- Nic ci nie jest? - spytałem Kath.
- A co nagle cię to zaczęło interesować? - burknęła.
Zacisnąłem usta i odwróciłem się. Zostawiając ją z chłopakami, zbiegłem na dół. Nie chciałem w tym dalej uczestniczyć i jak najszybciej wyszedłem z kościoła.
- Dominic gdzie ty idziesz?! - krzyknął Matt.
- Twój zmutowany brat to nie mój problem - odparłem - Nie zagraża już okolicy. Jeremy gdzieś go wywlekł.
- A jak wróci?!
- To nie mój problem - powtórzyłem - Ty go tu sprowadziłeś.
Usłyszałem mnóstwo przekleństw za plecami, które Matt wyrzucał pod moim adresem. Uśmiechnąłem się pod nosem i nic sobie z niego nie robiąc ruszyłem prosto do domu.
Było już późno w nocy więc do Belli postanowiłem wpaść nazajutrz. Wszedłem cicho do domu, nie chcąc nikogo obudzić. Od razu zmęczony rzuciłem się na łóżko, ale jakoś nie mogłem zasnąć. Z jednej strony czułem satysfakcję, że postawiłem się Mattowi, ale z drugiej zaczęło do mnie docierać, że postąpiłem jak dupek, zostawiając ich z tym wszystkim samych. Już miałem się podnieść z łóżka, ale wtedy bardziej leniwa część mojej natury zaczęła mnie przekonywać, że przecież Jeremy sam sobie da z nim radę. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
Obudziły mnie czyjeś głosy. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem przed sobą czyjeś ręce. Gwałtownie się podniosłem.
- Spokojnie śpiąca królewno. To tylko my.
Carl i Flynn szczerzyli do mnie zęby.
Jęknąłem i znowu opadłem na łóżko.
- Zawsze gdy jest pięknie... pojawiacie się wy. Cóż za dziwny zbieg okoliczności - wymamrotałem.
Flynn parsknął śmiechem.
- Wiesz, że masz przejebane u Matta - powiedział rozbawiony Carl.
- A złapaliście bestie?
- Nie mamy pojęcia. Siedzieliśmy z Kathie do rana w tym kościele - wzdrygnął się Flynn - Reszta chyba pobiegła za Willem.
Parsknąłem śmiechem wyobrażając sobie ten pościg.
- A co z nią? - mruknąłem.
- Sporo płakała - skrzywił się Carl - miałem całe mokre ramie - zaprezentował lewy bark.
- Chyba serio go kocha - mruknął Flynn.
- Widzę, że stałeś się specjalistą od Kath - parsknąłem - A co na to Ve-ra?
- Tak jak ty od Belli - odgryzł mi się.
Rzuciłem w niego poduszką. Trafiłem idealnie w twarz. Flynn w odwecie rzucił się na mnie i zaczęliśmy się przepychać.
- Pedały - mruknął zdegustowany Flynn.
Dostało mu się dwa razy.
- Jak dzieci - powiedziała Sophie niespodziewanie pojawiając się u progu - Dominic dziadek kazał ci przekazać, że zbieramy się do Belli. Jak chcesz się zabrać...
- Później pojadę - odparłem szybko, nie chcąc tłuc się z mi rodzinnie w samochodzie.
Pół godzinę później, Flynn i Carl musieli iść na wartę. Swoją miałem dopiero wieczorem. Z powrotem zacząłem usypiać, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Co znowu... - mruknąłem poirytowany i zwlokłem się z łóżka. Zacząłem iść w kierunku drzwi i zamarłem.
Pijawka.
Nie wiedziałem co mam zrobić. Jak miałem się przemienić w domu? Zaraz jednak zaczęły docierać do mnie pewne fakty. Była sama. Nie wyczuwałem nigdzie jej towarzyszy.
Ciekawość wygrała. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je.
Zamarłem.
Po prostu zamarłem.
Wpatrywałem się cały czas w postać stojącą naprzeciwko mnie. Jej zapach palił mnie lekko w nozdrza, lecz nawet na to nie zwracałem uwagi. Dziewczyna uniosła brew oczekując na reakcję.

- Sarah? - wykrztusiłem.
- Co prawda noszę już inne nazwisko, ale może być. Dla ciebie Sarah - rzuciła dobrze znanym mi głosem i przepchnęła się obok mnie wchodząc do domu.
Gdy szok minął, zaczęła mnie zalewać powoli furia. W mgnieniu oka zalała mnie fala wspomnień. Przypomniałem ją sobie tam... w tym miejscu... w tym pokoju... z tym facetem.
Podążyłem za nią gotując się w środku. A ona jak gdyby nic rozsiadła się na kanapie w salonie.
- Czego tu chcesz? - wysyczałem.
- Co prawda nasze stosunki nie są najlepsze, ale po takim czasie spodziewałam się cieplejszego powitania - odparła i otworzyła paczkę szlugów - Papieroska? - spytała jak nigdy niby nic.
Zacisnąłem ręce w pięści. Zauważyła, to ale nie skomentowała.
- Tu się nie pali. Jak chcesz wyjdź na zewnątrz. Tu mieszka mała dziewczynka, jakbyś zapomniała - warknąłem.
Co ja plotłem?! Jak chcesz wyjdź na zewnątrz?! Zamiast od razu ją wyrzucić, stałem sobie ot tak naprzeciwko niej i gawędziłem o zakazie palenia w domu?!
- Ah tak. Sophie... - jej wyraz twarzy zmienił się na moment. Nie wyglądała jak zimna suka (którą była) lecz jak... zmartwiona starsza siostra.
Bzdura. Ona nie martwiła się o nikogo.
- Wszystko u niej w porządku? - spytała po dłuższej chwili milczenia.
- Gówno cie to obchodzi - odparłem zaciskając zęby.
- To moja siostra..
- Ona cie nawet nie pamięta - parsknąłem i zacząłem krążyć nerwowo po pokoju - Czego tu szukasz?! Po co wróciłaś?!
- Ojciec nie uprzedził cię o mojej wizycie?
Oczywiście że uprzedził. Ale ja jak zwykle byłem wszystkim 'zajęty' by o tym pamiętać.
- Może i uprzedził... Ale to nie zmienia faktu, że nikt cię tu nie chce - warknąłem.
Podeszła do mnie i złapała mnie za ramię. Wyszarpnąłem jej się ze wstrętem.
- Zabieraj te ręce... Bóg wie czego nimi dotykałaś - wypaliłem. Miałem ochotę splunąć jej pod nogi.
Albo mi się zdawało, albo na jej twarzy zamajaczył chwilowo smutek. Jednak skutecznym antidotum na moje wyrzuty sumienia, było wspomnienie jej w tym burdelu.
- Dominic pozwól mi wszystko wytłumaczyć... - wyszeptała.
- Co ty chcesz tłumaczyć? Że miałaś wyjechać na studia, a dawałaś dupy w tanim burdelu? - wysyczałem - Wynoś się stąd.

Zobaczyłem jej ciemnoczerwone tęczówki i wzdrygnąłem się. Moja 'siostra' pijawką. Ja pierdole..
- Więc nie tylko dziwka, ale też morderczyni - dodałem.
Byłem tak wściekły, że chyba bardziej się nie dało. Miałem ochotę udusić ją gołymi rękami.
- Poluję tylko na bandytów - odparła spokojnie - Wierz mi lub nie uratowałam więcej istnień niż zakończyłam.
- A więc tak to sobie tłumaczysz - powiedziałem ironicznie - Z twoich k l i e n t ó w też sobie piłaś?
Zarumieniła się gwałtownie. A więc tak. Przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia.
- Oskarżasz mnie choć gówno wiesz! - wybuchła gwałtownie - Myślisz, że jesteś lepszy?! Estela mi powiedziała jak ją potraktowałeś! Zaruchałeś i do widzenia tak? Nawet nie byłeś w stanie odebrać od niej telefonu...
- No kurwa nie, ja nie wierzę - złapałem się za głowę i zacząłem krążyć po pokoju - Skąd wy się do cholery znacie?!
- To moja dawna przyjaciółka - odparła lodowato - Różnie między nami bywało, ale gdy ostatnio nawiązałam z nią kontakt, okazało się, że cię bardzo d o b r ze zna.
Zatkało mnie. Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę.
- Wynoś się! Ale już! - ryknąłem.
W jej oczach pojawiły się łzy.
- Nic cię nie obchodzi! Nawet to że mogę umrzeć.
Zapadła cisza.
- Umrzeć? - spytałem w końcu zdezorientowany.
- Tak.. Opowiem ci wszystko od początku. Tylko mnie wysłuchaj. Błagałam.
Przypatrywałem jej się przez dłuższa chwilę.
- Ja naprawdę wyjechałam na studia.. Miałam wielkie plany i marzenia... Wszystko szło dobrze. Póki... póki nie dowiedziałam się o śmierci Jose - przełknęła ślinę i spojrzała na mnie.
Sarah była młodsza ode mnie tylko o rok. Była zżyta z Jose tak samo jak ja. Zrozumiałem, co musiała przejść, gdy się dowiedziała, że już więcej go nie zobaczy..
Ale to nie tłumaczyło jej dalszego zachowania.
- Zaczęłam ostro imprezować. Zaczęłam oblewać studia. Nie zdawałam egzaminów. Przestałam chodzić na zajęcia. Wtedy pojawił się on...
Zamyśliła się nagle, ale nie odezwałem się słowem. W końcu zaczęła kontynuować.
- Simon był.. Był taki cudowny - zaszkliły jej się oczy - Pomógł mi kiedy wszyscy zaczęli się ode mnie odwracać. A przynajmniej tak mi się wydawało..
Z początku wszystko było między nami dobrze. Kochaliśmy się strasznie. Jednak Simon nie wyprowadził mnie z powrotem na prostą.. On został ze mną w tym. A po pewnym czasie zaczął mnie ciągnąć jeszcze bardziej na dół..
Wiedziałam, że należy do jakieś organizacji. Czasami znikał na parę dni. Czasem wracał poraniony.. Pytałam co się dzieje, ale nigdy nie odpowiadał. W końcu przestałam pytać..
Teraz łza spłynęła jej po policzku. Chrząknąłem. Dominic pamiętaj, ona jest dziwką..
- I wtedy wplątał mnie do tego. Wyznał mi, że jest - przełknęła ślinę - Łowcą..
Syknąłem.
- No to widzę, że cudownych sobie przyjaciół znalazłaś...
- Z początku byłam wściekła. Wiedziałam, że to łowca zabił Jose'a.. Wiedziałam, że mój drugi brat - spojrzała na mnie - podlega również... 'likwidacji'. Kazałam mu się wynosić, ale wtedy.. Powiedział mi, że ich organizacja nie zabija niewinnych istot. Poluje tylko na wampiry masowo zabijające ludzi, wilkołaki kąsający ich i różne inne niebezpieczne dla człowieka stworzenia.. Demony i tym podobne..
Simon wkręcił mnie w to szybko. Powiedział, że mogę się przydać, bo szukają kontaktu w pewnym miejscu, często odwiedzanym przez takie typy - chrząknęła - w burdelu.
Byłem zbyt zaszokowany by się odezwać, a ona kontynuowała dalej.
- Z początku nie chciałam się zgodzić. Nie rozumiałam tego. Ale Simon... Mnie przekonał. Moim zadaniem było upijanie klientów i podczas spotkania z nimi - spuściła ze wstydem oczy - Wydobywałam informacje.
Teraz rozumiem, że był tak zapatrzony w tą organizację, że był gotowy oddać własną dziewczynę innym mężczyzną.
Nie wiedziałem co jej powiedzieć. Po prostu nie wiedziałem.
- Gdy mnie odwiedziłeś, to były pierwsze dni mojej pracy.Chciałam się z tobą skontaktować, wytłumaczyć wszystko.. Ale Simon przekonał mnie, że dla mojego dobra nie powinnam kontaktować się z rodziną. Z czasem wkręcałam się coraz bardziej. Dali mi broń i zabijałam wszystkich mężczyzn nawet na ulicy zapatrzonych we mnie - wzdrygnęła się.
- Simon nigdy nie zabierał mnie do ośrodka. Przekazywał mi tylko co mam zrobić. Pewnego dnia wyznał mi, że z 'naszym' przywódcą jest coraz gorzej. Że umiera.. Byliśmy najliczniejszą i najlepiej działającą organizacją w zachodniej Europie z filiami w paru stanach Ameryki Północnej i Azji. Często kursowaliśmy z Simonem między kontynentami. W Seattle i okolicach wyjątkowo roiło się od niebezpiecznych istot które trzeba było zlikwidować, podobnie jak w Orleanie i San Francisco. Myślisz, że dlaczego w okolicy tych trzech wielkich miast jest tak wiele stad wilków? - zerknęła na mnie.
Gdy się nie odezwałem, kontynuowała dalej.
- I wtedy wszystko się skumulowało. Pewnego razu, gdy tropiłam niebezpiecznego wampirzego morderce.. Simon gdzieś pobiegł. Zostawił mnie tam samą - wzdrygnęła się - Nawet się nie spodziewałam, kiedy zaatakował. To była chwila. Nie wiem czemu mnie nie zabił... Wgryzł mnie się w nadgarstek, uciekł i zostawił mnie samą, bezbronną pośrodku ciemnego zaułka. Krzyczałam z bólu, wołałam Simona... Jednak ten nie pojawił się.
Jej oczy zaszły mgłą. Zaczęła nerwowo kręcić włosami.

- Odnalazła mnie moja jedyna przyjaciółka Christina. Działałyśmy razem w organizacji. Zabrała mnie do domu. Przez parę dni cierpiałam potworne katusze, a gdy się 'obudziłam' było jeszcze gorzej. Nie mogłam się pogodzić z tym kim się stałam. Christina przekonywała mnie, że w organizacji działają nie tylko ludzie-łowcy, ale też dobre istoty nadnaturalne.
Miałam taką nadzieję, że wszystko się ułoży... Jednak zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Nasz przywódca Mark w końcu umarł. Zaczęły się spory kto zastąpi jego miejsce. Ludzie niespodziewanie zaczęli znikać. Dość szybko zorientowałam się, że to nie zwykli ludzie, tylko ci z domieszką nadnaturalności...
Gdy Christina pewnego wieczoru nie wróciła do domu, wiedziałam już co się stało. Z Simonem od tej feralnej nocy nie miałam żadnego kontaktu. Wiedziałam, że nie mam po co wracać do organizacji. Doszły mnie słuchy o nowym przywódcy. Miał na imię Dante. Radykalnie zmienił zasady organizacji. Oznajmił, że każda istota nadnaturalna jest niebezpieczna, a hybrydy i dziwolągi w szczególności. Nakazał nie potępiać łowców, którzy polowali na niewinne istoty, ale wspierać ich i zaciągać do grupy. Z czasem zaczął poszerzać swoje kręgi. Na razie działa z ukrycia, ale gdy jeszcze parę tygodni temu miałam informację, zamierza w końcu się ujawnić.
Dominic on zamyka takich jak my w zakładach.
- Zakładach? - wykrztusiłem.
- Coś takiego jak obozy pracy podczas II wojny światowej. Tworzy je na wymarłych, nie odwiedzanych przez ludzi polach, lub w podziemiach. Gdy miałam dostęp do informacji, zamierza opanować całą Europę, a później przenieść się na Amerykę Północą. Nie trudno zgadnąć, które trzy miasta będą jego głównym celem - wyszeptała.
- Nie.. - wykrztusiłem.
- Dante to potwór. Razem ze swoim wspólnikiem, wymyślają nowoczesne technologie, które z łatwością zabiją każdego z nas. Najgorsze jest to, że nie zabijają od razu... W tych zakładach wykorzystują takich jak my jako tanią siłę roboczą. Nie wiem jak jest teraz, ale obawiam się, że Dante rośnie w siłę.. To tylko kwestia czasu aż dotrą tutaj.
Zapadła złowróżbna cisza.
Byłem w takim szoku, że nie dałem rady nic powiedzieć. Nie dałem rady się poruszyć. Ta cała historia brzmiała jak wysnuta z książki. To coś sprzeciwiało się wszystkim zasadom, w które do tej pory wierzyłem.
- Ten wspólnik... To Simon - przełknęła ślinę - Szukają mnie. Od pół roku ciągle uciekam. W Kalifornii spędziłam 2 miesiące, ale w końcu odnaleźli mój trop. W ostatniej chwili zdążyłam uciec. Nie wiedziałam gdzie mam już iść. Wiem, że postąpiłam okrutnie, ale postanowiłam, że muszę was ostrzec... I błagać o pomoc.
- Czy tego... Czy jego nie da się powstrzymać? - wykrztusiłem po dłuższej chwili.
- Robimy co możemy - spuściła wzrok - Oni rekrutują nowych łowców... A my naszych pobratymców. Działamy w konspiracji. Poszukujemy osób szczególnie uzdolnionych. Ludzi spokrewnionych z nami - uściśliła - Dajemy im wybór. Czy chcą się stać w pełni jednymi z nas. Wtedy przechodzą przemianę. Zostają wampirem jeśli dar jest mentalny, wilkołakiem jeśli bardziej fizyczny, wypijają krew potomka anioła jeśli wyłapiemy że dar ma podłoże psychologiczne i uczuciowe. Zdarzają się i ci podchodzący pod demona...
Jeśli ktoś nie ma żadnych darów, może po prostu przystać do nas jako wojownik. I tak wszyscy trafiają do ośrodka szkoleniowego położonego za Seattle.
- Nie ma co, dobre miejsce - burknąłem nadal w to nie dowierzając.
Przez dłuższą chwilę milczała.
- Ja nie mogę tam być.Muszę uciekać. Szkoleniem rekrutów zajmują się dużo starsi i poważniejsi ludzie. Do tej pory odwiedzałam wszystkie stany, wraz z moim towarzyszem i werbowałam tych ludzi... Ale teraz sytuacja wymknęła się spod kontroli - westchnęła - Przyjdą tu w końcu. Ale mam nadzieję, że dam radę się obronić..
- Też masz dar? - spytałem zaintrygowany.
- Em.. Tak. Nie jest jakiś szczególny. Pracuję nad tym, ale na razie potrafię wytworzyć kilku sekundową iluzję. To mało, ale wystarczy by zmylić przeciwników i uciec.
I w jednej chwili znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Jakieś miasto... Ogłupiałem kompletnie rozglądając się po realistycznej ulicy. Zanim jednak zdążyłem się temu dobrze przyjrzeć, znów stałem w swoim salonie.
- To było.. Coś - wydukałem.
Uśmiechnęła się lekko.
- Cieszę się, że ci się podobało.
- Czyli... Oczekujesz od nas schronienia tak? - spytałem po dłuższej chwili.
- Można tak powiedzieć... I szukam... Pewnej osoby z wyjątkowym darem. Patrick już dawno ją namierzył, jednak czekaliśmy aż skończy odpowiedni wiek.
- Jaka to osoba? - spytałem, lecz nagle ktoś wszedł do środka.
Toby stanął w progu patrząc się na Sare szeroko otwartymi oczami.
No pięknie. To dopiero miało się zacząć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz