Kolejny koleś którego muszę się pozbyć... tylko ten wydaje się ciężkim przeciwnikiem. Liczyłam, że na ostatniej lekcji biologii się odwali i Christoph zdążył wyjść od dyrektora całkiem trzeźwy na umyśle. Jednak jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast Chrisa w drzwiach zobaczyłam rozbawionego Kretyna. Westchnęłam ciężko i zakryłam sobie twarz dłońmi.
-Lucy? - odezwała się jedna z wielu desek ratunku.
Spojrzałam na Bonnie, która zawsze chętnie ze mną siadała chociażby po to by dzięki ''pracy'' ze mną na której nic nie robiła, dostać piątkę czy szóstkę. Jednak to zawsze coś, oby usiadła...
-Tak, siadaj, pewnie. - uśmiechnęłam się w stronę drzwi dumnie się prostując.
-Sorry, ale mogłabyś usiąść na swoim poprzednim miejscu. - odezwał się, na moje cholerne nieszczęście.
-Yy... j-jasne... - zająknęła się Bon, która nigdy się nie krępowała przy żadnym facecie.
Odeszła, a na jej przyszłe miejsce usiadł...
-Ty to ten nowy. - uśmiechnęła się Tina Hoffer, nauczycielka biologii.
Była najseksowniejszą nauczycielką w Portland, jeśli miałabym oceniać. Miała 190 cm wzrostu, niesamowitą figurę i nie wspomnę o jej szczegółach, które trudno byłoby ominąć ze względu na ich wielkość.
-Ach, ty to pewnie Jamie. - uśmiechnęła się Tina do przylepionego do mojej ławki towarzysza.
Uniósł brwi i odpowiedział uśmiechem.
-A no.
Gdy kiwnęła mu głową i zaczęła mówić do reszty klasy, Jamie, jak sądzę, zwrócił się znów do mnie. Zaraz wykituję, jak dalej będzie wyglądała każda lekcja.
-Kto to jest? - spytał w lekkim szoku.
-To - wskazałam na Hoffer. - najseksowniejsza nauczycielka w szkole.
-No, nie jest taka zła... - mruknął spuszczając wzrok.
-Mógłbyś się ode mnie choć na jedną lekcję odczepić? - spytałam szeptem, by nie przeszkadzać Hoffer w prowadzeniu lekcji.
-Już masz mnie dość? - spytał rozbawiony.
-Jesteście upierdliwi.
-Co masz do mojej płci? - roześmiał się najciszej jak mógł.
-To, że nie rozumiecie jednego prostego zdania. Żebyście się, no nie wiem, odwalili?
-Jesteśmy tą milszą płcią jak tak patrzę na ciebie.
-Złośliwość u kobiet jest opłacalna. Spławiłam większość chłopaków, a prawda jest taka, że ty prędzej czy później się znudzisz i znikniesz z tego miejsca obok mnie, jak i z pozostałych. - odwróciłam od niego wzrok patrząc na Tinę.
-Zobaczymy. - uniósł brwi a ja przewróciłam oczami.
-Jesteście beznadziejni. Macie parcie na szkło.
-Możliwe. Ale nie odpuszczamy. A Ty jesteś uparta i nie mogę cię rozgryźć.
Spojrzałam na niego i wyprostowałam się.
-A Ty zrobisz wszystko, żeby mnie rozgryźć, bo jestem dla ciebie jak jednorożec. Zrobisz wszystko żeby mnie posiąść.
Zaśmiał się pod nosem.
-Masz odpowiedź na wszystko, co?
Zignorowałam go. Nastała cisza między nami, gdy Hoffer stanęła obok biurka.
-Za cztery, trzy, dwa, jeden... - odliczyłam i równo gdy stanęło na ostatniej cyfrze ona zrobiła to co zawsze.
-Ale tu gorąco... - westchnęła i zdjęła marynarkę.
-... i cała klasa zamienia się w grupę westchnięć do Pani Hoffer. - dopowiedziałam.
-Cudownie pani dziś wygląda. - skomentował Sean, obserwując mnie w dalszym ciągu z tyłu klasy
-Dziękuję... yhm... jak masz na imię...?
W tym momencie miałam ochotę jej pogratulować za dobicie biednego Seana, który najprawdopodobniej gdyby mógł, zapadł by się pod ziemię, że Tina Hoffer zapomniała jak ma na imię.
-Sean. - mruknął.
Zaśmiałam się i obserwowałam poczynania nauczycielki.
-Zawsze zapominam twojego imienia, przepraszam. - uśmiechnęła się.
-Jak każdy. - skomentowała Nina, jej córka.
Tina zaśmiała się.
-Wracając, wiecie co to jest...
I kontynuowała, a ja wyłączyłam się z jej lekcji. Zakryłam nieświadomie policzek w który dostałam od matki. Czułam, że mam tam mały ślad, który wydaje sie być tak ogromny, że ból wzrastał z każdym dniem.
-Co tu masz...? - spytał nagle Jamie.
Spojrzałam na niego nerwowo.
-Nic.
-Ktoś cię...
-Nie. Musisz wszystko wiedzieć? - spytałam zirytowana.
Po lekcjach wyszłam ze szkoły. Doszedł do mnie Jamie, który nadal nie dawał mi spokoju.
-To się nazywa nękanie. - skomentowałam idąc w stronę parkingu.
Zaśmiał się.
-Mogę cię podwieźć...
Stanęłam i zmrużyłam oczy.
-Żartujesz sobie, co nie?
-Teraz akurat nie.
-Niedługo przyjedzie po mnie kierowca. - odparłam wymijająco.
-Masz kierowcę? - zdziwił się.
Kiwnęłam głową.
-Owszem.
-Czemu kierowca?
-Bo mam nadopiekuńczego ojca? - westchnęłam.
Gdy wspomniałam o moim tacie oczy rozbłysnęły mu momentalnie. Zobaczyłam jak podjeżdża czarne volvo mojego kierowcy.
-Do nie-zobaczenia. - zasalutowałam i odeszłam.
Wsiadłam do samochodu. Tym razem z tyłu siedział Simon. Zdziwiona spojrzałam na młodego, który wręczył mi kartkę ocen.
-Podpiszesz za rodziców? - poprosił.
-Masz same dwóje i tróje. - odparłam zaszokowana. - Jak mam ci podrobić podpis ojca czy matki?
-Bo ty umiesz. - mruknął pod nosem.
-Z chemii masz jedynie czwórki, jestem dumna... Musisz mieć to podpisane i zanieść? - spytałam dla pewności.
-No...
-Przecież nigdy nie zbierają tych kartek, czego się boisz?
-Ja chodzę do prywatnej w Seattle, Lu... - westchnął.
-Zapomniałam, myślałam, że chodzisz do mojej dawnej. - przegryzłam wargę. - Dobra. Dawaj długopis.
Podał mi pióro, a ja zgrabnie podrobiłam podpis matki, z nienawiścią kończąc charakterystyczne C.
-Dzięki, jesteś super. - uśmiechnął się.
W domu był już ojciec, jednak mama była nieobecna. Simon poszedł na górę, ja usłyszałam kawałek rozmowy prawdopodobnie z dziadkiem.
-Nie mogę jej tego powiedzieć, tato... Lucy jest dorosła, zgadza się, ale nie na tyle by mogła decydować za siebie. Jest moją małą córeczką... nie. Nie może się dowiedzieć... Ellen chociaż sprawiała pozory, że jest jej prawdziwą matką najlepiej jak mogła...
Zaszokowana stałam dłużej przy drzwiach do jego gabinetu. Zakryłam twarz dłonią, ciężko oddychałam. Pobiegłam do pokoju i włączyłam laptopa. Usiadłam na łóżku i włączyłam czat do Christopha.
Ja: Jesteś???????
Zero odpowiedzi przez kilkanaście pierwszych minut. Zaczęłam się niepokoić, gdy zaczęłam pisać nerwowo stukając w klawiaturę, odezwał się.
Christopher Scott: Sorry, że nie odpowiadałem. :D Szykuję się na kolację z rodzicami Bethany...! Są podobno mega ułożeni, coś jak twoja matka tylko w gorszej wersji... Wyobrażasz sobie?! Chyba ten związek staje się poważnym związkiem...! Ratuj!
Wściekła zaczęłam pisać dużymi literami stukając w klawiaturę.
Ja: PIEPRZYĆ BETHANY, PIEPRZYĆ GŁUPIĄ KOLACJĘ, PIEPRZYĆ CIEBIE, POTRZEBUJĘ CIĘ TERAZ A.........
Wszystko skasowałam powoli i wpatrywałam się w ekran laptopa bezradnie.
JA: Mam nadzieję, że jednak rodzice nie okażą się jak moja matka, :) Powodzenia, odezwij się potem.
Zrezygnowana zostawiłam laptopa na biurku i opadłam na podłogę, skuliłam się łapiąc za głowę. Co się dzieje z moim życiem...? To musi być kłamstwo, zły sen...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz