sobota, 20 sierpnia 2016

Od Dominica

- To twój chłopak? - burknąłem wyprowadzając małą ze sklepu.
Zarumieniła się.
- Rich jest moim dobrym przyjacielem - odparła wymijająco.
- Ten facet jest jakiś dziwny.. - mruknąłem bardziej do siebie niż do Sophie - Jakby miał poważnie pomieszane w głowie.
Mała roześmiała się beztrosko.
- Cas bywa czasem... troszkę zakręcony. Ale jest strasznie fajny! - zamyśliła się zapewne wspominając coś.
- Cas... - mruknąłem pod nosem otwierając jej drzwi do samochodu.. Obiecałem sobie, że sprawdzę typa przy najbliższej okazji.
Gdy podjechaliśmy pod dom, mała wybiegła z samochodu jak oparzona. Pobiegła prosto do lasu. Spiąłem się lekko. Postanowiłem zaraz się przemienić i sprawdzić sytuację.
Sarah nie było w domu. Ostatnio albo przebywała poza domem, albo płakała. Gdzie płakała? Wszędzie. Przechodząc się po lesie. Zamykając się w pokoju. Po paru dniach wygoiły mi się rany. Gdy Alberto przedwczoraj przyszedł wczoraj, akurat pod nieobecność siostry zastał mnie. Skończyłoby się pewnie kolejną bójką, bo na jego widok zalewała mnie krew, ale Bella przekonała mnie, że może warto go wysłuchać. Był tak zdesperowany i przepełniony bólem, że uznałem iż obicie mu mordy i jego depresja były wystarczającą karą. Z początku nie chciałem go dopuścić do Sary. Ale teraz coraz częściej się nad tym zastanawiałem. Może gdy się pogodzą, będzie szczęśliwa? Wydawał się taki szczery, gdy mówił jak bardzo ją kocha. Chłopacy opowiadali mi że na każdym patrolu myśli tylko o niej. Flynn żalił mi się, że nawet śniło mu się raz że 'całował się' z Sarą. Zirytował mnie tym tylko, zamiast rozśmieszyć, tym bardziej że nie przebaczyłem mu jeszcze do końca tego, że był pomysłodawcą tej całej zemsty na naszym ojcu.
- Gdzie Sarah? - spytałem na wejściu.
- Jak to gdzie? - mruknął dziadek przeglądając gazetę - W Gloves. Bądź lepiej pod telefonem, jak będzie potrzebować kierowcy.
Westchnąłem i ścisnąłem sobie nasadę nosa.
- A Sophie? - spytała mama wychylając się z kuchni.
- Poszła się pobawić z jakimś chłopcem - mruknąłem - A właśnie.. Idę na patrol - oznajmiłem nagle i ruszyłem do wyjścia.
- Jaki patrol? - spytał dziadek - Przecież masz dopiero w nocy!
Zignorowałem go i na skraju drzew przemieniłem się w wilka. Bella całe szczęście była u Marii, żeby pomóc jej sprzątać. Całe szczęście bo gdyby zorientowała się, że śledzę swoją 13 letnią siostrę, uznałaby mnie co najmniej za czubka.
Dominic?! Co ty tu robisz?. spytał mnie Donato, słysząc że się przemieniłem. Miał akurat patrol z Hugiem.
Co? Pobiegać sobie nie można?
Można, można, odparł Donato, W zasadzie dobrze że jesteś... Za pół godziny i tak kończymy patrol, więc może...
Jasne - uciąłem - Idźcie.
Dzięki stary, odezwał się niespodziewanie Hugo. Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, obydwoje się przemienili.
Sophie i tego Richa zlokalizowałem szybko. Trzymałem się w takiej odległości, żeby mnie nie zauważyli, ale tak żebym mógł wszystko słyszeć.
- Wiesz ja też potrafię robić różne rzeczy... - usłyszałem głos mojej siostry i zamarłem.
Czyżby on ją do czegoś zmuszał? Byli w sumie dziećmi, ale różnie to teraz bywa na świecie..
Spiąłem się w oczekiwaniu na odpowiedź młodego.
- Mama nie pozwalała mi pokazywać innym swojej mocy..
- Nie pozwalała? To gdzie teraz jest? Gdzie twoi rodzice Rich?
Chłopiec nie odpowiedział.
- Rich przepraszam, ja nie chciałam..
- Nic nie szkodzi - uciął sztywno, ale zaraz zreflektował się - Nie chcę o nich rozmawiać. Może ty opowiesz mi o swoich?
- Taty prawie nie widuje. Nie interesuje się nami. Jedynie Sarah ma z nim dobry kontakt. Zazdroszczę jej czasem. Nie wiem czemu tata woli ją ode mnie..
- Sophie, nie możesz tak mówić - zaprotestował poważnie - Jestem pewien, że kocha cię na swój sposób. No a... co z mamą?
- Jest naprawdę kochana - zapewniła gorliwie - Przez dłuższy czas nie dała rady nic powiedzieć. Nauczyłam się języka migowego. Mogę ci pokazać później jak chcesz.
- Chce - odpowiedział Rich.
- No a teraz... - kontynuowała Sophie - Odzyskała mowę i idzie jej coraz lepiej. Tylko czasem tak dziwnie na mnie patrzy jakby...
- Jakby co? - dopytywał Rich.
Też się zainteresowałem.
I w tej chwili usłyszałem jak ktoś parę kilometrów stąd biegnie przez las. Nie było to tempo wampirze, ale prawie tak samo szybkie. Poznałem, że osoba była sama. Z lekką obawą zostawiłem ich samych, ale postanowiłem, że lepiej będzie jeśli rozprawię się z tym kimś z daleka od dzieciaków. Nie wzywałem posiłków. Nie było już na to czasu. Popędziłem szybko przed siebie.
Pokonując kolejne metry czułem go coraz bliżej siebie. On na pewno też zorientował się, że biegnę mu na spotkanie, ale nie uciekał. Byłem coraz bardziej zaintrygowany tym kimś. Z bliższej odległości stwierdziłem że nie pachniał jak wampir... ani jak zwykły człowiek.
W pewnym momencie zatrzymał się. Musiał mnie oczekiwać. Szybko zlokalizowałem, że znajduje się nad strumykiem. Po paru minutach byłem już na miejscu.
Widziałem go przez liście. Patrzył prosto w moją stronę. Wyszedłem z zarośli obnażając dziko zęby. Nie bałem się go.
Widząc, że zamierzam go zaatakować, uniósł ręce w obronnym geście, ale nie umknął mi uwadze cały arsenał broni przy pasku w spodniach.
- Spokojnie. Nie chcę walczyć - jego głos był opanowany. Patrzył na mnie pewnie. Jak urodzony wojownik. Nie wiedziałem czego się po nim spodziewać, więc zatrzymałem się. Może wcale nie był wrogiem?
Warknąłem tylko w odpowiedzi.
- Może lepiej będzie jak się przemienisz. Będziemy mogli porozmawiać.
Wydałem z siebie dźwięk, który całkiem dobrze przypominał prychnięcie.
- Myślę jednak że warto... Chodzi tu między innymi o twoją towarzyszkę. I siostrę...
Zamarłem. Zmierzyłem go wzrokiem. W razie potrzeby mogłem przemienić się z powrotem...
Nie spuszczając go z oczu cofnąłem się w głębi lasu i przemieniłem się nasuwając spodnie.Żałowałem, że nie mam przy sobie przynajmniej podkoszulka. Nie uśmiechało mi się wyjść do znajomego w obnażonej klacie.
- Mów - zażądałem.
Uśmiechnął się kpiąco, ale przeszedł od razu do rzeczy.
- Otóż jakiś czas temu zleciliśmy przez naszego łącznika twojej siostrze aby odnalazła pewną osobę... Zignorowała jednak to zadanie, całkowicie urywając z nami kontakt. Czekają za to niezbyt przyjemne konsekwencje.
 Zacisnąłem ręce w pięści.
- Jesteście tą całą organizacją prawda? Konspiracja?
Przyjrzał mi się chłodno.
- Widać, że jesteś dobrze poinformowany. a więc siostrzyczka nie zapomniała o nas zupełnie.
- Ona nie chce mieć z wami nic wspólnego - wysyczałem.
Westchnął nieoczekiwanie.
- Tak. Domyśliliśmy się już tego. Co prawda nie zdradziła nas.. Jednakże nie wywiązała się ze swojego zadania. Mimo wszystko... możemy zapomnieć o tej sprawie jeśli... - niespodziewanie ożywił się i przysunął do mnie nieznacznie - Jeśli pozwolicie nam zabrać Julię Ferrars.
- Chyba sobie kpisz człowieku - wysyczałem wściekły - Nigdy wam jej nie oddamy.
Na twarz przybysza z powrotem wróciła lodowata maska.
- Posłuchaj... Dominicu. Mogę się tak do ciebie zwracać? Dominicu? - spytał, ale zignorowałem go. Kontynuował dalej - W każdym razie. Nie jesteśmy źli. Walczymy tylko z naszym wrogiem. Zbieramy siły. Twojej partnerce nie spadnie włos z głowy. Będzie miała świetne warunki w naszym ośrodku. Ćwiczenia. Szkolenia. Pomożemy wzmocnić jej dar.
- A potem pójdzie na pewną śmierć, przez jakiegoś wariata tak? - zmrużyłem oczy - Poza tym ona już nie posiada swojego daru.
Jeśli ta informacja go zaskoczyła, to nie okazał tego.
- Hm.. Pozwolisz, że sami zdecydujemy o tym czy go posiada czy nie.
Zacisnąłem zęby.
A więc taki miałem wybór. Sarah lub Bella? Wiedziałem, że jeśli wróci do swoich przyjdzie ich więcej. A jeśli go teraz zabiję... Też przyjdą.  O wiele więcej niż nas. Byli najwyraźniej świetnie zorientowani. Ucieczka nie wchodziła w grę. No bo gdzie mogliśmy uciec? Może do Europy, w samą paszczę łowców? Zdesperowany biłem się z myślami.
- I jest tu jeszcze niejaka Kath... Kath prawda? - przyjrzał mi się z satysfakcją.
Zamarłem. Wiedzieli wszystko...
Spuściłem wzrok i zacisnąłem zęby.
- Mogę oddać wszystko... Mogę iść sam. Tylko nie one... - wyszeptałem.
Przyjrzał mi się z zainteresowaniem.
- Hm... Dzięki odpowiedniemu wyszkoleniu... Mógłby być całkiem z ciebie dobry trener a może nawet i dowódca? Moglibyśmy wziąć pod uwagę twoją kandydaturę, ale...
Ale Julii nie odpuścimy.
- Masz czas do namysłu. Pojawimy się tu znów, za równy tydzień o tej samej porze. I nie próbujcie żadnych sztuczek, bo nic wam to nie da mój drogi przyjacielu.
Gdy się odwrócił i odbiegł splunąłem na ziemię za nim. Przyjacielu?
Wracałem do domu zrezygnowany. Nie miałem pojęcia co robić.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz