środa, 17 sierpnia 2016

Od Belli

Miałam kaca. Kiedy byliśmy w tym barze świętując powrót Donata pozwoliłam sobie tylko na jedno piwo aby uleczyć kaca. Mozę nie powinnam pic tyle poprzedniego dnia na kręglach z Dominicem? Ale bawiłam się świetnie.. tylko trochę tak jakbym pamiętała wszystko przez mgłę.
Wróciliśmy trochę później niż myślałam. Kiedy tylko położyłam się w łóżku zasnęłam jak dziecko. 
Rano obudziły mnie krzyki. Słyszałam Dominica. Z kimś musiał się kłócić. Nie chciało mi się sprawdzać co się dzieje więc poszłam najpierw wziąć szybki prysznic. 
Już ubrana wyszłam z łazienki i podeszłam do szafki nocnej gdzie leżał mój telefon. Włączyłam go. Zero wiadomości czy nieodebranych połączeń. Adam nie dał znaku życia więc postanowiłam znowu zadzwonić. Tym razem nawet nie usłyszałam sygnału tylko od razu włączyła się poczta. 
-Adam cholera co się dzieje? Nie ma cię już tydzień! Odezwałbyś się chociaż.. Bardzo się martwię.. Wracaj szybko. Zaczynam tęsknić.. 
Rozłączyłam się i spojrzałam w stronę drzwi gdzie stał Dominic.



-Do kogo dzwoniłaś?
-Do Adama.. Miał wyjechać tylko na dwa dni a nie ma go już prawie tydzień. 
-Może ma jakąś sprawę do załatwienia i mu się przedłużyło?
-Wiesz że jest łowcą. To niebezpieczny.. hmm.. zawód? A jak coś mu się stało? 
Dominic chwile milczał zastanawiając się nad czymś. 
-To duży chłopak. Nie martw się tak. Na pewno da sobie radę.
-To tylko człowiek.. 
-Ale i łowca. Da sobie radę.
Dominic podszedł do mnie i usiadł obok mnie. 
-Nawet ja pomimo że miałam swój dar nie dałam sobie rady na misji a co dopiero on.. 
-Ej! Bells! Nie przejmuj się! 
Objął mnie ramieniem i potargał włosy.
Zaczęłam się śmiać. 
-Mozę masz rację.. Przecież nie każdy jest taką kaleką jak ja.-uśmiechnęłam się.



Wtedy zadzwonił mój telefon. Szybko cho chwyciłam z nadzieją że to Adam wreszcie się odezwał.. Jednak był to jakiś nieznany mi numer.
-Kto to?-zapytał Dominic
-Nie wiem poczekaj..-odebrałam.-Słucham?
~Julia Ferrars?
-Tak? Kto mówi?
~Poznaliśmy się w szpitalu. Jestem adwokatem..
-Tak pamiętam Pana. coś się stało?
-Nie, tylko jutro odbędzie się pogrzeb i myślałem że chciałabyś tam być..
Chwilę milczałam zastanawiają się czy dam radę.
-Tak, jasne, dziękuje.
~Podać adres?
-Nie dziękuje. Wiem gdzie to będzie.
~Dobrze wiec do zobaczenia.. a i zapomniałbym. Wygraliśmy sprawę. Jutro dostaniesz wszystkie dokumenty i klucze od domu.
-Dobrze. Do zobaczenia.
Rozłączyłam i wstałam. Podeszłam do okna.
-Kto to?
-Adwokat.
-Co chciał?
-Powiadomił mnie że jutro odbędzie się pogrzeb. -odwróciłam się do niego bawiąc się telefonem w rękach.
Cały mój dobry humor znikł.
-Pogrzeb? Kogo?
-Moich rodziców.
-Myślałem że.. nie ważne. Gdzie?
-W Chicago. Mieszkałam w jednej z dzielnic gdzie mój ojciec był pastorem.
-Jesteś córką pastora?
-Tak..
-No ładnie...
-Co?-zapytałam zaskoczona.
-Nie nic...
-Gadaj!-prawie się uśmiechnęłam.
-Myślałem że córki pastorów są.. no wiesz..
-Menda!-rzuciłam w niego poduszka z całej siły.
Chwila zaskoczenia sprawiła że nie zdążył zrobić uniku i poduszka wylądowała na tego twarzy.
Szybko jednak nie dał za wygraną i po chwili poduszka leciała w moja stronę. Zaczęłam uciekać a on mnie gonił. Zbiegłam na dół i schowałam się za drzwiami w salonie. Dobrze że nikogo nie było w domu bo by nas wzięli za wariatów.
Dominic wykorzystał drugie wejście do salonu i zaskoczył mnie od tyłu. Krzyknęłam i straciłam równowagę upadając na dywan. Jednak chwyciłam go za rękę i on też upadł. Teraz siedzieliśmy na podłodze i umieraliśmy ze śmiechu.
-Pojedziesz ze mną? -zapytałam uspokajając się.
-Gdzie?
-Do Chicago.. Nie mam prawa jazdy.. a to jest spory kawałek stąd...
-Do dobrze. Nie ma sprawy. Tylko będzie trzeba ugadać Matta ale już się tym sam zajmę. Trzeba będzie wyjechać w nocy byśmy przyjechali akurat rano. O której się zaczyna?
-O 11.
-Akurat byśmy przyjechali chwile przed czasem.
-Będę chciała zostać w domu rodzinnym na trochę.. wiesz.. Teraz należy do mnie. Nie miałam rodzeństwa a reszta mojej rodziny już dawno nie żyje..
-Zostanę z tobą jak tylko będziesz chciała.
-Nie wiem czy Mattowi spodoba się to ze nie będzie nas na wartach.
-Jakoś dadzą radę.
Uśmiechnęłam się. Akurat wrócił Toby z mamą Dominica i dziewczyn. Pomogłam "Pani mamie" robić obiad. Niedługo trzeba będzie jechać.. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz