
- No co ty Jamie? - spytał zdziwiony Jass - Jeszcze jej nie złamałeś?
- Ona nie jest takie jak wszystkie Jason.
- No właśnie. Jest sztywna. I wredna - parsknął śmiechem.
Westchnąłem. Kątem oka zauważyłem idącą w naszą stronę Steph.
- Jassie twoja dziewczyna idzie - stwierdziłem ironicznie.
- Jamie chowaj mnie - syknął i nagle zniknął.
Wybuchnąłem śmiechem i w tej samej chwili stanęła przede mną Stephanie.
- Gdzie jest Jason? - rozejrzała się zdezorientowana.
- Musiał iść załatwić coś ważnego - skłamałem bez zająknięcia.
- To jeszcze lepiej - uśmiechnęła się złośliwie i nagle pchnęła mnie na drzwi.
Normalnie w ogóle by mnie to nie ruszyło, ale byłem tak zaskoczony, że wpadłem do pustej, nieużywanej przez nikogo klasy razem z nią. Zdziwiłem się, że nie była zamknięta. Jakimś cudem Stephanie skądś zdobyła klucz i właśnie zamykała drzwi.
- Nareszcie sami - szepnęła.
Przyglądałem jej się rozbawiony.
- Steph a co na to Finnick?
- Pieprzyć Finnicka - odparła głośno i objęła mnie. W naturalnym odruchu złapałem ją za nogi i oparłem o ścianę. Gdy mnie pocałowała, machina ruszyła. Mimo że była taką wredną suką, długo już nie byłem z jakąś dziewczyną. Długo - parę dni - szepnął kpiąco jakiś głosik w mojej głowie. Gdy zaczęła mi ściągać bluzę, nagle pomyślałem o Collins i jej kpiącym spojrzeniu. Co by powiedziała? 'Wiedziałam, że jesteś takim samym dupkiem jak reszta'.
Ochota na Steph przeszła mi w jednej sekundzie. Złapałem ją stanowczo za nadgarstki.
- Steph, nie.
Popatrzyła na mnie przez chwilę, a potem znów próbowała mnie pocałować i podciągnęła mi bluzę.
Żadnymi prośbami nie mogłem jej zmusić żeby przestała. W końcu w jakimś dziwnym odruchu wykręciłem jej ręce do tyłu i pchnąłem na podłogę. Popełniłem jeszcze większy nietakt, bo to jeszcze bardziej ją rozochociło.
- Zwiąż mnie - wyszeptała przełykając ślinę
Nie wiem czemu widząc jej minę roześmiałem się.
- Steph, proszę cię. Wstań. Nie dziś. Nie teraz.
Na jej twarzy zobaczyłem nutę żalu, a potem nadziei.
- Czyli nie wykluczasz nic?
- Nie wykluczam - powiedziałem dla świętego spokoju - choć stanowczo wykluczałem.
- Przyjdźcie na imprezę. Jest za dwa dni.
Zacząłem sobie wszystko kalkulować. To była dobra okazja.. Wiedziałem jednak, że Collins w życiu nie poszłaby na imprezę w środku tygodnia.
- A nie mogłabyś przesunąć jej na sobotę? - mruknąłem.
- A co? Rodzice nie puszczą? - spytała rozbawiona, ale widząc moją minę szybko się zreflektowała - To znaczy... No wiesz...
- Nie mam rodziców - uciąłem krótko. Popatrzyła na mnie zaskoczona. Chyba za dużo się wygadałem - Mieszkam ze starszym bratem - dodałem.
- Więc co stoi na przeszkodzie?
- Mam inne plany w środę - odparłem podchodząc do drzwi.
- Niech będzie sobota.
Zadowolony wyszedłem z klasy. Było już parę minut po dzwonku. więc przyspieszyłem.
Na angielskim siedziałem z Ashem. Zaczął mi opowiadać o jakieś Beth. Skądś kojarzyłem to imię.
- Jest zajęta, ale wiesz - uśmiechnął się pod nosem - To tylko kwestia czasu.
- Sprawdziłeś czy jej chłopak nie jest wampirem? -spytałem rozbawiony przypominając sobie sytuację z przeszłości.
- Tak. Nie jest ani wampirem ani wilkołakiem ani n i k i m. To zwykły człowiek.
Skutecznie manipulowaliśmy myślami nauczyciela, więc nie zwracał nam uwagi, Uczniowie niestety zaczęli się nam podejrzliwie przypatrywać, więc skończyliśmy rozmowę i graliśmy przez resztę lekcji w kółko i krzyżyk.
Później na historii siedziałem sam. Akurat jej nie miałem z Collins ani z żadnym z chłopaków. Spędziłem ją przeważnie na rozmyślaniach. Musiałem zacząć działać szybciej.
Na zajęcia dziennikarskie wpadłem równo z dzwonkiem. Już siedziała na miejscu. Uśmiechnąłem się kpiąco i usiadłem obok niej.
- Cześć Collins - przywitałem się.
Popatrzyła na mnie krzywo.
- Mam imię, Feather - wycedziła.
- Niech ci będzie L u c y - odparłem rozbawiony.
Brooks pojawił się chwile później. Po sprawdzeniu obecności, od razu przeszedł do tematu.
- Jak wspominałem, dziś zajmujemy się w y w i a d a mi. Jesteście w parach tak jak siedzicie.
Tłumaczył jeszcze coś monotonnie, ale ja skupiłem się na obserwowaniu miny Collins. Popatrzyła z nadzieją w drugą stronę, ale jej najbliższy towarzysz siedział parę miejsc dalej. Uśmiechnąłem się pod nosem. Brooks rozdał arkusze.
- Proszę pana ale właściwie po co nam kartki jeśli mamy komputery? - ktoś spytał.
- Nie gadaj tyle Creavy tylko bierz się do zadania. Prawdziwy dziennikarz nie pisze tylko na komputerze.
- Więc może ja zacznę - zacząłem rozbawiony - Więc tak. Pani Lucy Collins. Lat 18. Imiona rodziców?
Popatrzyła na mnie krzywo.
- Dobrze, dojdziemy do tego - parsknąłem śmiechem - Praca? Matki? Ojca? - byłem teraz wyjątkowo skoncentrowany.
Lucy założyła buntowniczo ręce.
- Zgaduj - rzuciła.
- Dobrze. Ale jeśli zgadnę czym twoi rodzice się zajmują, pójdziesz na imprezę do Stephanie.
Popatrzyła na mnie jak na wariata.
- Nie mogę. Jest w środku tygodnia. Zresztą i tak nie zgadniesz.
- Nie. Jest w sobotę. Steph ją przeniosła.
Wzruszyła ramionami.
- Dobrze. Więc zgaduj.
- Ale pójdziesz? - upewniłem się.
- Jeśli zgadniesz. A na pewno nie zgadniesz.
- Ile mam podejść?
- Niech będą dwa - odparła z satysfakcją.
- Dwa? - jęknąłem z udawanym żalem.
- No, zgaduj - parsknęła śmiechem.
- Hm... Widząc jak cię wychowali, muszą być surowi. Zajmują więc jakieś wysokie stanowiska - Lucy ledwo zauważalnie drgnęła - Masz swojego kierowcę, więc muszą być bogaci.
- Materialista? - spytała złośliwie, ale zignorowałem ją dalej ciągnąc swój wywód.
- Więc - udałem że się namyślam - Myślę więc, że mogą być lekarzami.
- Pudło - uśmiechnęła się z satysfakcją - Ostatnia szansa.
- Ej to nie fair. Należy mi się jakaś podpowiedź.
- Nie ma podpowiedzi - uśmiechnęła się szeroko - Dawaj.
- Hm... Jeśli nie lekarze - udałem, że się namyślam - - Równe odpowiedzialne i wysokie stanowiska... To branża prawnicza - zobaczyłem jak zrzedła jej mina - Tak. Myślę, że są prawnikami - udałem, że się lekko waham, choć tak naprawdę doskonale znałem odpowiedź.
Collins nie odpowiedziała patrząc na mnie zaskoczona. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Wygrałem prawda?
- I tak nie pójdę - wycedziła.
- O nie nie. Inaczej się umawialiśmy pani Collins. Zakład to zakład.
- Ale... - jęknęła w proteście i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek.
- Jutro wrócimy do dalszych pytań na pani temat - mruknąłem rozbawiony i wyszedłem z klasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz