wtorek, 20 września 2016
Od Lucy
Jakie było moje zdziwienie gdy pojawił się Simon, który nie był sam. Był uzbrojony, wyglądał zupełnie inaczej niż przed moim aresztowaniem. Siedziałam skulona na łóżku, gdy do środka wszedł mój młodszy brat i Michael. Na widok tego drugiego aż mnie wmurowało w zimną ścianę. Nie wiedziałam co on tu robi, co się w ogóle dzieje.
-Mamy mało czasu - odezwał się Michael i kiwnął mi głową.
Simon wziął mnie na ręce a ja nie wiedziałam co tu się do cholery wyprawia.
-S-simon... co... co się...
-Siedź cicho dopóki stąd nie wyjdziemy, Lucy.
Gdy wyprowadzili mnie bez najmniejszych problemów mogłam tylko wyczekiwać wyjaśnień. Michael siedział za kółkiem a ja otulona bluzą brata siedziałam obok niego, ściśnięta na tyłach jeszcze obok dwóch innych typów.
-Gdyby nie to, że wiem jak ważna jesteś dla Jamie'go nie pomógł bym zwykłemu, nic nie wartemu człowiekowi. A Simon nie dość, że jest wilkołakiem ma dar, a taki przypadek mieliśmy tylko jeden w naszej organizacji, teraz był zerowy do póki twój brat nie znalazł się w zasięgu ręki. Teraz jest łatwym kąskiem dla nich, a my mamy duży zysk. Wasze nazwisko jest dobrze znane przez wasze różne sprawy i handel waszego ojca, więc najlepiej będzie jak ukryjemy nazwisko Simona. Nie znacie się, tak będzie najlepiej.
-Ona sobie nie poradzi, Michael..
-Od teraz szefie, jasne? Pomogłem Ci ją uratować, więc teraz jesteś mi to winien.
-Ona też się przyda...
-Nie mogę jej w to pakować...
-Dlaczego? - spytał brat lekko zboczony z tropu.
-Z pewnych spraw związanych z Jamiem. Nie wiesz kto to i go nie poznasz, jest tak jakby tajnym zabójcą, rozumiesz? Nie słyszałeś o nim, jednak warto żebyś wiedział trochę o ważnych czynnikach organizacji.
-Jestem córką Dantego... szefa tamtej organizacji... - wyszeptałam, zachrypniętym głosem.
-Wiem. To od razu skreśla cię z listy. Toretycznie można powiedzieć, że jesteś już martwa. A nie zaryzykuję życia nikogo od siebie.
-Czyli zostawiacie mnie na pastwę losu gdzieś w środku lasu?
-Zaraz tam w środku lasu... - mruknął Michael. - Obok.
-Chcę się... chcę się widywać z Sim...Simonem...
-Przez pierwszy tydzień będzie u ciebie codziennie, potem znika. Na długo.
-Ona nie da sobie rady, zobacz w jakim jest stanie! Ma kilka drobnych złamań, jest na granicy depresji...
-Właśnie, KILKA DROBNYCH, NA GRANICY - a to jeszcze nie jest tragedia, hm? - uśmiechnął się do nas z przodu.
Zasnęłam szybko, obudziłam się dopiero w jakimś drewnianym domku z bratem który cały czas czuwał nade mną. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego zmarnowana.
-Ile spałam...?
-Cały dzień. Wes się na ciebie czai, jednak nie mogę cię pilnować dłużej. Jemu zawdzięczamy to, że żyjesz,
-Nie jemu. - odparłam.
-A niby komu, Lucy? - parsknął zirytowany.
No tak, teraz denerwuje się szybciej i bardziej ze względu na to kim się stał.
-Jamiego. Znają się. Gdybym nie była ważna kiedyś dla Jamiego to by mnie nawet nie brał pod uwagę na sekundę.
-Pieprzysz głupoty.
-Taka prawda. A Ty nic nie rozumiesz.Stałeś się oschły.
-Bo nie wierzę, że tak się zmieniłaś. Handlujesz jakimiś gównami z dziwnymi typami, co chwilę znikasz, jesteś więźniem, ja muszę cię wyciągać...
-Ja bym zrobiła wszystko żeby cię uratować bezinteresownie, dla mnie ważne by było, żebyś był szczęśliwy!
-Dla mnie też to ważne, Lu! Żebyś była bezpieczna! Ale wybacz, muszę przyzwyczajać się, że cię zostawiam tu na pastwę własnego losu. Będę starał się jakoś...
-Nie trudź się. Możesz wyjść. - mruknęłam.
Wyszedł. Ja po prostu nie mogłam wytrzymać i wtuliłam się w pościel. Domek był z drewna, nie był mały, ale też nie wielki. Jednak było tu okropnie zimno, mogłam stwierdzić, że był początek lutego. Niedługo moje urodziny. Spojrzałam na kalendarz wiszący na ścianie naprzeciwko na ścianie - 22 luty - jutro moje urodziny...
Wstałam, by nie przespać swoich urodzin. Sama do siebie powiedziałam ''wszystkiego najlepszego nieszczęśnico'' i poszłam niechętnie do kuchni. Miałam posiniaczone nogi, brzuch, ręce, ramiona i szyję. Od kłuć przez odurzające środki.
Otworzyłam lodówkę a w niej był tort czekoladowy z karteczką na górze ''od Simona dla marudy''. Zaczęłam płakać, było mi tak smutno, że naprawdę chciałam odejść w zapomnienie. Jednak jak na złość los nie pozwala mi umrzeć... usiadłam w łóżku pod pościelą, na stercie poduszek jedząc kawałek. Jednak od razu mnie odrzuciło, zwymniotowałam to co zjadłam i usiadłam obok sedesu, nie miałam siły wstać. Czułam to, że powoli i tak umrę, albo z braku możliwości jedzenia czy zimna.
niedziela, 18 września 2016
Od Lucy
Byłam w jednej celi z Finnickiem, który już oszalał, stał się sadystą który pragnął rozlewu krwi. Gdy pobił mnie dwa dni temu do takiego stanu, że skończyłam ze złamanym żebrem... wsadzili go do izolatki. Mój prawnik prawie w ogóle nie przykładał się do złagodzenia wyroku. Byłam w rozsypce, jednak raz w tygodniu odwiedzała mnie mama i Simon, który przysięgał, że zrobi wszystko by mnie wyciągnąć. Płakałam, bo wiedziałam, że tak naprawdę zostaję tu na parę lat. Może na dożywocie, może nie. Jedyne o czym marzyłam to to, by umrzeć, by ktoś mnie po prostu zatłukł.
Ktoś wszedł do sali gdzie leżałam. Nie miałam siły obracać głową, jednak doskonale wiedziałam, kto wszedł. Poznałam jego rytm kroków i szybkie bicie serca, cień umięśnionego mężczyzny który wzbudza we mnie strach.
-Wróciłem, skarbie - wiedziałam, że Wes się uśmiecha.
Ja wiedziałam natomiast, że wybuchnę płaczem.
Przerażenie mnie ogarnęło, całe moje ciało powoli wiedziało, że zaraz odejdzie w niepamięć i w końcu zazna spokój.
-Jamie się ulotnił, jednak ja obiecałem, że wrócę. A po ostatniej sytuacji... jeśli oczywiście myślałaś, że mnie zabiłaś... to się przeliczyłaś. - błysnął zębami. - Teraz moja kolej na zemstę.
Kazał mi coś wypić, potem podał mi coś dożylnie. Traciłam przytomność i czułam jakbym umierała. Jednak nie do końca tak to wyglądało.
Zrzucił mnie na ziemię, rozerwał mi koszulkę i zdjął spodnie. Gdy próbowałam się jakoś wyrwać uderzył mnie z pięści w twarz.
-Skoro jesteś bezbronna, to czemu się nie zabawić? - zaczął mnie całować po szyi a ja chciałam by mnie w końcu zabił.
Krzyczałam i prosiłam o pomoc, jednak na tym piętrze nikogo nigdy nie było, tu znajdowali się ci co tylko mogli czekać na śmierć. A ja jej pragnęłam.
Uderzył mnie znowu, byłam pół przytomna. Traciłam świadomość a po chwili urwał mi się ''film''...
Leżałam w szpitalu. Nie wiedziałam co się stało, jednak dopiero po chwili zauważyłam obok siebie Simona. Pokazał mi na laptopie nagranie na którym Wes bije mnie do nieprzytomności. A tytuł filmu brzmiał ''Ona jest moja''.
Zaczęłam płakać bo zrozumiałam, że on nigdy mnie nie zostawi w spokoju. Jest chorym psychopatą który ma na moim punkcie obsesję.
-Nie wiem do kogo to jeszcze wysłał... przechwyciłem to przed rodzicami...
-Usuń to... - poprosiłam.
Ledwo mogłam mówić. Nie czułam połowy ciała. Czułam się jak wrak człowieka. Moje ręce były poranione, mój brzuch również. Wiedział gdzie jestem przez czip którego nie wyjęłam wtedy... wszystko powoli mi się przypominało. Obiecałam sobie, że przy okazji, gdy lekarze przestaną się tu kręcić po prostu popełnię samobójstwo. Wolę nie żyć niż żyć w ten sposób. Tęskniłam za dawnym życiem ale tym samym za Jamie'm, rodzicami... Chrisem...
Rano przyszedł jakiś dziwny facet, kazał mi iść z nim. Jednak nawet nie byłam w stanie, bałam się każdego obcego. Jednak on powiedział, że zaprowadzi mnie do biologicznego ojca, który widział nagranie. Podobno jestem im potrzebna... tylko po co? Nie mogłam tam pójść... nie mogłam być przeciwko Jamie'mu... bolało gdy o nim myślałam ale jednocześnie pragnęłam go mieć przy sobie.
-Pomożemy Ci dojść do siebie, tym czasem proszę ze mną. Zaniosę Panią do samochodu. - podał mi rękę.
-Nie chcę... - szepnęłam słabo.
-Nie ma Pani większego wyboru - odparł poważnie.
Gdy upierałam się dłużej wstrzyknął mi coś przez co straciłam przytomność. Jeszcze wiem, że powiedział.
'To dla Pani dobra'
...
Od Belli
Mijały dni. Czułam się coraz słabsza. Ledwo kontaktowałam.
-Nic a nic nam nie powiesz??-westchnął Adam.
Moja głowa tylko bezradnie opadła.
Podszedł do mnie i podniusł ją za brodę. Spojrzał na mnie.
-Umierasz. Wiesz o tym. Wszystko się zmieni jak tylko nam powiesz to co chcemy usłyszeć.
-Ona nic nie powie. Nie widze sensu dalej jej tu trzymać.-powiedział ktoś jeszcze ale nie miałam siły otworzyć oczu aby zobaczyć kto to.
-To co z nią robimy?-zapytał głos Adama.
-Wypuścić jej nie możemy.
-Oczywiście że nie.
-Zabijemy ją?
-Dla niej to łaska.
-A może.. Zrobimy coś innego?
-Co masz na myśli?
-Zobaczysz. A teraz oddeleguj się. Nie jesteś już tu potrzebny.
Adam wyszedł bo usłyszałam trzask zamykanych drzwi a moja głowa znowu opadła.
-Zdobyliśmy wiele informacji na twój temat. Jesteś cenną zdobyczą. Podobno masz dar. Przydasz się nam. W sumie będzie to ciekawe doświadczenie. Widzieć jak odwracasz się od swoich i walczysz przeciwko nim. Jak zabijasz znanych ci ludzi. To samo zrobiliśmy z Adamem. Ty o tym wiesz..
Miałam ochote krzyczeć że są potworami ale nie miałam siły.
Poczułam jak odgarnia mi włosy z szyji. Otworzyłam delikatnie oczy i zobaczyłam jak zbiża do mojej szyji jakąś strzykawkę z dziwnym płynem.
-Nie..-wyszeptałam.
Jednak było za późno. Poczułam ukucie i ból kiedy to coś rozchodziło się po moim ciele.
Straciłam przytomność. Odpłynełam.
***
Otworzyłam pewnie oczy. Blask światła oślepił mnie cbwilowo jednak moje oczy szybko się przyzwyczaiły. Zobaczyłam go. Łowce.
-Jak się czujesz?
-Dobrze.
Czułam jak moje ciało walczy. Nie z ranami które miałam ale z dziwną siłą która ostatecznie wygrała.
-Co się stało?
-Zostłaś zaatakowana przez istoty nadnaturalne. Zabiliby Cię gdyby nie my. Uratowaliśmy Cię.
Milczałam chwilę. Coś w środku mnie krzyczało. Walczyło.
-Jak mogę się wam odwdzięczyć?-zapytałam a chłopak się uśmiechnął.
Byłam już inną osobą.. Czułam to. Czułam dziwną siłe która mówiła mi że to słuszne.
czwartek, 15 września 2016
Od Lucy
Przesiedziałam w więzieniu juz drugi dzień. Nadchodził trzeci. Moje życie straciło sens, przyniosłam wstyd ojcu i matce, chociaż mama przychodziła do mnie, ale policja była nie ugięta. Czasem trafiałam do jakiejś dziwnej sali gdzie przeprowadzali ze mną rozmowę by dojść do tego kto jest naprawdę winny tej całej akcji z handlem. Jednak ja nie miałam sił. Oni mnie bili za każdym razem gdy mówiłam im ze nic nie wiem. Policja musiała być z jakiejś chorej grupy czy organizacji bo policja się tak nie zachowuje. Tęskniłam za domem i za spokojem, Simon tez mnie odwiedzał. Jednak ja czasem nie miałam sił by wstać z zimnej podłogi. Lekarz oglądał mnie gdy byłam w złym stanie i stwierdził pogorszenie się mojego stanu zdrowia, ponownie. Byłam zrezygnowana i chciałam by mnie jak najszybciej zabili. Jednak to były tylko przesłuchiwania. Ten jeden policjant mnie bił, brzydził się ludźmi takimi jak ja - którzy są w więzieniu.
-Gadaj albo uniemożliwię Ci widywać się z rodziną! - uderzył mnie w twarz.
-Nic nie wiem, przysięgam... - wyplakalam.
-Jeszcze z Ciebie to wyciągnę. Tymczasem masz zakaz widzeń. - zaśmiał się i wrzucił mnie za kraty na podłogę. Uderzyłam głową o ścianę i straciłam przytomność.
środa, 14 września 2016
Od Dominica
Żadnych sygnałów.
Prawdopodobnie nie żyje.
Relacje z ostatnich godzin mnie po prostu przygniotły. Gratulacje z powodu przejęcia archiwum i powodzenia akcji były niczym w porównaniu z wiadomością, że Bella nie wróciła.
Nie wróciła z akcji.
Gdy powiedziała mi to chyba najbardziej znienawidzona osoba jaką znam w tym ośrodku - nie kto inny jak Gnashow - uznałem, że to jakiś kiepski żart mający wyprowadzić mnie z równowagi. Jednak gdy usłyszałem pewność w jego głosie i przesadny żal, a potem zobaczyłem ten dziwny uśmieszek, który miałem ochotę od razu zmyć mu z tej parszywej gęby, doszło do mnie, że to może być prawda. Stałem tak wpatrując się w niego z niewyobrażalnym bólem w oczach, sprawiając, że uśmiechnął się jeszcze szerzej, jak jakiś popieprzony psychol. Poczułem dobrze znane rozchodzące mi się po kręgosłupie i kościach dreszcze. Jednak nie mogłem się tu przemienić, więc postanowiłem inaczej dać ujścia swojej energii.
Przywaliłem mu w sam środek tej fałszywej mordy. Zaskoczony złapał się za krwawiący nos, ale nie zwlekał długo z ciosem. Uderzył - tyle że chybił. I jestem pewny, że gdyby mnie wtedy inni nie powstrzymali to przyłożyłbym mu jeszcze mocniej - i na pewno bym trafił.
Odszedł wygrażając się głośno. Noah pokręcił głową.
- Oj chłopie. On tylko czekał żeby cie sprowokować.
- No to się doczekał - mruknąłem.
- Możesz mieć problemy - zauważył Patrick.
- Załatwię to - wtrącił szybko Noah - Jakby co potwierdzicie, że to Gnashow go sprowokował?
- No pewnie - przytaknął Patrick, a pozostali przytaknęli.
- A o co w ogóle poszło?
- O Bellę.. - mruknąłem.
Zapadła cisza. Victor popatrzył na mnie tak, jakby doskonale wiedział co czuje.
- Nie podziękowałem ci jeszcze za to, że mnie uratowałeś - mruknął niespodziewanie.
- Nie ma o czym gadać - odparłem - Tylko cię odciągnąłem na bok, żeby cię nie podziurawili bardziej.
Przeszedł szmer rozbawienia. Victor uśmiechnął słabo.
- Wracam do pokoju - mruknąłem po chwili.
Namawiali mnie żebym został i żebyśmy poszli 'zatopić smutki' - choć alkohole poza uroczystościami były tu zabronione - ja wolałem jednak topić je sam.
Gdy dwie godziny później Noah wszedł do mojego pokoju załamał ręce.
- To ci nie rozwiążę problemów - pokazał na puste flaszki.
- Nie pieprz, tylko napij się - odparłem opierając się na łóżku plecami o ścianę.
- Dominic, ona żyje. Nie znaleziono jej ciała...
- Kogo ty oszukujesz? - parsknąłem udawanym śmiechem, mimo że do śmiechu wcale mi nie było. Czułem jakby zawaliło mi się całe życie, choć tak naprawdę jeszcze do mnie to nie dokońca dotarło.
- Takie są fakty - mruknął - Gnashow poskarżył się...
- Tchórz - przerwałem mu rozbawiony.
Noah spiorunował mnie spojrzeniem.
- ... poskarżył się, ale na szczęście przekonałem dowódców, że celowo cię sprowokował.
- Och to cudownie. Jak mam ci dziękować mój wybawicielu?
Noah westchnął ciężko i usiadł obok mnie.
- Odnajdziemy ją. Może nie będzie cała... Ale żywa.
Chciałbym żeby tak się stało.
Ale dobrze znałem życie i wiedziałem, że nic z tego nie będzie.
poniedziałek, 12 września 2016
Od Lucy
Weszłam do jego pokoju, śmierdziało pizzą, ostrym kebabem i chińszczyzną. Wszędzie był syf i ubóstwo, stąpałam powoli po małych skrawkach podłogi, której nie zaśmiecały papierki po batonach, opakowaniach po chipsach czy ubrania. Spojrzałam na wieżę stereo, która dudniła basem po całym piętrze niosąc przez otwarte okno piosenki Beatlesów. Wyjrzałam przez okno, mając widok na całą dzielnicę domów, a na dachu siedział Simon w chmurze rosnącego dymu.
Wyszłam z pokoju na dach, starając się nie zabić. Prawie się ześlizgnęłam i zjechałam tyłkiem po dachówkach. Powoli podeszłam do brata milcząc. On palił zielsko, zupełnie nie wzruszony tym, że jego starsza siostra go nakryła. Jednak postarałam zachować się jak przystało i nie kłócić się z nim, po prostu zaczęłam pytać by wiedzieć więcej.
-Pamiętam jak bolało gdy na nią patrzyłem - zaczął, a ja usiadłam obok niego. - jest taka piękna... - urwał i parsknął śmiechem.
-Katia? - spytałam patrząc na pięknie oświetlone ogrody bogatych sąsiadów.
-Ta. - mruknął. - Wyobraź sobie, że jest z tym fagasem od dwóch miesięcy, przez niego się stacza...
-Może nie jest dla ciebie, co? Bycie singlem ma dużo plusów.
Powoli wypuścił dym delektując się chwilą. Z dołu słyszałam nawoływania mamy, jednak ja, jak i brat ignorowaliśmy to.
-Miłość jest jak wrzód na dupie. - skomentował krótko.
-Trzeba unikać miłości. Albo ją ignorować. Jedno z dwojga. - westchnęłam.
-Ignorować Katię? - parsknął śmiechem. - Nigdy.
-Jest zajęta, Si. Prawo faceta zakazuje ci sympatyzować z zajętą laską.
-Skąd znasz prawo faceta? - oburzył się. - To wychodzi z czystego założenia...
-Ale też nie przeszło do historii. - spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. - Miłość to jak to pięknie ująłeś, wrzód na dupie którego się trudno pozbyć a finalnie boleśnie to znosisz. Miłość... - wypuścił dym z płuc robiąc wielki dym nad naszymi głowami. -... jest jak sraczka, szybko przemija ale dupy nie urywa. Musisz przecierpieć, znajdziesz wkrótce inny obiekt zainteresowania i pójdzie już z górki.
-I trafię na (N I E)Katię i wtedy mogę się zabić. Albo zaćpać.
-Jesteście popieprzeni. - westchnęłam. - Jesteście jak zdobywcy, musicie zdobywać, a jara was to, że laska jest zajęta. Jest szczęśliwa, tak? To się nie wtryniaj.
-Nie jest szczęśliwa, Lu.
-Bo wciąga do nochala kupę koksu? Skoro jej to odpowiada to się usuń.
-Lucy! Simon! KOLACJA, DO CHOLERY!
-Lecimy, młody. - wstał i podał mi rękę.
Jego temperatura nadal była gorąca, jednak przywykłam.
Rano do drzwi zawitała policja. Dwóch uzbrojonych, wysokich i umięśnionych policjantów stało przed moim domem, ludzie z sąsiednich domów wyglądali przez okna badając co takiego się stało, że przyjechał ktoś taki jak gliny. Na te dzielnice nigdy nie przyjeżdżały żadne policje, straże miejskie... a ja to zmieniłam. Bo z mojego powodu się tu zjawili.
-My do Lucy Collins. - zaczął policjant.
-Jest... ale o co chodzi...? - spytała zdezorientowana mama.
Tak jak ja myślała, że policja dała sobie spokój z przesłuchaniami. Bo podobno dała. Jednak Finnick musiał ich porządnie podkręcić jak i Fill.
Wyszłam zza ściany i stanęłam przed wysokim czarnoskórym policjantem.
-Jest pani aresztowana za współudział w nielegalnym handlu narkotykami.
Zamurowało mnie. Moja przyszłość momentalnie legła w gruzach. Wpatrywałam się w policjanta ze łzami w oczach i rozdziawioną buzią.
-To... to...-t-to po-pomyłka...k-ktoś mnie... mnie wrabia... - wyjąkałam zaszokowana próbując się jakoś wybronić.
-Przykro mi ale pozwoli pani z nami.
-Nie, nie, to pomyłka, ja nie mam z tym nic wspólnego... - zaczęłam się opierać.
Policjant bez skrupułów odwrócił mnie twarzą do ściany i przygwoździł do niej zakuwając w kajdanki. Załamana zaczęłam płakać i histeryzować... teraz to dopiero sobie zrujnowałam życie. A raczej Finnick i Fill to zrobili. Fill został uznany jakimś cudem jako niewinny a jednak ma wpływ na to, żeby uznać mnie zamiast niego za winną.
Byłam przerażona i kompletnie samotna.
Od Jamiego
Słyszałem wiele żartów o tym jak dużo czasu kobiety poświęcały na malowanie się i sam czasem byłem świadkiem jak długo to robiły, ale jeszcze nie zetknąłem się nigdy z nikim tak bardzo pustym jak Roksana.
W końcu nie wytrzymałem i zirytowany zajrzałem przez uchylone drzwi.
- No wejdź - westchnęła Roksana.
Sama wyglądała na śmiertelnie znudzona co mnie szczerze zaskoczyło.
- Co się stało? - spytałem nagle rozbawiony.
Roksi westchnęła.

- Zły kolor mi wyszedł. Wolałam bardziej miedziany, a ten podchodzi w złoty.
- I tak pani pięknie wygląda - przysłodziła jej kosmetyczka.
Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Miedziany? Przechodzi w złoty? Po co te baby do cholery tak sobie komplikują życie.
- Rudy to rudy - wyrwało mi się na głos.
Roksana obrzuciła mnie urażonym spojrzeniem.
Kosmetyczka parsknęła śmiechem i po raz pierwszy przyjrzała mi się dłużej. Reakcja była natychmiastowa, choć przewidywalna i dobrze mi znana. Kosmetyczka spłonęła rumieńcem i odwróciła szybko wzrok na twarz Roksany.
Pani 'plastik' też to zauważyła, bo zmrużyła rozdrażniona oczy.
- Długo jeszcze będę czekać? - warknęła.
Dziewczyna drgnęła i zamrugała gwałtownie oczami.
- Słucham..? Ee tak ja zaraz już kończę.
- To dobrze bo jedziemy z m o i m chłopakiem jeszcze na zakupy a potem na kolacje.
Zamurowało mnie. Moim chłopakiem? Na zakupy? Kolacje?
Kosmetyczka popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. Tak jakby współczuciem i.. żalem?
Ja za to zaskoczony zerknąłem na Roksi.
- Zakupy? Kolacja? Przecież miałem cię odwieźć pod galerię, umówiłaś się z przyjaciółkami do kina...
- Ale zmieniłam zdanie - odparła niewzruszona - Chcę ten dzień spędzić z t o b ą.
- Ale ale przecież.. -zacząłem dukać - Dziś miałem się spotkać z Jassem i Ashem..
- Przełożysz - mruknęła - Albo mam lepszy pomysł! Spotkamy się wszyscy razem! Prawda, że genialne?!
Ścisnąłem sobie grzbiet nosa i westchnąłem ciężko. Czułem się jak pies na smyczy, której nie mogłem zerwać. Tak bardzo tęskniłem za Lucy.
Ale na razie nic nie mogłem zrobić.
Musiałem tylko czekać.
Od Belli
Mimo tego wszystkiego nic im nie powiedziałam.
Adama straciłam. Czułam to. Nie wiem co oni mu zrobili ale według mnie jakimś sposobem zniszczyli go. Straciłam nadzieję że go odzyskam. To bolało najbardziej. Stał przede mną, patrzył się na mnie. Rozmawiał ze mną. Ta sama twarz, ta sama postawa, te same włosy.. ale inne oczy. Kiedyś pełne życia oczy w których można było odpłynąć teraz były.. po prostu puste.
-A więc nic nam nie powiesz?-zapytał (nie) Adam.
-Nic..-wyszeptałam przez spuchnięte od uderzeń wargi.
-Trzeba dać jej więcej motywacji aby zmieniła zdanie-(nie) Adam kiwnął głową do innego łowcy a sam wyszedł.
-No to zostaliśmy sami..-wysyczał ten drugi łowca i z całej siły zadał mi pierwszy cios.
Pomyślałam o Dominicu. Wspomnienia i myśli o nim sprawiają że nie czuję aż tak tego całego bólu.
Wspominałam nasze pierwsze spotkanie.
Byłam wtedy taka samotna i zagubiona. Pomógł mi.
Kiedy pierwszy raz się przemieniłam..
Pomógł mi. Wytłumaczył wszytko.
Kiedy byłam w szpitalu..
Czuwał przy mnie.
Kiedy był pogrzeb moim rodziców.
Pojechał ze mną.. Wspierał mnie.
Kiedy postanowiłam pojechać do organizacji aby odzyskać dar i walczyć przeciwko łowcą..
Nie zostawił mnie ale pojechał ze mną.
Tęskniłam. Chciałam mu powiedzieć wszystko.. Że to co było i o ile coś był oprócz tego pocałunku z tą dziewczyną.. że to nie ważne.
Chciałam się przytulic do niego i znowu poczuć bezpieczna.
Jednak jeśli on wrócił z akcji z pewnością dowiedział się o niepowodzeniu mojej grupy. Mark został podrzucony do bazy w takim stanie aby tylko powiedział o tym ze wszyscy nie żyją i że sienie udało. Potem miał umrzeć z powodu odniesionych ran.
Nie dotrzymałam obietnicy danej Dominicowi. Nie wróciłam..
Otworzyłam oczy i spojrzałam na łowce który mnie katował.
-Nie wygracie..-wyszeptałam a on musiał usłyszeć bo zaczął się śmiać po czym wbił mi nóż w udo. Przemyślał ten ruch bo ostrze nie było ze srebra. Kiedy wyciągnął je z rany zaczęła płynąc krew.
Moje ciało na tyle jeszcze walczyło że z pewnością spowolni w jakimś stopniu wylew krwi jednak rana się nie zagoi, będzie krwawiła jednak na tyle abym przeżyła jeszcze tyle czasu na ile mi pozwolą.
-Jesteście.. słabi... przegrywacie.. wiecie.. o tym.. -wyszeptałam po czym odpłynęłam..
niedziela, 11 września 2016
Od Sarah
Dziś postanowiłam wybrać się nad morze. Siedziałam na plaży już dobre dwie godziny, rozmyslając o wszystkim. Martwiłam się też o Dominica. Co miesiąc wysyłał marne wiadomości, tylko z informacją że żyję. Zastanawiałam się czy są razem z Bellą i czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczę.
Zupełnie mimowolnie dopadły mnie wspomnienia. Na tej samej plaży siedziałam kiedyś z Alberto.. Przypomniawszy sobie jego śmiech zgięłam się w pół z bólu. Tak bardzo za nim tęskniłam..
Położyłam dłonie na brzuchu starając się uspokoić. Nagle mały mnie kopnął, tak jakby chciał mi dodać otuchy. Zassałam powietrze z wrażenia.
- Spokojnie kochanie - wyszeptałam - Wszystko będzie dobrze.
Miałam go już zobaczyć za miesiąc. Zdecydowałam się na cesarkę. Nie chciałam poznać płci dziecka. Wolałam mieć niespodziankę, ale mimowolnie wyobrażałam sobie, że to chłopiec. Taki malutki, z brązowymi włosami i niebieskimi oczami po tacie... Alberto nic nie wiedział. Długo zbierałam się w sobie, żeby powiedzieć mu prawdę. Strasznie wtedy zaczęło się między nami sypać. Gdy już byłam gotowa.. zniknął. Czułam w sercu, że tak naprawdę żył i pewnego dnia stanie w progu drzwi mojego pokoju i tak mocno mnie przytuli...
Z ogromnym bólem podniosłam wzrok i spojrzałam na szare morze.

Musiałam dać radę. Musiałam wytrwać dla małego.
Miesiąc zleciał szybko. Czułam się jak prawdziwy wieloryb i wszyscy w żartach też tak mnie nazywali. Zabieg miał przeprowadzić przyjaciel matki Matta. Był wtajemniczony w to 'kim tak naprawdę jestem' i miał już wiele do czynienia z takimi istotami.
- Jestem pewna, że to będzie dziewczynka - oznajmiła Sophie stając w drzwiach gdy się pakowałam do szpitala.
Mama weszła przez drzwi niosąc wyprane, złożone ręczniki.
- Płeć nie jest najistotniejsza. Ważne, żeby maluszek był zdrów.
- Będzie - odparłam z przekonaniem i położyłam sobie dłoń na brzuchu.
- Ja tam mam nadzieję, że to chłopiec - mruknął dziadek z kuchni.
Mama przewróciła oczami. Zaczęła przeglądać torbę.
- Dobrze pieluszki są, ubranka są..
- Mamo nie jadę tam na miesiąc - przerwałam jej zniecierpliwiona.
- Ale dobrze jest się we wszystko zaopatrzyć - fuknęła - Zobaczmy która godzina.. Już 10! Musimy się zbierać.
- Mamo zabieg jest o 13...
- Lepiej być wcześniej niż później! - przerwała mi - Chodź kochanie. Ostrożnie - złapała mnie za ramię.
Czułam się naprawdę jakbym była z porcelany. Ale bez słowa ruszyłam z mamą i z dziadkiem do samochodu. Sophie też się uparła żeby jechać, więc wkrótce ruszyliśmy wszysxy.
Leżałam na stole czekając na lekarza. Poprosiłam o dużą dawkę znieczulenia, bo nie znosiłam bólu ale chciałam być przytomna żeby widzieć jak moje dziecko przychodzi na świat.
Pielęgniarka rozstawiła parawan na wysokości mojego brzucha. Wkrótce pojawił się lekarz.
- Pani McKagan jest pani gotowa?- uśmiechnął się do mnie spod maseczki.
- Tak, możemy zaczynać - odparłam lekko drżącym głosem.
Wkrótce poczułam jak lekarz nacina mi brzuch. Zacisnęłam odruchowo zęby, choć dzięki znieczuleniu nie bardzo mnie to bolało. Miałam wrażenie jakby mył wewnątrz mnie ręce.
Niespodziewanie nagle coś się szarpnęło. Nie poczułam bólu, ale coś na kształt jakby niszczono mnie od środka.
- Cholera - nagle syknął lekarz - Pępowina...
Maszyna do której byłam podpięta zaczęła okropnie pikać. Mały nadal się we mnie szarpał, a ja powoli odpływałam.
- Panie doktorze, tracimy ją! - krzyknęła któraś pielęgniarka.
- Nie wiem co się dzieje! - zawołał gorączkowo lekarz - Nie mogę go wyciągnąć...
Nagle usłyszałam dziwny trzask a potem płacz. Odetchnęłam z ulgą w duszy.
- To dziewczynka - usłyszałam pielęgniarkę, która przejęła ją od lekarza.
Dziewczynka.
Moja dziewczynka.
Jednak nie miałam czasu nad tym dłuższej myśleć, bo ogarniała mnie powoli ciemność.
- Odsuńcie się! - usłyszałam lekarza i nagle przystawili mi jakąś dziwną maszynę do piersi.
- To nie działa!
- Masuj dalej!
- Zwiększ moc!
Głosy dochodziły do mnie coraz słabiej. Zebrałam w sobie wszystkie siły i wymamrotałam jeszcze pod nosem.
- Będzie miała na imię Jane.
- Pani McKagan! Pani McKagan proszę nie zasypiać niech pani walczy!
Ale ja już nie chciałam walczyć. Nie chciałam cierpieć. Z ulgą powoli oddawałam się ciemności.
Po prostu odeszłam.
Od Lucy
Rano od razu po wizycie weszłam do pokoju Simona by go obudzić na śniadanie. Dziś wtorek, a na razie nie mogłam wrócić do szkoły choć zakończenie szkoły zbliżało się wielkimi krokami. Pracowałam na laptopie i wysyłałam prace i zadania dodatkowe na podciągnięcie ocen i mojej nieobecności nauczycielom, co znacznie poprawiało moją sytuację w szkole. Dawno nie widziałam się z bratem, jednak rodzice nie wpuszczali go do sali ani wcześniej nie miałam okazji się z nim widywać, jak mówiła mi mama. To gdzie ja przez ten cały czas byłam...? Nadal panowała pustka w głowie z ostatniego miesiąca...
Jednak to co zobaczyłam w szafie zaskoczyło mnie zupełnie. Mój brat nie dość, że z jakiegoś nieznanego powodu leżał w szafie ze słuchawkami w uszach, to wyglądał nie na jedenaście lat, tylko na szesnaście.
-O mój boże - wycedziłam zaskoczona patrząc na niego.
-Kochanie?! Simon już wstał?! - usłyszałam głos mamy z dołu.
Przegryzłam wargę i wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. Dyszałam szybko i niemiarowo, zeszłam prędko na dół, wparowałam do kuchni wpatrując się w mamę przerażona.
-Co się stało, Lu? Jesteś blada... - przyłożyła mi dłoń do czoła.
Odtrąciłam ją spanikowana.
-Czemu Simon.... on... on... co jest grane, mamo? - wydukałam.
Mama westchnęła tylko, oparła się rękami o blat i wpatrywała we mnie. Zmniejszyła gaz na którym robiły się właśnie naleśniki.
-Simon... jest... inny - zaczęła niepewnie.
-To wiem! Widziałam na własne oczy! - wypaliłam.
-Kotku... on... on jest już taki...
-Powiedz od razu o co chodzi. - nakazałam drżącym głosem.
-Od kiedy zniknęłaś... przyszedł pewnego wieczoru do domu z ugryzieniem. Przychodził późno, nie mogłam tego kontrolować bo miałam słaby okres... to moja wina... okazało się, że... że ugryzł go wilkołak... od tego czasu w każdy wieczór zmieniał się w to coś... - ciągnęła ze łzami w oczach. - a wraz z tym rósł codziennie...
-Co ty gadasz? - wyszeptałam. - Wilkołaki nie istnieją!
Zszedł na dół Simon. Był o pół głowy wyższy ode mnie. O mój Jezu.
Patrzyłam na niego jak na wariata, moja mina przypominała przerażoną małą dziewczynkę która zobaczyła pierwszy raz w życiu klauna.
-Hej siostra. - objął mnie nagle.
Jego siła jak i temperatura ciała była niemożliwa. Szybko mnie puścił, przypominając sobie jak bardzo cierpiałam w szpitalu i jak słaba jestem teraz.
-Przepraszam. - bąknął pod nosem.
-Nie jesteś w... w szko...szkole? - wyjąkałam nie odrywając od niego wzroku.
-Nie chodzę. - odparł sucho.
-Jak to nie chodzisz? - teraz zerknęłam na mamę, która odwróciła wzrok na przypalonego już naleśnika.
-Cholera. - mruknęła pod nosem.
-Mamo? - zwróciłam się do niej.
-Porozmawiamy o tym przy śniadaniu, dobrze, Lu? - spytała lekko zirytowana i zdenerwowana. - Simon przepisuje się do szkoły w Seattle, ale potrzebuje korepetycji. Mogłabyś?
-Jak to? W Seattle? To będzie mieszkał w internacie, tak?
-N... Tak, tak. W internacie. - szybko wróciła do kończenia śniadania.
-No ale po co korepetycje? To ostatnie dwa miesiące szkoły...
-Nie możemy czekać. To znaczy on nie może.
Spojrzałam na brata pytająco, jednak on wzruszył ramionami unikając tematu.
Co jest grane...?
-Siadaj. - wskazałam palcem w stronę jadalni. - Zaczniemy teraz. Co chcesz wiedzieć?
-Chemia. - bąknął.
-No tak. Zawsze miałeś z nią problemy. - parsknęłam, lekko się rozluźniając.
Ale nie na tyle, by puścić temat zmiany mojego brata mimo uszu.
Wzięłam zeszyt w kratkę i zaczęłam pisać mu równania, obliczenia i z tablicy Mendelejewa jakieś związki chemiczne.
-Proszę. - napisałam i podałam mu.
-Co to ma być? - wyjąkał wystraszony, jakby zobaczył ducha.
Zaśmiałam się.
Poczułam ból na plecach po poprzednim zadrapaniu. Dopiero teraz mi się to przypomniało i zastanawiałam się, jak to możliwe, że się to pojawiło i skąd pochodzi...
-To tylko podstawowe zadania, braciszku. - błysnęłam zębami.
-Może dla ciebie. Dla mnie to czarna magia.
-Zobaczymy.
Po ciężkim wpajaniu mojemu bratu zasad i chemicznych równań, wyszłam z domu pod starą szkołę. Poszłam pieszo, stwierdziłam, że musiałam zacząć robić prawo jazdy bo jak tak dalej pójdzie skończę marnie.
Stałam pod ogrodzeniem szkoły, czekając na Filla. Musiałam z nim porozmawiać. Chciał mnie wrobić w coś czego nie zrobiłam. Gdy zaczął padać deszcz westchnęłam ciężko. Gdy po chwili przestał, byłam lekko przemoczona. Poczułam nieprzyjemny chłód całego ciała. Zadrżałam.
Usłyszałam dzwonek co oznaczało koniec lekcji dla Filla. Sprawdziłam jego plan więc idealnie trafiłam na ten moment, gdy wychodził z terenu szkoły.
-Och, Collins. Jak zdrówko? - uśmiechnął się.
Spojrzałam na niego.
-O co ci chodzi, Fill? - wycedziłam.
-Cała jesteś przemoczona, rozchorujesz się bardziej. Wracaj do domu śliczna.
-Nie wkurzaj mnie. - stanęłam mu na drodze. - Nie będę kłamać policji. Nie będę was kryć. Prawie przez waszą głupotę zginęłam!
-Nie masz wyjścia. Jak tylko ja i Finnick powiemy o Tobie i zaręczymy, że brałaś w tym udział trafisz do więzienia.
-Nie zrobicie tego. Nie możecie...
-Właśnie, że możemy. Albo kłamiesz, albo mówimy, że brałaś w tym główny udział. Przemyśl to. - mrugnął do mnie.
-Przykro mi ale nie zrobię tego. Nie macie nawet dowodów, że maczałam w tym palce.
-Czyli nie?
-Nie. - zaparłam się.
-Świetnie - uśmiechnął się. - a więc będziesz miała skutki swojego zaparcia.
Odszedł.
Około południa mama zadzwonił do mnie brat. Był w szpitalu. Pognałam tam jak najszybciej mogłam. Pospieszałam taksówkarza, gdy wysiadłam przed szpitalem nawet zapomniałam zapłacić. Po prostu wbiegłam do środka i wypytywałam o mojego brata. Lekarz zaprowadził mnie do sali i tam zobaczyłam Simona, który leżał na łóżku z podbitym okiem, złamaną ręką i pokiereszowanymi żebrami.
-Spoko siostra, wyliżę się. Jestem wilkołakiem, co pewnie już wiesz.
-Nie chcę wiedzieć czy to prawda czy nie... kto ci to zrobił?
-Widziałem jak Fill wsiada do samochodu i... nawet nie zdążyłem zareagować... Odsunąć się...
-To moja wina. - szepnęłam.
-Nie twoja. Poza tym świetnie sobie poradzę. Rodzice nie mogą o tym wiedzieć... dlatego zadzwoniłem po ciebie.
-Jak to się stało, że jesteś wilkołakiem? Przecież one nie istnieją...?
-Szedłem od Bobby'ego około pierwszej. Była pełnia, skróciłem drogę przez las. Wtedy przypomniałem sobie, że ojciec zabraniał nam tam chodzić... złamałem zasadę. Poczułem nagłą złość, że nas olał. Zboczyłem z trasy prowadzącej do domu i słyszałem wycie. Zignorowałem to, byłem tak wściekły... Nagle coś wyskoczyło zza moich pleców, wielka bestia, wielki wilk. Ruszył na mnie, ugryzł w ramię i zniknął. Straciłem świadomość a potem... potem tylko musiałem powiedzieć mamie co się stało. Jestem dziwadłem. Wiem. Jestem jakimś kundlem, wcale tego nie chciałem...! - zacisnął pięści.
-Nie jesteś dziwadłem. - powiedziałam po chwili.
-Jestem. Nawet nie kontroluję się czasem... boję się, że zrobię mamie krzywdę... albo tobie... Już tyle wycierpiałaś... nie chcę wam dokładać...
-Będzie dobrze, Simon. Nie możesz się tak zamartwiać i o tym myśleć w ten sposób. Po to masz nas byśmy ci pomogli.
-Jak mi pomożesz?
-Wyjeżdżasz. Będzie nowa szkoła... nowi znajomi... będzie czas by nad tym panować...
-To nic nie zmieni, Lu. Zabierz mnie stąd.
W domu wieczorem mama i ojciec niczego się nie domyślili. Ojca w ogóle zobaczyłam pierwszy raz od dawna, a mama nie odzywała się do niego słowem. Tak samo ja, Simon to już w ogóle.
-Idę do pokoju. - mruknęłam i wstałam.
-Siadaj, mamy coś do powiedzenia. - zatrzymał mnie ojciec.
Stałam nadal wpatrując się w niego zaskoczona.
-Przeprowadzamy się do Seattle. Chciałbym, żebyś pojechała z nami.
Zamarłam i usiadłam z wrażenia.
-Nie ma mowy. - zaprzeczyłam.
-Nie pytam cię o zdanie, Lucy... - zaczął ojciec.
-Pozwól jej zostać, jeśli tego chce. - odezwała się mama.
-Nie można jej zostawić, widzisz w jakim stanie się znalazła? Trafiła aż do szpitala!
-Da sobie radę. Nie będę jej ciągnąć, jeśli chce zostać proszę bardzo. - uśmiechnęła się do mnie mama, a ja w duszy jej podziękowałam za poparcie.
Jednak ojciec nie dawał za wygraną.
Wstałam i wściekła ruszyłam na górę do pokoju. Trzasnęłam drzwiami i prawie staranowałam kota o którym na śmierć zapomniałam. Podniosłam go i przytuliłam. Położyłam się na łóżku tuląc go do siebie. Usłyszałam pukanie, do środka weszła mama. Zamknęła za sobą drzwi i położyła się obok mnie, leżałyśmy teraz na łyżeczkę. Dawno nie miałam z nią takiego kontaktu, sama zdziwiłam się, jak ona o mnie nagle zaczęła dbać.
-Chcesz zostać to zostań. Masz tu dom, zostawimy go tobie. - pogładziła mnie po ramieniu przy okazji głaszcząc śpiącego kota.
-Boję się. - szepnęłam.
-Czego?
-Że nawalę i nie dam rady...
-Dasz. Jesteś silna...
-Nie jestem. - parsknęłam nerwowo śmiechem. - Trafiłam do szpitala i nie pamiętam nic z ostatniego miesiąca...
-To nie zmienia faktu, że jesteś silna.
Milczałam.
-Był u ciebie... jakiś chłopak... - mruknęła pod nosem po chwili milczenia.
-Co? Kiedy?
-W czwarty dzień po wypadku... Kiedy było z tobą najgorzej...
Odwróciłam się do niej gwałtownie, kot wystraszył się i zeskoczył na podłogę. Patrzyłam mamie w oczy.
-Jak wyglądał?
-Ciemny brunet, wysoki... nawet przystojny...
-Nic nie mówił?
-Zobaczyłam go tylko jak już wszedł do ciebie. Wróciłam z kawą, jak go tylko zobaczyłam pomyślałam, że to jakiś twój kolega ze szkoły... nie chciałam przeszkadzać...
Pomyślałam tylko o Jamie'm. Tylko o nim.
sobota, 10 września 2016
Od Belli
Cierpiałam, bardzo.
-Wiesz jak wasza baza się dowie o wszystkim? -parsknął Adam-Wasz przywódca, tej akcji został na tyle utrzymany przy życiu i podrzucony pid waszą baze aby tylko powiedział o nieudanej akcji i o tym że wszyscy nie żyją a następnie sam zdechnie. Nie da się go odratować. Peenie w tej chwili wasz dowódca dowiaduje się o utracie żołnierzy. Nikt po ciebie nie przyjdzie. Będą myśleli że zdechłaś. Bo zdechniesz.. Ale najpierw wyśpiewasz nam wszystko.
Byłam zmasakrowana. Moje rany szybko się goiły.. Ale jeszcze szybciej powstawały nowe.
Teraz przebili samych siebie. Związali mnie srebrnym łańcuchem. Miałam już popażenia po których z pewnością zostaną blizny.
-Nic.. Wam nie.. Powiem..-wyszeptałam przez spuchnięte i zakrwawione wargi.
Adam podszedł do mnie. Złapał krzesło jedną ręką a drugą z całej siły uderzył mnie w twarz. Gdyby nie to że trzymał krzesło z pewnością bym upadła.
Wyplułam krew.
-Gadaj..
-Nie..-wyszeptałam słabym głosem.
W ustach czułam bez przerwy metaliczny smak krwi.
Nigdy bym nieprzypuszczała że mój przyjaciel stanie się moim oprawcą.
Jednak to nie był już Adam. Oni go zmienili. Straciłam go..
A jednak miałam nadzieje.
-Adam.. Prosze..
-Nie wymawiaj mojego imienia dziwko!-wrzasnął uderzając mnie tak że straciłam przytomność..
Ostatnie o czym pomyślałam to był Dominic. Tęskniłam za nim. Byłam gotowa wszystko wybaczyć, zapomnieć. Chciałam by było tak jak przedtem..
Od Dominica
Ale czułem, że straciłem ją w pewnym sensie. Sam już nawet nie wiedziałem kogo teraz ma. Czy Vicotra czy Gnashowa.
Gdy wyruszyliśmy w końcu mogłem przestać o tym myśleć. Nasz dowódca w tej akcji, Stephen tłumaczył nam po kolei plan.
Głównym celem było przejęcie archiwum. Informacje z niego mogły nam się ogromnie przydać. Wcześniej było to nierealne, ale ostatnio udało nam się umieścić naszą wtyczkę miedzy łowcami. Z tego co słyszałem, ta dziewczyna była naprawdę niezła, bo nikt od nich jeszcze się niczego nie domyślił, a ona przekazywała nam coraz więcej informacji.
- Panowie pamiętajcie - Stephen przerwał moje rozmyślania - Akcja ma charakter wywiadowczy. Nie dywersyjny. Koncentrujemy się głównie na wydobyciu archiwum, nie na walce. Mam nadzieję, że nikomu się nic nie stanie.
- Też mamy taką nadzieję - parsknął śmiechem Patrick.
Nagle pochylił się nade mną Victor.
- Uważaj na siebie. Wiem, że to tak naprawdę twoja pierwsza akcja.
Zmierzyłem go chłodnym spojrzeniem.
- Martw się o siebie. Poradzę sobie.
- Spoko koleś. Tylko mówię - uniósł ręce w obronnym geście.
Zirytowany wymieniłem wzrok z Noahem siedzącym naprzeciwko. Uśmiechnął się lekko.
Gdy w końcu ciężarówka stanęła, wysiedliśmy wszyscy z tyłu. Było ciemno. Przeszliśmy w milczeniu paręnaście metrów aż w końcu zatrzymaliśmy się za zakrętem. Staliśmy przez niepozorną, starą fabryką. Rozejrzałem się czujnie. Żadnej straży z zewnątrz. Żadnej większej ochrony.
- Jak już wcześniej mówiłem nie spodziewają się nas - mruknął Stephen - Nasz wywiad ustalił, że dziś mają jakieś swoje święto i wszyscy pojechali na przyjęcie. W budynku jest tylko nasza wtyczka i paru strażników. Musimy jednak być ostrożni, nikt z nich nie może wezwać posiłków. Zrozumiano?
- Tak jest - odparliśmy chórem.
Przekradliśmy się po cichu pod okna budynku. Panowała okropna cisza. Uważałem na każdy stawiany przeze mnie krok. W pewnym momencie dostrzegłem strażnika na wieży ustawionej trochę za fabryką. Musiał coś usłyszeć, bo oświetlał lampą całe podwórko. Przylgnąłem bliżej ściany.
Nagle Stephen postrzelił strażnika. Nie było żadnego hałasu, bo miał do tego przystosowaną broń, specjalnie na tą okazję. Oczywiście było ryzyko, że łowca spadając narobi rumoru, na szczęście tylko się osunął po ścianie.
Po dłuższej chwili wtargnęliśmy do środka. Podchody już nie były potrzebne.
Rozpoczęła się krótka walka z łowcami. Victor w pewnym momencie dostał kulką w ramię. Tknięty dziwnym uczuciem nie zostawiłem go na pastwę losu. Zaciągnąłem go z pola rażenia za ścianę. W tej samej chwili Stephen krzyknął do mnie żebym biegł z Noahem znaleźć archiwum, a oni znajdą się resztą. W drzwiach pomachała do nas dyskretnie jakaś dziewczyna. Musiała być widocznie tą wtyczką. Pobiegliśmy w jej stronę.
- Szybko - syknęła - Nie jestem pewna, ale jeden z nich mógł wezwać posiłki.
Popatrzyliśmy po sobie z Noahem i zbiegliśmy na dół po schodach.
W pewnym momencie nagle pomyślałem o Belli. Zapragnąłem ją zobaczyć. Natychmiast. W tej chwili. Musieliśmy tylko wynieść to archiwum. A potem mogłem wrócić do niej i przeprosić za wszystko..
Od Belli
Kiedy wreszcie wyruszyliśmy na akcje znowu czułam adrenalinę. Uwielbiałam czuć ją!! Wszystkie zmartwienia natychmiast znikły.
-Pamiętajcie.. Mamy odbić tylko dwóch naszych.. Nie narażamy się niepotrzebnie. Działamy szybko i pocichu.-powiedział Mark.
Tym razem było nas mniej. Oprócz mnie i Marka było tylko troje żołnierzy.
Wysiedliśmy pod starym hotelem.
-Z naszych informacji wynika że zakładnicy są na trzecim piętrze. Łowców jest sporo jak na naszą liczebność jednak jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z...
Nie dokończył bo zostaliśmy zaatakowani.
Łowcy wychodzili z cieni. Strzelali do nas. Jeden z nas poległ od razu. Zaczęła się walka.
Zaatakowałam jednego z łowców. Odcięłam mu szybko i zwinnie głowę.
Kiedy jego ciało upadło spojrzałam przed siebie.
Zobaczyłam go w cieniu. Patrzył się na mnie. Ruszyłam w jego stronę czym straciłam szanse na ewentualne wsparcie czy pomoc. Kiedy tylko zniknęłam w cieniu byłam zdana tylko na siebie.
-Adam!-powiedziałam z nadzieją.
On zaczął iść w przeciwną stronę. Zaczęłam go gonić.
Kiedy znikł w jakimś zaułku bez namysłu skręciłam za nim.
I to był błąd.
Poczułam tylko ból z tyłu głowy.
Upadłam twarzą do ziemi.
***
Ocknęłam się w jakimś pomieszczeniu. Głowa strasznie mnie bolała. Miałam mroczki przed oczami. Ktoś musiał mnie uderzyć bardzo mocno w tył głowy.
Kiedy w miarę mogłam coś dostrzeć zobaczyłam kogoś w kącie.
Był to Adam. Podszedł do mnie. W jego oczach nadal nie widziałam swojego przyjaciela.
-Adam..-wyszeptałam
-Skąd mnie znasz?
-Nie pamiętasz mnie?
-Jesteś wilczą dziwką.
-Jestem twoją przyjaciółką!
Wziął zamach zanim się zorientowałam i uderzył mnie z całej siły pięściom w twarz..
Krzesło do którego byłam przywiązana upadło a ja wraz z nim. Uderzyłam tyłem głowy w betonową posadzkę.
Dodatkowe uderzenie w to samo miejsce sprawiło że znowu straciłam przytomność..
Jak on mógł mi to zrobić..
***
Kiedy znowu (ZNOWU) się obudziłam Adam siedział naprzeciwko mnie. Krzesło wraz ze mną zostało podniesione kiedy byłam nieprzytomna.
-Zapytam jeszcze raz.. Skąd mnie znasz?
-Uratowałeś mi kiedyś życie..-odparłam czując metaliczny smak w ustach..
-Nie możliwe. Jestem łowcą a ty wilczą dziwką suko!
Gdyby nie sytuacja w jakiej byłam jego obelga.. W pewnym sensie rozśmieszyła mnie. Bo to zabawne by było ale nie w tej sytuacji i nie z ust mojego przyjaciela.
-Gdzie jest reszta?-zapytałam.
-Tamci nieudacznicy? Nieżyją.
-Co?!-zamarłam zdławiając jęk.
-Wybiliśmy wszystkich pokolei. Nie martw się na ciebie też nadejcie kolej.
-Boże.. Adam.. Co oni Ci u diabła zrobili..-wyszeptałam łamiącym się głosem.
Wszyscy nieżyją? Tamci młodzi żołnierze? Mark? Nie.. To nie możliwe.. Ktoś musiał przeżyć.. Na pewno.. Adam kłamie.
Ale po co by kłamał? W sumie jest mu na ręke to że tamci nieżyją..
Nikt nie wróci do bazy.. Nik nie powiadomi reszty o moim zaginięciu.. Ale po co ja im jestem potrzebna?
-Czego ode mnie chcecir skoro jeszcze żyje?
-Wyśliewasz nam wszystko co wiesz..
-Po moim trupie..
-Oj skarbie.. Z doświadczenia wiem że trupy nie mówią.. Jeśli nie chcesz za długo cierpieć to wyśliewasz wszystko jak na spowiedzi..
-Adam.. Nic wam na powiem..-powiedziałam a on tylko się zaśmiał..
Straciłam go???
Od Lucy
Spróbowałam sięgnąć go ręką ale zamiast tego zrzuciłam butelkę z wodą, pod nią zdaje się był jakiś list. Najpierw sięgnęłam telefon, dzwonił Fill. Byłam zaskoczona, to on nie został zamknięty przez policję tak samo jak Finnick?
-Słucham? - wyszeptałam słabo, zachrypniętym głosem.
-Lu, dobrze cię słyszeć...
-Cz-czego... chc-esz...?
-Przysługi.
-C-co-o...?
-Nie wsyp mnie gdy policja zwinie cię na przesłuchania. Zwal winę na Finnicka. No zrozum, nie mogę przecież trafić do kicia za nic! No, prawie za nic...
-Ni-e wiem naw-wet skąd t-tam było to świ-ństwo, Fill... - wydukałam. Coraz ciężej było mi mówić.
-Dobra mała, ale możesz coś tam pokręcić, nie? No nieźle ci to idzie...
-N-nie. - odparłam stanowczo. - Nie b-biorę w ty-m udzi... udziału...
-Nie masz wyjścia. Albo to zrobisz albo z Finnickiem cię wkopiemy.
Zmroziło mnie. Nie mogli przecież...
-To co? Mamy układ, nie? Do usłyszenia, zdrowiej tam. - zaśmiał się i rozłączył.
Upuściłam telefon na pościel. Potem dopiero podniosłam list i wodę, której się napiłam gdy jedną wolną ręką otwierałam kopertę. Mogłam stwierdzić, że tak oficjalnie to tylko ojciec mógł mi coś wysłać czy dać. Nawet nie powinnam tego czytać, przecież go i tak tu nie ma. Nigdy go nie ma kiedy powinien się zjawić. Nawet, gdy umierałam z początku. On się nie zjawił.
Droga Lucy
Już dawno mogłem ci to powiedzieć, gdy już odkryłaś prawdę. Jednak bałem się, że nas odepchniesz. Mnie i matkę... no i Simona... Obiecałem, że nigdy tego Ci nie powiem, jednak... sama znasz prawdę, prawie. Anna nie jest twoją matką, a ja nie jestem twoim ojcem. Od kiedy nam cię podarowano byłaś dla nas oczkiem w głowie. Anna nie mogła mieć dzieci, dlatego jej siostra, która była twoją matką podarowała jej ciebie. Tak, była... Już nie żyje. Nie wiem ile się dowiedziałaś, jednak przepraszam, że mnie z Tobą nie ma. Mam sporo pracy, w biurze...
Podarłam list i wrzuciłam do kosza. Nie ma to jak z rodzinnej tajemnicy która być może odmieni moje życie przejść do biznesów. Wiedziałam, że Anna nie jest moją matką, jednak to, że już nie żyje dotknęło mnie. Gdyby żyła chciałabym ją poznać bliżej...
Rano poczułam, jak ktoś wyjmuje mi wenflon. Otworzyłam oczy i wtedy ktoś odszedł do stolika obok. Spojrzałam na rękę.
-Proszę przytrzymać przez chwilę. - poprosiła pielęgniarka miło się do mnie uśmiechając.
Spojrzałam na miejsce po wenflonie, z początku nie wiedziałam czemu został wyjęty i co się dzieje.
-Wychodzi pani ze szpitala, jednak dopiero wieczorem. Lekarz powiedział, że można wyjąć wenflony.
Liczba mnoga? To ile ich miałam?
-Niepokoją nas pani siniaki na ramionach i szyi, pojawiają się z dnia na dzień... z czymś takim się jeszcze nie spotkaliśmy...
Tylko mogłam jej słuchać, bo byłam w jeszcze większym szoku niż poprzednio po przeczytaniu listu od ojca. Byłam wściekła, że nawet na chwilę nie raczył do mnie przyjść.
Do środka wszedł lekarz. Zaprosił mnie na badania, dopiero po południu udało mi się namówić go, bym wyszła nieco wcześniej do domu. Mój stan go martwił, dlatego kazał mi przychodzić dwa razy w tygodniu by sprawdzać powstające siniaki i mój osłabiony stan. Nadal dla niego był nieco lepszy niż krytyczny, ale to nadal nienajlepszy stan organizmu by wyjść ze szpitala.
-Pani ojciec zaraz tu będzie. - dopowiedział na koniec.
Westchnęłam.
Po co? Jestem pełnoletnia, sama sobie wrócę do domu, co to za problem zadzwonić po taksówkę. Nie jestem jeszcze aż tak umierająca, że powinien przyjeżdżać po mnie ojciec czy matka.
Gdy drzwi do gabinetu się otworzyły i wparował do środka ojciec z falą pytań czy na pewno mogę wrócić do domu westchnęłam i odwróciłam wzrok naciągając na siebie kurtkę.
-... wszystko w nie najlepszym porządku. Zawsze może się pogorszyć jej stan, może zasłabnąć, z powodu dużej utraty krwi. Jest tu nie za długo, więc można powiedzieć, że wypuszczam ją wbrew zasadom...
-Dzięki Garry. - mruknął ojciec i podali sobie ręce.
No oczywiście! Musiał zaprowadzić mnie do lekarza-znajomego.
-Christoph się martwił o nią... - wspomniał lekarz.
No pewnie. Dopiero teraz doszło do mnie, że to ojciec mojego kumpla. Który również dawno mnie nie odwiedzał. Jak się chwalił, nowa dziewczyna więc pewnie... dlatego. Znów zeszłam na dolny tor, rozumiem to, jednak nie powinnam iść w zupełną odstawkę. Bo kiedy mnie potrzebuje to zawsze przyleci w pierwszej kolejności do Collins, a potem jak sobie znajdzie laskę na tydzień to Collins idzie na samo dno w zapomnienie.
Wsiadłam do samochodu i od razu zrobiło mi się słabiej po kilku krokach. Jednak nic nie powiedziałam ojcu, starałam się sprawiać normalne wrażenie. Podążyłam w stronę samochodu ojca, wiedziałam, że źle, że wychodzę... jednak dłużej bym tam nie wytrzymała...
Na kolację ku mojemu zdziwieniu przyszli rodzice Roksany i w tym ona, jakby mało ciśnienie mi skakało na widok czy wspomnienie I C H razem czy nawet Jamie'go. Jednak milcząc zachowywałam swoje ciśnienie i stan zdrowia na poziomie takim jaki był jeszcze w szpitalu.
-... Roksana ostatnio opuszcza się w poziomie z nauką. - ciągnęła jej zadufana w sobie mamuśka. - Przez jej nowego chłopaka...
Uśmiechnęła się dumnie, a ja wbiłam paznokcie w stół.
-No tak, ale wiesz... on jest super... no nie, Lucy? Znasz go przecież... Ale pewnie nie wiesz, że jesteśmy razem... - ciągnęła.
-Gratulacje. - przerwałam jej.
Uśmiechnęła się z uniesioną głową, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jakby chciała we mnie wzbudzić tę cholerną zazdrość. Byłam silna, nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. CO MNIE ONI OBCHODZĄ? Niech sobie są razem, jak im wygodnie...!
-Ach, Lucy - wtrącił ojciec Roksany. - jak po wyjściu ze szpitala?
Jej ojciec chyba jedyny był normalny. Nie obnosił się z forsą ani z inteligencją jak jego żona, czego nie mogłam powiedzieć o ich córeczce. Wrodziła się w mamusię, była po prostu wredną suką.
-Na razie jestem na wyjściu ''warunkowym''. Jak się nie pogorszy to znaczy, że organizm robi postępy. - odparłam.
Dopiero po chwili poczułam ból na plecach. Skrzywiłam się, mama zesztywniała widząc moją minę. Była już przewrażliwiona na moim punkcie. Nie dziwiłam jej się... mimo tego że nie była biologiczną matką zależało jej na mnie... zrozumiała swoje błędy.
-Przepraszam na chwilę. - wydukałam i weszłam do łazienki.
Spojrzałam w lustro. Miałam wielki ślad po zadrapaniu.
-Co do cholery...? - szepnęłam.
Zawołałam mamę, która w sekundy znalazła się przy mnie. Pokazałam jej to, a ona od razu kazała wracać do szpitala. Jednak udało mi się namówić ją na powrót dopiero jutro rano. Coś się działo, a ja nie wiedziałam dokładnie co...
Od Belli
Szłam korytarzem. Zaraz miałam wyruszyć na akcje. Przechodząc obok pokoi uczniów usłyszałam rozmowę jakiś dziewczyn przez uchylone drzwi.
-Mówie Ci on jest taki słodki!
-Ale to trener.. Nie wypada..
-No i co z tego? A tobie nie marzył się gorący romans z nauczycielem?
-Nie koniecznie.. A poza tym on ma dziewczynę..
-Pokłócili się. Nawet ze sobą nie rozmawiają!
Poznałam tą dziewczynę.. To ona kręciła sięprzy Dominicu.
-Moim zdaniem źle robisz mieszając się między nich.
-Przesadzasz. On będzie mój. Dziś jedliśmy nawet razem kolację! Mamy się jeszcze spotkać jak wróci z akcji..
-Rób co chcesz.. Nie mieszam się w to..
-Oj tam. Zobaczysz.. On ze mną będzie szczęśliwy. Zapomni o niej. A poza tym słyszałam że dziś ona też idzie na akcje ale inną. Może.. No wiem że to źle komuś źle życzyć ale wtedy on byłby tylko mój.
-El! Nie możesz tak nawet myśleć! Ona jest dobrą dziewczyną! Jak możesz mieć nadzieję że coś jej się stanie?
Byłam wkurzona. Co za suka..
-Oj.. No wiesz.. On jest tego wart. A poza tym ona na niego nie zasługuje. Słyszałam plotki że ona i ten Gnashow.. No wiesz..
-Serio? Nie.. Nie wydaje mi się..
-Dominic chyba tego jeszcze nie wie.. Może by tak się dowiedział przez przypadek?
-Zobaczysz.. Dostanie Ci się za to.
Miałam ochote wejść tam i powiedzieć jej co o niej myślę ale po co? Co by mi to dało?
A w ogóle co to za ploty? Mogłam przysiąść że to wina Gnashowa.. Nie spodobało mu się to jak mu dałam kosza. Wiktor mnie przed nim ostrzegał..
-A może ona nie tylko z tym Gnashowem? Widziałam jej relacje z tym jej prywatnym trenerem. W ogole fakt że ma prywatnego trenera jest podejrzany..
-Ona po prostu ma dar i jest dobra? Dlatego?
-E tam.. A i tak wiem że ona nie jest taka dobra jak się wydaje..
Miałam tego dość. Ruszyłam dalej cała kipiąc ze złości. Zobaczyłam po drodze do swojego pokoju grupę trenerów. Był tam też Wiktor. Podeszłam do niego.
-Już wyruszacie?
-Tak.
-Wróć cały.-powiedziałam i objęłam go po przyjacielsku.
-Martwisz się?
-No jasne że tak!-zaśmiałam się-Jesteś moim kumplem i trenerem. Kto będzie mnie trenował jak nie ty? A poza tym komu był truła pytając o rady i wyżalając się??
-Jednak jestem niezastąpiony-zaśmiał się.
Zobaczyłam za nim Dominica.
-Ty też jedziesz zaraz?-zapytał Wiktor.
-Co?-zapytałam odwracając wzrok od Dominica.
-Pytałem czy ty też już dziś jedziesz na akcje-zaśmiał się.
-Ta. Ide na zbiórkę.-odparłam wracając wzrokiem do Dominica.
Nasze oczy się spotkały. Patrzyłam tak przez kilka sekund aż wreszcie nie wytrzymałam czując że łzy napływają mi do oczu i odwróciłm wzrok.
-Powodzenia-odparłam do Wiktora-Pamiętasz co mi obiecałeś?
-To że.. -spojrzałam na niego znacząco-Tak.. Pamiętam.
-Dobrze. Uważaj na siebie.. I na niego-to ostatnie dodałam tak cicho że ledwo Wiktor to usłyszał.
Minęłam go i ruszyłam dalej. Zatrzymałam się z wahaniem przy Dominicu
-Powodzenia.-wyszeptałam czując że jakbym powiedziała to głośniej to na pewno załamałby mi się głos.
-Wzajemnie..-odparł..
Patrzyłam mu w oczy jeszcze chwilę poczym uśmiechnęłam się smutno i odeszłam.
Czemu on wybrał ją? A może to moja wina?
Ruszyłam prosto korytarzem w kierunku sali gdzie odbywała się zbiórka na akcję.
Od Lucy
Podczas ich chwilowej nieobecności (mama często tu przychodziła w wolnej chwili w kancelarii), poczułam kogoś, kogo tu jeszcze nie było. Poznałam dotyk, jednak nie mogłam go zidentyfikować, byłam zbyt wyczerpana i słaba by rozróżniać to tak jak przychodzi matka czy lekarz, lub Simon...
Dopiero po kilku dniach mogłam dostać wypis jednak policja nalegała, bym została. Lekarz również, ze względów zdrowotnych. Musiałam tu zostać i dalej leżeć, odpowiadając na pytania policji. Podejrzewali mnie o współdziałanie z Finnickiem, chociaż ja naprawdę nie miałam nic wspólnego z żadnymi narkotykami!
-Jednak musimy panią zatrzymać tutaj.. - zakończył policjant.
-A-ale... ja... ja nie mam z t-tym... nic wspóln-n-nego.. - wycedziłam słabo.
-Ja uważam, że ona udaje. - szepnął do kolegi gliniarz.
Spiorunowałam ich wzrokiem.
-Wrócimy tu gdy pani odzyska pamięć... będziemy to kontrolować. Może pani dostać pomoc specjalisty.
-Specj... Specjal-l-isty...?
-Tak. Pan doktor wszystko pani wytłumaczy. Tymczasem... do następnego...
Gdy wyszli zjawił się lekarz, który szybko zaznajomił mnie z aktualną sytuacją.
-Może pani skorzystać z tabletek które pomogą w przywróceniu pamięci. Jednak uszkodzenie jest tak poważne, że może to potrwać kilka miesięcy...
-Utrata pamięci to niepamięć wydarzeń szczegółowych wypadku? - spytałam jednym tchem.
-Chcę pomóc...
-Ja nie potrze-buj-e... ż-żadnej... p-pom...ocy...
-Oczywiście. - warknął lekarz. - Jednak nalegam na zostanie tu jeszcze dwa dni, potem podejmę ostateczne kroki... pani podejmie decyzję finalną.
Kiwnęłam głową, a on wyszedł.
Jak mogli mnie podejrzewać o coś takiego...? Nie jestem handlarzem żadnych używek! Jeszcze Finnick kłamie policji, że to ja też mam w tym interes...! Co ja zrobię gdy wyjde ze szpitala? Przecież jestem kompletnym kaleką!? A jak mnie zamkną...? To zaprzepaści moją przyszłość...
(sorki że tak krótko ale zasypiam i na telefonie pisałam, jutro będzie coś dłuższego :D)
piątek, 9 września 2016
Od Jamiego
Miałem dużo czasu. Dochodziła już północ. W szpitalu było ciemno, choć dochodziły głosy z niektórych sal i dyżurki lekarzy.
Nacisnąłem klamkę.
Przez dłuższą chwilę stałem przy jej łóżku. Westchnąłem.
- No widzisz. Gdybyś mnie posłuchała i po prostu zajęła się swoim ludzkim życiem... - szepnąłem.
- J-jamie - wymamrotała nagle przez sen.
Pochyliłem się nad nią i odgarnąłem jej włosy z czoła.
- Jestem tu mała - mruknąłem i złapałem ją za rękę.
Wyglądała naprawdę mizernie. Z bólem gładziłem jej dłoń.
- Mamo.. - wyszeptała nagle.
Zdziwiony przyjrzałem się jej bliżej. Z tego co mi mówiła, nie miała najlepszych stosunków z matką. Czyżby nagle zmieniła o niej zdanie?
Uświadomiłem sobie nagle, że tak naprawdę niewiele o niej wiem.
Bo czym tak naprawdę są rzeczowe informacje o kimś i wrodzony anielski instynkt jeśli tak mało z nią spędzałem czasu a potem zostawiłem na pastwę losu?
Nagle wpadła mi do głowy pewna myśl.
Wytłumaczenie na to jak bardzo mi jej brakowało i jak bardzo się o nią martwiłem było tylko jedno.
Musiałem się zakochać.
Tak myśl tak mnie zaszokowała, że aż wstałem.
Nie, tylko nie to. Przecież nienawidziłem zobowiązań. Nienawidziłem bycia wiernym tylko jednej. Nienawidziłem kontroli i wybuchów zazdrości.
A jednak od jakiegoś czasu nie interesowała mnie żadna inna.
To nie było normalne.
- Dziewczyno co ty ze mną robisz - wyszeptałem z niedowierzaniem i cofnąłem się ku drzwiom kręcąc głową.
Gdy po cichu opuściłem szpital i wyszedłem na zewnątrz odetchnąłem głęboko powietrzem. Miałem tam ochotę z powrotem wrócić lecz właśnie w tej chwili zadzwonił mi telefon.
- Słucham - odebrałem.
- J-jamie g-gdzie jesteś? Tak mi się okropnie kręci w głowie... I Greg chciałby cię poznać. P-prawda Greg? Ale nie przejmuj się Greg jest gejem! Ha - ha gejem!
- Roksana gdzie ty jesteś? - spytałem zirytowany - Miałaś zostać w domu.
- W-wiem ale G-greg zadzwonił. Znaczy nie Greg ale kolega Grega. Prawda Greg?
Westchnąłem.
-Zaraz po ciebie będę. Tylko podaj mi adres.
Gdy podała rozłączyłem się. Zrezygnowany ruszyłem w kierunku samochodu.
Nie chciałem po nią jechać, ale co mogłem zrobić?
Pieprzony stróż.
Od Lucy
-... jest silna, nikt ani nic jej nie zabierze - uśmiechnęła się pocieszająco do Simona.
-Nie wygląda na taką. Wygląda jak trup.
-Jest po ciężkim uszkodzeniu czaszki i ręki, całego ciała i organizmu... musi się zregenerować...
Ruszyłam dalej przed siebie, gdy usłyszałam pikanie maszyny a potem ciszę wiedziałam, że ktoś zmarł, albo to byłam ja...
Na korytarzu nie było żywej duszy, dopiero ujrzałam na końcu korytarza dziwną postać, młodą kobietę. Gdy się pojawiła, pikanie nasiliło się, światła zaczęły szaleć a potem... znów cisza.
I ona zaczęła się do mnie zbliżać.
Krzyczała, płakała i wołała o pomoc, poczułam nagle cierpienie i kłucie w sercu, znalazłam się w zupełnie innym korytarzu, było ciemno. Bałam się, choć nie miałam powodu. Straszna, martwa dziewczyna zniknęła a ja zostałam sama. Nagle rozległ się krzyk, dobiegał z jednego z sal obok których stałam. Pchnęłam mocno drzwi i weszłam do środka, zobaczyłam tam młode małżeństwo, kobieta siedziała obok łóżeczka w którym spała mała dziewczynka.
-Musisz ją oddać. Poza tym nawet nie chcę myśleć co by powiedziała moja żona! Ona ma dziecko, my mamy!
Jednak nie małżeństwo...
-Nie mogę jej oddać, Dante...
-Albo ją oddasz albo sam to zrobię. - warknął.
Blondynka pogładziła po policzku dziewczynkę, z bólem spoglądała na mężczyznę.
Usłyszałam na korytarzu strzelaninę, krzyki i jakieś przekrzykiwane rozkazy...
Wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam jak ludzie z pistoletami mordują ludzi... Światło zaczęło migać, zniknęli tylko ci z pistoletami, martwe ciała leżały na podłodze, a ja nic nie mogłam zrobić. Zaszokowana obserwowałam ich... martwych...
Wraz z mrugającym światłem martwe ciała poznikały. Zostały tylko dwa. Tamten mężczyzna, zdaje się Dante i Jamie... Chyba miałam podjąć próbę ratowania albo jednego albo drugiego jednak gdy zobaczyłam pół martwego Jamie'go zamurowało mnie. Poczułam, jakby jakaś część, ta większa, również, wraz z nim umierała...
Serce szybciej mi biło, dosłownie czułam jakby samo rozpadało się na kawałki. Bolało. Słyszałam pikanie i obudziłam się...
Zdyszana rozglądałam się po sali. Dopiero po chwili doszedł do mnie fakt, że przede mną stoi dwóch policjantów.
-Dzień dobry.
Kiwnęłam głową.
-Mogłaby pani odpowiedzieć na parę pytań... zadam te podstawowe, proszę tylko kiwać głową na tak lub nie... - ciągnął wyższy policjant.
-Czy ma coś pani wspólnego z handlem nielegalnymi używkami przez Finnicka Odaira?
Pokręciłam głową na nie.
-Czy wiedziała pani o tym, że to znajduje się w aucie? - spytał ostrzej niższy.
Znów pokręciłam głową.
Spojrzeli po sobie bezradnie.
-Bez sensu, ona nic nam nie powie. - szepnął niższy do wyższego.
Potem odwiedził mnie Chris, wkradając się do mnie.
-... pogadamy jak wrócę. Na laptopie... masz, przyniosłem ci go żebyś się nie nudziła. - mrugnął do mnie, a ja nawet się nie uśmiechnęłam. Nie miałam na to nawet sił. Połowa twarzy była jak oblana cementem.
Wieczorem dostałam wiadomość od Christopha.
Christopher Scott: Jak tam? :D Chyba nigdy już nic cię nie ucieszy, co? Nawet odwiedziny takiego przystojnego przyjaciela jak ja...? :( Ach, twój smutek jest z powodu, że jestem zajęty? Spoko, jeszcze znajdzie się koleś godny twojej wredoty. :P
Ja: Nic mnie nie cieszy. Czekam na ciąg dalszy. Będąc w tym obskurnym szpitalu, co prawda matka i ojciec jak zwykle nie mogli mnie zostawić w zwykłym, tylko wysłać do prywatnych lekarzy... którzy zdaje się wiedzą mniej niż wiedzieliby ci zwyklejsi... Wszyscy żyją w biegu,nie zatrzymują się żeby upajać się chwilą, gramy, aby wreszcie robić to co trzeba... a ja nie mam ochoty by gnać według instrukcji rodziców... przejadło mi się ich nadopiekuńcze gderanie.
Christopher Scott: Fajnie z tobą pogadać, choćby przez internet. :D Stęskniłem się za twoim logicznym pieprzeniem, Lu!
Wyłączyłam laptopa i spojrzałam w sufit. Miałam dość, że ciągle nie mogłam mówić... byłam nieszczęśliwa... cały czas...
czwartek, 8 września 2016
Od Lucy
Dopiero po kilku krokach, zaglądając do każdych drzwi widziałam różnych ludzi, którzy być może byli mi znajomi... jednak czułam jakbym naprawdę straciła tą pamięć... szłam, ściskając resztkami sił stojak z wenflonem, wszystkie pielęgniarki chodziły po korytarzu zabiegane, krzyczały na pacjentów, a mnie ignorowały.
Wszyscy wbiegali do sal znikając za drzwiami, czułam żar i nieprzyjemne ciepło palące w gardło i nozdrza. szłam korytarzem, jakbym czegoś szukała, kogoś. Zobaczyłam na jednej z sal pacjenta, który płonął. Nikogo wokół niego nie było, choć mogłabym przysiąc, że kilka osób wchodziło do środka.
Zaczęłam się panicznie rozglądać i szukać pielęgniarek czy lekarzy, jednak nagle wszyscy zniknęli, krzyki zniknęły. Jedynie paliła się ta osoba na łóżku. Podeszłam do niej, nie bojąc się ognia włożyłam dłoń w ogień. Poczułam ból, jednak nie skrzywiłam się ani nie wyjęłam ręki poparzona. Po chwili płomienie zniknęły tworząc czystą, nietkniętą przestrzeń. Na łóżku leżała spalona od czubka po stopy osoba. Nie mogłam stwierdzić czy ją znam, jednak nagle usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam się.
-Nie powinna pani tu być.
-Dlaczego... - zaczęłam, jednak pielęgniarka przerwała mi.
-Pani powinna być na dziale dla psychicznie chorych, proszę za mną - popchnęła mnie w stronę drzwi.
-Dlaczego? - powtórzyłam pytanie, nic nie rozumiejąc.
-Pracujemy nad panią. - sprostowała i wprowadziła mnie do jednej z klitek o żelaznych drzwiach.
-Boję się tego pomieszczenia. - szepnęłam.
Jednak mnie nie słyszała. Nikt mnie nie rozumiał ani nie słyszał, uważali mnie za wariatkę. Dopiero teraz, gdy doszłam do tego kim jestem i gdzie się znajduję odwracając się powoli do zakraconego okna, ujrzałam podrapane i zakrwawione ściany. Poczułam strach i nieprzyjemny dreszcz, wszystkie krzyki wróciły.
-Obudź się, Lucy. - usłyszałam jakoś dziwnie znajomy, kobiecy głos. - Inaczej zostaniesz tu na zawsze. Obudź się!
Nie wiedziałam co zrobić, upadłam na ziemię i zakryłam uszy, jednak głosy, krzyki i wołania o pomoc stawały się jeszcze głośniejsze. Zamknęłam oczy i zacisnęłam szczęki, teraz to ja wołałam o pomoc i krzyczałam.
Pikanie dziwnych maszyn, przyspieszone bicie serca, z początku rozmazany obraz. Gdy wzrok powoli wracał ujrzałam za szybą matkę, która kłóciła się z lekarzem i jednym z chłopaków. Zapewne Fillem... Kto spowodował wypadek i dlaczego?
Gdy zobaczyłam policję, od razu lekarz przerwał kłótnię z matką i przystąpił do działania przeciw policji. Nie pozwalał im wejść, kręcił nerwowo głową i zabraniał im... jednak czego ode mnie chciała policja?
Lekarz wszedł do sali i sprawdził puls, statystyki, temperaturę ciała.
-Wciąż lodowata... - mruknął do pielęgniarki obok, która właśnie przybiegła. - Jest pani zimno? - zwrócił się do mnie.
Jednak ja nie słuchałam. Miałam milion myśli w głowie, pytań na których nie miałam odpowiedzi. Patrzyłam się w szybę, jakbym wyczekiwała tego cudownego słowa '' jest pani wolna, może pani wrócić do domu''.
-Panno Collins? - wytrącił mnie z rozmyślań, spojrzałam na niego szybko.
-T-t... - nie mogłam nic powiedzieć.
Dopiero teraz zauważyłam, że mam kołnierz na szyi. Przerażona tym faktem zaczęłam nerwowo się podnosić. Lekarz zatrzymał mnie jednym ruchem.
-Jest pani w szpitalu...
-W... wi... - urwałam.
Kiwnęłam głową powoli, na tyle na ile pozwalał mi kołnierz.
-Jest pani zimno?
Kiwnęłam głową.
-To normalny objaw przebudzenia organizmu. Niestety może pani w każdej chwili stracić przytomnosć... utrata głosu jest chwilowa, proszę się nie martwić. Długo pani leżała w śpiączce...
-I...il...e...? - wydukałam ciężko.
-Półtora tygodnia. Policja chce przeprowadzić wywiad, na razie nie ma takiej możliwości przez pani stan krytyczny.
Krytyczny...?
Do środka weszła zdenerwowana mama. Złapała mnie za chłodną dłoń, wtedy zrozumiałam co mówił o zimnej skórze. Moja matka miała taką temperaturę, że jej dotyk podziałał na mnie jakby samo letnie, duszne i gorące powietrze ścisnęło mnie za dłonie.
-Ze szkoła wszystko załatwione, wiedzą, że jesteś w szpitalu... Jak dobrze, że już się obudziłaś... tata bardzo się martwi...
Skoro tak to gdzie on jest? Czemu go tu nie ma?
-Simon jest w szkole... była tu Bethany, jednak nie wpuszczono jej... nie było mnie bym mogła wyrazić zgodę na to by weszła... Jesteś strasznie blada... jak trup... niedługo stąd wyjdziesz...
-Nie tak prędko - przerwał lekarz. - zanim to sie stanie jeszcze długo zajmie zanim się zregeneruje i dojdzie do siebie. Teraz zaznaczam, to stan krytyczny. Jest odwodniona, ma złamaną rękę, wyleciała przez szybę nie posiadała pasów. No i metalowa część wbiła się jej w udo, nie mogliśmy zdziałać...
-Proszę przestać. - warknęła matka.
-Muszę wobec tego pobrać krew. Mogę? - spytał lekarz.
Kiwnęłam delikatnie głową. Wszystko mnie bolało, miałam ochotę nic nie czuć i umrzeć najlepiej... jednak to złe podejście, wiedziałam o tym.
Nagle do środka weszła podekscytowana Bethany, która zapewne miała ze mną do pogadania i plotkowania, czego po prostu nienawidziłam. Jednak Beth... to Beth...
-Nie może pani tu wchodzić! Proszę wyjść!
-Tak, tylko ja na chwilę...
-Niech zostanie. - kiwnęła mama, a lekarz westchnął.
-Wrócę za pięć minut na badania. - wyszedł.
-W szkole tyle się dzieje, masakra! - zaczęła. - Finnick został w szkole! Dasz wiarę!? W S Z K O L E! Aresztowany za handel narkotykami... wiesz, była tu policja... podobno znaleźli w waszym samochodzie jakieś podejrzane prochy i było tego sporo... nie chcę cię martwić... oczywiście uja tylko tak słyszałam, nie.... no i Chris ma nową laskę, ta, wiem, masakra... no i wiesz... ach! I ta Roksana się wozi jak nie wiadomo kto z Jamie'm... no i wiesz, rozniosło się po szkole kilka rzeczy... że wpadłaś w ten handel... no oczywiście to Finnick rozpowiedział, byłam świadkiem, jak słowo daję... Roksana wywaliła Bonnie z drużyny siatkarskiej bo się pokłóciły o jakąś głupotę, wiesz, źle wybiła i Roksana... a zresztą nie ważne, Brooks rozgadał nauczycielom że nie zdasz roku jak dalej będziesz tak rozrabiać, delikatnie mówiąc... chociaż twoja matka za ciebie ręczy to wiesz, musisz się pojawić w szkole... ale w tym stanie... właśnie, ale okropnie wyglądasz... po prostu...
-Koniec czasu. - oznajmił wchodzący do środka lekarz.
Wszystkie informacje na raz zaczęły na mnie działać bardzo źle. Gdy usłyszałam o Jamie'm serce mi drgnęło, po czym straciłam znów przytomność. Teraz w szkole jestem handlarką jakiegoś gówna...? Finnick przesadził... chociaż odsiaduje w pace...
Od Belli
Dziś szykowałam się na akcje. Nie była to jakaś ważniejsza tak jak ostatni atak ale ta też miała znaczenie. Mieliśmy odbić dwóch naszych. Dowódca był steptycznie nastawiony do mojego udziału ale przekonałam go.
-Dobrze.. I tak szykuje się większa akcja więc nic się nie powinno stać jak wyśle dodatkowo kilku z was.
-Większa?-ożywiłam się.
-Tak ale nie jesteś na liście.
-Może da się to zmienić?-zapytałam.
-Nie możemy zyzykować aż tak utraty utalętowanych żołnierzy. Idą tylko trenerzy.
Dominic też??-ta myśl pojawiła się nagle.
Nie.. Nie chce o nim myśleć..
-Na pewno nie mogłabym..
-Nie. Nie możemy cię stracić..
-Panie Dowódco.. Jestem tu po to aby walczyć.
-Tak to oczywiste ale nie możemy ryzykować utraty ciebie czy innych utalętowanych. To jeszcze nie jest ostateczna bitwa.
Westhnęłam.
Wraz z Markiem wyszłam z gabinetu. Na korytarzu spotkałam Wiktora. Był trenerem..
-Wiktor poczekaj!-dogoniłam go.
-Tak?
-Ty idziesz na tamtą akcje prawda?
-Yhm.. Niestety.
-Wiesz kto jeszcze?
Wiedział o kogo mi chodziło.
-Jest na liście..
Mimo złości.. Nie chciałam aby mu coś się stało
-Będziesz na niego uważał?
-Myślałem że.. Ale dobrze. Rozumiem.
-Dziękuje. Na ciebie zawsze mogę liczyć.
Pomachałam mu na pożegnanie i poszłam się przejść.
Kolejna akcja na którą idę oznaczała kolejną szansę na spotkanie Adama.
Musiałam go wyciągnąć z tego.
Wybrałam się na schody w skrzydle gdzie nikogo nie było. Ta część jeszcze nie była używana.
Tu odnajdowałam zawsze spokój. Usiadłam na schodach w cieniu i oparłam się o ścianę.
Rozmyślałam o różnych sprawach.. Nie udało mi się jednak odgonić myśli o Dominicu.. Chciałam go zobaczyć, porozmawiać..
Może by wszystko było dobrze? Ale czy mogę mu od nowa zaufać?
Westchnęłam...
Od Dominica

środa, 7 września 2016
Od Lucy
Stała przede mną kobieta, ciemna blondynka. Była piękna, wysoka i biło od niej jasne światło, jakby zamiast jasnego tunelu pojawiła się ona.
-Gdzie jestem? Umarłam? - spytałam lekko przerażona.
-Nie. Jesteś pomiędzy. Straciłaś dużo krwi, Lucy... Przyszedł czas, by zainterweniować...
-Co? - wycedziłam zaszokowana. - Kim jesteś?!
-Twoją matką, Lu... - westchnęła smutno.
Zmroziło mnie, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć.
-Jednakże zjawiam się tylko wtedy gdy naprawdę muszę... a nie możesz wiedzieć o mnie ani o tym świecie wiele...
-Mamo... - wyjąkałam. - Nie usuniesz mi pamięci, nie możesz...
-Tylko ja mogę to zrobić ale w ważnych przypadkach i wyjątkowych, a to jest właśnie ta chwila.
-Porzuciłaś mnie...
-Musiałam. Byłam aniołem, gdy zjawiłaś się ty, jako dziecko z nieślubnego związku... musiałam cię oddać i odkupić winy...
-Nie wierzę w to. - pokręciłam głową zła. - Kłamiesz.
-Przykro mi, że mi nie wierzysz... jednak nie będziesz wiele pamiętać z tej rozmowy... usunę ci wspomnienie o mnie, agencjach... twoi znajomi również o niej zapomną. Finnick, Harry, Dennis, Christoph, Bronx i Fill.
-Nie rób tego...
-Przez swoją złość i chęć zemsty zabiłaś młodego chłopaka i zraniłaś ojca...
-Nigdy nie będzie moim ojcem! - krzyknęłam w rozsypce.
-Będziesz wiedziała o jego istnieniu. Z nim już rozmawiałam, nie mogę usunąć mało istotnych dla mnie rzeczy, tylko najważniejsze i te które nam zagrażają. Przepraszam córko, jednak muszę to zrobić.
-Kiedyś cię zobaczę? - spytałam ze łzami w oczach. - Kiedykolwiek?
Tylko się uśmiechnęła słabo, co mnie kompletnie załamało.
Świetnie, jestem niechcianym dzieckiem od początku do końca...
-Kiedy się wybudzę? Po usunięciu pamięci?
-Nie wiem. - pokręciła głową zmartwiona. - Może za parę dni...
-Ile tam leżę? Tam gdzie jestem teraz?
-W szpitalu leżysz już trzeci dzień. Zrobię co w mojej mocy by jakoś pchnąć cię do wybudzenia. Jednak pamięć stracisz o mnie jak i o agencjach bo gdy będziesz miała styczność z prawdziwym ojcem dowiesz się ponownie prawdy zapadając w kilkuletnią śpiączkę.
-Skąd to wiesz?
-Jestem aniołem. Twoją matką. Wiem takie rzeczy.
-Szkoda, że nie będzie cię na Ziemi. - mruknęłam zasmucona.
-Będzie wujostwo.
-Wujostwo? - powtórzyłam nie rozumiejąc.
-Ci, których uważałaś za rodziców to twoje wujostwo, moja siostra i jej mąż z synkiem Simonem. Musieli się tobą zająć po moim odejściu.
-Wszyscy o tym wiedzieli? - spytałam zrezygnowana. - Tylko nie ja?
-Zgadza się.
-Simon...?
-Kiedyś się dowiedział...
-Ale usunęłaś mu pamięć. - dokończyłam.
Kiwnęła głową.
-Jesteś bardzo mądra, jednak nie możesz żyć w tym świecie... wiem, że biologiczny ojciec nie dopuści do spotkania twojego z Mariką byś nie odzyskała znów części pamięci.
-Zapomnę też o niej?
-Tego nie wiem. Zależy jak bardzo to cię dotknęło, wieść o siostrze przyrodniej.
-Chcę się obudzić. - zamknęłam oczy zrozpaczona. - Zrób co musisz... proszę...
-Możesz się obudzić w różnym miejscu, różnym stanie i tak by nikt nic nie podejrzewał. To musisz wiedzieć... i nie martw się... - pogładziła mnie po policzku i...
Ciemność...
Nie wiem co się stało i jak straciłam przytomność. Jednak nie obudziłam się. Nie słyszałam wokół siebie głosów, nikogo nie widziałam, tylko ciemność. Miałam wrażenie, że byłam związana w koszmarze, jakimś złym śnie w którym jest tak przerażająco zimno, że atmosfera tworzy upiorny klimat. Drżałam, z niewiadomego powodu... miałam dziurę w głowie...
-... wypadek samochodowy z pijanym Finnickiem Odairem i Fillem Clearsonem. Poważne uszkodzenie głowy... być może utracić pamięć panowie, więc chciałbym aby śledztwo przeprowadzono nieco później po przebudzeniu pacjentki - najpewniej usłyszałam lekarza. - Nie wiem czy ma kogoś bliskiego...
-Panie doktorze, jakaś kobieta z małym chłopcem domagają się widzieć z dziewczyną. Twierdzi, że jest matką poszkodowanej.
Usłyszałam nerwowe stukanie wysokich obcasów mamy. Zirytowana mamrotała coś pod nosem na recepcjonistkę.
-Owszem, jestem matką! I według kodeksu prawneg....
-Proszę usiąść. - zaczął spokojnie lekarz. - Córka jest w stanie krytycznym... podobno samochód dachował, kierowcą był Finnick Odair, jej kolega ze szkoły. Byli pijani, jednak dziewczyna była trzeźwa. Chłopcy mieli więcej szczęścia, jakimś cudem...
-CO Z MOJĄ CÓRKĄ? - wycedziła mama.
-Nie wiemy kiedy się obudzi...
-Zabiję tego gówniarza. - warknęła. - Gdzie ten Finnick?!
-Prosze się uspokoić... wyszedł ze szpitala z badań kilka godzin temu. Dziewczyna utraciła dużo krwi, ma złamaną rękę, dwie rany otwarte i gdy tu dotarła była przygnieciona...
-Proszę skończyć... - wycedziła. - Mogę tu zostać?
-Jednak nie za długo... prosiłbym o przemieszczeniu się w ciągu dziesięciu minut na korytarz. - usłyszałam kroki oddalające się dość szybko i trzask drzwi.
Poczułam, bardzo niewyraźnie jak mama łapie mnie za lodowate dłonie i lekko je ściska.
-Jesteś blada, cała sina... dlaczego z nimi jechałaś...? Kochanie... - szepnęła i zaczęła płakać, wtedy się kompletnie odłączyłam od rzeczywistości.
Na razie byłam w szoku, a co dopiero gdy się obudzę...?
Pamiętałam wszystko oprócz wypadku... co było przed i jak znalazłam się w samochodzie z nimi? Z tą dwójką, skoro nigdy z nimi nie jeździłam...? Czemu się nie mogę obudzić...?
Od Mariki
Tata został oddany pod opiekę najlepszych lekarzy. Chodziłam wściekłanpo korytarzu.
Jak on mógł zdradzić mamę?!!! Przecież ona go tak kochała!!!! W dodatku na pewno nie było to przed ich ślubem. Z tego co wiem to ta dziewczyna jest młodsza ode mnie o rok!!! Byłam już kiedy mój ojciec zabawiał się z jakąś anielską dziwką!
-Może Pani wejść do ojca. -powiedział lekarz.
Nie wiem czy chciałam go oglądać po tym wszystkim. Mimo wszystko jednak go kochałam. Tylko on mi został. Mamy już nie mam.. Nie mogłam jeszcze go stracić.
Weszłam na salę. Ojciec miał się dobrze. Kula przeszła na wylot. Zszyli go tylko.
-Musimy porozmawiać-wysyczałam.
-Wiem..
-Kim była ta dziewczyna??
-Słuchaj.. To była tylko jedna noc. Byłem pijany.. Potem nie miałem z nią kontaktu. Z matką Lucy. Po roku dostałem od niej wiadomość że była w ciąży ale dziecko oddała. Nie przejmowałem się tym. Miałem ciebie.. Twoją matkę. To was kochałem.
-Jak mogłeś nie przejmować się swoim dzieckiem?!
-Nie chciałem was stracić..
-Mama wiedziała?
-Tak..
-I nie zostawiła Cię?!
-Nie.. Ona mnie kochała. Nie chciała odejść a poza tym chciała abyś miała prawdziwy dom.
-A ty.. Jak mogłeś w ogóle ją zdradzić?! Ona była taka dobra..
-Nadal tego nie moge zapomnieć.. Potem.. Już ani razu nie skosztowałem akoholu i ani nie spojrzałem na inną kobietę.
-Wiedziałeś że córka naszego dostawcy jest tak na prawde twoją?
-Na początku nie.. Myślałem że się nie wyda..
-To źle myślałeś..
-Wybacz..
-Co teraz zamierzasz z tym zrobić?
-Nic.. Nadal będę walczył.
-Wiesz że wydałam wyrok śmierci na Lucy kiedy została porwana przez naszych?
-I co z tego?
-I co z tego?! U diabła! To mimo wszystko twoje dziecko! Onało co nie umarła!
-Mówiłem Ci że ona mnie nie obchodzi..
-Jesteś potworem..
Po prostu wyszłam. Byłam na niego wściekła! Sama jednak też źle się czułam.
Omało nie zabiłam nieświadomie swojej przyrodniej siostry.. A ojciec o tym wiedział.
Jednak.. Ona chciała nas zabić. Może to tylko z zemsty.. Ale mimo wszystko strzeliła do mojego.. Naszego ojca. Nie wybaczę nawet podniesienia ręki na członka mojej rodziny. Nawet jeśli to zrobiła moja przyrodnia siostra.
W duszy jednak chciałam ją bliżej poznać..


