Gdy z sali wyszedł ten mężczyzna w garniturze a obok niego lekarz usłyszałem urywane fragmenty rozmowy.
- Jej rodzice byli dobrymi ludźmi tylko no cóż... nie mieli szczęścia.
- Nie mógł z tym pan jakoś poczekać? Obawiam się o stan psychiczny pacjentki.
- Panie doktorze gdybym tylko mógł niech pan wierzy poczekałbym. Ale w obecnej sytuacji..
- Rozumiem - odparł lekarz - No ale cóż mam nadzieję że wszystko już załatwione.
- Też mam taką nadzieję - mruknął koleś w garniaku - Jeśli będę miał do pani Julii jeszcze jakąś sprawę to z pewnością nie zaniepokoję jej nim wyjdzie ze szpitala.
- Świetnie. Odprowadzę pana - powiedział doktor i ich kroki po chwili ucichły.
O co mogło chodzić? Podejrzewałem tylko jedno.. Naciskałem klamkę, gdy usłyszałem czyiś głos za plecami.
- Daj jej na razie spokój. Niech sobie przemyśli parę spraw - szepnęła Sophie. Gdyby nie to że Bella była odwrócona do mnie plecami dając sygnał że nie chce rozmawiać, pewnie zignorowałbym Sophie i wszedłbym do środka.
Zamiast tego wziąłem małą za rękę i podszedłem do Toby'ego i mamy.
- Najwyższy czas żebyście wrócili do domu - mruknąłem.
- Dopiero co przyjechaliśmy - burknął Toby - Weź matkę i Sophie. Ja sobie dam radę.
- Dziadku - pokręciłem głową - Wpadasz do domu odkąd Bella jest w szpitalu tylko na godzinę żeby coś szybko zjeść i się odświeżyć. Śpisz na korytarzu. Dobrze wiesz, że mama stąd nie pojedzie bez ciebie.
Poczułem pełne wyrzutu spojrzenie mojej matki i jej żywe gestykulowanie do Sophie.
- Mama mówi żebyś sam pojechał do domu bo ona się nigdzie nie wybiera - zamilkła na chwilę obserwując dalej gesty matki - Każe ci samemu jechać do domu. Aha i żebyś się ogolił.
Ktoś za moimi plecami parsknął śmiechem. Odwróciłem się.
Carl z Flynnem i Cody'm przypatrywali mi się zabawnie.
- Co tam niedźwiadku? - spytał Flynn i pogłaskał mnie po już parodniowym zaroście.
- Zabieraj tą łapę - burknąłem i odtrąciłem jego rękę.
Wszyscy się roześmiali. Przewróciłem oczami.
- Przyszliśmy cię stąd porwać kopciuszku. Jesteś nam potrzebny do patrolu. Matt, Hugo, Alberto i Will schodzą zaraz z warty, ale zdążyli nam przekazać, że zwęszyli świeży trop z przed paru godzin. Willy podejrzewa, że to może być Marcel. Przeczesywali las, ale trop urywa się przy oceanie. Nie mogą w nieskończoność go szukać, bo w końcu się wykończą. Oczywiście Willy chce nam towarzyszyć.
- Willy? - parsknąłem śmiechem.
- Cody to wymyślił - przewrócił oczami Carl.
- No co? Jest taki słodki jak się złości.
Popatrzyłem na niego ze zgorszeniem. Flynn dostał ataku śmiechu.
- Powiedz tak przy nim, a będzie to ostatnia rzecz jaką wymówiłeś w swoim krótkim życiu.
- Dobra. Najpierw zabierzecie moich do domu - mruknąłem Carlowi do ucha, wiedząc że ma nadnaturalny dar przekonywania innych do zmiany decyzji - A ja poczuwam jeszcze chwilę przy Belli. I później do was dołączę.
- Zdążysz w godzinę? - spytał z powątpiewaniem Cody.
- Zdążę, bez obaw.
Po wielu prośbach i namowach, Sophie i mama zgodziły się wrócić na razie do domu. Stan Belli był stabilny i zresztą niedługo miała do nas wrócić, jeśli wszystko byłoby dobrze. Miał być problem jeszcze z Adamem, ale wierzyłem, że rozwiąże się sam.
Z Toby'm było gorzej. Wydawało nam się, że nic go już stąd nie wyciągnie, gdy nagle Sophie upadła w ramiona Cody'ego. Przeraziłem się, że zemdlała. Na szczęście szybko zorientowaliśmy się, że jest po prostu wycieńczona. Mamie i Toby'emu zrobiło się głupio, więc nie stawiając dłużej oporu, wyszli posłusznie z Carlem, Flynnem i Cody'm.
Postanowiłem iść jeszcze sprawdzić co z Bellą, gdy rozdzwonił mi się telefon. Zdziwiony przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wyświetlacz. Ojciec? Czego mógł chcieć? On nigdy nie dzwonił bezpośrednio na moją komórkę. Jeśli potrudził się wykonać połączenie raz na tydzień to tylko przez telefon matki, która tylko usłyszawszy jego głos, szybko przekazywała go mi. Nie mogłem pozbyć się przeczucia, że dalej go kocha.
Kierowany jednak dziwną przekorą odrzuciłem połączenie. Po tym jak zlał Sophie nic już dla mnie nie znaczył. Nie przeprosił nawet. Postanowiłem jednak oddzwonić do niego później, ciekawy co się stało.
Tak jak do Esteli?, spytał złośliwy głosik w mojej głowie.
Ruszyłem korytarzem i już miałem wchodzić do sali Belli, gdy znów zadzwonił mi telefon.
No kurwa wściekli się wszyscy, pomyślałem i wyciągnąłem komórkę z kieszeni z zamiarem, że jeśli to znów ojciec, odbiorę ale nie będę się hamował w słownictwie.
To nie był jednak ojciec. Ani Estela. Ani Sophie. Ani mama. Ani Toby. Ani Kath..
Ani Carl, ani Flynn ani żaden z chłopaków.
Numer był nieznany, ale coś kazało mi odebrać.
- Dominic? - usłyszałem dobrze mi znany, znienawidzony głos.
Przez dłuższą chwilę milczałem, zaskoczony czemu do mnie zadzwonił.
- Czego chcesz? - burknąłem, spodziewając się, ze zaraz będzie mnie próbował opieprzyć za to że dalej jestem w szpitalu, a nie na patrolu.
- Musisz tu przyjechać - powiedział błagalnie, co mnie jeszcze bardziej zagięło. Takiej rozpaczy u niego jeszcze nigdy nie słyszałem. Wykluczając pewien moment...
W domu Kath.
I jeszcze zanim powiedział co się stało, ja już przeczuwałem najgorsze.
- Musisz tu przyjechać - powtórzył - Jak najszybciej. Czekam pod domem... pod domem Kath.
Zamknąłem oczy i ścisnąłem sobie nasadę nosa.
- Już jadę - rzuciłem szybko i rozłączyłem się.
Wyczułem na sobie czyjeś spojrzenie. To Bella patrzyła na mnie przez szybę wielkimi oczami. Byłem potwornie rozdarty. Widząc ból na jej twarzy, chciałem tam jak najszybciej wejść i jej pomóc, jednak... jednak była tu bezpieczna w szpitalu.
A Kath? Nie wiadomo w co się wpakowała, a z jej szczęściem wszystko było możliwe.
Cholera, gdzie się podziewał ten Adam?! Zawsze był kiedy nie był potrzebny, a kiedy był...
Całe szczęście jakby niebiosa mnie wysłuchały wyłonił się po chwili zza korytarza, niosąc kubek gorącej kawy. Dopadłem go w jednej sekundzie.
- Posłuchaj. Bella słabo się czuje...
- Jej stan się pogorszył? - spytał spięty.
- Nie, nie... Ale dowiedziała się o czymś przykrym. Czymś bardzo przykrym. Tak myślę... Nie chce jej tam zostawiać całkiem samej, a muszę wyjść.. To bardzo, bardzo pilne.
Adam przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę po czym skinął głową.
- Oczywiście, że się nią zajmę. I to z wielką przyjemnością.
- Dzięki stary - rzuciłem klepiąc go w ramię i jak najszybciej wybiegłem ze szpitala.
Jeśli Will do mnie zadzwonił, mimo tak wielkiej niechęci i jeszcze prosząc mnie żebym przyjechał... Nie, nie nawet nie chciałem o tym myśleć.
Gdy dojeżdżałem, zobaczyłem tylko uchylone drzwi wejściowe. Szybko wysiadłem z samochodu i wszedłem do domu.
Zastałem go siedzącego w kuchni, skulonego na krześle.
- Co z Kath?! - spytałem bez obwijania w bawełnę.
- To moja wina.. Moja wina... - powtarzał jak mantrę chwiejąc się i wpatrując się w ziemię.
- Chłopie, mów co się stało! - warknąłem i szarpnąłem go za bluzę.
Powoli podniósł wzrok.
- Kath zniknęła - wyjąkał - Jakby zapadła się pod ziemie. Może sama gdzieś wyjechała, nie wiem... Mam nadzieję, że tak się stało, ale wszystkie dowody wskazują na to że, że...
- Że co?! - podniosłem głos.
- Myślę, że to Marcel. Że ją - przełknął ślinę - Uprowadził.
Wpatrywałem się w niego przez dłuższa chwilę.
- To niemożliwe - odparłem.

- Gdy wskoczył do oceanu, przerwaliśmy pościg. Szukaliśmy go później po całym lesie, lecz nie wyczuliśmy żadnego tropu. Coś mnie tknęło i postanowiłem sprawdzić czy u niej wszystko dobrze... Gdy tu przyszedłem... Wyczułem jego trop, a Kath.. znikła - załamał mu się głos.
- Dokąd trop prowadził? - spytałem cicho.
- Nie mam pojęcia. Urwał się zaraz przy szosie. Najgorsze jest to, że... Nie ma tu żadnych śladów walki. Wszystko wygląda zupełnie normalnie. Nawet herbata w kubku, którą piła..
- Może to czysty zbieg okoliczności? Może Kath pojechała gdzieś, a on przyszedł tu później i nie zastawszy jej pobiegł...
Urwałem. No właśnie gdzie pobiegł?
Czułem, że mimo wszystko trzeba zacząć działać.
Musimy ją znaleźć.
Gdziekolwiek by była.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz