Wieczorem pomysł o Gloves obszedł całą naszą ekipę, łącznie z partnerkami Flynna i Donata... Matt nie szedł z nami, nikt o nic nie pytał. Był mega sztywny... jednak w to już nie zamierzałam wnikać.
Gdy odnowiłam, polepszając tym samym kontakty z chłopakami, było o niebo lepiej. Nie wiem o co spinał się Dominic do Alberta... olałam jego uwagi. Siedzieliśmy u Codyego z racji tego, że miał wolną chatę. Pili po browarze, by mieć lepsze wejście w klubie. Cody siedział w swoim pokoju, weszłam do niego i uśmiechnęłam się.
-Jak tam? - spytałam. - Czemu siedzisz sam?
-Myślę... oni są mega głośno...
Zauważyłam jak gorączkowo chowa lufkę, której powinnam nie zauważyć. Poczułam również zioło. Uniosłam brwi zaskoczona.
-Wiem, to chujowe... - mruknął. - Ale mam... problem...
-Może pogadamy na dachu? - spytałam. - Zanim skończą pić trochę minie...
On jarał, a ja patrzyłam się w przestrzeń. Nie powinnam mu na to pozwalać, ale dla niego to jak parzona herbatka na śniadanie, nie odczuje w ogóle uszczerbku na zdrowiu, jest wilkołakiem. Jedyne co pozytywnego, to wejdzie mu faza.
-Nigdy się nie zakochałaś? - spytał nagle, wpatrując się w lufkę.
-Od takiego jednego już nie czuję miłości, wzbraniam się od tego uczucia. - wzruszyłam ramionami. - A co, jest jakiś sercowy problem?
-Ta... wiesz, tylko nie wygadaj się chłopakom, oni są... wiesz...
-Wiem. - odparłam poważnie. - Jaka to dziewczyna?
-Ma faceta...
Roześmiałam się.
-O czym my rozmawiamy... - mruknęłam.
-Jest fenomenalnie urocza, śliczna... chodzi ze mną do klasy... Kayle...
-Nazywa się Kayle? To nie męskie imię? - zdziwiłam się.
-Słuchaj... - wymamrotał. - On jest tępakiem, napakowanym leszczykiem który sobie pozwala ją faszerować metaamfetaminą... wszystkim, rozumiesz?
-Skoro tego chce?
-Jest uzależniona. - zaznaczył.
-Może pogadaj z nią? Jestem ostatnią osobą z którą możesz pogadać w sprawie sercowej... - parsknęłam śmiechem. - Ale porozmawiaj z nią, złap z nią kontakt... zainteresuj ją sobą bardziej niż ten koleś.
-Co mogę jej zaoferować? - oburzył się już zjarany. - Ma lepszą budowę ode mnie.
-Budowa ciala jest ważna...? - westchnęłam.
-No... a ty byś poleciała na mnie czy na takiego powiedzmy... Zaca Efrona?
-Zac to Zac. - zaśmiałam się. - Uwierz mi, po prostu bądź sobą, nie bądź pozerem.
-IDZIECIE? - krzyknął Flynn.
-Ta. - odparłam ponuro i ściąnęłąm Codyego.
-Jarał? - parsknął Hugo.
-No... trochę.
-Nieźle stary. - poklepał go po ramieniu Carl.
Po kilku piwach byłam wstawiona, podrywał mnie facet za facetem co chwilę prosząc, o pójście z nim do kibla. Jednak chłopaki z watahy przychodzili o odmawiali za mnie. Ja tylko się śmiałam ze wszystkiego, bo Cody namówił mnie na nieco jarania na uboczu. Chłopaki tracili chęć do opiekowania się mną, chcieli się bawić.
-Ktoś ją odprowadza do domu. - mruknął Donato między pocałunkami ze swoją wyjątkowo napaloną dziewczyną.
-Ja mogę. - wybił się z szeregu roześmiany Cody.
-Jasne, młody. - parsknął Alberto. - Ja pójdę.
Gdy weszliśmy do domu, stanęła w nich mama. Obserwowała mnie niezadowolona, zerkając zła na Alberto. Pokiwała głową.
-Wpuść go na chwilę... - wymamrotałam.
Zrobiła miejsce w przejściu.
-Ale na parę minut. - zaznaczyła cicho.
Weszliśmy do mojego starego pokoju. Na półce były różne zdjęcia z dzieciństwa, misie pluszowe... Oparłam się o framugę drzwi, a Albi podszedł do zdjęcia, na którym byliśmy całą rodziną. Był tam również ojciec, ja i Dominic byliśmy upaprani kolorowym czymś. Zaśmiał się, gdy zobaczył minę Dominica. Odwrócił się do mnie.
-Byliście kiedyś zżyci. - zauważył.
-Racja... - mruknęłam i uśmiechnęłam się do niego. - Dostałam się na studia medyczne w Seattle...
-Poważnie? - spytał zaskoczony.
-Nie mówiłam mamie ani nikomu...
-Czemu? To chyba dobrze?
-Jestem na liście, ale... przez różne dziwne sprawy nie wiem, czy dam radę... Jestem nieco gorsza z anatomii...
-Poduczyć cię? - spytał całkiem poważnie.
-Ty i anatomjjjja?! - zająknęłam się.
-Wiesz, no moja mama jest lekarzem... jak szedłem do liceum wybrałem profil weterynaryjny... i mnie uczyła anatomii... - zaśmiał się.
-Coś umiesz w ogóle?
-Jakieś początki...
-Świetnie. Może jutro wieczorem? - spytałam przegryzając wargę.
-Pewnie. - mrugnął do mnie i wtedy weszła zaniepokojona mama. - Zbieram się. Do widzenia. - kiwnął mojej mamie, a do mnie szeroko się uśmiechnął.
Obudziłam się gdy Sophie skoczyła na moje łóżko. Wpatrywała się we mnie wielkimi oczami, jej długie, rudawo brązowe włosy łaskotały moją twarz. Zaśmiałam się i odsunęłam ją od siebie.
-Co jest Sophie?
-W lesie są dziwni ludzie.
-Jacy? - podniosłam się lekko przerażona. - Jak wyglądali? Mów!
-Jakiś facet i chyba jego syn... nie wiem...
-Och... - westchnęłam głęboko. - To co w tym dziwnego?
-No... są dziwni...
-Ehm... ale są w porządku?
-Chyba... - wzruszyła ramionami.
Spojrzałam na zegarek, za oknem się ściemniało. Osiemnasta...!
Ubrałam się szybko, pomimo bólu głowy... gdy mama, dziadek i Sophie pojechali na wieczorek do jakiś dziwnych znajomych, ja zostałam sama z Alberto. Usiadł na krześle i położył różne notatki, zapewne to ze szkoły. Nigdy anatomii się nie uczyłam, nie miałam z nią styczności... Wzięłam do ręki parę notatek czytając je szybko a on tłumaczył jedno z pojęć.
-Więc... emmetropia to prawidłowe załamywania światła w oku...
Wyraźnie nie mógł się skupić, gdy stałam obok niego i kręciłam się w jedną i drugą stronę słuchając go, i jednocześnie czytając notatki.
-A czekaj... to notatka nr. 4... nie mówisz po kolei... - zauważyłam z uśmiechem. - Sorry, nie pomyślałam... chcesz się napić czegoś?
Poszłam do kuchni powoli. Czułam na sobie jego wzrok.
-A co jest pierwsze? - spytał lekko zirytowany kręceniem mojego tyłka.
-Plama M... M-Mari... - próbowałam rozczytać.
-Plama Mariotte'a. - poprawił mnie powstrzymując się dalej.
-Ach, tak... sorry...
-To pusta przestrzeń w polu widzenia, spowodowana tym, że na niewielkim obszarze siatkówki nie występują elementy percepcyjne, czyli takie jak czopki czy pręciki, to było w liceum na biologii...
-Chyba dobrze się uczyłeś... - zauważyłam zdziwiona.
-Tylko z tego przedmiotu. - parsknął. - Matka naciskała, wiesz jak to jest.
-Yhm. - uśmiechnęłam się.
Usłyszałam hałas w garażu, myślałam, że to wróciła mama z dziadkiem i siostrą.
-To oni, nie mogą cię tu zobaczyć, bo zrobią mi awanturę i jeszcze Dominic...
-Rozumiem, do zobaczenia. - uśmiechnął się i zniknął za drzwiami.
Wbiegłam do otwartego garażu, jednak nie stał tu samochód. Zapaliłam lampę i rozejrzałam się po zagraconym śmieciami i starociami pomieszczeniu. Za sobą usłyszałam jakiś szelest, odwróciłam się jednak nikogo nie widziałam. Nikogo nawet nie czułam.
Nagle ktoś wycelował we mnie pistoletem, gdy odwróciłam się zauważyłam tylko przez ułamek sekundy dwóch mężczyzn w kapturach, potem zgasło światło.
Dostałam kopniaka w brzuch, popchnięta na ścianę wołałam pomocy. Nawet nie widziałam wroga... czułam się bezbronnie. Nie umiałam walczyć jak wampir, umiałam urywać głowy moim celom na zemsty, nie wiedziałam jak się bronić!
Nagle ktoś wparował do środka, usłyszałam jakąś szarpaninę między nimi...łamanie karku, kości... światło się zapaliło a Alberto stał i patrzył się na nich... martwych.
-Kto to był? - spytał patrząc teraz na mnie.
-Wynieś te ciała... - wyjąkałam. - Natychmiast...
-A powiesz mi co to za typy w ciebie celują spluwą?! - krzyknął.
-Schowaj te ciała! - wrzasnęłam i uciekłam do salonu...
Dopiero gdy rodzina wróciła, byłam w stanie wyjść. Ubrałam ciepłą bluzę i przebiegłam do domu Albiego. Akurat miał w rękach psa, którego wcześniej widziałam jako bezpańskiego. Czule wycierał go z jakiejś mazi.
-Nie podziękowałam ci... - szepnęłam, jednak wiedziałam, że mnie doskonale słyszy. - Przepraszam za moje zachowanie...
Milczał, dalej szorując psa.
-Albi...? - powiedziałam głośniej.
Spojrzał się na mnie i zapiął psu obrożę.
-Jasne, pewnie, spoko. - wymamrotał.
-Naprawdę dziękuję za pomoc... nie wiem... ja... ja byłam wystraszona...
-Jakim trzeba być wampirem, żeby się nie potrafić bronić. - parsknął.
-No... nikt nigdy mnie tego nie uczył, umiem działać w świetle... Czy to nie ten bezpański psiak? - zmieniłam temat.
-Ta. Błąkał się od kilku dni obok mojego domu... miał na obroży napisane Koda, pomyślałem, że komuś uciekł... ale wygląda na wyjątkowo bezpańskiego.
-Jest uroczy. - uśmiechnęłam się do psiaka, a on od razu wbiegł do domu Alberto. - Muszę iść... mama i dziadek się niecierpliwią, do potem...
Rano dostałam wiadomość od ojca, że chciałby mi kogoś przedstawić. Zdziwiłam się nieco, bo niby kogo? Znaczy... wiedziałam, że ojciec ma romansik z sekretarką, ale ją znam... Nie zbyt się lubimy, ale co to ma znaczyć?
Weszłam do restauracji, wykwintnej i luksusowej, jak w filmach. Usiadłam na białym krześle, patrząc na ojca i sekretarkę... i jakiegoś chłopaka. Typek był starszy, i to ten sam który był w barze i zarzekał, że jestem fajna. Aż chciałam się ukryć pod stołem. Uśmiechnął się do mnie kpiąco.
-Co jest? - spytałam.
Dopiero teraz zauważyłam, jak oni się ubrali a jak ja. Krawat, garniak, jak to tatulek. Sekretareczka? Sukienka za miliard dolców, buty jak z diamentów, a ja w dresiku i sportowych bucikach.
Świetnie.
Ojciec jednak się tego spodziewał, nie robił min, jak to zwykle miał w zwyczaju.
-To jest... - zaczął od tej niuni.
-Wiem, kim jest. Twoją laską, a to kto? - spytałam patrząc na gościa obok.
-To jej syn, Daniel.
No. NIE. WYTRZYMAM. ZARAZ.
DANIEL.
WYKITUJĘ, PRZYSIĘGAM.
-Coś nie tak? - spytał.
-Nie,nie, po prostu... - zaczęłam się śmiać. - Nie spodziewałam się go tu.
Nie miałam zamiaru uczestniczyć w kolacyjce. Wypiłam wino i od razu wyszłam z restaurtacji nawet nie patrząc na znienawidzoną przeze mnie dwójkę.
Rano doszły mnie słuchy od taty, że Daniel został brutalnie pobity. Oczywiście, również po mieście rozeszło się między moich znajomych to, że koleś nieźle sobie grabi. Zaczepia ludzi w uliczkach, kradnie hajs a potem znika. Nikt go jednak nie podejrzewa, zawsze wychodzi cało.
Ojciec zgnoił typa, który go powstrzymał przed rzekomym zgwałceniem jakiejś młodej dziewczyny, jednak on nie wierzył w żadne takie rzeczy. Zapłacił 4 kafle za adwokacika, by wyciągnął jego dupę z aresztu. Podziałało.
Nakrzyczałam na ojca, jednak był zapatrzony ślepo w synalka tej suki, sekretarki, niż we własne dzieci. Zgnoił tego, który powstrzymał Daniela przed gwałtem!
Wsiadłam za ojcem do samochodu firmowego.
-Córcia... - zaczął znudzony.
-Musisz uwolnić tego chłopaka, nie zasłużył! Siedzi w kiciu już dwa dni!
-Sarah..
-Tato! Pomyśl!
Zamyślił się, odwrócił wzrok i pokiwał głową.
-Dobra... Jeden raz ci ulegam. Następnym razem sukinsyn nie będzie miał tyle szczęścia.
Wykonał jeden telefon. Byłam z siebie dumna, a ojciec to kretyn i idiota. No cóż, wiadomo w kogo wdał się braciszek...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz