-Bez powodu rysujesz szubienicę...? - mruknął rozbawiony Jamie.
Ocknęłam się i spojrzałam na zeszyt.
-Czego nie rozumiesz? Spadaj czy mojego tonu ostrzegawczego?
-Wy dwoje zostaniecie po lekcjach. - uśmiechnął się. - Zrobicie zadanie jako pierwsi a ja chętnie je sprawdzę.
-Ale... - zaczęłam gorączkowo.
-Jakiś sprzeciw, panno Collins? - warknął Brooks, a ja zerknęłam wściekła w stronę Jamiego.
Roześmiał się.
-Ups...
Po teście z biologii rozglądałam się nerwowo w stronę korytarza, czy nie mignie mi gdzieś ojciec. Wtedy będę zgubiona, po prostu chyba się powieszę. Jamie siedział ze mną w tej samej sali a Brooks wyszedł zamykając nas w niej.
-A więc, panno Collins, kłopoty rodzinne? - zaczął niespodziewanie Jamie. - Przez ojca czy matkę? Albo przez brata?
-Przeginasz.
-Ależ skąd. - odparł niewinnie. - To jak? Jesteś za bardzo tajemnicza, otwórz się na mnie.
Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na niego.
-No co? - parsknął.
-Powiesz mi, czemu to robisz? - zmrużyłam oczy.
-Pracuję na satysfakcjonująca mnie ocenę. - zaśmiał się.
-Nie o to pytam.
-A o co? - zdziwił się i wyprostował.
-Czemu za mną łazisz? Po co tak wypytujesz na siłę o moim życiu rodzinnym i prywatnym?
-Bo mamy zadanie...
-Dobrze wiemy, że nie chodzi tu tylko o głupie zadanie Brooksa. - odparowałam z kamienną twarzą. - Naprawdę nie mam ochoty ani czasu na wygłupy, Jamie.
-Nie wiem o co ci chodzi. - parsknął.
-Wiesz i to bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się tajemniczo i wstałam w stronę drzwi.
-Zamknął je. - zauważył po chwili milczenia.
Parsknęłam zirytowana.
-Zawsze ma zapasowe. - wyjęłam je z jego płaszcza i zwróciłam po chwili otwierając drzwi.
-Dostaniesz pałę... - napomniał licząc, że to mnie zatrzyma.
Odwróciłam się do niego, stał tuż przede mną, co mnie lekko zaskoczyło.
-Chcesz to zaliczyć na dobrą ocenę? To musisz zostać i sprawiać pozory, że ci zależy. - zaczął mnie przekonywać. - Wiem, że jestem przystojny i tak czy siak mi się nie oprzesz.
-To, że jesteś przystojny nie zmienia faktu, że coś kombinujesz.
-Czemu uważasz, że musze coś kombinować?!
-Bo za bardzo zależy ci na informacjach odnośnie mnie. - spojrzałam mu badawczo w oczy.
Zamilkł.
-Ale - zaczął szybko. - możemy się jakoś dogadać, nie? Patrz, ty i ja razem zrobimy to zadanie zamiast dochodzić kto co knuje, powiesz mi trochę o sobie, albo jak chcesz zapiszesz na kartce. - wskazał na notes, a ja zerknęłam na niego.
-Nadal mało przekonujące.
Westchnął zrezygnowany.
-Kończą ci się asy w rękawie, Romeo? - spytałam lekko rozbawiona.
-Czemu akurat Romeo? Już wolę Aim..!
-Bo po sobotniej imprezie dowiedziałam się, że jednak walisz na kilka frontów.
-Co?!
-Ja, Evelyn, Stephanie się kręci obok ciebie...
-To napalone na mnie wariatki, jestem tu poszkodowany! - zaśmiał się.
-A ja nie wierzę w ani jedno słowo, Jamie. - odparłam poważnie. - Nie jestem taka głupia, jak zresztą mogłeś zauważyć.
-No, czyli coś o tobie jednak wiem. - parsknął. - Czemu się tak nerwowo rozglądasz?
-Znów seria niewygodnych pytań? - uniosłam brwi.
-Ale polepszył ci się humor. - uśmiechnął się widząc mój lekki uśmiech. - Skoro wyznałaś mi poprzednio, że jesteś bezdomną możesz skoczyć ze mną w miasto.
-Nie, nie mogę.
-Bo?!
-Nie umawiam się z...
-Przystojniakami? - wtrącił rozbawiony. - A ten twój kumpel, Christoph czy jak mu tam?
-On jest bliskim przyjacielem. - sprostowałam. - Ty tylko kleszczem.
-Kleszczem!?
-Przyczepiłeś się do mnie.
-Zaraz tam przyczepiłem.. - machnął ręką. - Po prostu... intrygujesz mnie.
Zaczęłam się śmiać.
-Dobry Boże, nie słyszałam nigdy głupszego tekstu. Zajrzyj do Google, tam może coś znajdziesz. - parsknęłam. - Chodź. - kiwnęłam w stronę miasta.
-Jednak idziesz? - zdziwił się.
-Zaraz się rozmyślę. - spoważniałam.
Wyszliśmy na już ciemne ulice Portland.
-Znasz jakiś dobry klub? - spytał.
-Nie wiem nawet, że tu jakieś są. - wzruszyłam ramionami a on spojrzał na mnie zaskoczony. - No co? Nigdy nie chodziłam na imprezy to skąd mam wiedzieć?
-Bez sensu. Twoi rodzice... sorry. Miałem nie pytać. - zaśmiał się.
-Ta, moi rodzice tacy są. Mają swoje zasady których muszę przestrzegać.
-Powiedziałaś mi to bez mojego nalegania, co za nowość. - parsknął.
-Bo myślisz pewnie, że zapraszając mnie do jakiegokolwiek baru czy klubu, upijesz mnie i wydobędziesz potrzebne ci informacje. - wyjaśniłam.
-No, dobra jesteś. - zaśmiał się. - Czyli rozumiem, że nie pójdziesz ze mną do żadnego klubu czy baru? - posmutniał.
-Pomyślę. - spojrzałam na niego.
-To co proponujesz? Można jechać do Seattle, to kawałek...
-Możesz mnie odwieźć do Chrisa zaraz po tym jak wyjdziemy z klubu. Tak, możemy iść, ale nie piję.
-No dobra. Zaraz, czemu do Chrisa.
-Wyjaśnię w barze.
Gdy siedzieliśmy w środku miałam mieszane uczucia. Wiedziałam, że Jamie jest tu bo ma jakiś interes co do mnie, nie kręci się wokół mnie bo mu się podobam czy nawet chce mnie przelecieć, po prostu czegoś chce. Nie wiem czego, muszę być ostrożniejsza.
-Mieszkam teraz u Christopha. - wyjaśniłam.
-Zbuntowana Collins uciekająca z domu? - parsknął. - Masz wszystko, co ci nie odpowiada?
-Moja matka.
Postanowiłam, że więcej nic mu nie powiem. Musze uważać.
-Co twoja matka ma do uciekania z domu?
-Nie ważne. W każdym razie wiem, że ojciec zaraz zacznie mnie szukać, muszę zmienić miejsce pobytu...
Nagle usłyszałam znajomy głos przy barze.
-Nie widział pan może tej dziewczyny? - facet pokazał zdjęcie barmanowi.
To mój ojciec, o boże. Obejrzałam się dla pewności.
Od razu chciałam się zapaść pod ziemię. Spojrzałam nerwowo na Jamiego.
-Kto to? - spytał, ale domyślał się odpowiedzi.
-Mój ojciec.
Znów dziwnie się zachował, jakby dostał w prawdzie to, czego chciał.
-Schowaj mnie, zrób coś, proszę. - szepnęłam gdy barman zaczął rozglądać się po sali.
Jamie jakoś dziwnie niechętnie wstał i pociągnął mnie w stronę ludzi na parkiecie i wyszliśmy wyjściem ewakuacyjnym.
-Odwieź mnie do domu... - poprosiłam spanikowana.
-Co on cię bije czy jak, że się tak boisz?
-Po prostu nie chcę tam wracać. Szukał mnie w szkole, pewnie wie, że wzięłam tygodniowe wolne...
-Tygodniowe wolne? Nie będzie cię w szkole?
-No tak.
-Wiesz co, pewnie będzie cię szukał u Chrisa, wpadnij do mnie.
Spojrzałam na niego jak na kretyna.
-Powaliło cię, tak? To już ten moment zaawansowanego upośledzenia?
-Chcę pomóc. - odparł spokojnie.
-Dobra... - westchnęłam. - Jedna noc. - zaznaczyłam.
-Wstępujemy do Chrisa?
-Nie, on pewnie wysłał swoich ludzi.
-Kim jest twój ojciec?! Biznesmenem!?
-Od kilku dni stał się znanym założycielem firmy prawniczej, ma wielu prawników, tych najlepszych w biurze w Seattle, w dosłownie godziny stał się znanym, bogatym celebrytą o którym piszą w mediach... ma ludzi, ochroniarzy, jest ich pełno. Wysłał pewnie część by mnie znaleźć. Pewnie są już u Chrisa albo byli. U ciebie mnie nie znajdą. To są jacyś pieprzeni profesjonaliści...
-Skąd o tym wiesz?
-Pisali w gazecie, czytałam o nim u Chrisa rano przed szkołą... - wyjaśniłam.
Gdy odwróciłam wzrok z prowadzącego już samochód Jamie'go, wjechał w nas jakieś czarne auto. Straciłam przytomność.
Dopiero po godzinach ją odzyskałam. Nie widziałam przy sobie Jamie'go, tylko stał obok obcy facet ,który ciągnął mnie w nieznanym mi kierunku. Przyprowadził mnie do dziwnych wytatuowanych kolesi, byłam przerażona.
-A więc to Collins. - zaśmiał się facet stojący przede mną. Obok niego było dwóch z bronią przy pasie, a obok mnie stał jakiś blondyn.
Milczałam, zamurował mnie strach.
-Lepiej, żebyś wszystko mu powiedziała. - mruknął blondyn na ucho.
-Twój ojciec nielegalnie handluje bronią, nabojami przeciwko nam...
-Wam? - spytałam nie rozumiejąc.
Zaśmiał się.
-Lepiej, żebyś nie wiedziała kim jesteśmy, słonko.
-Gdzie Jamie? - zadrżał mi głos.
Zaśmiał się blondyn stojący obok.
-W bezpiecznym miejscu. - mrugnął do mnie.
-Kim jesteście?
-Skoro nalegasz... jesteśmy upadłymi aniołami, droga Lucy. A twój ojciec handluje z nie fajnymi osobami, które zagrażają nam wszystkim. Oczywiście, pewna organizacja również robi co może, by uratować was, ludzi, ale moja mała grupka zareagowała osobiście, gdyż lekko się zdenerwowałem gdy usłyszałem, że naboje są sprzedawane na nas, aniołów.
-Nie istnieją anioły... - parsknęłam nerwowo.
-Oczywiście, nic nie będziesz pamiętać o tym co ci powiedziałem, ale tymczasowo potrzebuję konkretów, a ty mi je dasz. - zacisnął szczękę.
Nagle do środka wparował wściekły Jamie. Odepchnął blondyna stojącego obok mnie przepychając się do zdaje się, szefa czteroosobowej grupy.
-Załatwię to. - wycedził przez zęby.
-Za długo to trwa. Ile wasz pierdolony system załatwia takie rzeczy?! - wybuchnął upadły anioł, aż podskoczyłam. - Jesteś jednym z najlepszych a zachowujesz się jak baba. - warknął. - Ile można...
-Bo powiesz o słowo za dużo. - odparł blondyn.
-W dupie to mam! Jeden od nas już padł, łowcy na nas zaczęli polować odkąd jej ojczulek handluje tym gównem. Ile zajmuje ci przejęcie umysłu tej dziewczyny, co, Jamie?!
-Ona jest inna. - warknął. - Potrzebuję czasu.
-Niech będzie.
Podszedł do mnie przywódca aniołów. Dopiero po chwili wyprostował się zaszokowany.
-Nie działa? - szepnął. - Czemu to nie działa?! - wybuchnął.
-Mówiłem, że jest inna.
Upadły anioł spiął mięśnie, wyszedł na chwilę.
Patrzyłam na Jamie'go cała przerażona. Blondyn nadal trzymał moje ramie, ściskając je mocno. Jednak milczałam, nawet nie pisnęłam słowem do Jamie'go.
Anioł wrócił a wraz z nim związana czarownica.
-Rób co należy. - nakazał.
-Co ja mam zrobić? - spytała cicho.
-Prawo... - zaczął zaskoczony brunet stojący jako strażnik.
-Prawo mnie teraz nie interesuje. Mówiłem, że przyda nam się odrobinę magii. Usuń jej pamięć, to co tu zaszło. - zwrócił się do czarownicy. - Wypuszczę cię potem..
Dopiero po godzinie udało się... usunąć mi pamięć...
Obudziłam się w łóżku... nie swoim. Zerwałam się szybko i wpadłam na Jamie'go.
-Co ja tu... - zaczęłam zdenerwowana.
-Zasnęłaś w aucie jak jechaliśmy do mnie. Śpiąca królewna wyspana? - oparł się o ścianę.
-Nie spałeś ze mną w jednym łóżku... tak?
Roześmiał się.
-Przeleciałem jak spałaś. - parsknął.
-Nie byłeś w szkole? - spytałam zaskoczona.
-No przecież nie zostawię cię samej, Collins. - zrobił smutną minkę a ja uniosłam brwi.
-Nadal uważam, że coś knujesz. - uśmiechnęłam się.
-Głodna? - zmienił temat.
-Zmiana tematu ci nie pomoże... głowa mnie boli...
Podał mi tabletkę.
-Pigułka gwałtu. - wyjaśnił rozbawiony. - Nie bój się, to nic takiego.
Chyba pierwszy raz od dawna na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Połknęłam tabletkę.
-Myślałem, czy cię nie przebrać, ale...
-Zamordowałabym cię. - przerwałam mu ostro, a on sie roześmiał.
-Wiem. - parsknął. - Więc zdjąłem tylko kurtkę, wybacz!
Uniósł ręce w geście obronnym.
-Wieczorem zadzwonię do Chrisa i spytam się czy mogę wrócić po swoje rzeczy. Potem odstawiłbyś mnie do najbliższego jakiegokolwiek hotelu, w którym wcześniej upewniłbyś się, że nie ma ludzi ojca... mógłbyś?
-Pewnie, skarbie. - mrugnął do mnie.
-Nie mów tak do mnie. - pogroziłam palcem.
-Bo co? Pobijesz mnie? - parsknął.
-D e b i l . - mruknęłam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz