sobota, 30 kwietnia 2016
Od Emilie
Zapukałam, ale nikt nie otwierał. Wygrzebałam klucze z kieszeni. Włożyłam do zamka, ale nie był to dobry klucz. Zmienili zamki? Ale czemu?
Po chwili otworzyła mi mama, zbladła na mój widok ale nawet nie chciała wpuścić mnie do środka. Ściągnęłam brwi i wpatrywałam się w nią.
-Czego chcesz? - spytała.
-Mamo... chciałam... was odwiedzić...
-Po tym wszystkim masz czelność przychodzić tu?
-Ale to... to był mój dom... nasz...
Nie spodziewałam się takiego odrzucenia.
-Nie chcę mieć problemów z ojcem i Gabi...
-Jakich problemów i co ma do tego Gabi?
-Ty wybrałaś złą drogę. Wiedzieliśmy, że kiedyś to nastąpi ale miałam nadzieję, że nie wybierzesz zła... ale wybrałaś.
-Wiedziałaś o tym?
-Oczywiście. - parsknęła. - Miałam wychowywać potomka jednego z aniołów, miałam o tym nie wiedzieć?
-Aha. Czyli o to chodzi, tak? Że ona jest wyjątkowa a ja jakimś pomiotem piekielnym?
-Muszę być teraz oschła. Nie mogę pozwolić byś zbliżała się do Gabi.
-Co? Przecież widujemy się...
-Już nie będziecie się widywać. Przykro mi Emilie ale nie możesz tu już przychodzić.
-Słucham?! Czekaj... - zamknęła mi drzwi przed nosem a ja osunęłam się po drzwiach i zakryłam twarz dłońmi.
Oddychałam głęboko i próbowałam zrozumieć co się właśnie stało. Oddech mi przyśpieszał, czułam znajome pieczenie pentagramu, jednak próbowałam to powstrzymać. Nie umiałam. Nie byłam na tyle silna i nie miałam o tym pojęcia. Zawsze Damon uczył mnie jak mam to wzniecać, jak ogień który potem nie może zgasnąć.
Wbiłam sobie paznokcie w skórę głowi, palce zaplotłam we włosy i po chwili to minęło, ale wiedziałam, że zaraz nastąpi ''atak''. Gwałtowny, bolesny dla mnie wewnętrznie. Gdy to ignoruję, robią mi się rany na ciele, jakby zadrapania, jakby demony wezwane przez samego Lucyfera próbowały mnie osobiście okaleczać.
I tak się stało. Znałam siebie dość dobrze by wiedzieć co właśnie się stanie. Ruszyłam przed siebie szukając czegoś, a raczej kogoś do zaspokojenia mojego pragnienia. Do uspokojenia mojej mrocznej duszy i cząstki Lucyfera we mnie. Pragnęła śmieci, pragnęła kolejnej duszy by Lucyfer odzyskiwał siły i był na tyle mocny, by wrócić na swój tron.
A ja wiedziałam, że robię źle. Tylko nie myślałam jak ja, tylko jak głodna cząstka Lucyfera.
Coś podpowiadało mi imię mojej siostry, wtedy Lucyfer byłby aż za silny, gdyby dostał jej duszę. Ale powstrzymałam się na tyle by nie myśleć o siostrze, zmieniłam się na inny cel i ruszyłam dalej po mieście szukając kogokolwiek do zaspokojenia bólu i głodu. Czułam jak jeden z demonów sunie mi pazurem po plecach, skrzywiłam się lekko ale nic na to nie mogłam poradzić. Zasłonięcie miejsca ręką nawet nie pomoże przed raną.
Dostawałam szału, gdy w pobliżu nie było wystarczającej duszy do zaspokojenia Lucyfera. Musiałam wybierać, nie mogłam zabić kogokolwiek, bo to nie zaspokoi mnie i diabła. W końcu wyczułam dziewczynę, szczęście aż od niej kipiało, leciała zadowolona gdzieś.
Dusza osoby, z której mogę wyssać to całe szczęście... i zostaje tylko strach i przerażenie... i ból... żadna dusza nie zaspokaja bardziej od właśnie takiej. Przynajmniej ja tak mam, a Lucyfer będzie zaspokojony.
Podeszłam do niej i zaciągnęłam ją między budynki, wyssałam z niej szczęście, wszystko co dobre, całą jej duszę, a ona upadła na ziemię lodowata, blada, że prawie sina. Trzęsła się i jej oczy ukazywały nic innego jak pustkę.
Zaraz po tym zdarzeniu ciemna siła wyszła ze mnie a ja spanikowana ujrzałam dziewczynę i właśnie doszło do mnie co ja najlepszego zrobiłam.
Zadzwoniłam do szpitala i gdy słyszałam dźwięk karetki zniknęłam z miejsca zdarzenia i starałam się gdzies uspokoić.
Od Jansen'a
Zerwałem się z łóżka, z pozycji leżącej od razu na siedzącą. Byłem mokry, to pot, jeszcze nigdy
nie bałem się tak koszmaru. W gruncie rzeczy nie był wyjątkowo przerażający ale miał w sobie
coś co inne nie miały, coś chciało wejść mi do głowy albo z niej wyjść, szukały drogi ucieczki.
Tę postać widuje dziesiątki razy gdy zamykam oczy ale nigdy się nie poruszała jedynie co
to patrzyła się wprost na mnie lub niemo krzyczała, nie było słychać głosu ale łatwo dało się
go sobie wyobrazić, głośny, skrzeczący, może nieco ochrypnięty, ale kobietę widzę po raz pierwszy.
Obejrzałem się w prawo, Emilie już zniknęła, coś bardzo mnie uszczęśliwiło, bo tej akcji
oczekiwała by wytłumaczeń a nawet jeśli by uwierzyła w zwykły koszmar senny została by w jej
umyśle iskra niepewności, a nawet taka może zniszczyć zaufanie które jest mi teraz bardzo
potrzebne, Emilie wiele mi nie mówi, gdy jestem przy niej czuje jakbym miał tuż na wyciągnięcie
ręki Lucyfera niestety jest obłokiem dymu który w nijaki sposób nie da się złapać, jest to
bardzo frustrujące, tak blisko a jednak tak daleko. Obawiam się ,że podzielił swoją postać
na wiele szczepów i jeden z nich jest w Emilie, w sumie jestem tego pewny ,że jej w niej ale
nie wiem dlaczego, nie dopuszczam do siebie tej myśli, nie wiem czy nawet bym uwierzył gdyby
sama Em mi to powiedziała albo Lucyfer. Potrzebny mi jest Damon, nie wiem jak go wezwać,
Emilie to potrafi ale ostatnim razem dobrze się to nie skończyło. Mam kilkanaście umiejętności
związanych z tym co we mnie siedzi ale nie chce ich używać, zrobię to w ostateczności.
Wiem ,że dzieki nim bym znalazł potrzebą mi osobę ale to jest strasznie delikatna struktura,
jedyne czego sie obawiam na czas dzisiejszy to ,to ,że zacznę stanowić zagrożenie dla Emilie,
Gaby i innych niewinnych. Taki paradoks, teraz inni nic dla mnie szczególnego nie znaczą,
ale pamiętam chwilę kiedy znaczyli dla mnie wszystko i trzymam się jedynie wspomnień tego uczucia.
Wstałem z łóżka i nagle zauważyłem ,że jestem nagi a pod paznokciami mam pełno brudu,
poszedłem do łazienki i stanąłem przy zlewie, wziąłem szczotkę do mycia pięt i brudu spod paznokci,
spuściłem gorącom wodę i zacząłem szorować, zaschnięty syf nie chciał łatwo puścić
ale gdy zaczął się roztapiać zrozumiałem ,że była to zaschnięta krew, czerwona farba
mieszała się z wodą i spływała nieznacznie po zlewie. Czyżby Emilie mnie nie uprzedziła ?
Nic nie zauważyłem, przedtem. Uznałem to za małą wpadkę przy pracy, domyłem krew i po chwili
ogarnięcia wyszedłem z domu.
Byłem w okolicy domu bliźniaczek, tak po prostu spacerowałem przypadkiem może znajdę
pijącego kawkę Lucyfera, byśmy sobie pogadali. Przez długi czas nic, miałem czas na kolejne
refleksje a podczas jednej z nich natknąłem się na Gabi, szła w stronę parku. Zszedłem z chodnika
i na skróty ruszyłem w jej stronę, była sama ciekawe gdy się podział jej ptasi przyjaciel.
Już szedłem zaledwie parę kroków za nią gdy ta się odezwała.
-Jansen ? - odwróciła się
-We własnej osobie - uśmiechnąłem się i stanąłem obok niej.
-Co z Em?
-W porządku, jest w pracy. A jak tam nauka latania ?
-Co ? ... Aaaaa że anioł..i skrzydła... . Jest okej.
-Jest coś co powinienem wiedzieć o Em ?
-Czyli ? Słodzi herbatę 2 łyżeczkami gdy ma zły humor a gdy dobry to w ogóle jej nie słodzi,
lubi słuchać muzyki podczas gotowania, robi doskonałe desery, nie je zielonej galaretki bo
źle jej się kojarzy... - ciągnęła
-Heh, dobrze wiedzieć ale chodzi bardziej o jakieś jej problemy
-To chyba ci powiedziała o wszystkim
-Jakby tak było to bym się nie pytał ciebie - powiedziałem z lekkim uśmiechem
Nagle pojawił się między nami Eryk. Nie był zadowolony z naszego spotkania.
Był bojowo nastawiony ale nie szykował sie do ataku tylko do dyplomatycznej rozmowy.
Jego pojawienie nie bardzo mnie uszczęśliwiło.

-Odejdź - powiedział krótko
-Może masz i rację, ale jeśli wiecie coś co może pomóc to mówcie. Jak się dowiem ,że ukrywaliście coś to własnymi zębami wyrwę ci te skrzydełka i wyssę aurę a gdy będziesz już naziemnym człowiekiem wyrwę ci kończyny a ty będziesz patrzył jak jedzą je muchy.
Gabi spojrzała się na mnie z lekko opuszczoną szczęką, tak jakby nie wierzyła w to co powiedziałem
i że wymówiłem to z taką powagą. Zaatakowałem Eryka wzrokiem ale gdy spojrzałem się na Gabi, zaśmiałem się szeroko.
-Żartuje ! Ale każda pomoc się przyda. To ja lecę a wy się bawcie.
Poszedłem przed siebie a gdy zniknąłem zza zakrętem przez okno w barze zauważyłem
telewizor zawieszony na rogu przy suficie, zwrócił moją uwagę bo mówili o brutalnym morderstwie.
Właśnie pokazywali co nagrała kamera.
W nocy na dom Kelwinów napadli bandyci, gdy ojciec rodziny Kevin otworzył drzwi jeden z bandytów
uderzył go kijem bejsbolowym w głowę, następnie gdy upadł okładał go dalej po całym ciele
do momentu gdy ten stracił przytomność, drugi bandyta związał mu ręce z tyłu.
Do pomieszczenia weszła żona Mary, gdy zobaczyła co sie dzieje zaczęła krzyczeć, wtedy
napastnik rzucił się na nią i uderzył nią w szafę ze szklanymi drzwiami która pod
wpływem uderzenia rozbiła się raniąc Marry. Kobieta upadła na podłogę i resztkami sił
obserwowała co się dzieje i rozpaczliwie krzyczała . Jeden z napastników okradał dom gdy
drugi pochylił się nad Kevinem i powoli wbił mu długie ostrze w klatkę piersiową, mężczyzna
nie mógł krzyczeć bo miał usta zaklejone taśmą. Następnie napastnik wrócił do Marry, usiadł
na niej i wbił jej ostrze pod żebra. Mocno przylegał do niej tłustym, spoconym ciałem.
Drugi bandyta stał już przy drzwiach wyjściowych i krzyczał aby tamten przestał,
ale to go nie powstrzymało, odwrócił Mary na brzuch i podwinął
jej spódnicę, po czym rozerwał majtki. Kevin starał się krzyczeć i pomóc żonie gdy ta była brutalnie
gwałcona ale był bez silny. Widok gwałconej żony przez 40'paro latka, z otyłością,
śmierdzącego w brudnych ubraniach i spoconego tak że z niego kapało musiał być straszne,
na domiar złego mężczyzna obrzydliwie sapał.
Nagle do pokoju weszła mała dziewczynka, ich córka,
zamurowana przyglądała się całej sytuacji, miała może 6 lat. Tępym wzrokiem badała to co się dzieje. Gwałciciel po chwili zostawił Mary i ruszył w stronę dziewczynki mówiąc.
-Spokojnie dzieciaki mnie lubią.
Podniósł małą i zabrał do pokoju obok gdzie już kamera nie sięgała i nie wiadomo do końca co sie stało, było jedynie słychać krzyki i wołanie taty po czym trzask i napastnik wrócił.
Mary z już prawie martwa wyciągnęła dłoń w stronę rozpaczającego męża i umarła.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się 6'sta osoba, nie weszła drzwiami, wyszła z cienia
jak by duch, kamera zaczęła się zacinać i teraz łapała tylko pojedyncze klatki.
Po kolei pokazywały mężczyznę przyglądającemu się zdarzeniu, następnie moment gdy ten wbija
sztylet oprawcy w serce, uniesienie dłoni nad Kevinem pod wpływem czego umiera, i to samo
w przypadku drugiego oprawcy. Tajemniczy mężczyzna podchodzi jeszcze do ciał żony i córki
i znika.
W tym mężczyźnie rozpoznałem siebie. Ciężko było zidentyfikować tam moją osobę ale ja sam siebie potrafię poznać,
Od Emilie
Zapukałam do drzwi. Czekałam chwilę, zakryłam palcem wizjer. Usłyszałam szepty Gabi a potem głos Eryka. Przewróciłam oczami zła i zapukałam drugą ręką.
-Dajże spokój, no! - przymarudziła siostra i otworzyła drzwi. - Emilie... - powiedziała zaskoczona.
Ja nic nie mówiłam. Wpatrywałam się w nią chwilę, a potem rzuciłam się na szyję z uśmiechem. Tak tęskniłam, w końcu czuję, że nie jestem obserwowana przez nikogo. Na tę chwilę jestem sobą i jestem wolna.
-Co tu robisz? - spytała zadowolona ale i zaskoczona.
-Przyszłam Cię odwiedzić...
-Zdecyduj się, czy chcesz zabić moją Gabi czy jednak nie. - rzucił oschle Eryk nie spuszczając ze mnie wzroku.
Oderwałam się delikatnie od siostry i spiorunowałam go wzrokiem.
-O ile się nie mylę, Gabi nie jest już dawno twoja.
Siostra spojrzała na mnie z lekką dezaprobatą ale potem lekko się uśmiechnęła. Poprosiła, byśmy zostały same, ale nie mogłam i nie umiałam zaufać komuś takiemu jak Eryk. Mógłby podsłuchiwać, więc nic specjalnego nie mówiłam.
-Jak się czujesz? - spytała. - Lucyfer odpuścił?
-Nie wiem... na razie... chyba tak. - chrząknęłam zdenerwowana tym tematem. - Nie potrafię zrozumieć jak mogę być jego córką.
-Jestes córką Lucyfera?
-Jestem jego... eh.. mm jego część siebie... gdzieś w środku... Nie wiem czy mogę ją jakoś dezaktywować...
-Jansen ci nie pomoże?
-A co on się na tym zna? Nawet nie wiem kim on jest... czy też demonem, czy wampirem, czy cholera wie czym jeszcze. Poza tym... nie wie o tym że mam jego część w sobie i chyba lepiej żeby nie wiedział. Jeszcze powymyśla coś... dość mu powiedziałam.
-Pokłóciliście się?
-Nie, czemu?
-No bo mówisz o nim tak...
-E tam... takie nasze bardziej prywatne sprawy. - machnęłam ręką wymijająco i wzięłam łyk kawy. - Boże, chyba wreszcie załapałaś o co chodzi z robieniem naprawdę dobrej kawy... - zaśmiałam się.
-Jesteście razem? - wypaliła ciekawsko Gabi.
Zakrztusiłam się kawą, gdy doszłam do siebie a z policzków starłam łzy które w wyniku zakrztuszenia cisnęły mi się do oczu.
-Oszala...oszalałaś!?
-To co jest między wami dokładniej?
-A co?
-Ciekawość, no! Kiedyś... pamiętasz? Kiedyś godzinami mówiłyśmy o chłopakach... od gimnazjum po liceum...
-Ty mówiłaś o chłopaku, i tylko o jednym jedynym.
Zamilkła i spuściła wzrok a z twarzy zszedł jej uśmiech.
-Co jest między wami? - nacisnęłam na ostatnie słowo.
Westchnęła.
-Nic. I nie chcę by coś znów było.
-Jeśli czujesz się z nim dobrze to próbuj...
-Planowałam tyle rzeczy! Piękną przyszłość...
-Możesz dalej mieć normalne życie...
-Tylko co? Nie da się nic zrobić, jestem kim jestem.
-Wycofaj się raz na zawsze.
-Nie mogę. - pokręciła głową.
-Gdy ja się wycofam... będzie prościej?
-Ale... ale nie masz jeszcze rozwiązania, jak uniknąć starcia z Damonem czy Lucyferem...Musisz mieć plan jak uniknąć ich złości...
-Powiem im prosto, że nie zgadzam się na życie w ten sposób. O mnie się nie martw, Ty będziesz miała mniej na głowie a więcej spokoju i czasu na ćwiczenia, ale życie będziesz mogła prowadzić jak normalniej byś mogła...
-Nie chce chyba go prowadzić z Erykiem...
-Przemyśl to. On wtedy był pijany i zagubiony, myślisz, że wtedy był świadomy swoich obowiązków nad Tobą? To uczucie wróci i zapewniam Cię... chociaż zupełnie nie znam się na miłości... to jako doświadczona znana z portalu felietonistka obiecuję, że ta miłość wróci. - mrugnęłam do niej.
Skontaktowałam się z Damonem, zjawił się jak burza i z lekko podbitym okiem spojrzał mi w oczy. Nie było mu głupio, ani nie było mu wstyd przed tym, jakie świństwa mi robił i robi do tej pory. Jak usiłuje zniszczyć moje życie.
-Po co chciałaś się spotkać? Podjęłaś decyzję? Miesiąc minie niedługo.
-Tak. Podjęłam decyzję. - westchnęłam, obawiając się jego reakcji.
-Pamiętaj, że masz pełne prawo do jej podjęcia.
-Nie będę dla was dłużej służyć ani... ani robić nic co związane jest z Lucyferem.
Damon zrobił się czerwony, oczy zapaliły się żywym, piekielnym ogniem a we mnie urósł niepokój i strach przed nim. Jednak stałam twardo i stanowczo, pokazując, że jestem pewna swojego wyboru i nie przestraszy mnie na tyle, bym była w stanie je odwołać.
-Żartujesz chyba. - syknął.
-N-nie... - zająknęłam się.
Złapał mnie za rękę i poprowadził za parking obok nas.
-A wiesz kto doprowadzi do ruiny twojej siostry i twojej rodziny? Kto uwięzi ich dusze? Kto będzie się żywił ich wiecznym cierpieniem?
Wściekłam się i chciałam go uderzyć. Spodziewał się tego i przechwycił moją dłoń.
-A wiesz, kto będzie nas błagał byśmy przestali ich gnębić i przywrócili ich do życia na Ziemi? - ciągnął.
Zacisnęłam zęby.
-Ty jesteś tak malutką, ale za razem niebezpieczną istotką, że nie zdajesz sobie z tego sprawy. W tobie jest część Lucyfera. A wiesz, co się dzieje gdy Lucyfer ucierpi?
Milczałam w dalszym ciągu rozumiejąc, kim ja właściwie jestem dla nich. Jedna z najważniejszych RZECZY. Bo nie byłam jak pomocnik, nawet jak sługa. Ja byłam rzeczą. Jestem bronią którą Damon ma za zadanie szkolić. Ale spieprzył sprawę gdy pojawiła się siostra z odsieczą i Jansen.
-Ale pozwolisz - ciągnął. - że zabiorę cię do siebie i objaśnię co stanie się za karę z Tobą, jeśli zignorujesz mnie, Lucyfera i całe piekło które dla ciebie jest w stanie stanąć na nogi i pracować znów dla nas.
Byłam w jego, jak się domyśliłam, tymczasowym mieszkaniu. Było tu ponuro, jak do Damona przystało. Wszędzie stare obrazy, biurko, nic poza tym ciekawego co przykuło by moją uwagę. Zaszedł mnie od tyłu a ja nie mogłam sie ruszyć.
-Wiesz, co się z tobą stanie? - spytał szeptem i unieruchomił mnie. - Jeśli się nie będziesz ruszać, nic ci się nie stanie, ani twojej rodzince.
Milczałam.
-Dobrze... a więc... Formy kary - wykonywanie ich i wymyślanie - należy do mnie. To moje główne, ulubione zadanie. A Lucyfer pozwolił mi na przygotowanie czegoś specjalnego dla jego małej cząsteczki... czyli Ciebie. Najpierw... zdjąłbym z Ciebie tą sukienkę... - przybliżył dłoń do zamka z tyłu. - Rozpinał bym ją, powoli.
Drgnęłam, a on mną lekko szarpnął.
-Nie ruszaj się, bo zaboli... - szepnął.
Powoli rozpinał sukienkę, a ja lekko uderzyłam go łokciem w klatkę piersiową. Zasunął sukienkę i kontynuował.
-Potem, gdy byłabyś już zupełnie naga związałbym cię. Nogi i ręce. Tak, że nie sposób byś mogła się wydostać. Wcisnąłbym ci na siłę tę oto - wziął z biurka czerwone, niewielkie coś. - kulę, która robi sztuczkę, gdy pociągnie się za sznurek.
Zmrużyłam oczy wpatrując się w niego z nieukrywaną ciekawością. Co taka mała, szklana, czerwona kuleczka może zrobić?
-Wkłada się ją do ust. A z niej wystaje ten sznurek.
-Co się stanie, gdy pociągnę? - spytałam, sama dziwiąc się moim zainteresowaniem tym przedmiotem.
Złapał mnie za rękę i dotknął pentagramu.
Zobaczyłam związaną, nagą kobietę która ma w ustach tą kulkę.
-Tylko nie pociągaj za sznurek - mówi Damon z uśmiechem psychopaty.
Kobieta oddychała bardzo ciężko, męczyła ją kulka w ustach, której nie mogła wypchnąć językiem ani wypluć. Przeszkadzały jej w tym zęby. W końcu gardło tak bardzo wyschło, że czuła nic tylko cierpienie, pragnęła wypchnąć kulkę i przełknąć ślinę by nawilżyć gardło. Jednak przypomniała sobie słowa Damona, by nie pociągała za sznureczek. Wpadła na pomysł, że może specjalnie tak mówił, że jak pociągnie za sznurek to będzie uratowana. Mówił tak, by wahała się i jednak zginęła z własnej głupoty, że nie skorzystała ze sznurka który ją tak kusił.
W końcu ujrzałam na własne oczy co ta niewinna z pozorów kulka jest w stanie uczynić. Gdy kobieta pociągnęła za sznurek wysunęło się z niej w sekundę siedem mini ostrzy, które przebiły jej gałki oczne, gardło, i wszystko co tylko było możliwe.
Wykrwawiła się wewnętrznie, utopiła we własnej krwi. Gdy Damon wyjął kulke nie było śladu krwi, wyglądało to tak, jakby dostała niewyobrażalnie silnego, niemożliwego krwotoku wewnętrznego w całym ciele. Podrzucił ciało jej rodzicom, a gdy wezwali policję stwierdzili, że popełniła samobójstwo.
-Taka była kara jednej, i ostatniej z cząstek Lucyfera. Ty, jesteś ostatnią. Ale nie niezastąpioną.
Przerażona wpatrywałam się w Damona.
-Zostaw mnie, nie podchodź..
Złapał mnie za dłoń i ścisnął mocno, zostawiając na niej ślad.
-Załatwię każdego z twojej rodziny tak, byś za zawsze pamiętała ich widoki jak cierpią przez ciebie. Przez twój egoizm.
Wyrwałam mu się a on mnie uderzył.
-Jeszcze raz wtrącisz kogokolwiek do naszych spraw a pożałujesz nie tylko ty.
Wróciłam do mieszkania późnym wieczorem. Zastałam w środku pustkę, nie było Jansena. Usiadłam w ciemnej kuchni patrząc w ciemną i ponurą przestrzeń mieszkania. Po jakimś czasie wrócił Jansen ciężko wzdychając, jakby zmęczony.
-Kur... ale mnie wystraszyłaś... - nie zapalał światła, stanął nade mną. - co jest?
Wstałam i podeszłam do niego.
-Wszystko. - spuściłam wzrok z lekkim uśmiechem.
-To znaczy?
-Mam dość. - szepnęłam i pocałowałam go. - Wszystkiego mam dość. - znów go pocałowałam.
Nie miałam zamiaru przestać. Teraz już nie. Po sytuacji z Damonem byłam roztrzęsiona i wolałam nie ''kablować'' tylko odreagować w taki sposób.
Rano musiałam zbierać się ostatni dzień pracy w tym szpitalu. Jansen spał, a ja zbierałam swoje rzeczy po pokoju. Zerknęłam na niego ostatni raz.
-No nieźle, Em. Zaszalałaś trochę aż ZA. - mruknęłam do siebie.
I wyszłam do ''pracy''. Potem odbiorę od ulubionego komendancika i jego psów papierek i pieczątkę że jestem wolna zaniosę to do sądu i mam to wszystko... w dupie.
piątek, 29 kwietnia 2016
Od Jansen'a
Lucyfer zagraża kolejnej bliskiej mi osobie, przy ostatnim spotkaniu omal nie zabił Sama,
chodź i tak zmienił go, sprawił mu takie piekło ze bracina do teraz ma problemy z odròżnieniem
rzeczywistością od fikcji, przeżył tylko dzięki silnemu duchowi którego posiadają Winhesterowie.
Emilia to co innego, jest silna ale nie dość aby na dłuższą metę
znosić Lucyfera, boje się ze poprzewraca jej w głowie.
Idealny porządek w piekle utrzymuje Crowley który sam w sobie nie stanowi
zagrożenia jest rozsądnym negocjatorem.
lucyfer najpewniej juz zbiera swoich zwolenników by odbić tron Crowley'a.
Jakbym wiedział jak od razu bym zabił Lucyfera ale gdzie pójdzie taka osoba ?
Do piekła ? Czysta ? Jest to bez celowe on po tych światach może poruszać się jak chce
Teraz działam na własną rękę nie pomoże mi Bobby ponieważ nie żyje, Sam dla mnie
nie istnieje, wszyscy moi bliscy źle kończą tylko Crowley jest nie
tykalny w gruncie rzeczy on jest symbolem zla. Jeśli ma mi ktoś pomóc to
tylko on i to właśnie do niego pojechałem.
Stałem już przed wrotami gdy nagle pojawiłem sie w barze, koło mnie siedział Crowley
-Wole rozmawiać na osobności. - powiedział i poprosił niską szatynkę o dwa piwa.
-Nie to ,że się boje ale wszyscy zaczynają gadać ,że nie daje sobie rady z utrzymaniem porządku.
Jestem ich autorytetem, władcą absolutnym. Nie mogą ani na chwilę zwątpić w moją władzę.
-Jakby go dźgnąć pierwszym ostrzem ? Ono zabija wszystko.
-Pewnie utknął by w czyśćcu, ale jak ty dałeś radę z niego wyjść i zabrałeś na dodatek wampira
to on też sobie poradzi.
-Dałem radę tylko dlatego ,że byłem człowiekiem, (tylko człowiek może uciec z czyśćca) a mu daleko do człowieka
-Ale przeniosłeś wampira
-Schowałem go w swoim ciele
-On też może to wykorzystać
-O ile wiem żadnego człowieka nie ma w czyśćcu.
Crowley tylko mruknął pod nosem. ,,mhm"
-Musimy spróbować. - powiedziałem bawiąc się etykietką od piwa.
-A u ciebie wszystko w porządku ? - spytał biorąc łyka i na chwilę zawieszając wzrok na moich dłoniach, które aktualnie zrywały płat papierka.
-Ta jest super - powiedziałem po czym się napiłem i wstałem.
-Gdzie idziesz ?
-Wziąść się za robotę.
-??
-Lucek sam sie nie znajdzie
-Wiesz ,że jesteśmy w Rosyjskim barze ? To pół świata - powiedział bez przebłysku uśmiechu.
Obruciłem sie na pięcie i spojrzałem na niego.
-Masz racje, szybciej będzie jak ty to zrobisz.
-To mamy dila, pomożemy sobie ze wspólnym wrogiem a ja będę utrzymywał twoją bestje w klatce.
Kiedy ostatnio...
-Wczoraj.
-Człowieka ?
-..Zapomniałem ci powiedzieć, wczoraj ktoś zabił twojego sekretarza.
-Suka
-Dupek
Nagle po chwili pojawiłem się już u siebie.
Później...
Emilie brutalnie mnie spławiła, jest to bardzo irytujące, w takich chwilach złość
aż we mnie kipi, ona może tego tak nie odczuwa ale jak już się rozpaliło potwora
to trzeba go zaspokoić. Zaraz po jej wyjściu, ciężko upadłem na krzesło przy stole,
oparłem łokcie na blacie i schowałem twarz w dłoniach, chwilę tak myślałem, musiałem się uspokoić, po tym przetarłem twarz przesuwając dłoń w duł, przeczesałem włosy przez palce ale to nie pomogło.
-Crowley ! - krzyknąłem będąc w pustym domu.
Po chwili przed mną pojawiła się ciemna sylwetka Crowley'a, powolnym krokiem wyłonił się z cienia ukazując swoją krępą posturę.
-Masz coś dla mnie - spytałem nie wstając
Wyjął z marynarki zdjęcie i rzucił mi je na stół tak ,że wylądowało tuż pod moim nosem.
-Jennifer 22 lata wzięła ślub z 87 latkiem, miała nadzieje ,że szybko uderzy w kalendarz
a ona przejmie jego kasę. Zabijesz kolesia to kolejna dusza wleci na moje konto a ty
się uspokoisz. Tylko ! to on ma zginąć nie ona, jasne !?
-Taaa
środa, 27 kwietnia 2016
Od Emilie
-Wow, no proszę proszę, a jednak raczyłaś się zjawić. - powiedział Taylor.
Spojrzałam na niego zirytowana.
-Nie wkurzaj mnie. - odparłam i chciałam złapać za klamkę
Taylor wyprzedził mój ruch, otworzył mi drzwi i dżentelmeńsko ustąpił mi miejsca w nich. Uniosłam brwi i poszłam przed siebie, gdy ujrzałam komendanta, skierowałam się do niego powolnym, seksownym krokiem z lekkim uśmieszkiem.
Uniósł wzrok znad jakiś papierów, lekko opadła mu szczęka, gdy usiadłam w jego gabinecie. Miał minę, jakby prosił, bym wyszła i weszła jeszcze raz.
Nie powiem, wampiryzm dodał mi trochę seksapilu i urody, dlatego łatwo te psy łapały się na wszystkie moje ruchy. Będą łagodniejsi.
Komendant nie był alfą w stadzie tutejszych wilków. Alfa nie zniżał się do poziomu podwładnych i wolał nie pokazywać się nikomu. Tak naprawdę nikt nie wie jak on wygląda, ani gdzie przebywa w mieście. Podobno jest bardzo silny i ma ponad czterysta lat. Jest legendą wilkołaków i nie tylko, wszyscy o nim wiedzą ale nikt nie wie, co jest plotką a co prawdą. Nie tylko ja marzę, by osobiście spotkać takiego ''celebrytę'' wilkołaków.
-A więc dostałem skargę ze szpitala, że nie chodziłaś tam jakiś... yhm... czas... - starał się nie patrzeć na mój dekolt.
Założyłam nogę na nogę i spojrzałam mu w oczy.
-Ależ będę chodzić, zapewniam. - uśmiechnęłam się lekko.
Nie był alfą, więc nie był odporny na zauroczenia. Jeden plus posiadania umiejętności wampira. Mogłam robić z kimkolwiek co chciałam. Ale nie nadużywałam tego. Np teraz. Jeszcze nigdy tego nie używałam, nawet nie wiem jak to się robi. Byłam typową amatorką. Miałam tylko umiejętności wampira, nawet nie biegałam tak szybko jak oni.
Uniósł brwi.
-Następnym razem dostanie pani wezwanie z sądu, a nie z policji.
Wstałam i zostałam wyprowadzona przez Taylora.
Wyglądał jak dwudziestolatek, typowy młodzik stada. Ale wiedziałam o nim to, że był najdłużej w stadzie i był synem alfy. Czyli - nietykalny.
Wróciłam do mieszkania w hotelu, wzięłam z barku wino i otworzyłam je.
Usłyszałam kroki Jansena w drugim pokoju, rozmawiał z kimś. Nie podsłuchiwałam, nie zwracałam uwagi w tym momencie na to. Piłam duszkiem i usiadłam na blacie.
Emilie, wszystko w porządku? Przepraszam za ostatnie... Kocham. Gabi.
Zagryzłam wargę i odłożyłam na bok telefon. Nie mogłam się odzywać do siostry, na razie. Powinno tak zostać dopóki nie opanuję swoich morderczych ''odpałów''.
Z pokoju wyszedł Jansen, trzymając w ręku telefon. Włożył go do kieszeni spodni, gdy podniósł wzrok, od razu spoczął na mnie i butelce wyśmienitego wina.
-Gdzie byłaś cały dzień?
-Załatwiałam sprawę z wilkołakami.
-Jakie można mieć sprawy z tymi psami?
-Widocznie jakieś można. - uniosłam brwi i założyłam nogę na nogę.
-Jesteś strasznie... - urwał.
-Co? - spytałam szeptem.
Milczał.
Zeskoczyłam z blatu i odłożyłam na bok pustą już butelkę po winie. Położyłam mu dłoń na policzku i spojrzałam w oczy. Przegryzłam wargę, ale milczałam.
Zacisnął zęby i zamknął oczy.
-Nie prowokuj...
-Powstrzymujesz się? Ty? - szepnęłam mu do ucha. - Nie poznaję cię.
Jedyne co zrobiłam, to musnęłam go lekko ustami o jego. Z uśmiechem odsunęłam się od niego powoli. Odwróciłam się plecami od niego odchodząc już w stronę barku.
Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Pocałowałam go.
Nie myślałam wtedy, czy robię dobrze czy źle. Mój głos rozsądku schował się w kąt, tylko coś szeptał nieznacznie, ignorowałam go i robiłam to, na co w tej chwili miałam ochotę.
Pierwszy raz zignorowałam rozsądek, naruszyłam swoje zasady i to perfekcyjne ułożenie w mojej głowie. I gdy pomyślałam o tej ''perfekcyjnej mnie'', która jeszcze nie została zniszczona przez Lucyfera... oderwałam od siebie Jansena i poszłam po koszulkę, którą zdjęłam. Rzuciłam Jansenowi jego, a swoją założyłam.
-Auć. - mruknął.
Spojrzałam na niego pytająco.
-Najgorszy, chyba pierwszy kosz w życiu jaki dostałem. - zaśmiał się.
-Nie mogę. - opadły mi ręce.
-Dlaczego?
-Bo nie.
-Przecież chcesz tego.
-Właśnie... od jakiegoś czasu sama nie wiem, czego chcę. To skomplikowane. - odparłam, złapałam kurtkę i wyszłam.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Od Emilie
-Co tu... robisz...? - szepnęłam.
-Przez sen mówiłaś moje imię, nie wiem co tam robiłem, ale chyba Ci się to podobało. - roześmiał się.
Poprawiłam głowę pod nią podkładając dłoń.
-Co się stało i czemu wszystko mnie boli? - spytałam lekko się przeciągając.
-Zrobiłaś małe zamieszanie. Nic nie pamiętasz?
-Nie. - pokręciłam głową.
-Jesteś może głodna?
-Nie no, Jansen będzie moją pielęgniarką. - uśmiechnęłam się kpiąco.
-Tobie byłoby lepiej w tym przebraniu.
-Wizja erotyczna? No co Ty, zupełnie nie o to mi chodziło. - zaśmiałam się. - Aua... moja głowa... Która godzina?
-Dziewiąta...
Podniosłam się nagle i ruszyłam do szafki by się ubrać.
-A Ty gdzie?!
-Praca!
-Jaka praca?
-Muszę odpracowywać karę... już mnie tam nie było dwa dni... jezu...
-Jaką karę?
-Ktoś wrobił mnie w narkotyki...
-Kto?
-Nie wiem... byłam tak zjarana, że nie pamiętam kto i kiedy mi wrzucił towar do torby...
-Ktoś próbował zniszczyć twoje relacje z rodzicami?
-I tak są już wystarczająco zniszczone. Tak jak z Gabi. - wzruszyłam ramionami.
-Nie żal Ci?
-Ostatnimi czasy nie jest mi żal niczego. - spojrzałam na niego. - Możesz wyjść z pokoju? Chcę się przebrać...
Uśmiechnął się.
-Ależ ja chętnie popatrzę.
Wzruszyłam ramionami i zdjęłam koszulkę odwracając się do niego plecami.
-Ej, ale dlaczego się odwracasz? - zaśmiał się.
Odgarnęłam włosy do tyłu i spojrzałam na niego odwracając się w jego stronę
-Nie igraj z ogniem. - powstrzymywał się od czegoś.
Złapałam w ręce koszulkę i podeszłam do niego, patrząc mu w oczy.
-Dobrze. Nie będę.
Powstrzymywał się by nie spuścić wzroku na dół. Zaśmiałam się i założyłam koszulkę.
-Fajnie się bawisz? - spytał lekko zirytowany.
Kiwnęłam głową.
-No. - uśmiechnęłam się. - Chodź bo się spóźnię.
Wyszłam z hotelu do samochodu. Jansen przyszedł zaraz za mną i wsiadł do środka.
-Doigrasz się kiedyś.
-Ehe. - mruknęłam pod nosem poprawiając skórzaną kurtkę.
Gdy dojechaliśmy pod szpital szybko wysiadłam z samochodu.
-Czekaj... - zatrzymał mnie Jansen. - Tu mogą cię dopaść.
-Kto?
-Lucyfer.
-Damon też...
-Dostał po mordzie, szybko się nie pokaże.
Uśmiechnęłam się kącikiem ust.
-Dasz sobie tu radę? - spytał mrużąc oczy.
Przybliżyłam się do niego.
-Kończę pracę o 15.
Milczał.
-Będę tu na ciebie czekać.
Odeszłam. W szpitalu panował lekki chaos, po korytarzach biegało paparazzi, przy okazji kilku zrobiło mi zdjęcia, a potem chciało wywiad. Jednak odmówiłam im i skryłam się w... gabinecie ordynatora.
Odwróciłam się niezadowolona.
-Jednak raczyłaś się pojawić w szpitalu. - westchnął.
Miał około trzydziestki. I chorobliwie zauroczony we mnie.
-Niech pan nie mówi, że się stęsknił.
-Jeszcze jak. - mrugnął.
-Wracam do pracy. Panu też to radzę. - odparłam kończąc rozmowę której tak bardzo unikałam bywając tu. Jeszcze parę godzin...
niedziela, 24 kwietnia 2016
Od Gabi
Nie wiedziałam że mam tyle siły. Eryk mówił że jestem słaba a tu prosze.. No dobra sprecjalnie się teraz z tego nie cieszyłam. Prawie zabiłabym własną siostrę. Jansen przyjechał po chwili. Ja siedziałam na podłodze trzymając w ramionach siostrę.
-Śpi.. Prawie ją zabiłam.-powiedziałam szeptem.
-Co się tu stało?
-Lucyfer.. Ją opentał.
Eryk pojawił się obok.
-Co się stało?! Wyczułem że masz kłopoty ale coś blokowało mi dostęp do ciebie! Co tu się stało?
Był przerażony.
-Em zadzwoniła do mnie.. Chciała porozmawiać. Myślałam że już podjęła decyzję ale.. To był Lucyfer.
-Nic ci nie jest?
-Nic poważnego.. Prawie bym ją zabiła..
-To wina Lucyfera. Anioły już na niego polują.
-Niech go dorwią i załatwią. Raz na zawsze.-powiedziałam z nienawiścią.-Eryk.. Mógłbyś?
-Oczywiście
Przyłożył dwa palce do czoła Em i ją uleczył. To była jedna ze zdolności aniołów.. Ja jeszcze nad nią nie zapanowałam. Ledeo co drobne zadrapania mogłam wyleczyć a co dopiero takie rany.
-Ciebie też uleczę-powiedział.
-Nie. Dam radę.
Wstałam a Jansen wziął Em na ręce.
-Zaopiekuj się nią. Oniecaj mi że nie pozwolisz by coś jej się stało.
Widziałam w jego oczach że mogę mu w tej sprawie zaufać. Był dobry.. Mino iż bylo coś w nim innego.. Podejrzanego.. Ale miał dobre serce. Czułam to że bie pozwoli by Em coś się stało.
-Obiecuje.-odparł po chwili.
Uśmiechnęłam się słabo.
-Będę narazie unikać z nią kontaktu. Muszę pomagać jej z dystansu. Nie może drugi raz stać się to co się stało. Lucyder chce byśmy się znienawidziły. Kocham ją i nie mogę do tego dopuścić.
Wraz z Erykiem znikliśmy.
Pojawiliśmy się w hotelowym pokoju.
-Chcę rozmawiać z ojcem.
-To nie możliwe.
-Muszę..
Od Emilie
-Jeśli pozwolisz sobie pomóc, to szybciej osiągniesz spokój od niego.
-Bez Twojej pomocy nie uda mi się nic zdziałać? To chcesz powiedzieć? Słuchaj, cieszę się, że... no wiesz... no...
-Dokończ. - uśmiechnął się złośliwie.
-No... no że jesteś tu ze mną, no! - odburknęłam. - Ale to nie zmienia faktu, że się narażasz.
-Nie marudź więcej o tym.
Zmrużyłam oczy i westchnęłam.
-A więc co proponujesz? - spytałam.
-Powiedzmy, że będę cię obserwować. Możesz być w każdej chwili pod wpływem Lucka, ale ja go wyczuję w razie czego.
-Jak?
-Mam swoje... sposoby.
-Mhm...To teraz gdzie?
-Do wynajętego pokoju przez ciebie.
-I będziesz ze mną cały czas?
-No nie cały czas, ale jeśli chcesz, to mogę być nawet i w nocy...
Przewróciłam oczami i zaśmiałam się.
-Nie tak szybko. - mrugnęłam do niego i wstałam.
-A ty gdzie? - spytał.
-No do samochodu, przecież jedziemy do mnie, co nie? - uniosłam brwi z lekkim uśmiechem.
Kasjer spojrzał się na mnie i na Jansena zaskoczony, jakbyśmy zaraz mieli się tu ze sobą przespać, na środku. Wyszłam i wsiadłam do auta a zaraz ze mną Jansen.
-Widziałaś jego minę? - zaśmiał się.
-Ludzie są głupi. - parsknęłam.
-To brzmiało dwuznacznie, wiesz o tym?
-To twoje spojrzenie - wskazałam na niego palcem. - mówi więcej niż słowa.
-No. - zaśmialiśmy się.
W mieszkaniu Jansen nawet nie musiał pytać o alkohol, miałam go w lodówce. Otworzyłam i zanim zdążył spytać podałam mu puszkę.
-Skąd wiedziałaś, że mam na nie ochotę?
-Lubisz pić. Pomyślałam po prostu, że chciałbyś poczuć w ustach trochę alkoholu.
-I przypadkiem masz tego tyle w lodówce?
-Nie. Akurat ja też lubię sobie wypić.
-Powiedz mi więcej o tym Damonie.
-Powiedziałam tyle ile mogłam... a raczej, ile pamiętam. - usiadłam naprzeciwko niego. - Był moim tygodniowym kochankiem, nie wiązałam z nim jakiejś wielkiej przyszłości...
-Byłaś z nim po to żeby się grzmocić?
-No, tak w skrócie. - kiwnęłam głową obojętni wracając do tamtych chwil. - A czemu o niego pytasz?
-Bo musimy go jakoś zwabić żebym mógł go jakoś...
-Nie, nie ma mowy.
-Dlaczego?
-To psychol.
-Co takiego robi?
-Dla Lucyfera pracuje też jako kat. Lubi torturować, szczególnie kobiety. Dlatego przez większość czasu wykonywałam jego rozkazy. Trenowali mnie i moją wytrzymałość jeśli w pobliżu będzie ktoś umierający. Miałam wysłać każdą duszę do Lucyfera, dzięki nim stawał się silniejszy. A Damon czekał tylko gdy coś spieprzę. Wtedy Lucyfer da mu nakaz na torturowanie mnie, to jedna z surowych kar.
-Ale będę tu czuwał, nic ci nie będzie. Wiesz jak go wezwać, prawda?
-Wiem...
Jansen bez słowa wyszedł za drzwi.
Zrozumiałam aluzję.
Podciągnęłam sweter i na prawej ręce był wycięty głęboko w skórze pentagram. Zamknęłam oczy i wypowiedziałam imię Damona, pentagram zaczął mocno krwawić, a to oznacza, że za chwilę powinien pojawić się Damon.
Tak też było. Czułam jego obecność. Wstałam, i krążyłam po pokoju. Odwróciłam się, a on siedział na kanapie. Oparłam się o oparcie nad nim. Sprawiałam wrażenie, jakbym nic nie miała do ukrycia. Próbowałam by to tak wyglądało. Normalnie.
-A więc co jest tak pilne? - spytał, gdy ja zabandażowałam sobie rękę.
-Stęskniłam się za nowymi zadaniami... za Tobą... - powiedziałam ciężko, czując, jak śniadanie mi się zwraca. - Za żądzą zabijania... No i wiesz... chciałabym w końcu się czegoś nauczyć. Jak zniszczyć moją siostrę.
Milczał chwilę. Obrócił głowę w moją stronę i szepnął.
-Kłamca.
Zdezorientowana wyprostowałam się, a on wstał. Uśmiechał się, ale widziałam w jego oczach lekki gniew, ale także zadowolenie.
Usłyszałam zamek w drzwiach wejściowych.
-Myślisz, że ty i ten śmieć możecie mnie oszukać? - zaśmiał się a słyszałam jak Jansen próbuje wyważyć drzwi. - Mam ją! A zanim się dobije, Ty już będziesz chodzić jak w zegarku. Dla mnie. - zaśmiał się.
Przerażona cofnęłam się, a on złapał mnie za ramię i rozwinął bandaż i dotknął pentagramu. Poczułam ból, ale zaraz potem wypełniał mnie mrok, ciemna siła którą znałam, dość dobrze. Lucyfer przejmował moje ciało bardzo powoli, czułam, jak znikam z mieszkania a w nim zostaje tylko Damon, Jansen właśnie dobił się do środka i zobaczył jak znikam.
-Idź do swojej siostry. Zrób jej jakąś krzywdę, by wiedziała, że już nie jesteś sobą i nie warto ci pomagać. - mówił Lucyfer.
Umówiłam się z Gabi. Oczywiście całą mną ''dowodził'' Lucyfer, nie byłam niczego świadoma tylko sprawiałam wrażenie normalnej. Poprosiłam siostrę by zjawiła się sama, a więc tak zrobiła. Czekałam w szkole, była niedziela, więc nikogo tu nie było. Siostra weszła do szkoły i wołała mnie. To jednak była pułapka na nią. Stanęłam za nią i rzuciłam na ścianę. Potem przerzuciłam ją na drugą stronę, a potem przeciągnęłam siłą woli na podłogę. Uderzyłam nią mocno o płytki na korytarzu, które lekko się stłukły.
-Em... Emilie... - wykaszlała.
-Zamknij się. - powiedział Lucyfer i kopnął ją.
-Em... - powiedziała ledwo co Gabi. - To nie ty... Obudź się...
-Nie ma jej! I nigdy nie wróci! - zaśmiał się Lucyfer.
-Zostaw ją... - wymamrotała.
Schyliłam się do niej.
-Słonko, ona już nie wróci. Chyba jesteś zmuszona mnie zabić... a raczej swoją siostrę, bo mnie nigdy sama nie pokonasz. Moją armię może i tak, ale nigdy mnie.
-Pokonam za to co robisz mojej siostrze. - podniosła się Gabi mimo bólu pokazując, że się go nie boi i że jest silna.
Uniosłam brwi i podniosłam się, uderzyłam ją w plecy kijem od szczotki.
-No cóż, w takim razie muszę ci pokazać jak trzeba kogoś znienawidzić. - odgarnęłam włosy.
-Ciebie nienawidzę, ale moją siostrę kocham bo wiem, że to nie ona mi to robi!
Odrzuciłam ją na drugi koniec korytarza.
-To ona ma mnie pokonać?! MOJĄ ARMIĘ?! - Lucyfer zaśmiał się. - POKAŻ MI CO UMIESZ GABRIELO, NIE PRZYNOŚ WSTYDU ANIOŁOM, SWOJEMU OJCZULKOWI!
Gabi wstała i wyrwała mi z ręki kij. Wbiła mi go w serce, odepchnęła na ścianę. Rzucała mną po korytarzu bez opamiętania, zapomniała nawet, że to Lucyfer jest w moim ciele, i cierpię ja, a nie on. Zrobił to specjalnie. Nie po to by sam na sam porozmawiać z Gabi ale po to, by nas rozdzielić przez ostrą wymianę zdań bądź bójkę. Chciał w niej wybudzić agresję, której nigdy w Gabi nie było. Udało mu się to.
Leżałam nieprzytomnie na ziemi a Gabi padła obok.
-Emilie... - usłyszałam jej głos przez ciemność. - Przepraszam... Boże... nie chciałam... Tak bardzo, bardzo przepraszam...
Nie mogłam się wybudzić. Jedyne co to czułam się na siłach wymamrotać coś.
-Zadzwoń... do... - wyszeptałam ledwo co.
-Emilie! Gdzie mam dzwonić!? GDZIE?!
-Jansen... - wymamrotałam. - Jansen...
-Do niego tak!? Nie mam do niego numeru!!!
Zaczęła grzebać mi po kieszeniach kurtki i spodni, znalazła telefon. Znała mój kod, więc szybko wybrała numer Jansena.
-Słuchaj, tu Gabi...Tak... Tak... - płakała. - Jest ze mną ale... Nie, nie wiem czy jest dobrze... NIE WIEM! NIE WIEM COŚ JEJ... coś jej zrobiłam... NIE WIEM CO! Wymamrotała twoje imię... nie wiem co z nią! Jest nieprzytomna... Szkoła obok... tak, to ta...
Całkowicie straciłam przytomność.
Od Jansen'a
teraz znajdowały się tam małe fabryki i sklepy w znacznej części opuszczone. Zaparkowałem przed
jednym z budynków i wyszedłem z auta upewniając się że Emilie nadal śpi i wyjąłem w bagażnika
jeden ze szczególnie ważnych sprzętów który mógł pomóc załatwić tę sprawę, to coś znajdowało
się w drewnianym pudełku, ponieważ gdy je biorę do ręki zaczynam lekko świrować.
Podszedłem do ciążkach stalowych drzwi i pewnie je szarpnąłem, okazały się zamknięte.
Nagle małe długie okienko w drzwiach się odsunęło i zauważyłem przez nie kobietę koło 30'stki,
mocno kręcone brązowe włosy, czarnoskóra.
-Hasło - powiedziała twardo
-Jaja sobie robisz ?
-Crowley przestał cię lubić - uśmiechnęła się szyderczo
-Mam do niego sprawę.
-A ja mam zlecenie żeby cię nie wpuszczać.
-Eva ? To ty chcesz nas zabić ? - poznałem ją.
-Nie zabić, przypilnować abyście umarli już na dobre, wyrzucić w otchłań skąd się nie wraca, bo tak
powinno być ty i twój brat nie powinniście bawić się życiem, dawno powinno was tu nie być.
-Masz racje a teraz mnie wpuść chodzi o Lucka
-Hasło słodziutki
-Serio
Przytaknęła
Musiałem zaśpiewać refren jednej z ulubionych piosenek Crowley'a, było to żenujące, ale poskutkowało.
Eva otworzyła mi drzwi i jeszcze na chwilę zatrzymała.
-Nie chcesz wiedzieć czy twój łoś nadal żyje ?
Zignorowałem ją i wszedłem przez portal do piekła. Po wejściu od razu zauważyłem Crowley'a.
-Oh, przepraszam, chciałem się z tobą spotkać.

-O wróciłeś. Po tak bolesnym odrzuceniu, miałeś czelność sie tu pokazać. - powiedział
-Miałeś go kontrolować.
-Jest silny, to jak trzymanie pit bulla na nitce, myślisz ,że masz nad nim kontrole ale jednak
on ucieka.
-Kup lepszą smycz i go złap.
-Ja ? - zaśmiał się - a czemu nie wielki Dean ? Czyżbyś się bał tego co może z ciebie wyleźć podczas
walki z jednym z upadłych archaniołów?
-Przyniosłem ostrze Kaina (ono zabija wszystko ale tylko pod warunkiem ,że osoba zabijająca posiada znamię Kaina)
-Po co mi ono ? To ty masz znamię.
-Oddam ci je.
-Wiesz ,że się nie da.
-Lucyfer zagraża też tobie.
-Mi ? Królowi piekieł ! Haha !
-On tu pierwszy królował.
-Jestem lepszy od niego !
-Zobaczymy. - dodałem wychodząc z piekła, Crowley ma teraz wiele do przemyślenia, Lucyfer nie jest łatwy do pokonania już drugi raz zwiał.
Po drugiej stronie portalu Evy już nie było, po prostu wyszedłem i wsiadłem do auta.
-Gdzie byłeś ? - spytała Emilie.
-Ty mi o wszystkim nie mówisz
Odpaliłem auto i wyjechałem z biznesowej.
-Ale ci powiedziałam.
-Musiałem pogadać z kumplem
-Kumplem ? Weszłam tam do środka i nic tam nie było, 4 ściany i szafki na kable.
-Chcesz poznać mojego kumpla ? - spytałem próbując ukryć uśmiech
-Tak! Jak działamy razem to nie ukrywaj nic.
Spojrzałem się na swoje kroczę a później na Emilie uśmiechnięty, zajęło jej parę sekund aby skumać
o co mi chodziło.
-Co ? Weź! Nie.
-A już myślałem - znów patrzyłem się na drogę - to gdzie jedziemy ?
-Zatrzymaj się tu - powiedziała gdy przejeżdżaliśmy koło CPN'u
Skręciłem na parking i oboje wszedliśmy do środka. Emilie podeszła do lady i coś zamawiała,
ruchem dłoni dała mi znać ,że mam usiąść ona się wszystkim zajmie. Nie minęło 3 minuty
gdy dosiadła się do mnie.
-Nie chcę cię w to mieszać, prawda jest taka ,że przed nim nie ma gdzie się ukryć, ucieczka
jest bez celowa. Teraz odejdziesz i zapomnisz o tej sprawię, nie potrzebuje mieć cię na sumieniu.
Mówiła dość szybko i twardo, była przejęta.
Usiadłem po jej stronie stołu, przełożyłem przez nią ramie i przytuliłem do siebie.
-Ze mną jesteś bezpieczniejsza niż z kimkolwiek innym.
Przytuliła się mocniej.
-Dlaczego nie możesz się teraz wycofać ?
...
Od Gabi
Patrzyłam na drzwi przez które przed chwilą wyszła Em. Eryk lodszedł do mnie i położył swoją dłoń na moim ramieniu.
-Chcę rozmawiać z aniołami. Tym razem osobiście a nie przez Ciebie.
-Nie możesz dostać się do nieba.
-Dlaczego? Moum ojcem jest archanioł! Cholera mam chyba dzięki temu jakieś korzyści tam na górze?! Moja siostra potrzebuje pomocy. Nie możemy czekać.
-Nic nie zrobimy a poza tym mamy zakaz z góry przykazany na mieszanie się w to. Jesteś za słaba by walczyć bezpośrednio z Lucyferem! Archanioł byłby mu równy ale nie ty!
-To może mój ojczulek by raczył ruszyć dupe?!
-Uważaj co mówisz. Jesteś córką archanioła ale nie jesteś niezastąpiona. Takich jak ty jest jeszcze 12. No dobra.. To bardzo mało jak na naziemne wojsko i dlatego musimy was bronić zanim sami się tego nauczycie ale zrozum. Twoja strata dotknie niebo ale jest jeszcze 12 takich jak ty.
-Moje rozdzeństwo?
-Tak.
-A jakbym złączyła z nimi siły?
-Nie!
-Dlaczego?
-Mamy się w to nie mieszać. Masz o tej sprawie zapomnieć. Musimy się skupić na rozwoju twoich zdolności oraz nauczyć cię walczyć.
-Ta druga opcja mnie interesuje.
-Miną miesiące. W twoje 21 urodziny powinnaś dopiero zyskać na tyle siły by walczyć z demonami.
-Ale to jeszcze prawie rok!
-Wystarczająco dużo czasu. Zrozum jesteś najmłodsza i nie masz jeszcze tyle siły.
-Nie wierzysz we mnie. Jak byłam w stanie być z kimś takim jak ty tyle lat to dam rade.
Zraniłam go ale to już był jego problem. Ja musiałam skupić się nad tym jak uratować siostrę z gówna w jakie się wpakowała.
***
Przez ostatnie dwa dni dużo ćwiczyłam rozwijanie swoich zdolności z Erykiem ale też ćwiczyłam wbrew mu kiedy nie "patrzył". Ostrzegał mnie że nadużywanie zdolności może się źle skończyć ale nie przejmowałam się tym.
Siedziałam po turecku na podłodze w kręgu ze świeczek. Taaa.. Atmosfera pomagała.
Człowiek używa 10% swojego mózgu. Ja doszłam już do 28% a to bardzo dużo. Mogłam przenosić siłą woli niewielkie (jeszcze po prpstu byłam za słaba) przedmioty i panowałam w niewielkim stopniu nad ogniem (poniekąd po to też były świeczki). No i miewałam wizje.
Właśnie przenosiłam jedną świeczke kiedy wszedł Eryk.
-Cholera Gabi!
Rozproszył mnie i puściłam świeczke która upadła i zgasła.
-Hmm..-byłam zamroczona.
Podszedł do mnie i dał mi chusteczkę. Dopiero po chwili dotarło do mnie że leciała mi krew z nosa i to już tak że miałam plamy na koszulce i na podłodze. Przyłożyłam chusteczkę.
-Miałas odpoczywać.
-Nie moge..
-Gabi idź spać!
Pomógł mi wstać. Podeszłam do szafki i przebrałam się przy Eryku. I tak widział mnie nago...
Położyłam się.
-Możesz iść..-powiedziałam.
-Zostane aż zaśniesz.
-Ale jesteś uparty to chociaż połóż sie obok mnie.
Po chwili tak tez zrobił. Przywarłam do niego plecami a on mnie przytulił.
Zasnęłam..
sobota, 23 kwietnia 2016
Od Emilie
Walnęłam torbę na bok i wyłączyłam telefon. Rodzice się dobijali. Ale musiałam to zrobić. Mimo tego, że wyrządziłam im krzywdę wraz z Gabi. Tak nasze życie się potoczyło, a ja nie mam zamiaru się nad nim użalać.
Walnęłam się na łóżko i wzięłam w ręce książkę z biblioteczki. Usłyszałam kroki, wyczułam czyjąś obecność. Nie miałam chyba na razie żadnych rozwiniętych umiejętności, ale nawet człowiek czuje, że nie jest w pomieszczeniu sam.
Z ciemnego przedpokoju wyłonił się Jansen. Odłożyłam książkę i wpatrywałam się w niego z uśmiechem.
-No, czekałam aż przyjdziesz.
-I dlatego uciekłaś?
-Im mniej będziesz wiedział tym lepiej. - westchnęłam.
-Może jednak powiesz mi, co się dzieje, hm?
-Nie chcesz odpuścić... lubię jak facet jest uparty. - zażartowałam.
-Później pożartujemy...
Usiadł obok mnie na łóżku a ja leżałam w takiej samej pozycji, bez słowa wpatrując się w niego z uśmiechem.
-Oh, daj spokój...
-Nie, nie dam.
Podniosłam się i siedziałam teraz po turecku. Spojrzałam mu w oczy, a potem na jego usta. Przegryzłam wargę i uśmiechnęłam się lekko.
-Tak trzymaj. - szepnęłam i wstałam.
Podeszłam do stolika gdzie leżał mój czarny plecak. Wyciągnęłam z niego ciuchy jak gdyby Jansena tu w ogóle nie było. Usłyszałam jak wstaje.
-Kurwa!
-Też kobieta. Tylko krocze robocze. - zażartowałam znowu.
Też zaśmiał się pod nosem.
-Powiedz mi, co jest.
Odwróciłam się do niego.
Podeszłam do niego, złapałam za koszulkę i spojrzałam w oczy.
-Działam dla Lucyfera. - szepnęłam i puściłam go.
-Co? Żartujesz sobie?
-Nie, mówię serio. Ale zapewniał, że dobrze robię...
-Od kiedy?
-Co od kiedy?
-Od kiedy działasz dla niego.
-Od miesiąca, może dwóch.
-Dokładniej.
-Załóżmy, że półtora miesiąca.
-Co Ci uderzyło do głowy, by zgadzać się na sojusz z Lucyferem?
Wzruszyłam ramionami.
-To chyba moja sprawa, co?
-Dobra, trzeba coś z tym zrobić.
-Nie! - zatrzymałam go. - Mam czas na wybranie stron...
-Ani aniołowie ani demony nie pozwolą ci wybrać. Od razu cię zabiją, albo zamkną gdzieś.
-Moja siostra będzie z nimi rozmawiać...
-I tak pewnie wiedzą. Musisz stąd wyjechać.
-Nie ma opcji.
Nagle straciłam przytomność.
Obudziłam się w samochodzie. Zdezorientowana spojrzałam na Jansena. Byłam zła.
-Nie bądź taka. - mruknął żartobliwie.
-To nie czas na żarciki. - syknęłam przez zęby.
-Ale się słodko złościsz. - zaśmiał się.
Spojrzałam na drogę.
-Gdzie jesteśmy?
-Dalej w Seattle. Jedziemy do twojej siostry.
-Co?! Zawracaj!
-Nie. Skoro rozmawiała z aniołami powinna wiedzieć co i jak. A założe się, że wie więcej na ten temat niż ty.
-Świnia.
-Dzięki. - mrugnął do mnie.
Na miejscu siostra uspokoiła Eryka, by nie atakował ani mnie ani Jansena. Choć podejrzewam, że sam wahałby się przez zaatakowaniem Jansena.
-Więc... aniołowie wiedzą... jednak postanowili dać ci miesiąc...
-Miesiąc na to by podjęła decyzję gdzie chce przystąpić?
-Tak. - przytaknęła Gabi. - Jednak... Emilie... - położyła swoją dłoń na mojej. - Oni nie będą czekać dłużej, za równo miesiąc przyjdą i będą żądać odpowiedzi. Lucyfer to samo. Jednak... możesz wybrać człowieczeństwo...
-Żartujesz? - parsknęłam.
-Robisz źle...
-Nie wtrącaj się. - powiedziałam głosem Lucyfera.
Sama się wystraszyłam, Jansen spojrzał na mnie jakby coś go mocno uderzyło w twarz.
-Przerwiemy to. - zapewnił Jansen. - Ale macie jakieś pomysły jak to zrobić?
-Nie chcemy się w to mieszać. - odparł Eryk.
-Przestań! Pomożemy... - powiedziała Gabi.
-Nie. Mamy czekać wraz z Aniołami. Sama podejmie decyzję. A jeśli ktoś chce jej pomagać, to napewno nie my.
-Ale...
-Koniec dyskusji.
Patrzyłam na nich, milczałam wraz z Jansenem słuchając ich wymiany zdań.
Nagle wstałam i spojrzałam na Jansena. Potem na swoją siostrę i jej stróża.
-Wychodzimy. - szepnęłam.
-Co? Czekaj... - zawołała za mną Gabi jednak nie słuchałam jej.
-Na razie trzymaj się ode mnie z daleka.
Wsiadłam do samochodu Jansena i czekałam, aż również do niego wsiądzie. Gdy tak zrobił, spojrzał się na mnie oczekując... sama nie wiem czego. Jednak nawet nie potrafiłam na niego spojrzeć. Zacisnęłam zęby i odgarnęłam włosy za ucho. Pokręciłam głową.
-Co tak patrzysz? - spytałam.
-Chciałbym wiedzieć co teraz myślisz. Skoro wiesz, że robisz źle działając dla Lucyfera. Przez ciebie nie dość, że wszedł do tego świata to jeszcze może wyrządzić wiele szkód.
-Nie wycofam się. Nie teraz.
-Dlaczego ni... - przerwał, gdy przed samochodem pojawił się Damon.
Przestraszona zesztywniałam, wpatrując się w niego. Był wściekły.
-Jedź. - poprosiłam.
-Kto to jest?
-Powiedziałam, jedź! - podniosłam głos a on ruszył prawie przejeżdżając Damona.
-Możesz mi w końcu wszystko powiedzieć? - spytał podirytowany.
-Nie oczekuję od ciebie pomocy. Bo nie da się z tym nic zrobić. - odparłam, wpatrując się cały czas w drogę. - To był posłaniec Lucyfera, jeden z jego zaufanych ''kumpli''. Miałam z nim... nawet nie wiem, czy mogę to nazwać romansem. Po prostu to trwało... tydzień... może więcej... a od czasu gdy od niego odeszłam pojawił się Lucyfer... i zaczął mnie przekonywać... Nie umiałam odmówić po dłuższych i częstrzych wizytach...
-Ktoś o tym wiedział?
-Nikt. Tylko ja.
-Czy on sprawia ci jakieś zagrożenie?
-Będzie chciał mnie zabrać do Lucyfera...
Milczał, dodał gazu i jechał przed siebie.
Od Emilie
Byłam w kropce. Nie specjalnie zastraszam swoją siostrę by dala mi czas do wybrania strony po jakiej chce być... a ja nawet nie wiem czy chce być kimś wyjątkowym. Anioły niedługo się o mnie dowiedzą a na razie w tym jednym miesiącu chciałabym wykorzystać to co mam teraz i mieć w dupie całą tę szopkę z aniołami i Lucyferem.
Zaskoczyła mnie nagła obecność Jansena, trudno było mi oderwać się od niego. Spędziliśmy czas między budynkami w tym samym miejscu całując się bez przerwy.
W końcu mój zdrowy rozsądek się odezwał i odsunelam go od siebie. Spojrzał na mnie dziwnie i jakby czegoś oczekiwał, wpatrywał się we mnie.
-Nie... - mruknęłam pod nosem. - Źle robimy...
-Ale co źle?
-Że się całujemy, tutaj...
-Możemy iść do mnie, nie ma problemu...- zaśmiał się.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Nie o to chodzi. Po prostu... - westchnęłam ciężko. - Nie mam ochoty...
-Coś nie tak?
Milczałam, błądząc wzrokiem po ścianach jednego z budynków.
Nagle wyczułam krew, i słodki zapach cierpienia, bólu i śmierci która aż prosiła się by dokończyć za nią dzieła. Moje oczy zmieniły się gwałtownie, minęłam Jansena jak gdyby nigdy nic i ruszyłam jak mówił mi instynkt.
-Gdzie idziesz? - usłyszałam za sobą głos Jansena.
Gdy podeszłam do parku obok stawu leżała dziewczyna. Robota wampira, była cała pogryziona i krwawiła. Dławiła się własną krwią.
-Skąd wiedziałaś...? - spytał zdziwiony Jansen.
-Czułam.
Nachyliłam się nad nią a ona wyszeptała "pomocy". Zaśmiałam się i pogładziłam ją po głowie.
-Ależ pomogę.
Złapałam ja za głowę i odezwałam ją. Krew zabrudziła mi koszulkę, opadły mi ręce.
-Znowu do wywalenia... cóż...
-Zaraz, co się dzieje Emilie?
-Właśnie... oderwałam głowę jakiejś dziewczynie... - odparłam naturalnie.
-Jak, kurwa?
Otrząsnęłam się.
-E...yyy...
-W co ty się wpakowałaś?
-W nic. - odparłam wymijająco i ruszyłam przed siebie.
Chwycił mnie za łokieć i pociągnął w swoją stronę.
-W czym ty siedzisz? Z kim? Po co?
-Czy to ważne?
-Co ty robiłaś gdy zniknalem?
-A Ty? Gdzie byłeś i co robiłeś? - spytałam ponownie. Milczał.- Właśnie. Teraz pozwól ze ja pomilczę.
-Wiesz, że możesz mi ufać i lepiej żebyś mi powiedziała...
-Daj mi spokój...
-To było zbyt dziwne żebyś tak po prostu odeszła czy skończyła temat...
-Tak? To patrz, jak elegancko potrafię kończyć nieprzyjemne tematy.
Przyciąfnęłam go do siebie i pocalowałam. Zamknęłam mu usta w najlepszy i najprostszy sposób. Gdy się od niego oderwałam nawet nie zdążył nic powiedzieć ani otworzyć oczu. Zniknęłam do domu, spakuje się i kupuje mieszkanie w mieście... musiałam opuścić rodzinę by jej nie stała się krzywda. Nawet nie wiem kim jestem i kim chciałabym być... ale Lucyfer zapewnia, że dobrze robie... ze mu pomogę... wiec chyba nic strasznego nie robie? Zresztą, uniknęłam tematu z Jansenem. Teraz muszę się ukryć przed aniołami.
piątek, 22 kwietnia 2016
Od Jansen'a
Morderstwo przesunąłem na później a teraz podszedłem do auta i bez zastanowienia wsiadłem do niego.
Siedział w nim mąż klijętki, to on zaprzedał duszę za rzeczy materialne. Wyglądał jak typowy
ciapeuszowy bibliotekarz.
-Co halo ? Kim jesteś ?
-Pozwól że zgadnę. Lester ?
-Ja... kim jesteś - mężczyzna był przerażony
-A jak ci sie wydaje ? - spojrzałem na niego i zmieniłem oczy na demoniczne.
-OOOOoooo... no tak.
-Co u licha tu robisz typie ?
-Więc mój kontakt - mówił zniżonym głosem z głupim gestami jakby to był jego setny raz - yeah, on
uh... On mi powiedział, że, uh, że to się wydarzy. Więc po prostu chciałem tu być i upewnić
się ,ze sprawa jest załatwiona
-Aaaa. Ponieważ jesteś w tym ekspertem, hym ?
Przytaknął zdziwiony
-Słuchaj, I to pierwsza reguła z podręcznika dla morderców, kiedy zatrudniasz kogoś do zabicia swojej żony,
nie chcesz być w pobliżu kiedy to ma miejsce. To się nazywa alibi
-Ymm. Wiem czym jest alibi. Oglądam Franklin & Bash
Spojrzałem sie zażenowany przed siebie
-Super. Słuchaj, sprzedałeś swoją duszę dla tej bzdury więc...
-To nie jest bzdura. To jest moje życie. A ona spuściła je w kiblu.
Przyjrzałem mu się trochę i zauważyłem jeden fakt.
-Les... Coś ci powiem. Więc posłuchaj mnie uważnie. Jesteś frajerem. Twoja żona to solidna ósemka,
ty jesteś czwórką, cztery i pół max. Nie winie jej za skok w bok. - spojrzałem sie na Lestera- szczególnie
jeżeli dowiedziała się że to ty puściłeś sie pierwszy
Kiwał głową na nie i wydymał usta w dzióbek stanowczo zaprzeczając,
-Nie. O nie. Ja-Ja nie... Uh..
-Skąd wiesz ? - dokończył
-Poprostu masz to uh, zboczenie ,,Zrobię wszystko ,aby puknąć moją sekretarkę"
-Oh. Nie - znów próbował kręcić - to co innego kiedy facet to robi
-Naprawdę ?
-Tak, To się nazywa ,,nauka"
Zaskoczył mnie tak idiotycznym rozumowaniem, udałem ,że rozumiem.
-Aaa no
-Faceci nie są stworzeni do życia w monogamii... z powodu ewolucji. My.. my.. my jesteśmy
zaprogramowani, wiesz, do roznoszenia nasienia.
Nie wytrzymałem i uderzyłem do w twarz, wybijając mu przy tym zęba i rozwalając wargę.
Przykuł się do szyby i przykładał do rany dłoń stękając ,,ał, oh "
-Jak powiedziałem frajer, przez duże ,,F" rymuje się z ,,jesteś do niczego"
-Ej, więc ty jesteś gównianym demonem ! I pracujesz dla mnie teraz! Więc ruszaj tam i rób
co do ciebie należy, dziwaku!
Teraz przegiął, przez chwilę panowała cisza, patrzyłem mu w oczy i czułem strach który opanował go
po powiedzeniu tych słów.
-A ty co zrobisz ? Będziesz oglądać, hm ? To jest to co lubisz ? Lester ? Oglądać ?
Przysunąłem się do niego nie odrywając wzroku z jego oczu.
-Więc, oglądaj to. - Wbiłem mu ostrze w serce, nie przestawałem patrzeć mu się w oczy, bawiło mnie to,
w jakiś sposób spełniało, uśmiechałem się przy tym.
Następnego dnia przyszedłem do siedziby na ziemi Crowley'a, aktualnie znajdował sie
w bustym barze. Zastałem go jak wysłuchiwał statystyk o duszach, gdy wszedłem wstał z krzesła
i ruszył w moim kierunku.
-Dean! - powiedział entuzjastycznie -Jak zadanie? - zmienił ton na biznesowy
-Git. Git - powiedziałem - On nie żyje, a ty miałeś rację, Czuję się po tym wspaniale.
-On?
Stałem przed wkurzonym Crowley'em uśmiechnięty
-Em, Lester.
-Klijent ? Zabiłeś klijenta ?
-Co to za różnica typ był palantem, teraz jest martwym palanem.
-To ogromna różnica ! Umowa była jedna martwa żona za jedną duszę. Żona nie jest martwa,
ja nie dostanę duszy. Prosta matematyka.
-Cóż, tak wyszło.
Odwróciłem się w stronę wyjścia.
-Hey! Nie odwracaj się odemnie !
Powoli się odwróciłem, patrząc się mu w oczy i pchnąłem go tak że upadł na podłogę. Jego
podwładni stojący obok, mocno się zdziwili, Crowley zresztą też. Ja patrząc się na niego
z góry uśmiechałem sie. Król piekieł spojrzał się na sługusów którzy się uśmiechnęli.
-Coś cię bawi ? - spytał jednego nadal leżąc na podłodze.
-Nie, sir - szybko uśmiech zniknął z jego twarzy
-Dobrze - wstał i stanął przed mną - co ty myślisz ,że robisz ?
-Oh, cokolwiek zechcę.
-Ponieważ ja myślę że ty nie wiesz czego chcesz - był bardzo wkurzony, wypluwał wręcz słowa ale
nadal tak jakby filozofował - Powiedz mi Dean, czym jesteś ? Demonem ? Jeśli tak to dlaczego
żona Lestera nie jest martwa ? Było ci jej żal ? To może jesteś człowiekiem. Z wyjątkiem tego
,że masz te ładne demoniczne gały i pracujesz u mojego boku. Więc dlaczego nie zrobisz nam
wszystkim przysługi i nie wyberzesz cholernej strony ?!!!
-Bo co ? - odparłem spokojnie wpatrując się mu w oczy, spodobała mi się jego frustracja.
Po tych słowach gniew i lekko wyszczerzone zęby znikły z jego twarzy a gdy zacząłem sie zbliżac do
niego on stał się nie pewny.
-Hmmm? śmiało - prowokowałem go - spróbuj. Zobaczymy jak to się skończy.
Wyluzował, odwrócił wzrok za siebie, spojrzał sie po sługusach i znów na mnie.
-Nie jestem twoją psiapdiółą, i nie przyjmuję rozkazów od ciebie. Kiedy będę miał potrzebe
zabić zadzwonię. Do tego czasu nie wchodź mi w drogę.
Na chwilę zapanowała niezręczna cisza, Crowley oderwał odemnie wzrok i spojrzał na coś obok.
-W porządku. - poszedł w stronę drzwi ale się znów odwrócił do mne - Cóż mogę powiedzieć ?
To był zwariowany czas. Cóż, takie są dobre na skok w bok. Ale żaden materiał na związek.
Przytaknąłem
-Skończyłeś ?
-Między nami koniec. Wiesz co, Dean ? To nie moja wina. To ty.
Minął mnie i wyszedł wraz z resztą załogi. Stałem w miejscu jeszcze chwilę zamyślony i nagle sobie
przypomniałem ,że nie widziałem jeszcze Em, nie czułem jej obecności nawet przejeżdżając koło jej domu.
Może to i lepiej.
I tak mijały mi dni, jeden za drugim, beztroskie życie dziwadła. Z każdym kolejnym morderstwem
traciłem coraz bardziej swoje człowieczeństwo ale tak się też działo gdy nie zabijałem dłuższy czas.
Była późna noc, leżałem w paru na ławce i patrzyłem się w niebo, już dawno miałem stąd iść
ale było mi tu wygodnie. Nagle wyczułem znajomą mi obecność, Em, szła gdzieś niedaleko.
Usiadłem i zamknąłem oczy, wczułem się w jej aurę i odnalazłem ją. Wstałem i pobiegłem w jej stronę. Szła chodnikiem prosto nie rozglądając się, wbiegłem na nią i przywarłem ją do muru w zaułku między dwoma budynkami, pocałowałem ją a ona to odwzajemniła.

Po czym szybko mnie odepchnęła.
-Gdzie ty byłeś? Czego chcesz?!
-Czy to ważne ?
czwartek, 21 kwietnia 2016
Od Emilie
-A więc dlaczego mnie wezwałeś panie? - spytałam ciekawa.
-Bo ustaliliśmy w końcu kim jesteś... ale też wiemy, kim jest twoja siostra.
-Słucham. - westchnęłam prostując się.
-Macie innych ojców... ale każda z was jest wybrana przez piekło i niebo. Gabriela jest wybranką nieba a ty... piekła.
-Czyli byłam jakby...
-Nasieniem diabła. Moim. Jestem twoim prawdziwym... jakby... ojcem. To ja cię stworzyłem i chciałem byś się urodziła. Jako mała dziewczynka nie bałaś się ''potworów'' w szafie. A Gabi się bała. Nigdy nie bałaś się ciemności, a Gabi wręcz przeciwnie.
-Ale nie mam wyboru?
-Znaczy... jakiego wyboru? - spytał Damon.
-Wyboru czy chcę być wybranką czy nie. - sprostowałam.
Damon i Luc spojrzeli po sobie.
-Masz. - odparł Damon za Luca.
-Ale już wybrałaś...
-Nie. Chciałam zobaczyć jak to jest...
-Według mnie... - pogładził mnie po policzku Luc. - już wybrałaś.
-Myślę inaczej... chcę wybrać. Ale nie teraz. Dajcie mi czas.
-Nie możesz odejść.
-Jednak ja podejmę decyzję sama. - uparłam się.
-Masz na to miesiąc. A na ten czas wykonujesz pierwsze zadania.
Spojrzałam na Luca zaskoczona przekrzywiając głowę.
-Nikt na razie o tobie w piekle nie wie. W niebie też, chyba, że twoja siostra czy ten aniołeczek zdążyli już powiedzieć o tobie. Ale na razie zajmij się siostrzyczką. Wiesz, co do ciebie należy?
-Tak, Panie.
-Doskonale. Ty - zwrócił się do Damona. - pilnuj ją.
Zniknęłam z piekła a wróciłam na ziemię. Była jedenasta, a ja znalazłam siostrę z łatwością. Nie trudno to zrobić, bo jesteśmy takie same. Jestem żywą nawigacją Gabi i jedyną osobą odporną na jej umiejętności, tak mówi Lucyfer.
Weszłam bez pukania do środka, była sama. Nie czułam obecności anioła ani nikogo innego. Działałam pod wpływem samego Lucyfera, nie byłam teraz sobą, nigdy nie jestem sobą gdy uaktywnia się we mnie demon.
Pchnęłam siostrę na ścianę i przygwoździłam ją do niej.
-Em...Emilie! - wykrztusiła.
-Nie wzywaj żadnego swojego anioła, mamy sprawę do załatwienia. - powiedziałam dziwnym, przerażająco brzmiącym głosem.
-Znam ten głos... - zadrżała Gabi.
-Każdy go zna.
-Emilie... co...
-Nie ma teraz Emilie. Jestem ja. Sam Lucyfer.
-Wszedłeś do świata żywych?! - wykrztusiła. - Nie możliwe...
-Dzięki twojej siostrzyczce było to możliwe.
-Co ona zrobiła?
-Nie ma już Emilie, jestem ja.
-Ona wróci...
-Jeśli jeden z aniołów dowie się o tym, że wstąpiła w szeregi piekła, to sam ją zabiję na twoich oczach. Wyrwę każdą część jej ciała, a wtedy stracisz swoją drugą połowę. Będziesz słabsza.
-Co to znaczy? - spytała.
-To, że jesteście nierozłączne. Gdy jedna zginie druga staje się słabsza.
Dokończ dzieło za mnie. Tylko jej nie zabijaj. - usłyszałam głos Lucyfera.
Wróciłam do siebie.
-Emilie!
-Zamknij się bo nie ręczę za siebie.
-Błagam, wróć... Wróć do dawnej Emilie...
-Dawna Emilie? Jej już nie ma. - zaśmiałam się. - ale jeśli anioły o mnie wiedzą to będą chcieli dopaść. Zrób wszystko, by ich powstrzymać. Bo będą chcieli mnie zabić albo więzić, a Lucyfer wtedy wyjdzie z piekła i zacznie mordować więcej ludzi niż ktokolwiek przez całe istnienie.
-Co mam niby...
-Powiedz, że zrezygnowałam z piekła, byłam tu dziś i pomogłaś mi z tego wyjść.
-Nie mogę kłamać...
-Sama nie wiem czego chcę. Muszę do tego dojść sama. Lucyfer dał mi miesiąc, więc wy też mi go dajcie. Nikomu specjalnie ważnemu krzywda się nie stanie, jeśli dotrzymacie słowa.
-Zobaczę co da się... ehm... zrobić... ale puść mnie.
Puściłam ją i poszłam w stronę drzwi.
-Gdzie idziesz?!
-Zabawić się. Pamiętaj co mówiłam. Muszę wszystko przemyśleć.
Szłam wieczorem po mieście i poszłam w stronę domu. Jednak gdy minęłam dom Stefana cofnęłam się i zapukałam. Otworzył mi, a ja weszłam do środka nie proszona i z uśmiechem rzuciłam się na niego. Całowałam go namiętnie, jednak ja robiłam to bez konkretnego powodu. Ale sam mnie zignorował, a więc pragnęłam zemsty.
Nie panowałam nad sobą już, to było zbyt silne. Nie dawałam rady panować nad żądzą zabijania. Sprawiało mi to wielką radość. Słyszałam w głowie głos który zabraniał mi to robić, brzmiał jak głos Gabi. Jednak nie chciałam przestać mimo wszystko.
-Nie powinniśmy... - zaczął Stefan.
-Jestem tu. Jestem z tobą. Jesteśmy razem. - szepnęłam do niego.
-Jesteś cudowna... - szepnął. - Każdy chciał cię mieć... a teraz mam ciebie... teraz.
-Masz. - uśmiechnęłam się. - Masz mnie całą...
-Tak seksowna... moja... - usłyszałam jego myśli.
Nie tym razem.
Gdy chciał pierwszy raz mnie pocałować, odepchnęłam go na ścianę i ugryzłam go wysuwając swoje zęby. Nie wiem czy byłam wampirem, byłam chyba i demonem i wampirem... czułam się silna. I czułam, że mogę wszystko. Zaczął krzyczeć przeraźliwie z bólu, jad rozprzestrzeniał się po jego całym ciele bardzo powoli powodując bolące skurcze, pieczenie w gardle i ból kości. Nie można opisać bólu jaki mu własnie zadałam, a ja czułam przyjemne pieczenie w środku że on cierpi. Wyszłam zadowolona i poszłam przed siebie.
środa, 20 kwietnia 2016
Od Gabi
Byłam roztrzęciona. Nie poznałam własnej siostry. Niby była taka sama.. Ale wystarczyło się przyjrzeć by zobaczyć ciemniejszą aure. Zeszła na droge ciemności. Moja wizja się powoli spełniała.
Eryk zaciągnął mnie do samochodu i pojechaliśmy wbrew mojej woli.
-Nie mogę odejść! Muszę jej pomóc!
-Może i to jest twoja siostra ale ona się zmieniła. Wybrała zło. Nie masz nawet tyle siły by z nią wygrać! Jesteś jeszcze dużo za słaba a trening opanowania twoich zdolności cię dodatkowo osłabił. Każda wizja cię osłabia. Upłyną miesiące a nawet lata zanim staniesz się pełna sił.
-Nie mamy tyle czasu! Ja musze już teraz działać..
-To by cię zabiło.
-Eryk to moja siostra..
-Wyjeżdżamy. Powiadomie anioły o tej sprawie i się tym pewnie zajmą.
-Pewnie? Ja musze jej pomóc a nie!
-Jesteś za słaba by nawet z nią walczyć nie rozumiesz? Nie wyrażam zgody i koniec.
-Ona mi nie będzie potrzebna.
-Jestem twoim aniołem stróżem.
-I co z tego?
-Musisz się mnie słuchać.
-Twoim zadaniem jest mi pomagać i bronić mnie a nie mi rozkazywać! Nie masz nic do gadania.
-Oj bardzo się myslisz.
Dotknął mojego czoła a ja po prostu odpłynęłam...
***
Jak tylko się obudziłam zaczęłam się na niego wydzierać. Jak się okazało zdążył mie wywieść z rodzinnego miasteczka.
-Nienawidze cię! Ja musze wracać nie roumiesz? Wracamy!!!!
-Nie
-Eryk!!!!
-Mam znowu cię uspokoić?
-Tylko byś spróbował..-odparłam obużona...
Nawet nie wiedziałam że on tak potrafi.. To nie fer..
-To przestań i nie zmuszaj mnie do tego.
Nie poddam się. Oj nie tak łatwo. Zacznę ćwiczyć. Choć trochę bardziej intensywniej niż do tej pory i uratuję siostre. Muszę to zrobić. Odkryje jakiś dar który mi pomoże. Zrobię wszystko.
***
Nocą jak Eryk wreszcie zostawił mnie w moim pokoju w hotelu zaczęłam ćwiczyć. Usiadłam na łóżku po turecku i zamknęłam oczy. Musiałam wyciszyć umysł. Po godzinach prób to właśnie tak dostałam pierwszej wizji. Może i tym razem coś się stanie..
Niestety nic. Więc to mi nie pomoże. Będę musiała zastosować plan B. Był bardziej ryzykowny ale to wszystko dotyczy w końcu mojej siostry.. Ona mi nic nie zrobi przecież? No bo w końcu jesteśmy siostrami. Może i zeszła na złą droge.. Ale ja też wcześniej i to ona uświadomiła mi że tak nie mogę robić, pomogła mi. Jestem jej to winna.
Od Emilie
-Od kiedy to masz? - spytała nagle Gabi.
-Ale co?
-Aurę.
Teraz widziałam białą aurę wokół Eryka i Gabi. Błądziłam wzrokiem.
Staliśmy przed naszym rodzinnym domem, a moja siostra domagała się wyjaśnień.
-Wytłumacz mi w co się wpakowałaś!
Zatrzymałam się zła i odwróciłam w jej stronę.
-A co cię to obchodzi?
-Jesteś w niebezpi...
-GÓWNO CI DO TEGO! Nie było cię... teraz wracasz, gdy wpadłam w gówno z którego nie wyjdę bo każdy, ale to KAŻDY na ulicy ma mnie za ćpunkę i dilerkę. Teraz przyjeżdżasz i mówisz że jestem w niebezpieczeństwie?! Każda z nas ma swoje życie, i nie mam ochoty byś się wtrącała w moje.
-Emilie, nie mogę cię tak zostawić z tym... nie masz pojęcia...
-Trzymaj się ode mnie z daleka. - odpowiedziałam z ciężkim sercem.
Zamarła.
-Nie możliwe, że stałaś się tak zimna jak lód...
-Wszędzie gdzie cię zobaczą będą pytać, będą błagać o wywiady. Będziesz w każdej ulotce, telewizji, na każdym ekranie w każdym domu i każdej gazecie. Bo jesteśmy takie same. I nie chcę, żebyś wracała. Nie było o tobie słychać, więc wracaj tam skąd przyjechałaś i nie wracaj. Ani nie pomagaj mi. Bo piekło to jedyna rzecz na jaką zasługuje.
-Emilie, te słowa mnie nie zniechęcą... - podeszła do mnie i zatrzymała za łokieć, gdy się odwracałam.
Pchnęłam ją z wielką siłą. Moje oczy podeszły czernią. Eryk zjawił się na miejsce Gabi osłaniając ją własnym ciałem.
-Bo nie ręczę za siebie. - Eryk aż dyszał wściekły.
-Romantycznie. A pamiętasz jak cię zdradził? - spojrzałam na siostrę. - Gówno mnie obchodzi, że jest aniołem... ach, poleciałaś na niego ze względu na anielskie pochodzenie? A może sama jesteś aniołem? Stąd ta biała aura... ha! Nie no nie wierzę! - zaśmiałam się.
Eryk uderzył mnie i odleciałam na ziemię.
-Pożałujesz tego. - powiedziałam wpatrując się mu w jego paskudne, anielskie oczy.
-Zmieniłaś się... - powiedziała Gabi.
-Nie poddasz się, nie? Zrozum, że nikt mi nie pomoże. Ja nie chcę pomocy. Chcę zabijać i chcę czuć smak śmierci osoby którą sama własnymi rękami udusiłam.
Siostra pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Ale daj sobie pomóc...
-To nie ma sensu. - zatrzymał ją Eryk.
-To moja siostra! Żadne słowa, nawet te które najbardziej zabolą, mnie nie zniechęcą do pomocy tobie! Jesteś moją drugą połówką!
Zaśmiałam się.
-Tą gorszą.
-Co?! Nie prawda!
-Jesteś aniołem. A ja byłam człowiekiem od urodzenia, w końcu wybrałam złą stronę. Dwie jak krople wody, ale każda z nas ma wyznaczone miejsce. Dobra i zła siostra. I od dziś jesteś skazana przez swoją pieprzoną naturę na ściganie mnie, dopóki nie odejdę z piekła.
Odeszłam.
Rano pojechałam do pracy. Wysiadłam z taksówki, dopadli mnie paparazzi a ja gdy ich zobaczyłam trzasnęłam drzwiami auta i poszłam w stronę szpitala.
-Czy pani skończyła z dilerką?
-Czy pani siostra wróciła do miasta?
-Co na to pani rodzice? Wybaczyli pani?
-Co na to obecni współpracownicy?
-Nie odpowiem na żadne z pytań. - przepchałam się przez tłum.
W szpitalu stał na środku korytarza znajomy lekarz, który chyba jako jedyny miał w dupie całą tą sytuacje z gazetami, dilerką i sądem. Nikomu tu nic nie opowiadałam ani nie żaliłam się, choć pielęgniarki starały się mnie nabrać na udzielenie rąbka informacji do swoich ploteczek.
-W końcu pani jest.
Minęłam go bez słowa.
-Czekałem na panią.
-Mówiłam, przejdźmy na 'ty'. - odparłam oschle.
-Emilie, czekałem na ciebie. Pasuje?
-Co takiego chcesz wiedzieć? Hm? Co dokładnie miałam w tej pieprzonej torebce? Czy może jak udało mi się wyjść zza krat z tak lekkim wyrokiem?
-Słuchaj, nie obchodzi mnie to... chcę się z tobą raczej umówić.
-Nie jestem tu szukając niespełnionej i nieprzemijającej miłości.
-Tylko spotkanie...
Przywarłam go do ściany.
-Nie mam ochoty na żadne zabawy w spotkania, nie chcę się z nikim umawiać, udawaj, że mnie nie znasz albo chociaz nie chcesz znać. Po prostu SPADAJ. - jeszcze raz pchnęłam go na ścianę. - I niech wszyscy się ode mnie odwalą.
Wyszłam do pracy. Pewne jest, że się ode mnie odczepił. I dobrze. Odpracuję karę i potem... zacznę żyć własnym życiem... sama. Od kiedy Jansen wyjechał wszystko się zaczęło komplikować a ja zaczęłam robić rzeczy których... nigdy bym nie zrobiła. A teraz... oddaję się pracy w piekle. Całkowicie. Dopóki go nie ma ja odpracuję nie tylko 'dług kary' w szpitalu, ale też w piekle.
Od Gabi
Mineły tygodnie a ja sporo się dowiedziałam o sobie, o tym kim jestem i do czego jestem sworzona. Jestem corką archanioła Gabriela i ludzkiej kobiety, mojej mamy która wychowywała mnie i Em. Powstałam aby walczyć ze złem i pomagać potrzebującym. Eryk był i jest moim aniołem stróżem. Broni mnie przed złem które chce albo zaciągnąc mnie na swoją strone (co by równało się z tym że stałabym się upadłą) albo jeśli pierwsza opcja by się nie udała.. po prostu by mnie zabili. Mam pewne dary, zdolności. Czasem.. dostaje wizje w czasie snów lub na jawie na przykład kiedy dotknę kogoś albo jakiejs rzeczy. Nieliczne miejsca też sprawiają że dostane wizji na przykład dotyczącej tego co się tam stało. To nie zależy ode mnie a te wizje dotyczą zarówno przeszłości jak i przyszłości. Mam też umiejętność widzenia aury innych osób czy istot. Dzięki temu wiem czy jest to człowiek czy inna istota albo nawet jaki ma ona nastrój. Jak na razie udało mi się "opanować" tylko tyle. Nie wiem za bardzo jak to ma mi pomóc w walce ze złem ale Ertk mówi że wszystko zrozumiem jak już będę gotowa. Taaa...
***
Dostałam tej nocy wizje. Dotyczyła ona mojej siostry. Obudziłam się przestraszona i od razu pobiegłam do drugiego pokoju hotelowego gdzie spał Eryk.
-Em ma kłopoty!-powiedziałam budząc go.
Szybko się wybudził i starał się mnie uspokoić i przekonać bym nie wracała do rodzinnego domu. Jednak na marne. Uparłam się.
-Albo ty mnie zawieziesz albo wsiąde w pierwszego busa do domu.-odparłam stanowczo.
Nie miał wyjścia i 10 min później już byliśmy w drodze.
Nie powiem bałam się. Uciekłam z domu. Zostawiłam rodzine bez słowa z problemami które narobiłam. Bałam się że nie będą chcieli mnie znać oraz martwiłam się tym że mimo wszystko będę musiała ich okłamać. Bo nie powiem im przecież dlaczego tak na prawde uciekłam. Nie mogą wiedzieć kim jestem. Niewiedza w tym wypadku jest lepsza.
Dopiero popołudniu przyjechaliśmy do rodzinnego miasteczka. Nie pojechaliśmy do mojego domu ale pod szpital. Em akurat wychodziła. Wysiadłam z samochodu i spojrzałam na nią a ona się zatrzymała.
-Em.. Przepraszam..
Przytuliłam ją a ona po chwili odwzajemniła. Obie się rozpłakałyśmy.
-Ja ciebie też przepraszam.. Chciałam dobrze.
-Em nie masz za co. W pewien sposób mi pomogłaś.
-Dlaczego uciekłaś?
-Musiałam.. Chciałam sobie poradzić ze swoimi problemami nie obbarczając nimi was.
-Nie musiałaś uciekać...
-Musiałam ale już wróciłam. Em co sie stało?
-Nie wiem.. Nie wiem.. Chyba mnie ktoś w to wrobił ja nie..
-Wiem siostrzyczko. Będzie dobrze.
Przytuliłam ją i dostałam wizji.
Zamarłam jak za każdym razem kiedy miałam wizje. Miałam otwarte oczy które zrobiły się białe.
Osunęłam się w ramiona Eryka ktory widział wszystko i zareagował. Mamrotałam słowa z pozoru dla nich bez sensu.
-Co się dzieje?!-krzyknęła Em.
-Ciii-uciszył ją Eryk i słuchał tego co mówiłam.
-Ciemność.. Zło.. On.. On.. On.. Nie.. Ciemność.. On.. Ona.. Nie.. Ratunku!.. Ratunku!.. Ciemność.. Ona.. Nie.. Nie.. Nie.. Prosze.. Nie.. Nie.. Nie ona.. Nie.. Ciemność.. Ciemność..
Chwyciłam Em za ręke..
-Nie!!!!!-krzyknęłam-Zło.. Zło.. Zło..-powtarzałam szeptem..
Potem straciłam przytomność.
***
Ocknęłam się w samochodzie. Zobaczyłam skupionego Eryka i bladą z przerażenia Em.
-Gabi! Jejku co się stało..
-Nic..-spojrzałam na Eryka zmartwiona.
No to mamy problem.
Od Emilie
-Nie handlowałam żadnymi narkotykami. - odparłam stanowczo.
-A jednak w pani torbie znalazła się spora ilość narkotyków, co wyglądało jakby pani nimi handlowała. - odparł wysoki sąd.
-Torba była... - nie mogłam wrobić zaginionej zresztą siostry w handel, narobię jej kłopotów. - to była moja torba...
-To w końcu jak to jest?
Westchnęłam.
Dwóch paparazzi robiło zdjęcia, ktoś ich widocznie wpuścił. Już było mi wszystko jedno. Jeden kręcił moje wypowiedzi a drugi robił zdjęcia.
Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.
-Wiemy, że ma pani siostrę bliźniaczkę ale Gabriela wyjechała... Czy to przypadek? Mogła podłożyć pani narkotyki i wyjechać. Policja już ją ściga...
Serce mi się poruszyło. Przegryzłam wargę.
-To... ehm... to... - spuściłam wzrok.
-To w końcu przyznaje się pani do winy?
Przegryzłam wargę aż do krwi.
-Tak... to moja torba... i to ja handlowałam narkotykami...
Sala ucichła, a paparazzi zwiększyło swoją aktywność fleszy, cykania i kręcenia z wielkim podnieceniem, na pewno jeszcze dziś wszystko będzie na każdej stronie internetowej i każdym kanale tv. Moja matka się na mnie wypnie, zniszczyłam jej dobre imię... nasze... dobre imię...
-Emilie Bennu Clarke zostaje skazana na prace społeczne w pobliskim szpitalu...
-Dlaczego wyrok jest tak łagodny? - usłyszałam po rozprawie od dziennikarzy.
-Ponieważ przyznała się do tego.
-Ale na początku kłamała, wyrok powinien być ostrzejszy...
-Koniec wywiadów. - poprosiłam ze łzami w oczach mojego adwokata.
Wsadzili mnie do samochodu adwokata i odjechaliśmy do więzienia po moje ubrania. Wyszłam z więzienia i wróciłam do domu z ciężkim sercem. Mama patrzyła w okno w kuchni nie odwracając się do mnie, miałam wrażenie, że nie oddycha i zmieniła się w zimny sopel lodu.
Odstawiłam na ziemię torbę. Po tym wszystkim co ja powiedziałam rodzicom... teraz za tą całą cholerną sytuacje z narkotykami... a przysięgam, że to była moja torba, Gabi, fakt, ma taką samą... ale chyba ich nie pomyliłam... gdy przysnęłam w lesie ktoś mógł mi to podłożyć... Boże... sama nie wiem co się stało.
Byłam w rozsypce, moja psychika się załamała, ratunkiem było wsparcie mamy... Stefana... chociaż ze Stefanem dawno się nie słyszałam. Podążyłam w stronę mamy, tępo się w nią wpatrując. Stanęłam naprzeciwko niej, chcąc się chociaż do niej przytulić. Nie mogę prosić o pomoc, nie mogę prosić o wybaczenie. A ona nie może usłyszeć słowa przepraszam od swojej, jak na razie, jedynej obecnej córki.
-Mamo... - szepnęłam, a raczej starałam się wydusić z siebie słowo.
Moje usta poruszały się jedynie, ale nikt nie mógłby usłyszeć co powiedziałam. Nikt mnie nie słyszał. I nikt nie usłyszy.
Mama odwróciła się od okna. Była ubrana w swoje ciemno granatowe zgrabne jeansy i luźną białą koszulkę z czarnym koniem. Tą, którą dostała ode mnie i Gabi dwa lata temu. Nie miała łez w oczach, widziałam tylko miłość. Podeszła do mnie i przytuliła mnie bez słowa, a ja w szoku objęłam ją.
-Mamo... - znów nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa, tylko moje usta poruszały się bezgłośnie.
-Córeczko... będzie dobrze...
-Ja tego nie zrobiłam... - wreszcie wypowiedziałam, bardzo cicho ostatnie słowa jakie chciałam wypowiedzieć.
-Wiem kochanie, wiem to. Wierzę ci... - pogłaskała mnie po głowie.
Spłynęła mi jedna łza po policzku.
-Od jutra zaczynasz pracę w szpitalu... pamiętaj, że nic się nie zmieniło, dalej cię kochamy z tatą...
Odsunęłam się od mamy i odwróciłam się. Ruszyłam do przed pokoju i założyłam czarną bluzę na siebie. Złapałam za klamkę.
-Gdzie idziesz? Skarbie? - mama spojrzała na mnie.
Milczałam. Patrzyłam na nią, widziałam pustkę w moich oczach. Smutek, żałość i złość na siebie. Na cały świat.
Założyłam kaptur na głowę i podążyłam przez ulewę kilka domy dalej do Stefana. Zapukałam do jego drzwi. Nie chciałam z nim rozmawiać, ale wszyscy znajomi się ode mnie odwrócili. Nikt nie chce rozmawiać z dilerem. Wszyscy będą mówić za moimi plecami.
Na wycieraczce zobaczyłam zamoczoną gazetę a na nagłówku byłam ja. Przemoczona spojrzałam na ciągle nie otwierające się drzwi i miałam się już odwrócić.
Jednak uchyliły się.
-Emilie? - usłyszałam głos Stefana.
Spojrzałam się na niego bez żadnego wyrazu na twarzy.
-Słuchaj... nie mogę teraz...
Odwróciłam się i odeszłam.
On też.
Brakuje mi kogoś kto mnie zrozumie. Ale wszyscy odeszli.
Wszyscy się odwrócili.
Minęło kilka dni, a paparazzi łaziło za mną krok w krok. W szpitalu miałam od nich spokój, tam spotykałam się z wieloma tragicznymi sytuacjami jak i szczęśliwymi. Jednak moje życie straciło sens, zniszczyłam sobie swoje ja. Moja mama odzywa się do mnie, ale ja nie odpowiadam. Nikomu.
W szpitalu jestem bardzo rozchwytywana, o, córka Angeliny, spójrzcie. Tak mówią, na okrągło.
Wpadło na mnie jakieś małe ośmioletnie dziecko. Chłopiec spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Kucnęłam przy nim.
-Zgubiłem mamę... i Isia.
-Kto to Iś? - odezwałam się zachrypniętym głosem.
-To mój pluszak... taki piesek...
-A gdzie twoja mama?
-Lekarze nic mi nie mówią, unikają mnie i odpowiedzi... a ja tęsknię...
-A gdzie twój tata?
-Tata w pracy... Dużo pracuje...
-Zaprowadzę cię do pielęgniarki.
Oddałam go w jej ręce, jednak chłopiec uparł się by spędzić czas ze mną. Jednak pielęgniarka nie dopuściła do tego, bo znała mnie z telewizji i gazet. Znów zatopiłam się w milczeniu. Na zawsze. Do nikogo nie mogłam się już odzywać.






