie? Tato, ściga mnie jakiś psychopata, jestem jakimś nasieniem diabła... i łowcą. Nie wiem kim jestem. I straciłam kogoś... Kogoś bardzo bliskiego... - przegryzłam wargę i od razu gdy poczułam przypływ łez skarciłam się w duchu.
-Kochałaś go, prawda?
  Spojrzałam w oczy taty. Rozumiał mnie tak bardzo...
-Nadal kocham. - zaśmiałam się nerwowo. - Ale straciłam go. Teraz oddaję się temu czemu powinnam.
-Emilie, wiem, że masz obsesję na punkcie zaginięcia Gabi...
-Nie mam obsesj...
-Masz. Spójrz mi w oczy i powiedz, że tak nie jest. Chcesz usilnie ją znaleźć lub pomścić. Nie jestem głupi. Znam cię jak nikt inny. - uśmiechnął się lekko. - Podejrzewam, że ona nie żyje. Ale musimy mówić matce, że jest inaczej. Jednak... kochanie... musisz zrozumieć, że strata siostry i zemsta nie zwrócą ci jej, jeśli ona nie żyje.
-Jeśli nie żyje. A co jeśli jest żywa?
-Czułaś ten ból łamanej więzi. To oznacza...
-Przykro mi tato... ale muszę iść.
-Nie oddawaj się żądzy zemsty. Ryzykujesz. Popełnisz błąd który popełniła Gabi.
-Nic takiego się nie stanie.

  Wyszłam z psem nie żegnając się nawet z mamą. Nie wiem czy ojciec okłamał mnie w sprawie zwykłego wyjazdu na ryby. Myślę, że ma sprawy do załatwienia, i to nie takie zwykłe sprawy.
  Ta rozmowa z ojcem była szczera. Wszystkie uczucia z siebie wyrzuciłam, a teraz musiałam się pilnować. Pierwszy raz od dawna czuję się niezależna, bezpieczna i to sama. Nie muszę biec i prosić kogoś o pomoc. Kupiłam niewielkie mieszkanie w centrum tylko po to, by mieć gdzie spać, gdzie brać prysznic i ewentualnie zjeść. Byłam cały czas na tropach różnych zagadek, legend różnych miast. Wiele już miałam na swoim koncie, a ludzie zaczęli o mnie mówić. Nie tak wprost, po prostu o tajemniczej dziewczynie, która jest tylko przejazdem a gdy znika z miasta przestają dziać się różne dziwne rzeczy związane z danymi legendami.
  Klaus dziwnie się rozpłynął, nie miałam z nim żadnego kontaktu. Teraz miałam tylko Aidena. Dziwne, że jestem aż tak związana z psem. Siedział na tylnym siedzeniu patrząc przez okno. Woziłam go nie bez powodu, był mi potrzebny. Owszem, kochałam go, ale miał dziwny zmysł. Wyczuwał zagrożenie, nadnaturalne istoty.
  Śpiewałam każdą piosenkę która leciała w radiu. Musiałam korzystać z wolnej, luźniej chwili. Wykonując swoje wyznaczone zadania byłam zwykle skupiona ale wyluzowana. Stres przeszkadza, a radzę sobie z nim świetnie.
  Szybko nauczyłam się wielu rzeczy, ale nie byłam dość dobra. Jednak działałam na własną rękę. Mało rzeczy potrafiłam, jednak wolałabym podejmować nauki na bieżąco.
  Aiden zaczął się niepokoić gdy przejeżdżaliśmy obok starego tartaku. Zahamowałam i cofnęłam się do miejsca. Mój pies nigdy bez powodu nie szczeka.
  Zaparkowałam i otworzyłam tylne drzwi by Aiden mógł się rozejrzeć. Wybiegł i wąchając poszedł w stronę drzwi domu. Gdy tam weszłam zobaczyłam Klausa.
  Pies zaczął warczeć, a gdy mój stary znajomy uniósł rękę a Aiden zaczął się wyginać i piszczeć wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam w niego.
-Przestań, albo ci podziurawię łeb.
-Jak zwykle ton masz opanowany i spokojny. Nieźle cię wyuczyłem. Córeczka Lucyferka. - parsknął.
  Aiden przestał cierpieć, stanął obok mnie trochę kulejąc.
-Jeszcze raz dotkniesz mojego psa a zrobię z ciebie sitko.
-Groźnie. - zaśmiał się. - Ale nie po to tu przyszedłem. Opuścisz broń?
  Zrobiłam to, o co prosił.
-To po co?
-Nie mam dojścia do piekła ani do Sama i Deana, a Ty masz.
-Miałam. - przytaknęłam.
-Znów masz mieć, inaczej zabiję albo psa albo twojego tatusia. Wyruszył na samotne polowania... biedaczysko zginie prędzej czy później.
-Co ty pieprzysz?
-Sama przecież nie wierzysz w wytłumaczenie o rybach?
  Ruszyłam do samochodu a pies pobiegł za mną. Wskoczył na tył gdy otworzyłam mu drzwi i sama usiadłam za kierownicą. Klaus w sekundę pojawił się przy mnie.
-Po co potrzebujesz Janse... Deana?
-Stare niedokończone sprawy. To nie sprawa dla twojej pięknej główki.
  Zacisnęłam ręce na kierownicy.
-Sorry, jakoś ci nie ufam.
-A powinnaś. Inaczej...
  Odwróciłam się do niego i przyłożyłam nóż do gardła.
-Wiesz co to za ostrze? Takie, którym cię wypatroszę raz na zawsze, nie wrócisz j...
-Nie możesz mnie zabić słonko.
  Odsunęłam się a Aiden zaczął warczeć ostrzegawczo.
-Ten kundel jest niezły, poważnie. Skąd go masz? Z bram piekieł od tatusia? - roześmiał się.
  Wyjęłam pistolet spod fotela i strzeliłam mu w nogę. Specjalny nabój który sam mi dał.
  Krzyknął zwijając się z bólu, a ja jak gdyby nigdy nic włączyłam muzykę z lat 80-tych, Aiden uspokoił się a ja mogłam spokojnie jechać wysłuchując bluzgów i jęków pełnych bólu. Kierunek dom. Jak na razie. Nie mogłam doprowadzić Klausa do Deana. Nie byłabym gotowa na spotkanie z nim, rozkleiłabym się a nie wolno mi. Jedna z moich solidnych zasad. Poza tym, nie ufam Klausowi. Zrobi im coś złego.

Od Jansen'a

Siedziałem w barze i piłem piwo, byłem sam, obserwowałem jak istoty
nad naturalne przechadzają się pośrud ludzmi a ci nawet o tym nie
mają najmniejszego pojęcia, te dwa światy w jakiś sposób się zasymilowały,
niestety nie jest to dobre połączenie, z czasem ludzi ubywa coraz więcej,
potwory pozwalają sobie na zbyt wiele, owszem istnieją łowcy by tępić
to ścierwo i całkiem nieźle sobie radzą, ale ich też ubywa, nikt nie chce
poświęcić całego życia dla sprawy, bo łowcą nie da się zostać gdy się tego chcę
po ukończeniu studiów czy wychowaniu dzieci, łowcą zostaje się zazwyczaj z wyboru,
odziedzicza się to w rodzinie, to jest ciągła nauka, wrodzone zachowania i instynkty,
które trzeba szlifować lata. A jak się już nim zostanie to nie da się od tego odejść,
tak już jest, kto był w takiej sytuacji to wie. 
Pierwszy raz spotkałem się z sytuacja gdy łowca staje się tym na co się poluje,
pogubiłem się i nie wiem co mam zrobić, może teraz gdy juz panuje nad sobą powinienem
wrócić do zawodu?
Odstawiłem pusta butelke i wyszedłem na zaplecze, brud, smród i stęchlizna, poszedłem
w stronę parkingu gdzie stała impala. Nagle zajechał mi drogę mój własny samochód,
ktoś siedzący w nim zrzucił na mnie łańcuchy a od tyłu ktoś zarzucił mi na głowę torbę,
czy ja właśnie zostałem porwany ? Usłszałem pisk opon mojej maleńskiej, i ukłucie w
ramie, po chwili słyszałem również astyckie zaklęcie egzorcyzmowe.
Poczułem nagłą wściekłość, szepnąłem raz, drugi, trzeci łańcuchami aż  w końcu puściły,
czułem jak błyskawicznie płynie krew w moich żyłach, jak bardzo chcę zabić,
łańcuchem przydusiłem kierowcę, a pasarzera siedzącego koło niego złapałem za kołnierz i wybiłem
jego głową szybę, wszystko to trwało chwilę a na końcu słychać było tylo pisk jak przy zakłóceniach
magnetycznych, gdy ustał zorientowałem się ,że kierowca rozbił moje auto.
Wysiadłem wściekły i otworzyłem drzwi ze strony kierowcy, który był nie przytomny, zarośnięty
a na głowie miał gniazdo, nie włosy. Zapałem go za kłaki i wyrzuciłem z auta, stanąłem nad
nim i własnie chciałem mu rozdeptać głowe gdy wiatr rozdmuchał jego włosy i zrozumiałem ,że
to był Sam... Uklękłam na ziemi i sprawdziłem puls, żył szybko jeszcze spojrzałem na stan pasażera
ale dla niego było już za późno. Wsadziłem Sama do impali na tylnie siedzenie i już byłem w drodzę
do szpitala. ,,Trzymaj się stary" Przed nami został jeszcze ostatni kilometr, ale
coś zwróciło moją uwagę gdy spojrzałem w lusterko tylnie które było skierowane na brata,
jego żyły stawały się czarne a on sam badł w ekspresowym tępie, wtedy zrozumiałem ,że
w szpitau mu nie pomogą zmieniłem trasę na bramę do piekieł.
Wbiegłem z Samem na rękach do komnaty tronowej gdzie Crowley właśnie sprzątał 7 zwłok.
Położyłem brata na stole do rozciągania kończyn bo był najbliżej.
-Musisz mu pomóc
Crowley podszedł powoli do Sama
-Łoś?
-Sam
-Co się stało?
-Wypadek, chciał mnie egzorcyzmować, za wiele nie pamętam.
Crowley odchylił kołnież od kórtki Sama (swojja drogą skąd on ją wytrzasnął, wygladała tak jakby zwinał
ją jakiemuś lumpowi)
-A pamiętasz to ?
Crowley pokazał mi ugryzienie na szyii sama to od tego miejsca wydobywał się czarny kolor, ugryzienie było
też na ramieniu, i teraz też dopiero dostrzegłem ,że był strasznie podrapany, nie krwawił bo czarna
maź zakrzepła.
-Nie, tego nie. Możesz mu pomóc?
-Owszem mogę, ale
-Jakie ale ?
-Jestem królem piekieł to czysty interes. A wiec jak zapewnisz mi ochronę pewną niei tykalność,
-Boisz się czegoś?
-Nie, ale jak ja będę w kiepskim stanie to Sam umrze, to tak na wszelki wielki
-Dobra
Rozejrzałem się po sali przelotnie oglądając ciała.
-A tu co się stało?
-Tępienie słabych jednostek
Crowley pstryknął palcem i ciała zniknęły, Sammy też.
-Daj mi chwilę - i zniknał

Od Emilie

  Z dnia na dzień czułam, że znika cząstka mnie. Byłam z tym sama, ale w te kilka dni zdążyłam nauczyć się strzelać, Klaus wyjaśnił mi jakie naboje do jakich pistoletów, czym w kogo strzelać. Nazw i kombinacji było wiele, a do perfekcyjnego łowcy było mi daleko. Ojciec byłby wściekły, gdyby dowiedział się, że idę w jego ślady. On odszedł z tego gdy poznał mamę. Ona nie wie o tym, że pracował kiedyś w tajnej organizacji... której nadal nazwy nie znam. Klaus mi o niej nie mówi, nawet nie wiem skąd on zna to wszystko. Skąd wie tyle o mnie, o Jansenie i Samie? Dlaczego mi pomaga?
  Brnęłam dalej w to czego mnie uczył, wykonywałam jego zadania, takie najprostsze. Kazał mi polować na wampiry w lesie, to tu było ich najwięcej. A ja powoli zaczynałam wierzyć w to, że znalazłam coś, czym mogę się zająć.
  W głowie słyszałam głos ojca jak powtarza, żebym tego nie robiła, że to błąd. Nie powinnam robić tego co on w przeszłości. Czułam, że to źle. Ale nie mogłam odpuścić. Wyszkolę się na tyle by zabić Crowley'a a potem zatracę się w tej robocie do końca. Wyeliminuje uczucia. Po co mi one gdy jestem łowcą?
-Idzie ci coraz lepiej. - kiwnął głową siedząc na ziemi opierając plecami o drzewo.
  Spojrzał na martwe ciało zmasakrowanego wampira.
-Ale po co tak go poturbowałaś?
-Chciałam się pochwalić kreatywnością. - parsknęłam oburzona.
-Ale się stałaś lodowata, kotku.
  Odwróciłam się i podłożyłam mu do gardła nóż.
-Nie mów tak do mnie, jasne? Bo cię poćwiartuje. Nikt, ale to NIKT nie ma prawa mnie tak nazywać.
-Dobra, słonko. - parsknął, ale gdy rzuciłam w niego nożem wskoczył na drzewo. - Żart!
-Żartów też nie uznaję. Spieszy mi się.
  Poszłam do samochodu Klausa.
-Gdzie twój wóz?
-Zabawne. - mruknęłam niewzruszona. - Zawieź mnie do hali treningowej.
-Znowu boks?
  Zaśmiałam się pod nosem.
-Nie przesadzasz z treningami?
-Mam być w formie. Gdy będę rozwalać łeb tego skurwysyna który zabił mi siostrę też spytasz, czy nie przesadzam?
-Po prostu teraz trochę zaczęłaś... oddawać się temu w zupełności. Masz kontakt z rodzicami?
-Tak. Lepszy niż kiedykolwiek.
-A więc go ogranicz do minimum.
-Dlaczego? To jedyne osoby, które jestem w stanie kochać.
-Niestety, jeśli powiedziałaś teraz, że chcesz oddać się tej pracy to musisz to zrobić w 100%. Przykro mi, ale nic innego ma się nie liczyć.
-Liczy się ich bezpieczeństwo, Klaus.
-Jedziemy. - mruknął wciskając gaz.
  Ciągle miałam podejrzenia co do niego, miałam wrażenie, że mnie wykorzystuje... ale przecież mi pomaga... moje odczucia co do niego były mieszane. Nadal nie dowiedziałam się skąd wie o prawdziwym Jansenie i Samie, kto to Sam? Musiałam się nauczyć wielu rzeczy.

Od Eryka

Całymi godzinami siedziałem w niebie. usiłowałem zrobić coś.. Musiałem coś wymyślić aby.. ją ocalić. Dobijałem się wiec do Archanioła Gabriela. Był w końcu jej biologicznym ojcem!
-Gabrielu.. trzeba coś zrobić.-powiedziałem załamany. 
-Nic nie zdziałamy Eryku. Musisz się pogodzić z tą sytuacją.
-Z tą sytuacja?! Z TĄ SYTUACJĄ?!!! Moja podopieczna nie żyje! Moja bratnia dusza! 
To ostatnie wyrwało mi się.. ale tego akurat nie musiałem ukrywać przed Archaniołem. On to wiedział.. nawet wtedy kiedy ja tego nie wiedziałem. 
-Eryku taki los wybrała. Sama podjęła decyzję o pójściu do piekła i to w dodatku sama. To nie była jej jedyna decyzja.
-O czymś jeszcze nie wiem?
-Eryku zapomnij.
Wściekły wyszedłem trzepiąc drzwiami. Skierowałem się do "rajów". Gabi umarła wiec jej dusza powinna znaleźć się w jej prywatnym raju. Oczywiście wstęp tam nie był akceptowany a wręcz był zakazany. Nie wolno było nam zakłócać spokoju dusz ale musiałem z nią porozmawiać. Dowiedzieć się dlaczego to zrobiła. 
Ominąłem straże... mam w tym praktykę. 
Szedłem teraz białym korytarzem z milionami drzwi. Siłą woli szukałem tych właściwych... Teleportowałem się tam.. jednak ku mojemu zaskoczeniu nie było tam nawet plakietki z imieniem i nazwiskiem mojej Gabi. Otworzyłem drzwi jednak za nimi nic nie zobaczyłem..
-Co jest...
Ktoś mnie wezwał teleportując mnie bo pojawiłem się w niebiańskim ogrodzie. Zobaczyłem Anielice Tamarę.
-Witaj Eryku.
-Co jest Tamaro? 
-Gabriel prosił mnie bym z tobą porozmawiała. Wiemy że przyzwyczaiłeś się do Gabrieli. Polubiłeś ją co nas nie dziwi w końcu w jej żyłach płynie krew podobna do naszej. Ta strata dotknęła Cie lecz nie możesz się poddać, zatracić. jesteś nam potrzebny. 
-Tamaro.. duszy Gabi nie ma w niebie.. Dlaczego?
-Eryku odpuść. 
I wtedy poskładałem wszystko w całość. 




-Nie ma jej i nie będzie. Sprzedała swoją dusze.
-Eryk..
Tamara nie dokończyła bo mnie już tam nie było. Byłem przy wejściu do piekła. Ja się nim dostane z łatwością lecz moja obecność tam osłabi mnie a jak za długo tam będę mogę potem nie odzyskać sił w takim stopniu jak silny jestem teraz. Musiałem zaryzykować. Nic innego się nie liczyło. Wszedłem tam. 
Teraz już ją czułem. Szybko skierowałem się tam gdzie jest jej ciało. Nie było nawet pilnowane. Leżało w ciemnym i wilgotnym lochu. Wziąłem ją na ręce i skierowałem się do wyjścia. Czułem że trace siły. Nie natknąłem się nawet na żadnego demona. Co było dziwne. 
Wyniosłem ją z piekła. Akurat wschodziło słońce. Wtedy ją zobaczyłem. Była blada jak kartka papieru. Oczy miała zamknięte. Zaschnięta krew kontrastowała z jej blado trupią cerą.
-Gabi dlaczego..

Od Emilie

  Odsypiałam ciężką pracę w domu, rodzice wyjechali na dwa tygodnie, jakby... drugi miesiąc miodowy. Między nimi zaczęło być źle, głównie z winy mamy. Ona była zazdrośnicą, podejrzewała go o zdradę gdy tylko widziała przy nim kobiety. Nawet pacjentki były podejrzane o romans.
  A więc zostałam w domu sama zupełnie zamartwiając się swoją wciąż milczącą siostrą. Gdy smacznie sobie spałam poczułam ból w brzuchu, palenie w gardle, dziwne uczucie strachu a potem jakby ktoś odebrał mi coś, a raczej kogoś.
  To uczucie może być tylko związane z jedną osobą.
  Coś się stało Gabi.
  Nigdy nie czułam czegoś takiego. Zawsze to co działo się Gabi było słabiej odczuwane. Gdy ten ból nasila się bardziej to oznacza coś bardzo złego. Znów się w coś wpakowała.
  Siedziałam na łóżku wpatrując się w jeden punkt. Krzyczałam, płakałam, byłam zrozpaczona. Kiedy się uspokoiłam, zaczęłam myśleć co zrobić by ją odnaleźć.
  Pobiegłam do pokoju rodziców w poszukiwaniu swojego telefonu. Może gdy go znajdę i zadzwonię odbierze i wszystko mi powie. Powie mi gdzie jest, jak jej pomóc...
  Miałam ochotę się zatłuc z myślą, że tak naprawdę nie mogę pomóc jej na tyle ile bym mogła. Jestem tylko człowiekiem, co ja mogę zrobić by jej pomóc? Nic.
  Przypadkowo w rzeczach ojca znalazłam głęboko zakopany w jakiś dokumentach stary dziennik i skórzanej ciemnej oprawie. Był wypchany kartkami i wydawało się, że zaraz eksploduje. Przekartkowałam go szybko szukając czegoś wartościowego, ale znalazłam tylko jakie dziwaczne znaki i pentagramy.
  Mój ojciec, dentysta, ułożony, cichy tatuś okazuje się satanistą, czy czymś w tym rodzaju? Gdy poświęciłam chwilę pierwszym stronom dziennika dowiedziałam się, że ojciec należał do tajnej organizacji. Nie podał nazwy. Może dla jej bezpieczeństwa? By nikt nie dowiedział się czym ona się zajmowała?
  W dalszych stronach przeczytałam, że był łowcą. Nie byle jakim... polował na nadnaturalne istoty. Urodził się taki, od małego jego ojciec szkolił go na doskonałego i silnego przeciwnika dla potworów.
  Przypomniałam sobie o Klausie. Był dziwny, a jeśli wiedział o prawdziwym ''ja'' Jansena to musi mieć pojęcie o tej organizacji. Jeśli jest czymś nadnaturalnym to pewnie zna mojego ojca. Albo chociaż o nim słyszał. Przed poszukiwaniem siostry mogłabym się czegoś nauczyć, ale to za długo potrwa. Muszę mieć kogoś kto pomoże mi ją odnaleźć a w razie niebezpieczeństwa będzie w stanie mnie obronić.
  Tylko jak go znaleźć...?

  Popytałam Nathalie i jej znajomych o Klausa. Mieszkał na uboczu Seattle, nie trudno było zauważyć wielki, bogaty dom. Otworzyła mi jakaś dziewczyna, powiedziała, że jest w lesie. Była bardzo młoda, czyżby Klaus posiadał córkę?
  Stał do mnie plecami. Jednak wiedział, że przyszłam.
-Emilie. Co cię do mnie sprowadza?
  Wyjęłam ze swojego czarnego skórzanego plecaka dziennik ojca. Rzuciłam mu gdy się odwracał. Otworzył go, przekartkował i uśmiechnął się tajemniczo.
-A więc jesteś łowcą?
-Nie. Mój ojciec nim jest... a raczej był.
-Dzieci łowcy dziedziczą cechy i moce. Musisz być jedną z nich.
-Mam siostrę bliźniaczkę. Musiała ona wszystko odziedziczyć bo jest i aniołem i łowcą.
-A więc czego ode mnie chcesz, skoro siostra jest tak silna?
-Zaginęła.
  Zdawało mi się, że usłyszałam ''dzięki Bogu''. Jednak puściłam to w niepamięć, nie chciałam łapać go za słówka. Pragnęłam odnaleźć siostrę.
-Czym jesteś?
-Przejdziemy do tego, czego chcesz czy będziesz dociekać do mojej rasy?
  Westchnęłam ciężko i zacisnęłam dłonie.
  Czemu wszyscy mają problem z wyznaniem kim są?
-Ale nie jesteś człowiekiem?
-Nie. - mrugnął do mnie. - Zgaduję, że mam robić dla ciebie za obstawę.
  Kiwnęłam głową.
-Zgoda. - wzruszył ramionami.
-A więc do dzieła. - ruszyłam w stronę jego domu.
-A ty dokąd?
-Masz prawo jazdy? To jedziemy do pierwszego tropu na Gabi.

  Rozmawiałam z Erykiem. Trudno było mi uzyskać od niego informacje ale gdy przypomniałam mu Gabi i to, że chcę jej pomóc a on nie może... wszystko mi powiedział.
-Jest w piekle. Nie masz po co tam iść. Ona nie żyje...
-Nie wierzę w to. Ona żyje.
-Nie żyje! - krzyknął i stłukł lustro.
  Klaus przypatrywał się nam i uspokoił chłopaka.
-Nie mam czasu Eryk. Przykro mi, ale potrzebuję dokładnej informacji gdzie są wrota do piekła albo chociaż... nie wiem... jakiś portal?
-W Portland jest jeden, na magazynach.
  Byłam tam kiedyś wraz z Jansenem. On wszedł a ja czekałam na niego przed budynkiem. Ale kiedy tam weszłam nic nie widziałam a Jansen zniknął.
  Zaczęłam snuć podejrzenia wobec niego, lecz starałam się wrócić myślami do siostry. Wyszłam wraz z Klausem i od razu, bez zbędnego gadania pojechaliśmy do Portland na magazyny.
  Mój kierowca znał ku mojemu zaskoczeniu trasę, nawet wiedział jak wejść do piekła. Jednak wątpił, że wrota otworzą się wtedy kiedy wypowie ''te'' słowa, bądź gdy jego noga stanie przez próg magazynu.
-Poczekaj tu. - nakazał, a ja siedziałam jak na szpilkach.
  -Nie mogłam uwierzyć, że moja siostra mogłaby być martwa. Co ja wtedy zrobię? Gdy zobaczę ją bez życia... mogę osłabnąć i stracić tą drugą połówkę. Tą ważniejszą, rozsądniejszą. Jak ona mogła iść sama w takie miejsce? I po co?
  Klaus wrócił do samochodu.
-Nie działa. Piekło teraz jest zamknięte. Nie wejdziemy, a przynajmniej nie teraz. Musisz znaleźć kogoś, kto cię tam wpuści.
-Mam się zaprzyjaźnić z demonami? - parsknęłam i spojrzałam przez szybę. - Kto jest przywódcą piekła?
-Crowley...
-A więc go zabiję. - szepnęłam do siebie. - I nie spocznę, dopóki nie pomszczę siostry. Nic mnie nie powstrzyma.

niedziela, 29 maja 2016

Od Emilie

  Minęło kilka dni, nie odzywałam się do Jansena. Wprawdzie zgubiłam gdzieś telefon i nie mogłabym nawet zadzwonić... ale może to i lepiej? Chociaż w dalszym ciągu za nim tęsknię. Dalej mam nadzieję, że przyjdzie. Ale jedyne co teraz potrafiłam robić to siedzieć w domu i obżerając się popcornem przy wieczornych seansach filmowych.
  Leżałam na kanapie wraz z Nati i Amy. Ta pierwsza, świeżo po ślubie przesiaduje u mnie, ponieważ jej męża nie ma ciągle w domu, całkowicie oddaje się pracy. A Amy... to singielka, zapalona imprezowiczka, seksoholiczka, pracuje w biurze redakcji jakiegoś bogatego kolesia. Co wieczór bywa w tym samym barze podrywając kolesiów, z którymi sypia... ale zwykle nic nie pamięta.
-Dziś idziemy się nawalić. - oświadczyła turlając się z kanapy.
-Ja nie mogę. - westchnęła Nathalie. - Po sześciu drinkach jestem nieźle wkręcona... Poza tym mam męża...
-Dlatego idź do diabła za to, że popełniłaś największy błąd życia. - odparła Amy. - A ty, malutka blondyneczko?
-Ja...
-Nie czekaj na niego, bo się zestarzejesz. - parsknęła. - Idziemy się nawalić, jedna i druga. Słuchajcie się cioci dobrej rady a wyjdziecie na dobre.
-Miałaś na myśli... wylądujecie z losowym kolesiem w łóżku? - mruknęła znudzona Nati. - Ja mam męża! Nie mogę...
-A ty Em? Twój limit drinków?
-Dwa... i pół.
-No to amatorszczyzna aż piszczy. - machnęła ręką. - Mam w dupie wasze zdanie, do cholery. Idziemy dziś wieczorem się nastukać.
-Ale nic nie pije. - zaznaczyłam.
-Przecież o to chodzi, żeby się nawalić. - Amy opadły ręce.
-Ja...
-Myślisz, że on nie przeleci żadnej na imprezie? Kurde! Patrz na siebie! Wpieprzasz popcorn z nadzieją, że stanie pod drzwiami! Może jeszcze zaczniesz oglądać codziennie Dziennik Bridget Jones? Nie jesteś z nim w żadnym związku ani chorym układzie, więc jak się prześpisz dla odreagowania z barmanem to nic nie szkodzi.
-Barmanem?
-Wszystko wam objaśnię na miejscu drogie panie.

  No i stało się. Pojawiłyśmy się w legendarnym miejscu Amy. To tutaj zaliczyła połowę kolesi zupełnie nawalona. Jej limit drinków to dwadzieścia sześć, jak dobrze pamiętam. Wskazała palcem na przystojnego, wysokiego barmana.
-Jeśli chcesz się zabawić bez zobowiązań to lecisz do tego pana. Ale pamiętaj... Twój limit to dwa i pół, jego to około trzydziestu. Załóżmy, że jest mistrzem w mocnej głowie, ale po tej trzydziestce urywa mu się film. Czyli... trzydzieści dwa i pół drinka i jesteście w łóżku, czysta matematyka.
-Co...?
-Idziemy pić a potem niech się dzieje wola nieba. - poprowadziła nas do baru.
-Hej Amy. - mrugnął do niej barman.
-Dla tej pani - wskazała na mnie - trzy razy coś mocnego, no i najdroższego. A dla niej... - wskazała na Nati. - piwo.
-Żartujesz? - parsknęła.
-Chyba, że chcesz tyle co Em, wtedy jesteśmy w dupie. Ja was pijanych ciągała nie będę, bo pewnie nie spotkamy się rano.
-Dobra, niech będzie.

  Po jakimś czasie przesadziłam z drinkami, wypiłam około dziesięć. Tańczyłyśmy na pełnym parkiecie. Amy pchnęła mnie w ramiona barmana, który najwyraźniej zmienił się z kimś. Pocałował mnie, a ja jakoś nie za bardzo stawiałam oporu. Oderwałam się od niego.
-Przepraszam... - zaśmiałam się. - Nie powinnam tego robić.
-A jesteś wolna?
-No...
-No to w czym problem? - pocałował mnie.

  Obudziłam się z mocnym kacem i piekielnym bólem głowy. Leżałam w łóżku rodziców, po drugiej stronie pościeli wyczułam męski zapach perfum wymieszany z alkoholem. Zbiegłam po schodach prawie się zabijając, w kuchni zobaczyłam jakiegoś kolesia w samych gaciach, właśnie smażył naleśniki.
-Kim ty jesteś? - spytałam zaszokowana.
  Odwrócił się.
-To chyba nie z tobą spałem...
  Z krzykiem do kuchni wbiegła Amy, chwyciła nóż.
-Obronię cię Emilie! Co robisz w mojej kuchni w samych gaciach?! Odpowiadaj ale bez żadnych sztuczek!
-Po pierwsze... mogłabyś odłożyć nóż...? Robię ci śniadanie!
-Nie jem śniadań!
-A poza tym... to moje mieszkanie...
-No... rzeczywiście, nie wygląda jak moje... - pokiwała głową i odłożyła nóż. - To z tobą spałam!
-Najwyraźniej.
-Idziemy stąd... - powiedziałam zdenerwowana i wyszłam ubrana z Amy.

  Koleś najwyraźniej chciał odprowadzić przyjaciółkę, więc poszłam kawałek od nich sama powoli dochodząc do siebie. Nie wiedziałam, czy spałam z kimś czy nie... zresztą... chyba mogę, skoro po pierwsze byłam nawalona, a po drugie... jestem singlem, do cholery.
  Odwróciłam się i zobaczyłam jak Amy i ten koleś się żegnają.
  Spojrzała się na mnie i uśmiech zniknął jej z twarzy. Pognała do mieszkania a ja poszłam za nią.
-Co jest? - spytałam.
-Czy faceci nie wiedzą co to znaczy seks na jedną noc? Kurwa, to chyba jedna z największych plusów bycia singlem.
-Chyba największy minus spać z wieloma facetami co noc, nie?
-Dla mnie to ogromny plus. Poza tym, spałaś z Tomem?
-A więc tak ma na imię barman... - uniosłam brwi.
-Fajniusio, nawet nie znałaś jego imienia. - zaśmiała się.
-W zasadzie mało mnie on obchodzi... Chcę znaleźć telefon...
-Nie zadzwonisz do tego pieprzonego faceta do jasnej cholery!
-Nawet go nie znasz!
-Powiedz imię, może skojarzę przez mgliste wspomnienia pełne seksu i alkoholu.
-Jansen Ackles.
-Nie gadaj! Poważnie?!
-Co? Znasz go?
-Chyba największy podrywacz w mieście. - zaśmiała się. - Zły wybór. Ile go nie widziałaś?
-Pięć dni...
-No to przez te pięć dni i noce przespał się z tyloma dziewczynami ile ja w ciągu roku z losowymi facetami.
-Przestań...
-Taki on jest. Poza tym, przedstawia się każdej innym imieniem. Przypadek? Dziewczyno, odpuść. Przyjaźnimy się. Ostrzegam Cię przed związkami i takimi typami! Nie znam typa, nawet nic między nami nie doszło... a nie... czekaj...
-Poważnie mówisz czy sobie jaja robisz? - opadły mi ręce.
-Chyba spaliśmy... i chyba wtedy nie byłam aż tak nawalona. Spałaś z nim chociaż?
-Amy!
-Dobra,dobra! - zaśmiała się. - Ale fakt faktem, w łóżku jest po prostu zajebis...
-Kończysz czy mam wyjść?
-Dobra mała, już... skończyłam. Po prostu odpuść. Słuchaj, po prostu wyluzuj.
  Spojrzałam na zegarek.
-Mamy pracę za... o cholera... dwadzieścia minut. A wyglądamy jak po ostrej kilkudniowej imprezie...
-Pozwól, że mama nauczy cię jak w dziesięć zrobić się na boginię.

  Poszłyśmy do jakiegoś faceta, do sklepu który miał w nim wszystko. Amy uśmiechnęła się do niego i poprosiła o to samo co zwykle. Nie wiedziałam co wyjmie, ale jak zobaczyłam butelkę od soku dla dzieci od razu wyśmiałam przyjaciółkę.
-To sok dla dzieci...
-A widzisz to co jest w tej torebce? - wskazała na małą przeźroczystą torebeczkę na blacie. -To wciągasz przez nos.
-Co? Powaliło cię... Ja tego nie wezmę.
-Inaczej spóźnisz się do roboty! Kurde, dziewczyno, ja to biorę i zobacz jaka jestem zajebista. Bierzesz albo tracisz czas na marudzenie.
-Dobra, dobra.

  Następnie poszłyśmy do fryzjera, potem szybko do jej kawalerki i jak nowe zjawiłyśmy się w redakcji.
-I widzisz? Zdążyłyśmy! - opadła na krzesło.
  Szedł nasz szef. Zmierzył wzrokiem Amy i kiwnął palcem, gdzieś się spieszył.
-Trzy godziny spóźnienia Amy.
  Spojrzała się na mnie gdy szef zniknął za drzwiami gabinetu.
-No, prawie. - uśmiechnęła się do mnie.
  Opadłam na krzesło przewracając oczami.

Od Gabi

Rozglądałam się. Mrok.. Ciemne korytarze oświetlone gdzie niegdzie pochodniami. Nie do końca tak wyobrażałam sobie to mniejsce.
Ruszyłam korytarzem. Czułam że to nie miejsce dla mnie.. Nie miejsce dla istoty w której płynie krew anioła. Czułam wewnętrzny ból który chciał sprawić abym opuściła to miejsce. Jednak nie mogłam tego zrobić. Byłam gotowa ukończyć swoją misje. Byłam przygotowana. Miałam przy sobie dwa noże które zgładziły by demona, wode święconą oraz pistolet zawierający naboje z pułapkami na demony. Postrzelony takim nabojem demon nie umrze lecz nie będzie mógł poryszać ciałem oraz nie będzie mógł go opuścić. Kiedy dotarłam do końca korytarza słyszałam już wyraźnie zawodzenie potępionych. Niektórzy chcieli dostać się do mojego umysłu, przełamać go, zawładnąć nim. Jednak byłam silna i nie udawało im się to. Słyszałam głosy które przypominały głosy moich bliskich. W ten sposób to miejsce chciało mnie przełamać.. Nie poddawałam się. Nie poddałam się nawet wtedy kiedy usłyszałam głos mojej siostry wołający o pomoc. Wiedziałam że to pułapka. Moja siostra była bezpieczna na górze. Nie była tu, nie wołała o pomoc.
Po chwili głosy ucichły. Zrozumiały najwyraźniej że nie dadzą mi rady.
Otworzyłam drzwi znajdujące się na korytarzu. Weszłam do dużej komnaty. Od razu dostrzegłam trzy demony rozmawiające pod ścianą. Kiedy weszłam ich rozmowa ucichła i teraz patrzyły się na mnie. Strzeliłam do nich. Upadły nieruchome na posadzkę. Wtedy z jakiś drzwi wyszły kolejne dwa które także dostały po kulce. Jeden kolejny demon pojawił się przedemną i wtedy wbiłam w niego nóż zabijając go. Sześć demonów z głowy.
Odwróciłam się akurat kiedy cel mojej eskapady wyłonił się pare metrów za mną. Strzeliłam do niwgo lecz uniknął strzału. Za drugim razem łuska raniła go w skórę na ramieniu. Był zaskoczony. Trzeci raz nabój przeszedł mu na wylot przez ucho ale kolejnego razu na strzelenie nie miałam okazji bo Crowley pojawił się przede mną i wytrącił mi broń. Odepchnął mnie.
Przeleciałam przez całe pomieszczenie a na końcu walnęłam z hukiem w ścianę. Aż zaparło mi dech w piersiach i przez krótką chwilę nie mogłam oddychać. Jednak szybko wstałam i rzuciłam w niego z całej siły nożem. Złapał go tuż przy swojej klatce piersiowej jednak ustrze zdążyło mu rozerwać koszulę. Odrzucił we mnie norzem jednak nie zdążyłam uniknąć go. Wbił mi się aż po samą rączke w brzuch. Wypuściłam z jękiem powietrze upadając na kolana. Mogłabym wyjąść ostrze lecz to by oznaczało że się wykrwawie.
Zaczęłam wymawiać modlitwe na unicestwienie. Crowley poczuł jej siłę jednak słabła ona razem ze mną. Rana bowiem bardzo bolała.
Crowley chwiejąc się podszedł do mnie i wyciągnął mi sztylet. Przerwałam modlitwe krzykiem. Krew trysnęła.
-Za kogo się masz myślac że dasz mi radę.
Patrzyłam się na niego trzymając obie ręce na ranie na brzuchu i usiłując zatanować nimi krwotok.
-Jestem córką tych co są nad tobą. Jestem Gabriela, córka Archanioła. Ja polegne lecz na moim miejscu pojawią się inni. Będą to bowiem liczne zastępy a moja ofiara nie pójdzie na marne.-powiedziałam to sama nie wiem dla czego.. Tak jakby ktoś to mówił za pomocą mnie, to nie były moje słowa ale czułam że są one dobre, prawdziwe i słyszne.
Crowley zaśmiał się kpiąco. Wyjął z kieszeni jakiś strebrny sztylet.. Okrągły, ostro zakończony. Wbił go we mnie a ja poczułam ostry ból.
Był to bowiem sztylet który zabijał anioły a że we mnie płyneła anielska krew to niósł i dla mnie śmierć.
Krzyknęłam a ze mnie wyłoniło się bardzo jasne światło parząc niczym woda święcona mojego oprawcę..
Upadłam na posadzkę z głuchym hukiem nie czując już kompletnie nic.. Tylko błogi spokój..

***Od Eryka***
Byłem w siedzibie aniołów czekając na spotkanie z ojcem Gabi. Nie raz prosiła mnie bym załatwił jej spotkanie z archaniołem Gabriellem a teraz wreszcie praktycznie mi się to udało. Chciałem jej sprawić radość a wiedziałem że jej rozmowa z prawdziwym ojecem.. Tą bowiem emocje u niej wywoła.
-Witaj Eryku.-powiedział Gabriel.
-Witaaa..
Krzyknąłem upadając na posadzkę. Wiedziałem już że stało się najgorsze. Byłem powiązany z Gabi więziom jako że byłem jej anielskim opiekunem..
-Eryku?-nachylił się nade mną ojciec Gabi.
-Nieeee...-krzyczałem.
Próbowałem się przenieśc do Gabi lecz nie mogłem. Była w niedostępnym mi miejscu. Nie mogłem jej pomóc.. Było już za późno.

Od Emilie

  Po raz kolejny widziałam, jak jakaś dziewczyna stoi obok Jansena, podrywała go. Nie widziałam, żeby on miał coś przeciwko. Ze złośliwym uśmieszkiem odłożyłam kieliszek wina i podeszłam do wysokiego, przystojnego faceta stojącego niedaleko. Odszedł od jakiejś grupy i wtedy wkroczyłam do akcji.
  Obserwował mnie, gdy odeszli jego towarzysze patrzył na mnie tak... tak inaczej. I wiedziałam, że nawet nie muszę się starać. Spojrzałam na niego. Wtedy był w stanie do mnie podejść.
-Bez osoby towarzyszącej? - spytał z uśmiechem.
-Osoba towarzysząca jest tylko przyjacielem, bawi się z inną. - odparłam z uśmiechem.
-A więc chyba nam nie przeszkodzi? - uniósł brwi.
  Był bardzo pewny. Bardzo pewny tego, że jestem w stanie z nim zrobić to, co sobie zażyczy. Nie sądziłam, że taki jest. Wygląda na bardziej ułożonego, a okazuje się niezłym podrywaczem. Patrzył mi w oczy gdy wypowiadał każde słowo, było to dziwne, jakby znał mnie od dawna. Wiedział jaki ruch wykonam, co powiem. Na każde moje słowo okazał się mieć gotową odpowiedź. Byłam nim zaskoczona, ale nadal myślami byłam przy Jansenie. Jeszcze wzbudzę w nim zazdrość, jeśli zależy mu na mnie w jakiś sposób. Jeśli jestem dla niego jak siostra - przerwie rozmowę. Jeśli coś więcej - zrobi dokładnie to samo.
-Jesteś... bardzo interesujący. - spojrzałam mu w oczy.
  Kątem oka widziałam spojrzenie Jansena. Nie obchodziła go już piękna, wysoka brunetka stojąca przed nim. Obserwował co chwilę mnie, moje ruchy.
-Tak uważasz? - uśmiechnął się zawadiacko. - Może wina?
-Chętnie. - mrugnęłam do niego i podeszłam z nim do stolika.
  Nalewał czerwone wino a ja czułam spojrzenie Jansena na sobie. Przegryzłam wargę, nie spuszczając jednak wzroku z mężczyzny który nalewał wina.
-Jestem Klaus - podał mi kieliszek.
-A ja...
-Emilie.
  Zaskoczyło mnie to, że znał moje imię. Jednak nie zastanawiałam się nad tym, może usłyszał od kogoś kim jestem. Jestem tu znana, w tym mieście znają się wszyscy.Ale on był nowy.
-Dziwi cię pewnie, skąd znam twoje imię.
-Nati Ci powiedziała, tak? - uśmiechnęłam się.
-Można tak powiedzieć. - odparł z tajemniczym uśmiechem.
-Musimy się kiedyś spotkać.
-Jasne, czemu nie. - przegryzłam wargę.
  Obserwował to Klaus, patrzył na to tak, jakbym od niego chciała, by mnie pocałował. Jednak nie miałam tego na celu. Ten ruch wykonywałam zawsze gdy chciałam by zrobił to Jansen. Teraz jednak chodziło o zwykłą zazdrość.
-Bo chyba jesteś całkowicie wolna? - spytał dla pewności, choć odniosłam wrażenie, że gdybym nawet była zajęta nie wahałby się przed niczym.
-W zasadzie... jestem jak najbardziej wolna. - stwierdziłam.
-Tylko mam jedno pytanie, możemy zamienić słowo na osobności? - spytał tajemniczo.
  Powinna zapalić mi się czerwona lampka. Powinnam pomyśleć, że chodzi mu o coś więcej i nawet wie, że słyszy tą rozmowę Jansen. Wyszliśmy na taras. Przestałam się czegokolwiek obawiać. Byłam wyluzowana. Jeśli jest czymś, nie człowiekiem, to na pewno czuje, że się stresuję czy boję. A z nagłym wyluzowaniem nie miałam problemu.
-Co cię łączy z Deanem Winchesterem?
-Proszę? - zdziwiłam się. - Nie znam nikogo takiego...
-Mieszkasz z nim.
-To Jansen...
-No tak, zapomniałem, że zmienia imiona wraz z miastami.
-Co to ma znaczyć? Nie rozumiem...
-Co cię z nim łączy?
-Przyjaźnimy się.
-Ale wzięłaś go tu.
-A dlaczego by nie?
-Znasz Sama Winchestera?
-Nie... dlaczego mnie o to wypytujesz?
-To tyle ile chciałem wiedzieć... dzięki ślicznotko.
  Nachylił się i pocałował mnie w policzek. Stałam jak kamień, zastanawiałam się nad każdym słowem jakie wypowiedział.
  Gdy odszedł, a raczej nagle zniknął, rozpłynął się w powietrzu... zjawił się Jansen. Patrzył na mnie tak, jakby miał zaraz coś rozsadzić. Starał się zachowywać naturalnie, ale widziałam jego prawdziwe odczucia.
-Fajny koleś.
-Jansen...
-Kto to? Znasz go w ogóle?
-Posłuchaj... - odwróciłam się w jego stronę.
-Pocałował cię. W policzek. Lecisz ze mną w ch...
-Posłuchaj mnie, proszę...
-Może po prostu on ci się podoba, co? Nie no, nawet spoko. Kiedy ślub? - zażartował.
-Dlaczego on nazwał cię Dean. - wyrwało mi się.
  Nie patrzyłam na niego. Miałam dość kłamstw.
-Ile razy jeszcze mnie okłamiesz? Ile razy dowiem się od innych osób twoich licznych imion? Może powiesz mi, że ściga cię policja po całym stanie? Czemu zmieniasz miasta? Czemu do cholery musisz mnie okłamywać?
-A... Yyy... czemu odwalasz scenę z nim? Wzbudzasz ze mnie zazdrość? - zmienił temat i nerwowo się zaśmiał.
-Nie mam już sił na wzbudzanie zazdrości u kogoś, kto mnie non stop okłamuje.
  Odeszłam od niego i skierowałam się w stronę wyjścia. Chwyciłam telefon po taksówkę.
-Gdzie idziesz? Poczekaj... wyjaśnię to...
-Nie chcę żadnych wyjaśnień. Znów to zrobisz. Znów mnie okłamiesz. Wiesz co? Wróć kiedy przestaniesz to robić. Chociaż... już lepiej sobie mnie odpuść. Skoro sprzedajesz mi tanie kłamstwa to na sto procent znajdziesz sobie milion dziewczyn na każda noc którą nie będzie obchodziło to, czy kłamiesz czy mówisz prawdę.
-O co ci chodzi? Emilie... ja naprawdę wyjaśnię...
  Podjechała taksówka. Nawet na niego nie spojrzałam.
-Wróć kiedy będziesz w stanie powiedzieć mi jak masz na imię naprawdę i kto to był ten z którym rozmawiałam. A, no i pytał o jakiegoś Sama... o nim pewnie też mi nie powiesz albo zmyślisz coś. Załatw co masz do załatwienia. Wtedy pomyślę, czy cię nie zamordować za wszystkie kłamstwa. - wsiadłam do taksówki i pojechałam do domu rodziców.
  Tam znalazłam schronienie.

  Minął dzień. Wyłączyłam telefon odkąd wyszłam z tamtej taksówki. Siedziałam w domu oglądając mecze koszykówki z ojcem, a mama pracowała. Tata miał wolne, więc siedział ze mną i oglądał beznadziejne komedie, potem filmy romantyczne, których obydwoje nie znosiliśmy po obrzydliwe i krwawe horrory, na których widok aż malował mi się delikatny uśmiech. Jednak cały czas myślałam o kłamstwach Jansena... Deana... czy jak mu tam na imię. Byłam wściekła. Ojciec za niedługo wychodził do pracy do dwudziestej, a mama była nadal w robocie i wróci dopiero w nocy. Z racji tego, że było już popołudnie zaczęłam się sama nudzić. Położyłam się na kanapie do góry nogami i obserwowałam telewizor w którym jakaś para zaczęła się kłócić przy wybieraniu psa.
  Zamknęłam oczy a po chwili mnie olśniło. Zeszłam, a raczej spadłam z kanapy wylewając przy tym zimną, niedopitą herbatę taty i w podskokach dopadłam laptopa taty. Wpisałam w Google psy na sprzedaż i wybrałam czarnego owczarka niemieckiego. Miał osiem miesięcy. Zadzwoniłam do Nati i poprosiłam o podwózkę do miasteczka Filton. Gdy usłyszała o kupnie psa od razu przyjechała. Miała fioła na punkcie psów. Szybko zapłaciłam i wróciłam do domu, matka mnie zabije. A ojciec udusi ze szczęścia, zawsze chciał mieć psa. A ja będę miała do kogo gadać gdy rodzice wyjdą i zostawią mnie samą w domu. Ze stacjonarnego dzwoniłam do Gabi, ale nie odbierała. Drugi dzień nie dawała znaku życia.
  Zostałam sama z Nathalią, pies chodził po całym domu, trochę bałam się o panele, ale siedząc z Nathalie na kanapie nie chciało mi się nakrywać panele gazetami. Wypuściłam psa na zewnątrz, a raczej starałam się to zrobić. Nie chciał. Aiden, bo tak nazwano mojego psa, był bardzo nadpobudliwy. Nathalie stwierdziła ADHD, biegał i wszędzie sprawdzał pokoje w domu, a rodzice mieli ich aż sześć. To spory dom, a Aiden na pewno się tu szybko nie zadomowi. Niedługo wydam kolejne tysiące na dom, bo planuję go kupić. Dość mieszkania w hotelach.

piątek, 27 maja 2016

Od Emilie

  Siedziałam w fotelu rozmawiając ze starą znajomą z redakcji. Nie wiem skąd miała mój nowy numer... jednak zadzwoniła. Kiedyś byłam z nią blisko, ale odkąd weszłam do dziwnego świata nadnaturalnego wolałam już z nikim się nie zadawać, urwać kontakty. Gdy rodzice mnie wywalili z domu bojąc się o siebie i o życie siostry już w ogóle straciłam wiarę w to, że oni mi wybaczą.
  Jansen wkurzony usiadł naprzeciwko mnie, a Gabi szybko wyszła, jakby oparzona. Dziwnie się zachowywała. Rozłączyłam się i wyczułam coś znajomego, jakby... rosnącą adrenalinę, podekscytowanie i lekki strach. Nie czułam się tak, jakbym ja to odczuwała... musiała to być moja siostra.
-Gdzie Gabi? - spytał Jansen biorąc z blatu piwo.
-Nie wiem. - odparłam zastanawiając się, co ona znowu wymyśliła.
-To co się dzieje?
  Spojrzałam na niego i pokręciłam głową.
-Ona coś kombinuje.
-Kto? Twoja siostrzyczka? Jest aniołem, da sobie radę.
  Przekrzywiłam głowę zirytowana.
-Po prostu się martwię.
-Jak zawsze. A czy ona się o ciebie martwiła ostatnimi czasy? Kto ci ratował tyłek? Ja? Czy kochająca troskliwa siostrzyczka? Daruj sobie, ona ma swoje sprawy i jeśli ci o nich nie mówi, to chyba nie chce żebyś brała udział w czymkolwiek.
-Możliwe. - mruknęłam.
  Wstałam i ubrałam kurtkę.
-Gdzie ty idziesz?
-Muszę coś załatwić...
-Znowu cię coś porwie?
-Nie. Nie tym razem.
-Podwieźć cię?
-Nie.
  Zadzwoniłam po taksówkę. Pojechałam do domu rodziców. Mama na początku, gdy mnie zobaczyła, nie chciała mi otwierać szerzej drzwi, ale po chwili rzuciła się na mnie i przytuliła mocno. Ojciec właśnie wrócił z pracy. W domu panował porządek, każdy kawałek podłogi lśnił czystością, każdy kawałek domu był w idealnym porządku. Mama właśnie podpisywała jakąś umowę z nowym pracodawcą, musiała znów zacząć grać w filmach. Cieszyłam się, jej osiągi były dość znaczące, a gdy przestała grać z mojego powodu było mi jej szkoda.
-Co cię tu sprowadza?
-Stęskniłam się. - mruknęłam. - Gdy wyrzuciłaś mnie z domu pomyślałam, że nigdy nie odważę się tu przyjść... tyle wam wyrządziłam przykrości... ale jestem już... normalna, jestem człowiekiem. Musicie mi uwierzyć. Przepraszam was.
  Spojrzałam się na mamę i tatę.
  -To nasza wina. Nie powinniśmy byli cię wyrzucać. Jesteś naszą córką.
-Ale Gabi jest ważniejsza ze względu na to kim jest. - dokończyłam za matkę. - Rozumiem to. Po prostu chciałam się pogodzić.
  Mama przytuliła mnie.
  Zawsze lepiej dogadywało mi się z ojcem, z matką gorzej. Nigdy mnie nie rozumiała, z Gabi było na odwrót. Mama trzymała jej stronę a moją tata. Był strasznie wyluzowany, mam z nim najlepsze wspomnienia. Jak w wieku dwunastu lat poprosiłam go o łyk piwa, chciałam posmakować, a on dał mi całe. Może to nie w porządku w tym kraju, ale gdy mieszkaliśmy przez jakiś okres w Bułgarii, tam było to normalne, że dzieciom raz na miesiąc czy coś w tym stylu, dawało się trochę piwa. Mama nie ważne jaka była kultura i jakie przekonania - nigdy nie pozwalała MI na nic. Gabi na wszystko. A ojciec jej na nic nie pozwalał, mnie na wszystko.
-Zostajesz z nami?
-Nie... mieszkam w mieście. W hotelu.
-Jak to w hotelu? - oburzyła się mama.
-Nie miałam po co wydawać pieniędzy na mieszkanie skoro z niego mało korzystałam.
-Co to znaczy, że mało korzystałaś?
-Po prostu jedyne co to tam spałam, mało bywałam w mieszkaniu... ehm... dużo pracowałam.
-W redakcji?
-Tak. - odparłam szybko.
  Dostałam telefon od Nathalie, stara znajoma która dzwoniła do mnie wcześniej.
-Przepraszam was na chwilę.
-Zapomniałaś o mnie?! Miałaś przyjść na wesele...
-Nie mam sukienki to raz... a dwa, mogłabym nawet w dresie tam przyjść tylko... nie mam ochoty, nie lubię takich okazji...
-Wesele twojej starej dobrej przyjaciółki się nie liczy tak?! Wisisz mi przysługę! Pamiętasz? Chciałaś dostać się do Co tam? a ja ładnie wkroczyłam do akcji...Będzie mi tak przykro jak nie przyjdziesz...
  Zacisnęłam zęby, wstrzymałam oddech i zła, udawałam miłą.
-Jasne. Przyjdę.
-Ale musi być osoba towarzysząca.
-Co?!
-Mogę załatwić Christiana...
-Nie, nie... poradzę sobie.
-Za ile będziesz?
  Wzięłam powoli powietrze do płuc i wypuściłam.
-Daj mi... piętnaście minut...
-Super! Czekam!
-Muszę iść... stara znajoma ma wesele.
-Odwiedzisz nas jeszcze. Mam taką nadzieję. - odburknęła mama.
-Jasne. - uśmiechnęłam się i wyszłam.

  Jedyna sukienka jaką miałam to czarna. Założyłam ją chyba raz na pogrzeb babci w Chicago. Nie nosiłam sukienek! To Gabi była tą od noszenia pięknych sukienek. Wyjęłam z szafy tą czarną i weszłam do salonu.
-Zbieraj się.
-Gdzie idziemy i czemu masz na sobie czarną sukienkę?Ktoś umarł?
-Ktoś bierze ślub. Nie chcę tam iść ale muszę.
-Jakiś wywiad z jakimś celebrytą? - zaśmiał się. - Wracasz do pracy?
-Muszę tam być z osobą towarzyszącą więc ubierz cokolwiek.
-Mogę dresy? - zażartował.
-Ja to miałam w planach, ale wolałam wyjść na sukę i założyć pogrzebową sukienkę. - uśmiechnęłam się.

  Na miejscu po rozmowie ze starymi znajomymi z roboty postanowiłam zacząć robić coś pożytecznego. Wzięłam wino i piłam z gwinta.
  Jansen podszedł do mnie i zaśmiał się widząc mnie z winem, jak piję je w ten sposób.
-Świetnie się bawisz widzę.
-Nie mam większej ochoty tu być, a alkohol zawsze jest dobry na przetrwanie pewnych okoliczności.
-Święta racja, ale szybko się tym nie nawalisz.
-Na pewno szybciej niż połowa tych wystrojonych dziewczyn tutaj.
-Czy ty jesteś na mnie zła? - spytał z uśmiechem.
-Nie, a czemu? - wzruszyłam ramionami biorąc kolejne łyki.
-Bo całkiem niedawno widziałaś jak podrywała mnie napalona laska a Ty sięgnęłaś po butelkę wina?
-Wisi mi to. - odparłam wymijająco. - Może latać za tobą cały tabun dziewczyn...
-No przecież lata. - zaśmiał się.
-Tak, ale ja wiem, że latasz tylko za mną. Powiedz mi, że się mylę. - mrugnęłam do niego i odeszłam dopijając wino.

Od Jansen'a


I tak się na nią patrzyłem przez dłuższą chwilę a gdy jeszcze chciała coś dodać spochmurniałem mówiąc
-Żadnych pytań
-Ej! nie możesz tak.
-Mogę i właśnie to zrobiłem. Wina ? - spytałem wstając do barku
-A ty dlaczego możesz zadawać pytania ?
Spojrzałem się na nią trzymając czerwone i białe, przekrzywiłem głowę.
-Białe, mam dość krwi. - powiedziała spuszczając ręce, wiedząc ,że nic nie wskóra.
Podałem jej pełny już kieliszek i sam wziąłem drugi.
-Ale ty wszystko o mnie wiesz.
-Tak jest dobrze
-Nie, tak jest wygodnie dla ciebie
Nagle do pokoju weszła wściekła Gabi. Spojrzała się na nas i wybuchła.
-I co ? Teraz sobie winko pijecie?! Emilie dlaczego uciekłaś? po co przyszłaś? zrobił ci coś ?
-Daj spokój, wszystko jest dobrze, byłam się przejść ale zorientowałam się ,że sklep zaraz zamykają
i nie miałam czasu rozmawiać.
-Sklep po południu ?
-A czemu by nie?
-Nie ściemniaj
Przerwałem małą sprzeczkę sióstr.
-Gabi tez chcesz wino ? Mówiłem ,że się nią zajmę. - uśmiechnąłem się
-Ostatnim razem też tak mówiłeś i ją porwali.
Trochę zgasłem i dłuższą chwilę wymyślałem co powiedzieć.
-Jak chcecie, ja wychodzę. - powiedziała i wyszła
Spojrzeliśmy się po sobie z miną typu ,,co to miało być" ale nikt z nas tego nie skomentował tylko się zaśmialiśmy.
Nie zdążyłem wziąć dobrego łyka gdy usłyszałem w podświadomości Crowley'a ,,Szybko"
Spojrzałem się na Emilie a ona już wiedziała ,że chcę się zwinąć, kobiety i ten ich 6 zmysł.
-Wychodzisz? - spytała odstawiając lampkę wina na stolik nocny
Pokiwałem głową i zniknąłem.

Pojawiłem się na korytarzu piekła, powoli szedłem w stronę sali tronowej ale nagle pojawił
się przed mną Crowley

-Łosia nie możemy namierzyć
-Nie interesuje mnie to w dalszym ciągu
-Ostatnio mu pomogłeś
-Rozwiązałem nie rozwiązane
-To nie obchodzi cię czy sam jeszcze żyje ?
-Jakby umarł to na pewno być o tym wiedział.
Spuścił głowę, odsapnął i spojrzał się na mnie
-Racja. Ale..
-Nie obchodzi mnie w co się wplątał.
-Dean, panujesz nad tym w dobie dlaczego dla jakieś samicy potrafisz być czuły a Sama się
pozbywasz.
-Kiedyś może jutro może za rok nastąpi chwila gdy nie będę już nad tym panował
-W takim razie dlaczego mieszkasz z Emilie ? Jej też zagrażasz.
-Nie... wiesz to coś innego, przy niej czuje się w miarę normalnie jeżeli to w ogóle da się nazwać normalnym, ona tak jakby chamuje to ?
-Czym ona jest?
-Człowiekiem
-Kłamca! Ludzie to mrówki
-Sam byleś jednym z nich
-Jak widać awansowałem.
-Dobra mów co z Samem
-Nie wiem, chciałem ci tylko powiedzieć ,że nie wiem co z nim
-I tyle ?
-Zawsze wiedziałem a teraz nie wiem to chyba jest warte uwagi
Wkurzony pojawiłem się tam gdzie go ostatnio widziałem. Przeszedłem się po tym miejscu poszukać
czegoś w rodzaju poszlaki, i w sumie nie sądziłem ,że będzie to takie ławę. Gdy ukucnąłem
by przyjrzeć się materiałowi na betonie, spojrzałem się przed siebie i dostrzegłem
cień spalenizny w kształcie anioła, podszedłem do tego. Przejechałem palcem po cieniu, nie zmywał się, ktoś tu zasztyletował anioła. Nagle poczułem ,że ktoś się zbliża, spojrzałem się na prawo i się nie myliłem. Był to Lucyfer

Pojawił się dosłownie na ułamek sekundy, i to nie swoją osobą ale wizją. Pierwszy raz odkąd jestem
mutantem pokazał mi się, czyżby mijał mu lęk?  A w takim razie co zrobił Samowi?
Poszlajałem się jeszcze chwilę by pozbierać myśli, i wróciłem do Emilie, ale już nie byłem w nastroju do picia.

Od Gabi

Martwiłam się o siostrę ale też wiedziałam ze na razie nie mogę się nią zająć. Bolało mnie to ale Emilie była bezpieczna jak na razie więc mogłam oddać się całkowicie misji którą sobie wyznaczyłam.
Eryk często znikał na całe noce.. jakieś anielskie sprawy miał do załatwienia przynajmniej tak mi mówił. Mi to było na rękę bo sama miałam swoje sprawy.
Dziś miał byś ten dzień. Wiedziałam już co zrobię. Przez ostatnie miesiące się do tego przygotowywałam. Zanim wyszłam z domu napisałam cztery listy. Jeden dla Eryka, drugi dla siostry, trzeci dla rodziców a czwarty dla Jansen'a. Listy miały byś formą ewentualnego wyjaśnienia wszystkiego no i pożegnania. Dlaczego pożegnania? Istniała szansa że już nie wrócę, że polegnę. Miałam oczywiście nadzieję że do tego nie dojdzie.
Naszykowana wyszłam z domu i skierowałam się w stronę lasu. Drogą dotarłam do skrzyżowania. Tam zrobiłam wszystko co musiałam a kiedy pojawił się demon byłam już gotowa.
-Świetnie. Wiedziałem że dziś będzie moja pechowa noc. Ale Łowca?
Demon oczywiście pojawił się w pułapce.
-Czemu nazywacie mnie łowcą?-przewróciłam oczami.
-Łowca anioł to zbowu nie taka nowość ale o tobie już pogłoski na dole chodzą.
-To dobrze. A teraz zaprowadź mnie tam.
-Gdzie?
-Do piekła.
-Nie.
-Zrób to. Wiem że na boku przemycasz za opłatą do piekła. Jak to zrobisz a potem mnie wyciągniesz.. Może dam Ci żyć.
-Jak Crowley dowie się że anielskiego łowce przemyciłem do jego królestwa to i tak będę martwy.
-To już nie moja sprawa. A Crowley po mojej wizycie będzie tylko wspomnieniem.
-Nie dasz mu rady. To śmieszne że nawet myślisz że dasz..
-Jesteś demonem z rozdroży.. Spełniasz życzenia wzamian za dusze. Więc ja chcę się dostać do piekła. Do siedziby Crowleya.. Niezauważona.
-Nie ma mowy.. Nie moge.. To wbrew przepisom..
-Dusza wzamian za życzenie. A za 10 lat przyjdą po mnie piekielne pieski i odbierzesz zapłatę. Dusza córki archanioła Gabriela? Na pewno jest to łakomy kąsek.
Wiedziałam co ryzykuję, byłam wszystkiego jak najbardziej świadoma.
Demon chwile toczył wewnętrzną walkę z myślami aż wreszcie powiedział.
-Dobrze. Teraz musimy zapieczętować umowę.
Podeszłam do biego i pocałowałam go. Pocaunek bowiem był formą pieczęci. Demony są jednak na prawde dziwne..
Miałam zamknięte oczy ale czułam jak świat wiruje..
Kiedy otworzyłam oczy byłam już w piekle..

(C.D.N)

Od Emilie

  Stałam na środku przed pokoju w domu Gabi. Słyszałam jakieś śmiechy, rozmowy między nią a Erykiem. Poszłam powoli i bezgłośnie w stronę hałasu, a gdy stanęłam w przejściu Gabi z czegoś się cieszyła, a Eryk ją podniósł.
  Schowałam się za ścianę i spojrzałam w stronę drzwi wyjściowych. Nie chciałam rozmawiać na temat Jansena z siostrą ani z nikim. Sama nie wiem co robić ale wiem, że nie jestem w stanie odejść od Jansena tak po prostu. Z takiego powodu kim jest.
  Przeszłam szybkim krokiem do drzwi i nieumyślnie trzasnęłam nimi.
  Kierowałam się... sama nie wiem gdzie. Za sobą słyszałam wołanie siostry, jednak... nie chciałam się cofać ani z nią rozmawiać o tym co się stało. A wiem, że będzie pytać bo ona czuje takie rzeczy, jeśli coś mnie gryzie, jeśli jestem smutna czy wesoła. Jest moją nadnaturalną bliźniaczką która takie rzeczy po prostu wie.
-Zatrzymaj się, do cholery! Emilie! - dobiegła do mnie w końcu i zatrzymała.
-Czego chcesz? - spytałam zrezygnowana.
-Wiedzieć co się stało? Kiedy weszłaś?
  Zagryzłam wargę.
-Chciałam pogadać o wczorajszym... przeprosić.. czuję się okropnie, że w takim stanie...
-Nic się nie stało... jak się nawalisz zawsze możesz do mnie przyjść. - uśmiechnęła się.
-Jasne... dzięki... - odparłam zamyślona.
-Chyba to nie to, co się męczy.
  Pokręciłam głową na znak, że nic by nie zrozumiała.
  Albo nalegałaby na unikanie kontaktu z Jansenem albo jemu zrobiłaby reprymendę. Wolałam nie rozmawiać z nią na ten temat także z tego powodu, bo uważam, że Jansen nie chciałby dzielić się tym z nikim skoro sprawiło mu trudność pokazać się mnie.
-Odezwę się później. O nic nie pytaj.
-Znowu się pokłóciliście?
-Gabi, nie pytaj, dobra? Pa.
  Odeszłam i skierowałam się do domu. Wypiłam piwo a potem poczekałam aż Jansen wróci. Siedziałam na fotelu, chciałam z nim porozmawiać jak najszybciej to było możliwe.

  Gdy wszedł do środka od razu spojrzał na mnie. Bez słowa stanął przede mną, wskazałam ruchem ręki na fotel naprzeciwko mnie. Usiadł, wpatrywał się we mnie.
  Podniosłam się i spojrzałam mu prosto w oczy.
-Nie wiem nawet jak nazwać to czym jesteś... ale nie boję się ciebie pod taką postacią. Pod żadną postacią się ciebie nie boje bo wiem, że jesteś ostatnią osobą, która byłaby w stanie mnie skrzywdzić. I nie chce cię stracić.

Od Jansen'a

Nastał poranek sądu ostatecznego nad Emilie. Siedziała na łóżku z rękoma złożonym między
nogami i słuchała mojego wykładu który trwał już jakąś chwilę.
...
https://65.media.tumblr.com/ee5ef5da18b9e22eea701b15cf73801d/tumblr_inline_nlvrn4VKkz1rt3bmb.gif
-Ty wiesz na co się narażasz ?!
Pokiwała głową
-Jesteś duża, napewno czujesz coś typu odpowiedzialności, nie bądz samolubna.
-Samolubna?
-Jeśli coś ci się stanie odbije się to na wszystkich
-Nie mogę umrzeć bo was skrzywdzę?
-Mniej więcej. Nie wolno odchodzić od tak tylko dlatego ,że ma się takie widzi mi się
-Ale on mnie porwał
-A ja cię odnalazłem, wiedziałaś ,że cię będzie szukał, sama to mówiłaś a jednak poszłaś gdzieś sama
i się narypałaś.
-Zostawiłeś mnie!
-Nigdy, zawsze jestem
-Jakby tak było to nie doszło by do porwania
-Są różne sytuacje
-To nie mów ,że zawsze jesteś bo jesteś tylko wtedy gdy pozwala na to sytuacja
-Jesteś priorytetem
-Ta jasne... - parsknęła - to powiedz czym jesteś. - powiedziała stanowczo
-Człowiekiem z krwi i kości
-Kłamiesz
-Jakbym był kimś złym myślisz ,że miałbym takie uczucia jak troska? miłość? 
-Może to tylko twój instynkt, on tobą kieruje, ja.. nie czuje się kochana
 -sam nie wiem czym jestem więc jak mam ci to powiedzieć?
Podszedłem do niej, przesunąłem dłonią po jej policzku i ją pocałowałem, prawdopodobnie
po raz ostatni, nie mam jej nic dobrego do pokazania. Przytuliłem ją mocno i odsunąłem się o pół kroku,
  zmieniłem oczy na czarne a mój cień teraz żył własnym życiem, przypominał mutanta wysokiego na 3 metry, z długimi rękoma, jego postura nie była do określenia.
Wszystko trwało chwilę, Emilie nie miała nawet czasu na reakcję, znikając przeniosłem ją do Gabi a sam pojawiłem się u Crowley'a mieliśmy trochę do pomówienia.

Od Emilie

  Byłam wykończona. Powoli wracałam do siebie, jednak wszystko mnie bolało. Nie mogłam zmyć krwi z brzucha... odrobinę mnie to przerażało, wzięłam pumeks i zaczęłam szorować, brzydziłam się tym, nie wiedziałam czy to moja krew, jego, czy kogoś innego.
  On nie przestanie mnie szukać. Nie wiem kim jest, czego ode mnie chce, ale wiem też, że nie jest zwykłym człowiekiem ani istotą nadnaturalną. Nie pasuje mi, włada jakąś dziwną magią, jest jakby hybrydą, widziałam, jak zmienia się w wilka, jak pije krew z martwego ciała, jak włada mocami demona i czarną magią, nie trzyma się nic kupy.
  Do pokoju wszedł Jansen, a ja nie odrywałam wzroku od brzoskwiniowej ściany.
-Żyjesz? - spytał.
-Tak... - podniosłam się i przeciągnęłam.
-Boli mnie wszystko... - mruknęłam.
-Domyślam się, że nie chcesz o tym rozmawiać... ale chciałbym wiedzieć kto cię...
  Wstałam i poszłam do kuchni.
-Chcesz coś?
  Poszedł za mną i spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi.
-Chcę wiedzieć kim jest ten koleś co cię porwał.
-Nie wiem kim jest.
-Jak to? Nic o nim nie wiesz?
-Nie wiem gdzie mnie wywiózł... kim jest... co i dlaczego mi robił. Chciał mnie najpierw oskalpować... ale potem stwierdził, że poekspetymentuje na mnie, mówił do mnie jak do jakiejś Susie...Susan... czy jakoś tak... Nie wiem czy jestem jego dawną miłością, siostrą... a raczej jestem podobna do kobiety, którą kiedyś kochał... teraz ma obsesję... nie wiem...
-Zaraz... chciał cię... OSKALPOWAĆ?
-Rysował mi linie przerywane wokół linii włosa... na około... potem wybierał skalpel... ma ich sporo... w jednym pokoju...ma... ma... ma ciała kobiet... bez głów, rąk i nóg... wyglądają jak manekiny... stoją na takich... drutach... Nie wiem nawet co zamierzał mi zrobić... Ale wiem, że wróci.
-Skąd to wiesz?
-Bo ma na moim punkcie... obsesję... widziałam jak na mnie patrzył... w taki... przerażający sposób, jakby chciał mnie mieć na wszystkie możliwe sposoby, jakby chciał ze mną robić co chce. Wyglądał tak, jakby znalazł to, czego od naprawdę bardzo dawna szukał.
-Myślisz, że to ktoś od Lucyfera?
-Nie. To ktoś... ktoś kto ma swój interes... ale nie będzie działać sam. Na pewno jest silny. Widziałam co potrafi.Jest hybrydą.
-To chyba nie problem, nie dla mnie.
-Jest niebezpieczny Jansen.
-Znajdę go.
-Kamufluje się. Używa czarnej magii do ukrycia. Jest tak silna, że nawet aniołowie nie mogli namierzyć nawet mojego tropu. Dzwoniłam do siostry... rozmawiałam z nią... mówiła mi...
-Dam radę.
-Posłuchaj mnie...
-Dam radę go zabić. Spokojnie...
-Mówię, że nie dasz rady...
-Chyba nie znasz moich możliwości...- zaśmiał się.
  Ja spoważniałam.
-No właśnie, nie znam.
  Zamilkł.
-Powiedz mi, kim i czym jesteś?
  Odwrócił wzrok.
-Jak mam Ci ufać skoro nie wiem kim jesteś?
-Czy to ważne? Czemu na tym ci zależy?
-Bo nie wiem czy mam się ciebie bać! Tyle mnie spotkało, tyle poznałam... jestem nowa w tym świecie, usunięto mi pamięć... nie chcę wiedzieć wszystkiego, ale chyba mogę wiedzieć czym jesteś?!
-Nie. Nie możesz.
-Świetnie. Czyli masz zamiar mnie okłamywać?
-Nie okłamuję! Czy okłamywanie cię to unikanie prawdy milcząc?!
-Ukrywasz prawdę! A ja chcę ją znać skoro mam ci ufać!
-Zaufaj mi bez tego albo...
-Albo co!? Odejdziesz!? Zostawisz mnie?! Jestem do tego przyzwyczajona! Cały czas znikasz! Nic mi nie mówisz, a ja mam mówić ci wszystko! Postaw mnie najlepiej na półce swoich ''zdobyczy'' i czekaj aż zachce ci się mieć ze mną bliższy kontakt łóżkowy by... nie wiem, zaspokoić swoje potrzeby! Po to jestem!? Po co się mną zajmujesz?! Najlepiej idź i rozmawiaj z tajemniczymi kolesiami, mam to w dupie i ciebie zresztą też! Mam tego dość!
  Jansen chyba nie wytrzymał, trzasnął drzwiami i wyszedł.
  A mnie ogarnęła dziwna żądza wyjścia gdzieś, coś kazało mi wyjść z domu. Znałam skądś to uczucie, a jednak nie stawiałam sprzeciwu. Było mi to na rękę. Musiałam gdzieś wyjść, a więc gdy już byłam w mieście skręciłam w prawo w stronę baru. Była tam impreza, dużo młodych ludzi, duszno, pijani kolesie walający się na kanapach i stolikach barowych.
  Podszedł do mnie jakiś, waliło od niego alkoholem, odrzucił mnie ten smród i od razu jak poparzona odleciałam od chłopaka. Coś mnie pchnęło w jego ramiona zaraz jak zaczęłam się oddalać, tańczyliśmy razem, potem piliśmy. Dużo. Ktoś podszedł i zaproponował nam jakieś zioło, poszliśmy do toalety i zjaraliśmy trochę, potem wróciłam z chłopakiem do baru, wypiłam dwa drinki, i pół piwa. Poszliśmy tańczyć. Wtuliłam się w jego szyję, a nagle poczułam przerażający czuły, obrzydliwy dotyk na swoim ramieniu. Odwróciłam głowę a tam nikogo nie było. Zamknęłam oczy, byłam tak zjarana i pijana, że nie wiedziałam co się w ogóle dzieje.
  Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam tam mojego porywacza, tajemniczego, umięśnionego, wysokiego faceta. Stał wśród roztańczonej młodzieży i wpatrywał się we mnie. Spojrzałam na niego, czułam, jak coś się we mnie zmienia. Poczułam się normalniej.
-Chodź ze mną, a nie pożałujesz. Będzie fajnie, obiecuję. Nic ci nie zrobię... zmieniam się dzięki tobie... 
  Mówił do mnie, w mojej głowie słyszałam jego szepty. Namawiał mnie do zabicia chłopaka, pójścia z nim gdzieś. Jednak wmówiłam sobie, że to zwidy i to przez zielsko które spaliłam, przez solidne wymieszanie alkoholu.
  Odeszłam od chłopaka, który non stop się do mnie kleił, jednak dawałam mu do zrozumienia, że nic z tego. Wyszłam z baru, ale ten sam facet z baru zaczął mnie śledzić. Porywacz znów chciał mnie uprowadzić, a ja wyjęłam z kieszeni telefon, wybrałam numer do Jansena, ledwo co trafiając w klawiaturę. Nie odbierał, odrzucał każde połączenie ode mnie. Nerwowo wybierałam już dziesiąty raz jego numer. Ledwo co mogłam chodzić.
-Czego chcesz? - warknął.
-Jans...Jasnen... Mogłbyś... przyjechać... w sumie... - zaczęłam się śmiać. - nie wiem gdzie to jest... gdzie ja jestem...
-Jesteś pijana? Rozejrzyj się... gdzie jesteś...
-Ktoś mnie śledzi... - szepnęłam a zaraz później się zaśmiałam.
-Wsiądź do taksówki. Jest tam gdzieś?
-No. - wybuchnęłam śmiechem.
-Wsiadaj i każ kierowcy jechać.
  Zrobiłam tak.
  Sygnał zaczął się psuć, zanikać, a Jansen słabiej mnie słyszał a ja jego.
  Rozłączyłam się, śmiejąc pod nosem.
-Proszę jechać na ulicę Street Park 39.
  Wysiadłam z taksówki zaraz jak zobaczyłam dom siostry. Jansen nawet nie mógł się dodzwonić, mój porywacz widocznie specjalnie zakłócał sygnał, ale gdy weszłam na teren siostry on zniknął, nie widziałam go ani nie czułam obecności.
  Zataczałam się, a kierowca krzyczał za mną bym zapłaciła. Gdy ignorowałam go, wysiadł z samochodu i złapał mnie za łokieć, kazał zapłacić. Zachwiałam się i oparłam o murek. Zachciało mi się wymiotować, jednak powstrzymywałam się. Z domu wybiegła siostra, zaczęła krzyczeć na faceta.
-Nie zapłaciła mi!
-Proszę... - wyjęła z portfela kasę i zapłaciła mu. Odjechał. - Jezu... śmierdzisz zielskiem i wódką... co ty najlepszego zrobiłaś?!
-Mam prawo do jednego telefonu panie policjancie... - zaśmiałam się gdy ona prowadziła mnie do domu.
-Emilie, to ja...
-Czyli... kto?
-Gabi... Kontaktujesz w ogóle? - spytała, gdy wprowadziła mnie do łazienki.
-Nie. - zaśmiałam się.
-Weź prysznic...  czekam pod drzwiami.
  Gdy wyszłam, na dole słyszałam rozmowę Gabi, Eryka i Jansena. Kłócili się o coś, jednak do mnie nic nie docierało. Śmiałam się pod nosem pod wpływem alkoholu i zioła, nagle poszłam zwymiotować a następnie umyłam zęby. Zeszłam na dół ledwo co, chwiejąc się. Gdy zobaczyłam Jansena ''podbiegłam'' i przytuliłam się do niego.
  Był na mnie zły. Nie wiem za co, przecież nic takiego nie zrobiłam... co nie? Zioło i alkohol to bardzo dobre rozwiązanie na zabawę.
-Nie wiem czy mogę dać ją w twoje ręce skoro twoja opieka nad nią wygląda tak, że się zjara i schleje a potem ląduje u mnie! Ona ledwo co może chodzić!
-Coś zakłócało połączenie, przepraszam księżniczko, nigdy więcej nie powtórzy się taka sytuacja!
-Nie powtórzy, oczywiście, bo zostaje ze mną!
-Nie chcę zostawać bez niego. - podniosłam ledwo co rękę w geście zgłaszania się jak w podstawówce. - Chcę iść z nim. - wymamrotałam.
-Nie wie co mówi. - odparł Eryk.
-Na pewno nie jesteś osobą, która decyduje o tym czy zostaje czy idzie. Lepiej siedź cicho. - warknął wkurzony Jansen.
  Wstał, mając mnie na rękach.
-Nie wyjdziesz z nią! Znowu się pokłócicie i przyjdzie do mnie w nawet gorszym stanie!
-W gorszym się chyba nie da. - westchnął Jansen odgarniając mi włosy za ucho.
-Halo, ja tu chcę wracać do domu! - krzyknęłam jak mała dziewczynka śmiejąc się pod nosem.
-Zabieram ją, jutro jak chcesz to sobie o niej przypomnij bo z tego co wiem to masz ważniejsze sprawy niż odwiedzenie siostry i sprawdzenie czy żyje.
-Odezwał się!
-Do jutra. - powiedział Jansen, czułam, a raczej wiedziałam, że uśmiechnął się złośliwie.
  Wsadził mnie delikatnie i powoli do auta.
-Obiecuje... a raczej... postaram się... nie obrzygać Ci twojej kochanki. - spojrzałam na niego pół przytomna.
  Zaśmiał się.
-Troche jesteś słodka, jak jesteś w takim stanie.
-Chcę do domu...
-Daj mi dziesięć minut skarbie.
-Ale ładnie do mnie powiedziałeś... - mruknęłam już prawie zasypiając. - Ale obiecujesz, że nie zostawisz mnie na noc?
-Nigdzie się nie wybieram, ale rano przygotuj się na rozmowę wychowawczą.
-Super. - odparłam podekscytowana i zasnęłam.