piątek, 12 sierpnia 2016

Od Kath

  Zaśmiałam się i odsunęłam od niego.
-Kim ty jesteś, co? - spytałam zirytowana. - Biegasz od jednej do drugiej, zdecyduj się w końcu. Takim tekstem mnie nie zatrzymasz. Will potrzebuje pomocy. Ja mu mogę...
-Pomóc? - parsknął. - Jesteś człowiekiem.
-Ale znam pierwotnych. Mogą pomóc. Też chcą zabić Marcela. Nie wtrącajcie się do tego.














-Przecież nie dacie sobie rady sami!
-Nie wiem gdzie jest Will, ale na pewno coś wymyślił...
-On jest roztrzepany! Nie panuj nad sobą z tego co mówił Matt! Ma coś wymyślić?! DOBREGO?
  Rzuciłam ubraniami i wyszłam z domu trzaskając drzwiami. W samochodzie Dominica zobaczyłam Sophie. Uśmiechnęłam się do niej słabo i poszłam szybko w stronę leśnej drogi w stronę domu pierwotnych. Zaczęłam biec, gdy znalazłam się między zaroślami poszłam w zamierzonym kierunku. Gdy byłam pod ich domem usiadłam pod drzwiami, bo nikogo w środku nie było.
-Co tu robisz? - usłyszałam głos Rebbeki.
  Spojrzałam na nią.
  Nigdy się nie lubiłyśmy, jednak ostatnio nie czuję bijącej od niej złośliwości i nienawiści jak za czasów gdy byłam jeszcze wampirem.
-Mam do was sprawę.. - szepnęłam. - Potrzebuję pomocy.
-Od nas? - zaśmiała się. - Myślałam, że odeszłaś.
-Bo odeszłam. Ale potrzebuję jej od was.
-Od kiedy my tobie pomagamy?
  Spuściłam wzrok.












-Rebbekah - usłyszałam za jej plecami głos Klausa. - dajmy jej mówić. Zobaczymy, co ma do powiedzenia. - uśmiechnął się złośliwie.
  W środku wszystko im opowiedziałam, o Marcelu i jego organizowaniu tutaj armii. Klaus i Elijah się zezłościli, a Rebekkah miała to gdzieś. Natomiast Kol... no, on cieszył się na jakąś akcję.
-Rozumiem, że chcecie pomóc? - spytałam zmartwiona.
-Tak.
-Będziecie pracować z wilkołakami?
-Jeśli trzeba. - wtrącił Elijah.
-Dziękuję...
  Wyszłam i pod domem spotkałam Willa. Padłam mu w ramiona.
-Gdzie byłeś tyle czasu? - spytałam.
  Zauważyłam, że był we krwi, miał liczne zadrapania.
-Tropiłem go. - odparł poważnie. - A ty czemu czekałaś pod moim domem wczoraj? Czuć twój zapach do teraz.
-Może się stęskniłam.












-A czemu czuję od ciebie smród tych pijawek? - spytał z obrzydzeniem.
-Byłam u nich...
-Co takiego? - warknął zły.
  Matt wspominał, że może być bardziej wybuchowy niż zwykle...
-Prosiłam o pomoc w sprawie zabicia Marcela...
-Damy sobie radę sami. - wycedził przez zęby. - Poza tym nie będziesz walczyć.
-Pomyślałam, że mogę posłużyć jako wabik na Marcela...
-Nie wchodzi w grę. - odparł bez zastanowienia.
-Ale...
-Przzestań! - krzyknął, a ja zamilkłam.
-Jesteś strasznym egoistą i aroganckim kretynem! BEZ UCZUĆ!
  Odwróciłam się i odeszłam, on zrobił to samo.
  Gdy później okazało się, że rozmowę słyszał Dominic stwierdziłam, że podsłucham kawałek.
-... ryzykować jej życie dla takiej akcji to proszę! Ale nie na mojej wachcie.
-Co ona cię tak obchodzi, co? - warknął Dominic.
-Twój interes? - parsknął.
-Łazisz za nią jak pies.
-Nikt mi nie zabroni. Lubi spędzać ze mną czas a ty zdaje się z Bellą, Estelą czy jak im tam. Więc o co ci chodzi, co? Powiedziałem, nie pozwolę, by uczestniczyła w tym gównie. - odparł zły.











-Nie pokłóciliście się czasem? Co jej tak bronisz?- spytał Dominic
-Co cię ona tak obchodzi? A raczej nie obchodzi bo nalegasz na to, by stała się przynętą.
-Byłaby pod moją opieką, nic by się jej nie stało. - wycedził Domi. 
-Tym bardziej się nie zgadzam. - zakończył Will i odszedł.


  Dopiero na jakimś tajnym zebraniu między wilkami usłyszałam o nim przypadkowo gdy Matt o tym informował watahę. Schowałam się za drzewem w umówionym przez nich miejscu. Wiedziałam, że mogą mnie czuć ale i tak się nie wahałam podsłuchiwać.
  Zza drzew wyszedł Matt i reszta pod postaciami wilków, to samo Will... na czele swojej watahy.













 Było ich tyle samo co ''naszych'' od Matta. Jednak wiedziałam, że Will zabrał swoją nieznaczną część watahy a większą zostawił w Orleanie.
  Gdy przestałam rozumieć powarkiwanie i szczekanie między nimi odwróciłam się i odeszłam. Głupie komunikowanie się wilkołaków...
  Dopiero później gdy ''upewnili się'' że nikt nie słucha zebrali się jako ludzie przy ognisku. Will stał z boku wraz z nieufnymi członkami watahy. Byli jak z filmu o mafii, napakowani, niektórzy mieli mnóstwo tatuaży. Wśród nich zauważyłam wysoką dziewczynę, stała za chłopakami Willa. Miała miodowe oczy, długie kręcone włosy do pasa i duże, pełne różowe usta. Jej włosy były szaro czarne, przypatrywałam się jej ciekawie.
  Po chwili dopiero zauważyłam, że Will jako jedyny z calej reszty mnie widzi. Patrzył na mnie z zaciśniętymi zębami. Odszedł od swojej watahy, która była bardzo nieufna co do ludzi od Matta. Gdy szedł w moją stronę uciekłam do krzaków opierając się o drzewo.
-Czemu podsłuchujesz? Znowu?
-Ja... ja... nie chcę się kłócić...
-Ja też. Jednak dalej nie popieram pomysłu wędki.
-Co mogę zrobić?
-Nic. Czekać bezpiecznie w domu.
-Zgodzisz się na pomoc pierwotnych?
  Zamyślił się na chwilę.
-Tak. - westchnął. - Ale bez sztuczek.
  Przytuliłam go.
-Ale Marcel mnie znajdzie...
-Pogadamy o tym jutro. - złapał mnie za rękę, spojrzał w oczy... - Poczekaj aż skończymy... odprowadzę cię.
-Dobrze. - uśmiechnęłam się. - Ale jeszcze ci nie wybaczyłam poprzedniego. - szepnęłam za nim.
-Mam klęknąć?
-Yhm. - mruknęłam, a on klęknął i spojrzal mi w oczy.
-Jestem przywódcą a się upokarzam...
-No już, wstawaj... - prychnęłam. - Może być panie Egoisto.
  Pocałował mnie w policzek delikatnie i wrócił a ja poczekałam na niego... Co ja robię...?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz