Usłyszałam krzyk tego małego szatana, który zbiegał już na dół w ramiona mamy. Tata zajmował łazienkę na pierwszy piętrze, na parterze była wolna i postarałam się zignorować potrzebę fizjologiczną na potrzebę mordu mojego młodszego brata. Wbiegłam do kuchni, z moją mokrą pracą w ręku.
-Co to jest?! - wrzasnęłam spanikowana. - Dostanę pałę!
-Lucy... możesz nie krzyczeć? - spytała robiąc nam kanapki.
-Cholera! - mruknęłam pod nosem patrząc na przemoczoną pracę.
-Wyrażaj się. - odwróciła się wściekła mama.
Tupnęłam zrezygnowana nogą. Mały wpatrywał się we mnie i zadowolony wytykał język. Zacisnęłam ręce i zapłakałam bezradnie mamie.
-Przecież zalał mi pracę specjalnie! Dostanę złą ocenę...!
-Mogłaś schować to tak,by nikt ci tego nie zawieruszył, kochanie. - odparła niewzruszona.
Na dół zszedł tata, uśmiechnięty jak zawsze zerknął tylko na mnie a potem na mamę. Pocałował ją w policzek a Simon odsunął się z obrzydzeniem.
-Fuj! - krzyknął zdegustowany.
-Co za dzieciak! - warknęłam.
-Kochanie, czemu jeszcze jesteś w pidżamie? Wyjeżdżamy za piętnaście minut. - mruknął tata.
-Bo ten gnojek zalał mi pracę!
-Simon... - oburzył się.
-Tak, wszystko na mnie! - odparł ''zrozpaczony'' brat i poszedł zły do przed pokoju założyć buty.
-Spodziewacie się kogoś? - spytałam widząc wystrojoną jak zwykle mamę.
-Tak, przychodzi klient, chciał się spotkać o ósmej... - rozległo się pukanie. - Jest.
Zerknęłam zza ściany jedząc kanapkę. Tata stanął przy mamie, a ona powitała klienta z szerokim uśmiechem.
-Witaj Nathan. - powitał go mój tata.
-Nie mogłeś wytrzymać z tym do dziewiątej aż otworzymy kancelarię? - spytała roześmiana mama.
-Selena chce się rozwieźć jak najszybciej... ja również. A przyjaźnimy się, więc wiem, że przyjmiecie mnie bez problemu.
-Oczywiście, ciebie zawsze. - zaśmiała się mama.
Przewróciłam zdegustowana oczami. Matko, co za nieoficjalne przyjęcie klienta... mogła powiedzieć, że to przyjaciel rodziny. Znam Nathana, jest dupkiem i nie dziwię się, że po tylu latach się rozwiedli.
Złapałam plecak i rzuciłam się do drzwi.
-Och, dzień dobry Lucy. - błysnął uśmiechem Nathan.
-Dzień dobry. - kiwnęłam mu, na drodze stał tata z tym małym wybrykiem piekielnym.
Gapił się na mnie wypierdek mamuci, który wręcz prosił się o manto. Jeszcze cofnęłam się i złapałam laptopa w dłoń, musiałam coś wygrzebać w dokumentach które miałam zapisane. Powinnam mieć coś z tego co zostało zniszczone i zalane przez brata.
-Oni pojadą, a ja zapraszam do środka, Nathanie. Omówimy wszystko na spokojnie. - zamknęła drzwi mama zaraz za moimi plecami nawet się z nami nie żegnając.
Tata stał nadal naprzeciw mnie, uniosłam lekko brwi i westchnęłam.
-Słucham tato? - spytałam delikatnie i grzecznie, jak tylko było mnie stać.
-Powinnaś przeprosić brata.
-Za co? - oburzyłam się, jednak gdy zauważyłam minę taty od razu się skarciłam. - Przepraszam Simon...
Spiorunowałam go wzrokiem, a na twarzy tego małego pryszcza zauważyłam cień uśmiechu.
-Wsiadać. - poprosił tata, gdy wyjął kluczyki z kieszeni marynarki.
Jak zwykle tym samym, odpicowanym samochodem by wiadomo było, że to jedzie TEN PAN MECENAS, ten sam wkurzający po drodze brat, który obrzuca mnie papierkami lub piłeczką kauczukową gdy siedzimy z tyłu. No tak, zapomniałabym... z przodu nie wolno siedzieć nikomu jak tylko mamie, ponieważ jesteśmy jeszcze dziećmi, zważywszy na to, że mam te osiemnaście lat.
Zatrzymał się gwałtownie przed szkołą. Jego biały wóz lśnił czystością i emanował wyniosłością, którą wszyscy mnie obarczali. W szkole gdy podjeżdżał ten samochód wiedzieli dokładnie, że jedzie córka mecenasika. Wysiadłam, na parkingu szkoły zobaczyłam większość maturzystów, którzy z reguły wyglądali na mafie, kryminalistów bądź tych SPOKO ludzi. Ja należałam do tych MNIEJ SPOKO kujonów, którzy nie byli fajni. Nie fajnie się z nami gadało, nie fajnie byłoby zaprosić na imprezę bo tata mecenas nie pozwoli, bo jest kujonem, bo jest po prostu mądra albo za głupia, by przebywać ze spoko ludźmi.
Nawet chłopaki z maturalnej nie patrzyli się na mnie tak jak na Bethany, o którą Christopher nie był ani trochę zazdrosny. Wiedział, był wręcz przekonany, że jego dziewczyna jest tylko jego i ufał jej w stu procentach. Beth była wysoka, seksowna, ale z jednym minusem... była zajęta.
Wiele razy podchodzili do mnie maturzyści i pytali czy mogę zapoznać ją z nim, byłby mi (uwaga) WDZIĘCZNY. A ta wdzięczność zanikała, gdzieś daleko, głęboko w podświadomości tego dupka, który na siłę podrywał moją przyjaciółkę. Oczywiście, te czasy się skończyły, gdy Chris i Bea zaczęli obnosić się z tym, że są razem. Wszyscy w szkole określali ich jako tę gorącą parę, bla,bla,bla.
Ja chodziłam do drugiej klasy liceum, obok mojej szkoły była również uczelnia, parking roił się od maturzystów i STUDENTÓW napalonych na masę lasek z młodszych klas. A te idiotki się nabierały na słodkie słówka...
Siedziałam na zajęciach dziennikarskich, na które się zapisałam i zapomniałam pracy. To lekcja dodatkowa, jednak obowiązkowa zważywszy na profil który wybrałam. Prawniczo-dziennikarska, co nie za bardzo idzie ze sobą w parze. Jednak rodzice zostali przekonani przeze mnie rok temu, żeby nie iść do Seattle. Podałam masę argumentów i na szczęście nie chodzę do tej szkoły dla bogatych dupków.
Chris zawsze mnie rozbrajał na lekcjach, choć wolałam bardziej się na nich skupić, niż gadać o tym, jak to według niego odbywa się seks psa i kota... Gada o polityce, jak dobrze mu w łóżku z Bethany... Nie jest głupia ani nie jest dziwką, jest moją przyjaciółką... Jednak co jak co, uprawiają seks cztery razy w tygodniu, chyba, że jest przygotowanie przed egzaminem to trzy razy w ciągu dnia egzaminacyjnego.
-... zapomnieliście prac, więc będę musiał zadzwonić do waszych rodziców. To karygodne, doprawdy. - parsknął wściekły Pan Brooks. - Oczywiście, czekam na komentarz od pana Scotta - spojrzał na Christopha. - który tak bardzo lubi mówić, że jesteście już dorosłymi osiemnastolatkami i po cóż dzwonić do rodziców. - uśmiechnął się złośliwie.
-A tu Pana zadziwię, jak i wszystkich szanownych zebranych... do powiedzenia mam zupełne, ekscytujące, podniecające jak dla każdego z nas... N I C.
Uniosłam brwi zdziwiona. Nikt nigdy nie sprzeciwił się Panu Brooksowi, jeśli dobrze pamiętam. Oczywiście z mojej klasy... innych nie znałam.
Brooks kiwnął głową.
-Dziwne. Aż pana nie poznaję, Scott.
Gdy nauczyciel usiadł na krześle przeglądając notatki, które udało mi się wydrukować w bibliotece, odwróciłam się do przyjaciela, a on uśmiechnął się kretyńsko.
Odwróciłam wzrok, powstrzymując śmiech.
-Panno Collins, co panią tak BAWI? - zaakcentował ostatnie słowo, a ja przerażona wyprostowałam się.
-P-przepraszam... ja...
-Oczywiście, rozumiem... jest pani niezwykle uzdolnioną uczennicą, jednak ten tytuł nie upoważnia do takich zachowań na, przynajmniej, moich lekcjach. - uśmiechnął się do mnie.
Jednak jego uśmiech był jak szykujący się do ataku, rozwścieczony w głębi serca kojot chory na wściekliznę. Skrzywiłam się.
-Naprawdę przepraszam... - zaczęłam się jąkać.
Wziął jakąś pracę do ręki i zaczął czytać, ja zamilkłam wpatrując się w niego.
-Lucy Collins do Christophera Scotta: Mogłeś mi powiedzieć, Bethany to moja przyjaciółka. Scott do Collins: Ale i tak ją posunąłem, było świetnie...
Przez pierwsze sekundy nie wiedziałam co on do cholery czyta... jednak potem...
To kawałek screenowanej rozmowy z mojego komputera. Przez przypadek nauczycielka która miała przekazać moją pracę podała mu tę rozmowę, w której Chris rozmawia ze mną o przeleceniu Bethany na obozie sprzed dwóch tygodni temu...
Wszyscy zaczęli klaskać mojemu przyjacielowi, najbardziej ucieszeni będą jego kumple z maturalnej, ci ze SPOKO grupy do której ja nie należę.
-Ja...
-Nie musi pani nic tłumaczyć. - usiadł wściekły. - To drugi raz, gdy wyprowadziłaś mnie z równowagi, Collins.
Po dzwonku wybiegłam z klasy jako pierwsza. Wypiszę się z tego głupiego dziennikarskiego badziewia jak najszybciej!
Ludzie wychodzący z klasy tylko się ze mnie śmiali, a Chrisowi gratulowali zaliczonej panienki.
-Przepraszam... - mruknęłam, gdy podszedł do mnie.
-Nie ma sprawy, i tak połowa mojej ekipy...
-Pół szkoły, masz na myśli? - spytałam przerywając mu.
-No... może... połowa szkoły wie, że ją pukam w szkolnym kiblu.
-A Bethany... wie? - oburzyłam się.
-Nie, przecież sama tego chce.
-Dupek. - warknęłam i odeszłam od niego.
Przygotowywałam się na ostrą rozmowę z rodzicami w domu... gdy usłyszą co wyrobiłam i że niszczę ich dobre imię chyba mnie rozniosą...
-... Simona wina! To jego cholerna wina! - krzyczałam przy stole.
-Wyrażaj się, Lucy. - warknęła mama. - Mogłaś spojrzeć na to, co dajesz nauczycielowi!
-Ale nie byłoby tej sytuacji, gdyby ten obszczymur nie zalał mi wodą mojego zadania! - wyjaśniłam.
-Nie obrażaj brata! Co się z tobą dzieje?!
-Bo staram się dobrze uczyć, łapię dobre oceny, słucham waszych zakazów, przestrzegam zasad! A mój brat gdy zrobi mi głupi żart płacę za to karami od was!
-Do pokoju...
-Ale...! - wycedziłam.
-Słuchaj matki, Lu. - szepnął ojciec.
Grzecznie wstałam, zasunęłam za sobą krzesło i zabierając talerz do kuchni umyłam go. Westchnęłam ciężko. Musiałam zacząć się opanowywać, ostatnio pozwalałam na to, by emocje mną władały. Muszę być taka, jaką oni mnie chcą widzieć.
-Przecież zalał mi pracę specjalnie! Dostanę złą ocenę...!
-Mogłaś schować to tak,by nikt ci tego nie zawieruszył, kochanie. - odparła niewzruszona.
Na dół zszedł tata, uśmiechnięty jak zawsze zerknął tylko na mnie a potem na mamę. Pocałował ją w policzek a Simon odsunął się z obrzydzeniem.
-Fuj! - krzyknął zdegustowany.
-Co za dzieciak! - warknęłam.
-Kochanie, czemu jeszcze jesteś w pidżamie? Wyjeżdżamy za piętnaście minut. - mruknął tata.
-Bo ten gnojek zalał mi pracę!
-Simon... - oburzył się.
-Tak, wszystko na mnie! - odparł ''zrozpaczony'' brat i poszedł zły do przed pokoju założyć buty.
-Spodziewacie się kogoś? - spytałam widząc wystrojoną jak zwykle mamę.
-Tak, przychodzi klient, chciał się spotkać o ósmej... - rozległo się pukanie. - Jest.
Zerknęłam zza ściany jedząc kanapkę. Tata stanął przy mamie, a ona powitała klienta z szerokim uśmiechem.
-Witaj Nathan. - powitał go mój tata.
-Nie mogłeś wytrzymać z tym do dziewiątej aż otworzymy kancelarię? - spytała roześmiana mama.
-Selena chce się rozwieźć jak najszybciej... ja również. A przyjaźnimy się, więc wiem, że przyjmiecie mnie bez problemu.
-Oczywiście, ciebie zawsze. - zaśmiała się mama.
Przewróciłam zdegustowana oczami. Matko, co za nieoficjalne przyjęcie klienta... mogła powiedzieć, że to przyjaciel rodziny. Znam Nathana, jest dupkiem i nie dziwię się, że po tylu latach się rozwiedli.
Złapałam plecak i rzuciłam się do drzwi.
-Och, dzień dobry Lucy. - błysnął uśmiechem Nathan.
-Dzień dobry. - kiwnęłam mu, na drodze stał tata z tym małym wybrykiem piekielnym.
Gapił się na mnie wypierdek mamuci, który wręcz prosił się o manto. Jeszcze cofnęłam się i złapałam laptopa w dłoń, musiałam coś wygrzebać w dokumentach które miałam zapisane. Powinnam mieć coś z tego co zostało zniszczone i zalane przez brata.
-Oni pojadą, a ja zapraszam do środka, Nathanie. Omówimy wszystko na spokojnie. - zamknęła drzwi mama zaraz za moimi plecami nawet się z nami nie żegnając.
Tata stał nadal naprzeciw mnie, uniosłam lekko brwi i westchnęłam.
-Słucham tato? - spytałam delikatnie i grzecznie, jak tylko było mnie stać.
-Powinnaś przeprosić brata.
-Za co? - oburzyłam się, jednak gdy zauważyłam minę taty od razu się skarciłam. - Przepraszam Simon...
Spiorunowałam go wzrokiem, a na twarzy tego małego pryszcza zauważyłam cień uśmiechu.
-Wsiadać. - poprosił tata, gdy wyjął kluczyki z kieszeni marynarki.
Jak zwykle tym samym, odpicowanym samochodem by wiadomo było, że to jedzie TEN PAN MECENAS, ten sam wkurzający po drodze brat, który obrzuca mnie papierkami lub piłeczką kauczukową gdy siedzimy z tyłu. No tak, zapomniałabym... z przodu nie wolno siedzieć nikomu jak tylko mamie, ponieważ jesteśmy jeszcze dziećmi, zważywszy na to, że mam te osiemnaście lat.
Zatrzymał się gwałtownie przed szkołą. Jego biały wóz lśnił czystością i emanował wyniosłością, którą wszyscy mnie obarczali. W szkole gdy podjeżdżał ten samochód wiedzieli dokładnie, że jedzie córka mecenasika. Wysiadłam, na parkingu szkoły zobaczyłam większość maturzystów, którzy z reguły wyglądali na mafie, kryminalistów bądź tych SPOKO ludzi. Ja należałam do tych MNIEJ SPOKO kujonów, którzy nie byli fajni. Nie fajnie się z nami gadało, nie fajnie byłoby zaprosić na imprezę bo tata mecenas nie pozwoli, bo jest kujonem, bo jest po prostu mądra albo za głupia, by przebywać ze spoko ludźmi.
Nawet chłopaki z maturalnej nie patrzyli się na mnie tak jak na Bethany, o którą Christopher nie był ani trochę zazdrosny. Wiedział, był wręcz przekonany, że jego dziewczyna jest tylko jego i ufał jej w stu procentach. Beth była wysoka, seksowna, ale z jednym minusem... była zajęta.
Wiele razy podchodzili do mnie maturzyści i pytali czy mogę zapoznać ją z nim, byłby mi (uwaga) WDZIĘCZNY. A ta wdzięczność zanikała, gdzieś daleko, głęboko w podświadomości tego dupka, który na siłę podrywał moją przyjaciółkę. Oczywiście, te czasy się skończyły, gdy Chris i Bea zaczęli obnosić się z tym, że są razem. Wszyscy w szkole określali ich jako tę gorącą parę, bla,bla,bla.
Ja chodziłam do drugiej klasy liceum, obok mojej szkoły była również uczelnia, parking roił się od maturzystów i STUDENTÓW napalonych na masę lasek z młodszych klas. A te idiotki się nabierały na słodkie słówka...
Siedziałam na zajęciach dziennikarskich, na które się zapisałam i zapomniałam pracy. To lekcja dodatkowa, jednak obowiązkowa zważywszy na profil który wybrałam. Prawniczo-dziennikarska, co nie za bardzo idzie ze sobą w parze. Jednak rodzice zostali przekonani przeze mnie rok temu, żeby nie iść do Seattle. Podałam masę argumentów i na szczęście nie chodzę do tej szkoły dla bogatych dupków.
Chris zawsze mnie rozbrajał na lekcjach, choć wolałam bardziej się na nich skupić, niż gadać o tym, jak to według niego odbywa się seks psa i kota... Gada o polityce, jak dobrze mu w łóżku z Bethany... Nie jest głupia ani nie jest dziwką, jest moją przyjaciółką... Jednak co jak co, uprawiają seks cztery razy w tygodniu, chyba, że jest przygotowanie przed egzaminem to trzy razy w ciągu dnia egzaminacyjnego.
-... zapomnieliście prac, więc będę musiał zadzwonić do waszych rodziców. To karygodne, doprawdy. - parsknął wściekły Pan Brooks. - Oczywiście, czekam na komentarz od pana Scotta - spojrzał na Christopha. - który tak bardzo lubi mówić, że jesteście już dorosłymi osiemnastolatkami i po cóż dzwonić do rodziców. - uśmiechnął się złośliwie.
-A tu Pana zadziwię, jak i wszystkich szanownych zebranych... do powiedzenia mam zupełne, ekscytujące, podniecające jak dla każdego z nas... N I C.
Uniosłam brwi zdziwiona. Nikt nigdy nie sprzeciwił się Panu Brooksowi, jeśli dobrze pamiętam. Oczywiście z mojej klasy... innych nie znałam.
Brooks kiwnął głową.
-Dziwne. Aż pana nie poznaję, Scott.
Gdy nauczyciel usiadł na krześle przeglądając notatki, które udało mi się wydrukować w bibliotece, odwróciłam się do przyjaciela, a on uśmiechnął się kretyńsko.
Odwróciłam wzrok, powstrzymując śmiech.
-Panno Collins, co panią tak BAWI? - zaakcentował ostatnie słowo, a ja przerażona wyprostowałam się.
-P-przepraszam... ja...
-Oczywiście, rozumiem... jest pani niezwykle uzdolnioną uczennicą, jednak ten tytuł nie upoważnia do takich zachowań na, przynajmniej, moich lekcjach. - uśmiechnął się do mnie.
Jednak jego uśmiech był jak szykujący się do ataku, rozwścieczony w głębi serca kojot chory na wściekliznę. Skrzywiłam się.
-Naprawdę przepraszam... - zaczęłam się jąkać.
Wziął jakąś pracę do ręki i zaczął czytać, ja zamilkłam wpatrując się w niego.
-Lucy Collins do Christophera Scotta: Mogłeś mi powiedzieć, Bethany to moja przyjaciółka. Scott do Collins: Ale i tak ją posunąłem, było świetnie...
Przez pierwsze sekundy nie wiedziałam co on do cholery czyta... jednak potem...
To kawałek screenowanej rozmowy z mojego komputera. Przez przypadek nauczycielka która miała przekazać moją pracę podała mu tę rozmowę, w której Chris rozmawia ze mną o przeleceniu Bethany na obozie sprzed dwóch tygodni temu...
Wszyscy zaczęli klaskać mojemu przyjacielowi, najbardziej ucieszeni będą jego kumple z maturalnej, ci ze SPOKO grupy do której ja nie należę.
-Ja...
-Nie musi pani nic tłumaczyć. - usiadł wściekły. - To drugi raz, gdy wyprowadziłaś mnie z równowagi, Collins.
Po dzwonku wybiegłam z klasy jako pierwsza. Wypiszę się z tego głupiego dziennikarskiego badziewia jak najszybciej!
Ludzie wychodzący z klasy tylko się ze mnie śmiali, a Chrisowi gratulowali zaliczonej panienki.
-Przepraszam... - mruknęłam, gdy podszedł do mnie.
-Nie ma sprawy, i tak połowa mojej ekipy...
-Pół szkoły, masz na myśli? - spytałam przerywając mu.
-No... może... połowa szkoły wie, że ją pukam w szkolnym kiblu.
-A Bethany... wie? - oburzyłam się.
-Nie, przecież sama tego chce.
-Dupek. - warknęłam i odeszłam od niego.
Przygotowywałam się na ostrą rozmowę z rodzicami w domu... gdy usłyszą co wyrobiłam i że niszczę ich dobre imię chyba mnie rozniosą...
-... Simona wina! To jego cholerna wina! - krzyczałam przy stole.
-Wyrażaj się, Lucy. - warknęła mama. - Mogłaś spojrzeć na to, co dajesz nauczycielowi!
-Ale nie byłoby tej sytuacji, gdyby ten obszczymur nie zalał mi wodą mojego zadania! - wyjaśniłam.
-Nie obrażaj brata! Co się z tobą dzieje?!
-Bo staram się dobrze uczyć, łapię dobre oceny, słucham waszych zakazów, przestrzegam zasad! A mój brat gdy zrobi mi głupi żart płacę za to karami od was!
-Do pokoju...
-Ale...! - wycedziłam.
-Słuchaj matki, Lu. - szepnął ojciec.
Grzecznie wstałam, zasunęłam za sobą krzesło i zabierając talerz do kuchni umyłam go. Westchnęłam ciężko. Musiałam zacząć się opanowywać, ostatnio pozwalałam na to, by emocje mną władały. Muszę być taka, jaką oni mnie chcą widzieć.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz