niedziela, 21 sierpnia 2016

Od Dean'a

Z Emilie nie było dobrze, gdy się budziła to zaraz mdlała,
z niektórych ran po kłuciach leciała brązowa ropa,
przy innych nie następował proces gojenia.
Żyły miała ubarwione na czerwono, fotelowy kończąc
na czarnym. Białko w oczach było żółte, z przekrwionymi
żyłkami, a na całej twarzy rysowały się kości.
-Nie możemy teraz mieszać w to Richa
-Wiem, najpierw niech Emilie wydobrzeje - odparł Sam gładząc jej włosy.
Emilia się nagle ocknęła, nabrała tyle powierza jakby przez
te ostatnie 5 minut nie mogła złapać oddechu i teraz w ostatnim momencie
go uzupełnia.
-Rich! - chciała krzyknąć ale jej struny głosowe na to nie pozwoliły, była w stanie
tylko trochę głośniej szeptać. - chcę go zobaczyć.
-Musisz wydobrzeć - wytłumaczył Sammy
-Oni go chcą, muszę być przy nim.
-Cas się nim zajmuje
-Na prawdę?
-Tak
Powoli zaczęła opuszczać głowę s powrotem na klatę Sama i znów zasnęła.
W szpitalu wszyscy patrzyli się na nas z góry, widząc stan dziewczyny którą niósł Sam,
oburzali się myśląc ,że mamy coś z tym wspólnego... niewielu uważało nas za
dobrych ludzi a gdy podeszliśmy do lady lekarze niemal od razu ją zabrali na toksykologię.
-Jesteście jej rodziną? - spytał szybko, oboje patrzyliśmy się jak ją zabierają
-To znaczy, hmm... - zaczął Sam
-Tak! To moja siostra a to jej mąż. - lekarz zmierzył nas wzrokiem.
-Dobra. A więc sprawa juz na pierwszy rzut oka jest fatalna. Wiecie co się mogło stać?
-Została porwana.
-Zgłosiliście to?
-Ni- zacząłem
-Tak - skończył Sam
-Testowali na niej narkotyki
-Wiecie jakie?
-Jakieś nowe, nie przypominały tych które znamy.
-Macie próbkę?
-Czy mamy próbkę - zakręciłem się. Gdy tam byliśmy nikomu nie przyszło do głowy brać
cokolwiek, a teraz to juz było nie możliwe.
-Tak! - w końcu odparł Sam, zdjął buta i spojrzał się na podeszwę - tam było tego
mnóstwo, w salach po naszej wizycie były stłuczone fiolki i słoiki,
wszystko wysypało się na podłogę.
Faktycznie jego but był między szparami przepełniony różnymi chemikaliami, to na pewno
mogło pomóc. Lekarz spojrzał się na podeszwę i zabrał buta.
-Jeden starczy? - spytał Sam
Lekarz chwilę się zastanawiał
-Na jednym bucie mogę nie znaleźć wszystkiego, najlepiej oddajcie wszystkie.
-Oddajcie? - spytałem
-No tak, Pan też tam był prawda?
-No nby tak
Wrr musiałem oddać mu moje ulubione buty, i w czym będę teraz chodził? W reklamówkach?!
Ale są cele ważne i ważniejsze, jeśli miało to pomóc Em to ok.
Mijały dni, jeden za drugi, Emilie jeszcze nawet na chwilę się nie obudziła, żyje
podłączona do aparatury, czasami porusza palcami tak jakby miała skurcze i nic
po za tym. Nie mogłem opuścić jej na krok, nawet gdy lekarze juz nas wypraszali
ja teleportowałem się do niej a to wszystko dlatego aby móc ją mieć na oku, gdyby
odpływała ja mógłbym zainterweniować no i powoli staram się ją regenerować.                     
Jedzenie przynosił mi Sammy, ja na prawdę nie opuszczałem jej na krok to byłoby zbyt
ryzykowne. Po następnych kilku dniach ocknęła się. Pierwsze co chciała zrobić to wyrwać
aparaturę ale tego nie zrobiła, jedynie co to wyjęła rurki z nosa... usiadła opierając
sie o poduszkę.
-Hej chłopaki - powiedziała uśmiechnięta
Byliśmy zaskoczeni jej nagłą poprawą, gdy ja jeszcze z niedowierzaniem patrzyłem jak
kobieta która była już w 80% była trupem sama dała radę usiąść. 
Sam podszedł do niej szybko i ją przytulił, coś sobie szeptali na ucho.
-Wiecie co? Jestem głodna.
-Już sie robi - powiedział nieco za głośno Sam
-Nie, ja to zrobię - powiedziałem i zrobiłem krótką wycieczkę do stołówki po drodze
informując lekarzowi o tym co się stało a gdy wróciłem lekarz odłączył całą aparaturę
i był równie zaskoczony.
-Nie mam powodu do włączania aparatury, jutro ją przeznaczymy innemu pacientowi.
Ciesze się ,że Pani wydobrzała. - powiedział i wyszedł zgarbiony, drapiąc się po głowię.
Dałem jej to co kupiłem.
-Co się tak patrzysz? - zaśmiała się
-Spadaj
-Miałeś nadzieję ,że wykituję? - znów się zaśmiała
-Nie ale to trochę dziwne
-A co w tym świecie jest normalne - powiedziała to biorąc gryza rogalika.- zadzwońcie
po Richa, muszę się z nim spotkać. - mówiła jedząc
Zadzwoniliśmy po Richa, był na początku sceptycznie nastawiony do mojego głosu
ale gdy Sammy przejął komórkę on nagle ożył, chciał jak najszybciej tu przyjechać.
Z pomocą Casa pojawił się tu w parę minut. Wbiegł do sali i wymijając wszystkich
wskoczył na łóżko i mocno ją przytulił, z jego policzków popłynęły łzy, Emilie również
kilka uroniła. Szeptali coś sobie zapłakani w ciągłym objęciu... przyłączył sie do nich
Sam, mimo iż on nie płakał, było widać jak to spotkanie go poruszyło.
Obraz jednej pełnej, szczęśliwej rodzinki, potrzebowali chwili prywatności więc
powoli ruszyłem w stronę wyjścia gdy nagle stało się najgorsze, aparatura zaczęła pikać,
gdy spojrzałem się na nich, zauważyłem jak Em bezwładnie opada, Sammy końcy mówić
,,Ja ciebie też" to były sekundy, do sali wlecieli lekarze, wyprosili wszystkich,
za szczęście tylko za drzwi sali. Jedno uderzenie.... cisza....drugie.... cisza...
trzecie.... zerwo reakcji. Pielęgniarka zaczęła wypisywać godzinę zgonu gdy
lekarz zrobił coś niespodziewanego, poraził ją czwarty raz, co bardzo rzadko się zdarza.
Ale dzięki mojej pomocy i lekarza stał się cud.
Pi... pi... pi Był puls który znów słabł. Nagle zauważyłem jak Rich już nie może
ustać na własnych nogach, osuwa sie przy drzwiach i płacze.
-Sam on nie może tego widzieć - powiedziałem
Sammy odkleił się od szybki w drzwiach i chciał zabrać młodego ale on się wyrwał,
dopiero gdy puls się unormował zgodził się wrócić z Casem do domu.
Koniec wrażeń na dziś.


Od Richa

Po powrocie do domu od razu pobiegłem do Sophie, mimo ,że nie byliśmy umówieni...
ale ona zawsze bawi się w tym samym miejscu, na szczęście dziś też.
Stanąłem przed nią z opuszczoną głową próbując powstrzymać łzy.
-Rich? Dlaczego co się stało? - spytała powoli podchodząc
-Moja mama umiera w szpitalu - odparłem pociągając nosem
-Oh bardzo mi przykro - podeszła do mnie i spojrzała mi w oczy gdy uniosłem głowę- nie można
być cały czas silnym, czasami trzeba płakać, więc nie powstrzymuj łez.
Zastanawiałem się chwilę nad tym i doszedłem do wniosku ,ze się myli.
Wyprostowałem się, wytarłem łzy rękawem i surowo stwierdziłem ,że:
-Nie prawda...nie wolno płakać, trzeba być silnym.
-Ale nie bez przerwy...
-Zawsze Sophie, nie wolno płakać - stwierdziłem
-Chcesz się bawić?
Nie miałem na to teraz ochoty ale się zgodziłem. Po zabawie w berka usiedliśmy na trawie zmęczeni,
a ja odważyłem się spytać.
-Wiesz ,że twój znajomy jest kimś więcej niż człowiekiem?
-Emmm.. tak! Ale nie wolno mi o tym mówić  - powiedziała szeptem
-Ale ja wiem o tym wszystkim - powiedziałem dumnie
-Na prawdę?
-Tak! Od małego. Nie boisz się ich?
-Dlaczego? To moja rodzina, jest ich dużo, są wszędzie. Za to mówią ,że twój wujek jest
dziwny, chyba sie go boja.
-Przecież on nie jest straszny - zaśmiałem się
-A kim on jest?
-Nie wiem czy powinienem mówić - przycichłem
-Ja ci powiedziałam o wilkołakach!
-Twoja rodzina to wilkołaki? Serio?!
-Em.. tak. To coś złego?
-Ni.. nie ale Dean kazał na nie uważać
-Nie bój się, powiedziałam im ,ze cię znam.... a wiec twoja kolej.. kim jest Castiel?
-On?  E on jest tylko nudnym aniołem, trochę szurniętym do tego.
-Aniołem?! Nie słyszałam o nich
-Są nudni jak flaki z olejem - nagle poczułem ,że ktoś się do nas zbliża - wiesz co? - wstałem
-Ja muszę już iść. Cześć Sophie!
Pobiegłem do domu.
Trzy dni później zadzwonił Sam, powiedział ,że z mamą znów wszystko dobrze.
Więc muuuusiałem  do niej pojechać! Poprosiłem Casa by nas szybko przeniósł,
wbiegłem do sali, i... i się zawiodłem, mama nie siedziała, nie uśmiechała się, nawet na mnie
nie spojrzała, tylko... spała.
-Przed chwilą jeszcze mogła mówić - powiedział Dean
-Jest osłabiona - wytłumaczył Sam
Usiadłem na łóżku i złapałem mamę za rękę, nagle słyszałem coś w głowię, jakieś słowa,
to mama chciała ze mną rozmawiać! Zdołałem zrozumieć tylko kilka słów, reszta to był bełkot,
ale to wystarczyło. Gdy całkowicie ucichła wstałem i zaatakowałem Deana wzrokiem.
-Dlaczego Dean nie opuszcza mamy na krok? Przecież nie są razem i nigdy nie będą.
Wystarczy mi i mamie Sam.
-Dean ma przydatne zdolności - powiedział wymijająco Sam - Cas też je ma, w dwójkę
powoli uzdrawiają Emilie.
-Dean nie musi tu być z powodu wyrzutów sumienia... czy dla tego ,że nie chce wyjść na tego
złego, nie muszę go widzieć tak często a nawet wcale.. mogę o nim zapomnieć.
Jeśli jest taki silny to może przyda się gdzieś indziej a nie będzie mnie niańczył, jestem
juz duży... wiecie ,ze rosnę szybciej niż inni. Nikt go tu nie chcę, trzymamy go tylko
z litości, z przyzwyczajenia z powodu więzów rodzinnych. - nie zwracałem się bezpośrednio
do niego.
-Rich przestań- powiedział Sam, poirytowany.
-A w sumie wszystko mi jedno... czy zostanę sam czy umrę, moje życie już nigdy nie będzie
normalne... a teraz gdy mogę stracić mamę to wszystko nie ma sensu i każdy wie przez
kogo to się stało... gdy jest Dean to wszystko się chrzani - mówiłem co dyktowały mi
emocje - najlepszym okresem w moim życiu był czas gdy go nie było. Mieszkałem z mamą, Samem
i o nim nie słyszałem, no ale widzisz wróciłeś i dzieją sie same złe rzeczy, nawet mogę
stracić mamę a co za tym idzie Sama tez, bo kto by chciał zostać z kim takim jak ja?
Wy jesteście braćmi i jeden bez drugiego nie potrafi żyć. Dean powinien nas zostawić
i już nigdy więcej się nie pojawiać... najlepiej jakby umarł.
-Rich! - uniósł się Sam
Dean chwilę stał w miejscu i analizował to co powiedziałem. Chyba rozmawiał z Casem
bo ten mu pokiwał na tak. Później Dean zaczął wychodzić,
Sam poszedł za nim, chciał go zatrzymać ale Dean jednym ruchem ręki rzucił nim o ścianę
i zniknął.
Sammy pozbierał się i zaatakował mnie wzrokiem, ale nic nie powiedział... wiedział ,ze mam
rację. Usiadł przy mamie i złapał ją za rękę.

Wiecie, jak to jest.
Niekiedy spotykacie kogoś wspaniałego, ale to trwa tylko chwilę.
Ociera się o wasze życie na krótki moment, lecz w bardzo specjalny sposób.
Tym krótkim momentem jest moje życie a tą specjalną osobą moja mama i wiecie
jak to jest gdy życie wam sie wali, gdy ktoś odbiera wam tę jedną jedyną osobę
która jest dla ciebie wszystkim? To boli... bardzo. Nawet jeśli odzyskasz ją i 
pojawi się nadzieja na odrobinę normalności, znów wraca wirus który ponownie,
niszczy całe szczęście powoli i boleśnie, ponownie
zabiera ci tę jedyną osobę która była zawsze z tobą.
Pewnego razu na oknie w moim pokoju pojawiła się imaginacja, często to robiła
gdy potrzebowałem wsparcia. Tym razem nie pocieszyła mnie tylko zdjęła z moich
oczu różowe okulary. Teraz wiem wszystko, i musiałem to powiedzieć Deanowi, musiałem
mu uświadomić ,ze to on jest tym wirusem i ,że musi zniknąć, abym mógł ponownie
naprawić to co mi zabrał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz