Miałam wątpliwości co do całej tej sytuacji. Wolałabym najchętniej zająć się sobą i wrócić na studia, ale raczej w obecnym ''stanie'' lekarzem nie zostanę. Bella nie polubiła mnie, czułam to. Wzrok który na mnie spadł z jej strony oblałam obojętnością, Sophie nigdy jeszcze się nie ucieszyła na mój widok tak jak kiedyś gdy po prostu wracałam do domu ze szkoły, gdy była mała zawsze to Dominic był jej ''oczkiem w głowie'', jednak teraz sprawa przyjęła inny obrót.
Gdy przyszło kilku chłopaków z watahy Dominica nie poznali mnie, obserwowali pogwizdując ale też czuli, że jestem wampirem. Brzydziłam się siebie, jednak gdy dodało mi to atrakcyjności patrząc w lustro... nie miałam odruchów wymiotnych i zapominałam na chwilę o tym kim jestem naprawdę. Jednak w swoich oczach umarło życie i chęć do niego... po tym co zrobił ze mną Simon wolałam się zemścić i go zniszczyć, jednak na razie cieszyłam się, że Sophie mnie nie znienawidziła.
-Widziałaś się z tatą? - spytała na ucho.
-Tak. - westchnęłam.
Wiedziałam jak postąpił w stosunku do niej, jednak znałam go. Miałam kontakt z ojcem cały czas, wiedziałam, że kocha nas w dalszym ciągu. Mała rozumiała... powinna przynajmniej. To nie pierwszy raz gdy okazał się kompletnym dupkiem bez serca i niereformowalnym pracoholikiem, jednak nie wolno winić go za tę chorobę. Nie chciał nawet tego leczyć, praca go pochłonęła gdy tylko doszedł do awansu i mianowano go szefem tej pieprzonej firmy a co za tym idzie - zmienił się i stał się egoistą.
Jednak wiele razy powtarzał mi przez telefon, mimo mechanicznego głosu, że mnie kocha i szkoda, że moje rodzeństwo tego nie zauważa. Poparłam z tej strony brata i siostrę gdyż wielokrotnie zostali wystawieni w pole i sprawił im wiele przykrości. Dominic go nienawidzi, Sophie ma nadzieję na to, że kiedyś zainteresowanie do jego własnych dzieci znów powróci.
-Kto to? - usłyszałam szept, zdaje się Flynna, gdy podszedł do Dominica wychodzącego z samochodu.
-Moja siostrunia. - warknął i z obrzydzeniem mnie wspomniał.
-Niezła jest. - odparł Carl. - Zmieniła się..
-BO JEST WAMPIREM? - westchnął Dominic.
-No może, ale Katherine też jako wampir była niczego sobie...
Wkroczyłam do akcji idąc z oparciem Sophie. Flynn zmierzył mnie z uśmiechem, Hugo się w ogóle nie zmienił, a całą reszta wręcz przeciwnie.
-Dawno was nie widziałam. - uśmiechnęłam się.
-Cóż za zmiana. - odparł Alberto, nieco ostrzej.
Ta, on teraz to za bycie dziwką i wampirem mnie znienawidzi. Jeśli w ogóle dopadli myśli Dominica o mnie to nie ma się co dziwić, że ma o mnie takie a nie inne zdanie. Co poradzę? Simon manipulował mną jak chciał, a ja głupia robiłam co mi kazał. Teraz się zmieniłam... sama czuję do siebie wstręt.
-Jednak jesteś wampirem. - mruknął Matt obserwując mnie ciekawie.
-Niedługo całe miasto obleje się krwią... - odparłam obojętnie. - Ale chyba mi pozwolicie, przecież coś muszę pić?
Spojrzeli na mnie strąceni z tropu.
Parsknęłam.
-Żartuję! Dobre to było, nadaję się na aktora. - westchnęłam rozbawiona.
-Co cię tak bawi, hm? - warknął Dominic.
-Ależ ty jesteś czepialski. - wtrąciła Sophie.
Zaśmiałam się.
-Bella zniknęła ze szpitala. - zaczął braciszek lekko zdenerwowany.
Nagle zza rogu domu pojawiła się ona.
-O wilczycy mowa. - odparłam chłodno.
Znów zmierzyła mnie wzrokiem, wiedziałam, że jeśli jest wilkiem a na dodatek mnie nie zna to uruchomi się jej instynkt obronny i będzie czuć do mnie lekką nienawiść i niepokój, ale jak zwykle musiałam podejść do obecnej sytuacji obojętnie.
-A, właśnie. - przerwałam cichą wymianę zdań między bratem a tą dziewczyną. - Widział ktoś łowcę, nieco rozszalały... zgubiłam go w lesie...
-A czy przypadkiem nie miał wpaść do kościoła? - spytał Cody.
-Cody, słodziaku. - uśmiechnęłam się do niego. - Taki brunet, wysoki.
-Pogonił jakiegoś wielkiego mutanta wilkołaka w las.
-Och... - westchnęłam. - Animaka.
-Ani co? - pojawiła się jakaś brunetka.
-Sporo was. - zaśmiałam się. - Animak. - wyjaśniłam dziewczynie. - Natomiast, ja, jestem Sarah. - podałam jej rękę.
Niepewnie ją ścisnęła.
-Powiesz mi więcej o animakach?
-Pewnie. Chodź ze mną.
Dominic złapał mnie za ramię gdy oddalałam się z dziewczyną.
-Tylko ją skrzywdzisz, a cię połamię. - warknął mi do ucha.
Spojrzałam mu w oczy i zaśmiałam się.
-Wow, już się boję! - udałam przerażoną i poszłam przed siebie.
Usiadłyśmy w miejscu gdzie kiedyś palono ognisko.
-Jestem Katherine, nie przedstawiłam się... - wypaliła zdenerwowana.
-Animak - zaczęłam. - to przeklęta hybryda. Mutant, który podczas pełni nie panuje nad sobą i zmienia się w kompletnego szaleńca... czarownicą służyły jako słudzy, a według bajek i legend Drakulą jako posłańcy po ofiary w postaci ludzi.
-Mój chłopak... jest animakiem... - szepnęła zrozpaczona.
Matko, jaka drama się zrobiła z powodu jednego faceta...
-Spoko. - uśmiechnęłam się do niej pocieszająco. - Pełnie są raz w roku jak dobrze pójdzie. Zwykle jeszcze świadomi jako ludzie znikają i zamykają się w dobrym miejscu by nie zranić osób bliskich zanim stanie się bestią.
-A ten łowca który z tobą przyjechał to... to Jeremy... mój brat.
-Wiem. - uśmiechnęłam się szeroko. - Mówił, że wraca do ciebie a ze mną po to, by pomóc.
-W czym pomóc?
-Wspominał również, byś żyła w niewiedzy bo się wszędzie wtryniasz. - roześmiałam się.
Gdy wyczułam zapach który aż zapiekł mnie w nozdrza musiałam iść. Pobiegłam przed siebie, był już wieczór gdy wytropiłam do końca jednego z nich.
Weszłam przez okno do hotelu, jednak trafiłam na moment gdzie koleś nie spał. Spojrzał na mnie, a ja przyłożyłam palec do ust by był cicho.
-Co ty tu robisz? - wypalił wstając.
Stanęłam przed nim i uśmiechnęłam się patrząc mu prosto w oczy pełne przerażenia. Ujrzałam, że lewą ręką próbuje wymacać na szafce nocnej pistolet.
-Przyszłam żeby cię zabić. - odparłam lekko rozbawiona.
Rzuciłam go na ścianę, oderwałam lewą rękę którą chciał mnie postrzelić. Zanim oderwałam mu głowę spojrzałam w oczy i uśmiechnęłam się.
-Każdy z was tak skończy, Simon zginie ostatni. Jakieś słowa na koniec twojego marnego żywota? - spytałam niewzruszona.
-Nie zabijaj mnie, Sarah... nie chcieliśmy...
-Słabe słowa jak na taką chwilę. - wzruszyłam ramionami i oderwałam mu łeb.
Krew była wszędzie, skorzystałam z jego łazienki i umyłam się, po prysznicu wyskoczyłam przez okno w mrok nocy i wróciłam do domu.
-Gdzie byłaś? - warknął Dominic stojąc w progu.
Uśmiechnęłam się.
-Jestem już duża, sama się skontroluję, braciszku. - powiedziałam słodkim głosem.
Dopiero wcześnie rano gdy usłyszałam jak brat wychodzi na wartę, wyszłam w przeciwnym kierunku. Pobiegłam na plażę. Uśmiechnęłam się do pięknego wschodu słońca. Byłam wrażliwa na naturę ze względu na mój dar, oczywiście czerpałam go z natury i jak się okazało niedawno, mogę nią władać. Było to nieco trudniejsze, jednak codziennie musiałam to ćwiczyć.
Poczulam wzrok na sobie, jednak nikogo nie widziałam. Zignorowałam to uczucie i uklękłam. Wplotłam dłoń w sypki, ciepły piach i wokół mnie szalał wiatr. Czułam, jak się ze mną łączy, ziemia, woda, roślinność... wszystko należało do mnie. Poczułam przyjemne uczucie wolności żywiołów, zamknęłam oczy i wiatr ustał, woda się uspokoiła...
Słyszałam ciche szepty, które zawsze mi towarzyszyły podczas łączenia. Na razie mogłam tylko tak działać z żywiołem wiatru, wody nie próbowałam ujarzmić. Poczułam jak wszystkie problemy znikają i staję się wiatrem, gdy pomyślałam o lekkiej, chwilowej wichurze ona nastąpiła tylko w okół mnie, piach zaczął wirować wokół mnie, wszystko działo się w okół mnie, było to cudowne uczucie mieć to w garści. Relaksowałam się, cudownie się przy tym czując, niewiarygodne odprężenie i przyjemność panowała nad moim ciałem, poczułam ciepło słońca, które zaczęło mnie ogrzewać. Piach stawał się cieplejszy, czułam się cudownie.
-Sarah? - usłyszałam głos Flynna.
Wszystko ustało. Wiatr szalejący dookoła mnie znikł, piach upadł na swoje miejsce, fale zmieniły się w spokojną taflę wody. Otworzyłam oczy i patrzyłam na rękę która chce oferować mi pomoc w staniu z kolan. Przyjęłam pomoc i wstałam, otrzepując się.
-Toby cię szuka... twoja mama coś ma ci do... powiedzenia...
-Mama? - powtórzyłam bezgłośnie.
-Wszystko dobrze? - spytał niepewnie.
-Tak,tak... yhm... dzięki... - wymamrotałam i pognałam do domu.
Z nią nie rozmawiałam, bałam się. Od kiedy doszły mnie słuchy że przestała mówić lekko się wystraszyłam, ale nie mogłam wrócić przez tamte okoliczności...
Weszłam do domu i widząc ją stojącą w kuchni padłam jej w ramiona. Pogłaskała mnie po chwil po włosach i westchnęła cicho.
-Moja córeczka... - szepnęła, a ja zamknęłam oczy i wtuliłam się w nią.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz