poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Lucy

  Wracałam do domu, a droga dłużyła się niemiłosiernie. Do Portland miałam parę dobrych km, kierowca ostrożnie jechał, zobaczyłam w  pół otwartym schowku pistolet. Zesztywniałam nagle, patrzyłam w to miejsce, a gdy kierowca się zorientował zaśmiał się spokojnie i zasunął do końca schowek.
-Spokojnie panienko, jestem ochroniarzem, muszę mieć takie rzeczy przy sobie. - uspokoił.
-Od kiedy jesteś także ochroniarzem, Fil? - spytałam zaskoczona.
-Od kiedy twój ojciec uznał, że spełniam się w jednym i drugim świetnie.
-Yhm... - mruknęłam niepewnie patrząc w jego stronę.












-Jestem także twoim ochroniarzem, muszę zadbać o twoje bezpieczeństwo.
-Od kiedy jesteś moim ochroniarzem? - spytałam zaskoczona.
-Od kiedy twój ojciec mi to zlecił.
-Kiedy to zlecił?
-Dziś po południu, gry kazał mi panią zawieźć.
-Aha... - parsknęłam zirytowana.
  Jeszcze brakuje tego, by Fil mnie woził i odstawiał cyrk ochroniarza.
  Wpadło mi do głowy wspomnienie sprzed kilkunastu minut, gdy to słyszałam, jak moi przyjaciele się migdalą na piętrze. Współczułam Tris, która na pewno ma tego po dziurki w nosie... Pamiętam, jak byłam tylko ja i Chris, od dziecka przyjaźniliśmy się i bawiliśmy u mnie w domu w pokoju. Jego rodzice są lekarzami, więc moi rodzice stwierdzili, że ''zasługują'' na to by wejść przez próg Collinsów. Oczywiście, tata nigdy się nie wywyższał, jednak mama co innego...
  Bethany była dla mnie nikim, nie to, że jej nie lubiłam za czasów gimnazjum... jednak pamiętam doskonale, jak nie pasowało mi to, że wtrynia się między mnie a Christopha. Jednak on był nią oczarowany... a ja wtedy zapomniałam o tym, jak lubiłam ją w przedszkolu.

  Gdy Chris jedynie mógł pomarzyć o Beth pewnego wieczora, gdy wyskoczyliśmy z jego paczką na plażę było cudownie. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy się, byliśmy tylko my. Nie kochałam go nigdy w ten sposób, jednak był moim bratem, przyjacielem od serca i na wieki. Gdy pojawiła się ona... wszystko się między nami pozmieniało. 
-Greg wygląda jak Ken. - parsknął Chris.
  Grega nienawidził jak ja nienawidziłam Beth. Jednak ten ''Ken'' nie wpieprzał się w naszą przyjaźń, on był przystojniakiem mogącym mieć dosłownie każdą... 
-Zaprosił mnie na bal. - oznajmiłam w końcu. 
-Och... serio? - spytał zdziwiony. - I co mu odpowiedziałaś? 
-Przecież idę z tobą. - dźgnęłam go w ramię z uśmiechem. - Zapomniałeś, czy jak?
-Racja...
  Wtedy podeszła ona. Bethany Williams, dziewczyna, która zmieniła praktycznie wszystko między mną a Christophem i 360 stopni. 
-Heeej, Chris. - powiedziała słodziutko. 
  Przewróciłam oczami o odwróciłam wzrok. 
-Hej... - wykrztusił.
  Spojrzałam na przyjaciela, prawie nie pękłam ze śmiechu, jak go zamurowało i patrzył to na jej cycki, to na odsłonięty, płaski brzuch. 
-Nie było cię dziś w bibliotece... - mruczała jak pieprzony kot. 
-T-tak... no... 
-Będziesz jutro? 
-J-jasne... pewnie... - zaśmiał się pod nosem.













-Będę czekać. - posłała mu jeden z tych lepszych uśmiechów i odeszła.
-Biblioteka? - parsknęłam. - Dobrze, że nie potknęła się o twój obśliniony jęzor. 
-Heeey! - spojrzał na mnie, jakby oddano mu mowę. - Jest niesamowita... - szepnął.
-Mhm. - mruknęłam. - Nie zdobędziesz jej tak. Poza tym, jaka do cholery biblioteka?
-Wiesz, za twoje przekleństwo na tle klasy, które wypowiedziałaś ostatnio... Wyszłaś do dyrektora, a Barry włączył na pełny ekran czat gdzie szczerze wyznałem, że prawie zaliczyłem Stephanie. 
-Cholercia, no faktycznie. - zaśmiałam się. 
-Poza tym, zaproponowała mi pójście z nią na bal. - wyznał dumnie. 
  Spojrzałam na niego zdziwiona.
-To idź z nią.
-Serio? 
-Ta. Tylko poćwicz nad wymową w jej towarzystwie, bo się naprawdę kiedyś zabije o twój rozwalony na dwa metry jęzor. 
  Spiorunował mnie wzrokiem.
-Taaak? To co jeszcze mam zmienić by ją wyrwać, ekspertko? 
-Yhm... nie śliń się tak na jej widok i... olewaj ją, jakby ci nie zależało, ale jednocześnie wiesz, pokaż jej, że dostrzegłeś w niej coś wyjątkowego. 
-Gdzie tu miejsce na seks? - spytał rozbawiony.
-Faceci tylko o jednym. - westchnęłam z irytacją. - Właśnie problematyczne jest to, że jesteś prawiczkiem...



-A skąd wiesz...
-Bo byś mi o tym powiedział, jak wtedy z tą sprawą ze starym Barrym. 
  Westchnął ciężko.
-A to... źle...?
-No, wiesz... wygląda na taką, która robiła to milion razy.
-Obraziłaś ją właśnie...?! - zaśmiał się.
-Nie wiem, a nawet jeśli? - spytałam z uśmiechem. - Po prostu bądź sobą. Leć i ją poproś, żeby poszła. Nie czekaj.
-A Ty pójdziesz z Gregiem?
-Pewnie tak. - wzruszyłam ramionami.
  Wstał i pognał do Bethany Williams, tym samym w jednej sekundzie niszcząc naszą wieloletnią, zażyłą przyjaźń. 

  Łezka zakręciła mi się w oku na to wspomnienie. Była cudowna przyjaźń a stała się trójkątem bermudzkim, w którym gubią się wszystkie cudowne momenty z dzieciństwa i nie tylko, moje i Christopha. Beth wchodząc między nas stworzyła mur, ona nim właściwie jest i przywykłam, że jest nade mną, bo to zupełnie było do przewidzenia.
  Wysiadłam z domu. W środku mama rozmawiała na temat pracy, jak zwykle. Zakradłam się do schodów, by mnie nie zauważyli. Choć nawet gdybym weszła i paradowała w samych gaciach w salonie przed nimi, nawet by nie zwrócili uwagi, powieka by im nie drgnęła.
-... to niemożliwe. Nie mogę prowadzić sprawy Nathana dłużej, ona nie chce rozwodu... a on wręcz przeciwnie... Są uparci.
-Wiem o tym, Ellen, jednak nie mam innego wyjścia. Ja nie mogę przejąć rozwodu Nathana, mam ważniejsze rozprawy na głowie.
-Jakie niby?! - warknęła.
  Tata westchnął ciężko.
-To moja sprawa.
-Mamy przecież wspólną kancelarię, chyba to również moja sprawa?

  Nie słuchałam ich dłużej, zerknęłam do pokoju Simona po drugiej stronie domu, spał. To dobrze, mały źle znosił kłótnie i chociaż działał mi na nerwy był moim młodszym bratem, musiałam się o niego troszczyć.
  Mama zdawała się nie kochać ojca, oczywiście tylko momentami. Traktowała go czasem jak śmiecia, a on jej na to pozwalał. Gdy jednak ojciec pogroził jej rozwodem przestraszyła się i przestała robić z siebie królową... czemu się przestraszyła? Otóż, ojciec jest czynnikiem, podporą, trzymającą biznes i rodzinę. Bez niego moja matka popadła by w obłęd, oszalałaby, Simon załamałby się a ja...? Nie chcę nawet myśleć, co stałoby się ze mną i moją rodziną, gdyby ojca zabrakło. To samo tyczy się mamy, ona i tata dopełniają się tworząc silną podporę... mimo tego, jacy są kochałam ich. Nigdy nie okazywali mi wystarczająco dużo uwagi, wychowywali na zasadach, zakazach i bez uczuć by mnie ''nie rozpieszczać''. Popierałam to, wyrosłam na nieufną, dobrze myślącą, inteligentną... SZTYWNIACZKĘ, KUJONA.

  Dopiero rano doszły mnie słuchy, że Greg i Sean w zemście za mojego wczorajszego, mocnego kosza postanowili się zemścić. Greg zemścił się oczywiście za kosza którego sprzedałam mu dwa lata temu, gdy chciał mnie amatorsko podrywać. Gdy miałam go dość dostał ode mnie solidną odmowę,  z którą nigdy nie miałam problemów a przekaz zawsze był jednoznaczny i nigdy nie zmieniałam zdania. Upokorzyłam go na forum klasowym i szkolnym. Od tamtej pory mało która laska chciałaby się z nim umawiać i z Boga Seksu stał się Bogiem nieudanych prób podrywu.
  Weszłam do szkoły z Christophem na czele. Uspokajał mnie, bym nie robiła głupot. Na swojej szafce, gdy ją mijałam upewniłam się we wszystkim. Była obsmarowana markerem, kredą i jakąś farbą, wyzwiska typu dziwka czy tym podobne nie okazały się brakiem.
-Zabiję tego parszywego gnoja. - warknęłam i wbiegłam do stołówki popychając drzwi prowadzące do niej.
  Greg, Sean i cała reszta hołoty stała w grupce, gdy tylko mnie zobaczyli zaczęli się panicznie śmiać, choć czułam i słyszałam, że było to wymuszone.
  Podeszłam do Grega i dałam mu w pysk.












  Po chwili dopiero, gdy on upadł trzymając się za miejsce po uderzeniu, zrozumiałam swój błąd. Złapałam się za dłoń którą wymierzyłam cios i zgięłam się wpół.
-Auć... - szepnęłam, jednak po chwili dumnie stanęłam nad nim.
  Zanim zdążyłam zregenerować siły sprawiedliwość tym razem wymierzył Chris Seanowi. Jednak oczywiście, nieco mocniej.
  Zjawiła się Bethany, która zaczęła wrzeszczeć na Chrisa za pobicie Seana, jej brata. Zapomniałam wspomnieć, bo to mało istotny szczegół...
  Chris jednak wstawił się za mną, nie ulegając swojej dziewczynie. Wyszłam prędko ze stołówki i poszłam do szafki, którą niemal od razu doprowadziłam do ładu przerabiając napisy na jakieś losowe rysunki.
  Przyszedł Chris, jednak w obstawie z nauczycielką Nancy, która była od matematyki. Była gruba, denerwująca i lubiła wprowadzać uczniów w gówniane sprawy z dyrektorem i nie było inaczej w tej sprawie. Dyrektor był wściekły, dostaliśmy ostrzeżenie, prowadzące do wyrzucenia ze szkoły.
  Byłam wściekła, jednak nikt nie śmiał nawet powiedzieć o mnie złego słowa.
  Co z tego, skoro za kilka godzin kończą się lekcje a w domu czeka mnie niezła rozmowa z rodzicami...

  Jak udało mi się zgadnąć, w domu miałam niezłą rozmowę. Ojciec wściekły wyszedł z salonu do swojego gabinetu a matka rzuciła talerzem, o mało mnie nie zabijając. Nigdy nie doprowadziłam jej do takiego stanu, jednak ona tym razem wybuchła tak, że aż mnie wystraszyła
  Dopiero wieczorem gdy strach przed rodzicami minął zeszłam na dół słysząc dzwonek. Otworzyłam i przed moimi oczami ukazała się postać Christopha.
-Hej...
  Kiwnęłam mu zmęczona sytuacją.















-Kręcisz włosy na wałki? - spytał rozbawiony.
-Tak. - westchnęłam nie w humorze. - Nie masz kary?
-Rodzice uznali, że dobrze zrobiłem wstawiając się za ciebie. A Twoi jak?
-Matka prawie zabiła mnie talerzem a ojciec powydzierał się i schował w gabinecie... - szepnęłam. - Wejdź. - zaproponowałam.
-Chciałem tylko wpaść na chwilę dowiedzieć się, czy wszystko dobrze, nie odbierałaś telefonu...
-Ach, no tak, ojciec mi go skonfiskował.
-Żartujesz sobie... - spoważniał.
-Nie.
-To jakieś dwa typy wyzywają cię w szkole od dziwek i szmat a oni są źli na ciebie?
-Bo przynoszę im wstyd. Zainwestowali we mnie i w tą szkołę, przyjaźnią się z dyrem a on miał o mnie dobre zdanie i o rodzicach... teraz już mniej.
-Chore. - parsknął.
-Muszę się iść uczyć. - westchnęłam.
-Jak zwykle. Do jutra. - uśmiechnął się i zniknął jak tylko zamknęłam drzwi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz