-Nieźle się tu urządziłeś, łatwo cię wytropiliśmy.
-Znacie mnie jak nigdy. - odparł nerwowo.
-Słyszałam o Katherine, zaginęła a tu czuję jej krew...
-Pomyłka... - wycedził.
-Hm, możliwe. - odparła zdenerwowana, że zarzuca jej kłamstwo.
-A więc co was sprowadza? - spytał.
-Ludzi tu masz sporo, czy to...
-Nie,nie. Nie planuję armii.
-Dobrze, podoba mi się to, że chociaż ktoś umie się dobrze odżywiać. - nacisnął Kol.
Nie krzyczałam, bo wiem, że taki jest najwidoczniej plan... bez powodu by tu nie przyszli. Will... to Will zaczął działać... wiedziałam to.
-To może obiad podać? - spytał ze śmiechem Marcel.
-Skoro nalegasz. - odparł pospiesznie Kol.
Dopiero gdy wyszli pojawił się Marcel. Nachylił się i spojrzał czerwonymi, napełnionymi krwią oczami i z uśmiechem pogłaskał mnie po głowie.
-Dobrze się spisałaś, byłaś cichutko. W nagrodę dziś z ciebie nie wypije.
Patrzyłam na niego zła, nienawidziłam go. Gdy wstał dopiero spuściłam wzrok, a wtedy uderzył mnie.
-Myślisz, że to kurort wypoczynkowy? Nie ma tak dobrze.
Nachylił się i mnie ugryzł. Nie miałam nawet sił krzyczeć. Straciłam przytomność.
Od Willa
Gdy dostałem wiadomość od Rebbeki, że Marcel niczego się nie spodziewa i podała miejsce gdzie jest Katherine chciałem tam gnać od razu. Jednak poszedłem do Matta i o wszystkim mu powiedziałem. Kazał nikomu nie ruszać się stąd dopóki wszyscy się nie zjawią. Moi przyszli nieco wcześniej, zły i zniecierpliwiony powiedziałem, że wyruszam z moją watahą wcześniej.
-Nie ma takiej opcji Will. Jesteś u mnie i masz się mnie słuchać czy tego chcesz czy nie. - warknął, jednak miałem to gdzieś.
Moi przemienili się i pognali do wyznaczonego kierunku. Ja nie musiałem się zmieniać i było mi to obojętne, że cała grupa braciszka dowie się, że jestem hybrydą. Zbliżyłem się do brata i spojrzeliśmy sobie w oczy.
-Powinieneś to rozumieć, bracie. - warknąłem. - Róbcie co chcecie, ale ona może walczyć o życie.
Odbiegłem tempem wampira przed siebie, za moimi wilkami. Gdy w trakcie usłyszałem walkę poszedłem w jej stronę, za drzewami na niewielkiej skale zobaczyłem, jak moi są atakowani przez ludzi Marcela. Mogłem się tego spodziewać.
Vayne radziła sobie doskonale, Emmet również, Simon i Edy pracowali razem, pozostałe pięć osób doskonale sobie radziło. Po chwili dobiegła do nas cała reszta, gdy zobaczyłem Marcela nawet nie zastanawiałem się na nic. Gdy ujrzał mnie i Klausa, spanikował, rzucił się do ucieczki. Zaczęliśmy go gonić, gdy przebiegliśmy przez pole walki Klaus zatrzymał go, a ja w postaci wilka zbliżałem się do niego. Mój pomocnik złapał go za kant kurtki i rzucił mi go na śnieg. Zmroziło go, wpatrywał się we mnie szukając drogi ucieczki.
Gdy nagle wpadł na nas rzucony umyślnie wilkołak, okazał się to być Cody. Skomlał z bólu, musiał mieć coś poszkodowanego. Klaus kiwnął mi i zmienił się w czarno brązowego wilka, pomógł wstać młodemu i oboje pognali by wykończyć resztę. Ja miałem osobne zadanie i Klaus wiedział, że nie spocznę dopóki go nie wykończę.
Pognałem za nim, czułem jego trop i kurczowo trzymałem się go, gdy doprowadził mnie do jakiegoś opuszczonego wielkiego wręcz garażu prowadzącego do fabryki, wbiegłem tam przez otwarte drzwi garażu. Rozszarpywałem każdego wampira na swojej drodze, siałem w nich panikę bo byli nowo narodzeni i nie wiedzieli nic o wilkołakach, bali się. Czułem, jak zabijam niewinnych ludzi, jednak czułem ich chłód który aż szczypał w oczy.
Niespodziewanie za mną pojawił się Dominic w postaci wilka, który również pomógł mi odgrodzić drogę do mojej Katherine. Byłem wściekły, zadanie by wykończyć Marcela należało do mnie i tylko do mnie. On miał co do niego najmniejszy kłopot i najmniej spraw, ja miałem ich mnóstwo, musiałem go zabić sam.
-Nie myśl o tym nawet. - usłyszałem jego głos w swojej głowie.
Zawarczałem i rzuciłem się na niego, uderzył o ścianę a ja w tej chwili zmieniłem się w człowieka, w ubraniach. Lustrował mnie długo, nieco zdziwiony.
-Tak, jestem hybrydą. I gówno ci do Marcela, jasne? Możesz mi wyczyścić drogę. - prychnąłem złośliwie.
Gdy się odwróciłem poczułem jak zaciska szczękę na mojej ręce, odrzuca mnie do tyłu i ujada jak dziki kundel. Podniosłem się z ziemi i spojrzałem na rękę, jak zrasta się w kilka sekund a krew tylko skapuje na ziemię z już czystej i nietkniętej dłoni.
-Pomóż swoim. Jeśli cię zaatakują będę musiał to olać. - mruknąłem i ruszyłem przez siebie tempem wampira nie chcąc tracić na niego czasu.
Gdy czułem jego smród za sobą westchnąłem wściekły. Czułem zapach Kath jak i Marcela. Wszedłem do środka, wyważając drzwi, które uderzyły w ścianę naprzeciwko. Gdy Marcel odsłonił Kathie zamarłem. Zacisnąłem zęby i zanim pojawił się Dominic rzuciłem się na Marcela, katowałem go, aż twarz pękała mu po lewej stronie. Błagał bym przestał, jednak wpadłem w trans. Dopiero usłyszałem warknięcie Dominica coś na wzór paniki i złości, zmartwienia.
-Will... - szepnęła cicho.
Wyrwało mnie jak zaklęcie, odsunąłem się od Marcela który jeszcze żył. Podniosłem go za dredy i przytachałem Dominicowi, rzuciłem mu w paszczę a on przegryzł go na pół. Przegryzł również łańcuchy które uniemożliwiały mojej ukochanej poruszanie się. Była cała pogryziona, jednak wpadła mi w ramiona mimo wyczerpania, westchnęła z ulgą.
-Jesteś tu... - szepnęła znów.
Moje serce drgnęło. Nie mogłem znieść jej wyglądu. Ile wycierpiała?
-Jestem i cię stąd zabieram. - odparłem i wziąłem ją na ręce delikatnie.
Dominic podążył za nami. Gdy wrócił do swojej watahy by pomóc im w rosnącym ciągle liczniku nowo narodzonych Kath wtuliła się we mnie mocniej.
-Będę musiał wrócić do Orleanu. - mruknąłem.
-Jadę z tobą. - odparła bez namysłu.
-Tak. Kocham cię i chcę być z tobą.
Nic już nie powiedziałem. Cieszyłem się, że nic już jej nie grozi i mogę z nią wyjechać nie zostawiając jej tu w dalszym niebezpieczeństwie.
Wziąłem ją do siebie, najlepiej się nią zajmę. Moja wataha walczyła jednak wiedziałem ze świetnie sobie poradzą.
Gdy wrócili wszyscy w jednym kawałku zlustrowalem każdego orientując się ile strat ponieśli. Jednak kilku miało tylko pogruchotane kości, Emmetem nigdy nikt się nie przejmował bo z nim to jak z czołgiem pancernym. Vayne spojrzała na mnie z bólem w oczach. Owszem, wiedziałem ze coś do mnie czuje jednak dawałem jej wielokrotnie ze nic z tego i przyjęła to do wiadomości. Jednak to wpojenie, nie odchodzi ot tak.
Wiedziała, a raczej czuła ode mnie zapach Katherine, spuściła wzrok i zacisnela żeby. Odrzuciła swoje długie szare włosy i odeszła z Emmetem. Do niego się odzywala co chwile, najwięcej rozmawiali jednak nikt nigdy nie wiedział o czym.
Przyszedł Dominic i niechętnie wpuscilem go do środka. Wszedł do Katie i zostawiłem ich samych.
Od Kath
Gdy wszedł Dominic lekko mnie zaskoczył fakt ze tu jest.
-Jak się czujesz? - spytał zmartwiony.
-Lepiej. Jednak dalej trochę bolą te ugryzienia...
-Teraz będzie tylko lepiej, nie obejrzysz się nawet jak wyjdziesz stąd i zaczniesz znowu marudzić na wszystkich i mnie wkurzać.
-Dominic... ja... ja zanim z tego wyjdę to mnie juz tu nie będzie.
-Co?
-Wyjeżdżam z Willem. Nie wiem na jak długo, chyba na zawsze.
-Po cholerę?
-Kocham go i chce jechać z nim do Orleanu... wiesz, zacznę studia..
-Tam jest niebezpiecznie!
-Wszędzie jest.- odparłam. - juz postanowiliśmy obydwoje... kochamy się, chce z nim jechać... zacząć życie jako człowiek... z nim czuje się bezpieczna... pierwszy raz w życiu mam swój własny punkt zaczepienia, wiem ze dom jest tam gdzie Will... przykro mi... ale wyjeżdżamy jak tylko poczuje się nieco lepiej i znikną mi te rany.
-Z nim jest bezpiecznie?! Jest hybrydą i nie dba o zasady moralności! Wygląda jak koleś z mafii a ty...
Wstał i machnął ręką, wyszedł a za niego wstąpił Matt. Uśmiechnął się do mnie.
-Kto by pomyślał że tak zawrócisz wszystkim w głowach.
-Będzie mi was brakować. - szepnęłam.
-Zawsze możesz nas odwiedzić.
-O ile będę tu mile widziana.
-Zawsze będziesz. Pilnuj siebie i mojego brata. Teraz ma dla kogo żyć i nie będzie ryzykować życia... w końcu. - zaśmiał się.
Wyszedł a ja zjadlam i zasnęłam w objęciach Willa gdy wrócił z patrolu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz