czwartek, 30 czerwca 2016

Od Emilie

  Życie na Ziemi podobało mi się coraz bardziej. Nowy dom, mimo, że kilka domów dalej dawało mi możliwość do wejścia w nowy rozdział. Niestety - musiałam urodzić w normalnym szpitalu. A ciąża dawała o sobie znać. Nosiłam w sobie dziecko które najprawdopodobniej może zniszczyć świat, jest tykającą bombą i tylko najwyraźniej ja mogę je wychować i zdecydować czy chcę by wiedziało o swoich mocach. Co powiem gdy spyta o tatę? Odszedł? Zniknął? Nie wiedziałam na razie co powiem... miałam na to trochę czasu. Nie okłamię go, to sobie przyrzekłam.
  Udało mi się pracować w jednej z redakcji, pisałam felietony i takie tam głupoty, musiałam zacząć zarabiać a pieniądze na koncie zatrzymać na czarną godzinę gdy sprawy się pokomplikują i zainteresowanie dzieckiem się powiększy.Będę musiała uciekać. Nie obronię go sama. W moim świecie nie jest bezpieczny, a aniołom ufać nie mogę. Nikomu nie mogę.
  Wróciłam z pracy i oparłam się o drzwi gdy je zamknęłam. Złapałam się delikatnie za brzuch, co jakiś czas miałam mocne skurcze, nie przepracowywałam się. A przynajmniej sie starałam.
  Czułam, że poród nadejdzie niedługo... Jestem na tyle silna, że go zniosę. Tylko czy dziecko...
  Nie mogłam myśleć źle, wszystko będzie dobrze.
  Nawet nie znałam płci dziecka, nie chciałam jej poznać. Wolałam się dowiedzieć po porodzie. O imieniu nie myślałam w ogóle, ani jeśli chodzi o dziewczynkę czy też chłopca. Miałam zbyt wiele na głowie, musiałam wszystko poukładać. Amy jako wampirzyca mogła mi pomóc, a raczej sama odwalała robotę z robieniem obiadu, chociaż rzadko go jadłam. Nie musiałam. Nie wiem czemu nie odczuwałam głodu. Tylko smutek, strach i obawę, że ktoś wkroczy do naszego życia (mojego i dziecka) i je zniszczy. Chcę je wychować w spokoju a nie z licznymi przeprowadzkami i uciekaniem nie wiadomo dokąd. Bałam się. Ale musiałam być dobrej myśli.
  Jako że było mi ciężko odwiedzać mój świat będąc w ciąży mogłam zaufać Erykowi który jako upadły anioł wszystko miał pod kontrolą. Nie był moim zastępcą, dowodził aniołami, był w tym świetny, miałam w nim przyjaciela.
-Co się stało? - powtórzyła pytanie Amy, łapiąc mnie za rękę.
  Otworzyłam oczy. Spojrzałam na nią nieprzytomnie powoli wracając do rzeczywistości.
-Wszystko dobrze...
-Mówiłam, żebyś się nie przemęczała! - krzyknęła zła, tupiąc nogą jak rozzłoszczona mała dziewczynka. - Przecież nie musisz pracować! Widziałaś swoje konto bankowe?! Co ci to da, że pójdziesz do pracy!?
-To życie na Ziemi, Amy. Muszę zarabiać by płacić rachunki za ten dom. - odparłam spokojnie idąc w stronę kuchni.
-Ale co z pieniędzmi na koncie? Po co ci one? - spytała podbiegając do mnie. - I siedź na dupie!
-Nie rób ze mnie kaleki. To, że jestem ciężarna nie znaczy, że mam być tak traktowana. Poza tym pieniądze są na ucieczkę, plan awaryjny.
-Myślisz źle...Kto chciałby wam zagrozić?
-Są różne przypadki.
-Jesz coś? - opadły jej ręce.
  Uniosłam brwi, patrząc na nią kpiąco.
-Nie, przestań. Nie mów, że nie masz ochoty...
-To nic nie mówię. - wzruszyłam ramionami.
  W kilka minut podbiegła do mnie z talerzem pełnym w smakowitości, gotowała cudownie, zapach kusił coraz bardziej ale powstrzymywałam się. Nie jestem głodna.
-Chcesz się wychudzić?
-Spójrz na mnie, ja i szczupła? - roześmiałam się. - Wyglądam jak słonica.
-Siedź tu na tej kanapie i jedz bo nie ręczę za siebie. - posadziła mnie na kanapie.
  Ja za to złapałam laptopa i zaczęłam pisać reportaż do pracy.
-Co ty...
-Piszę do pracy.
-Masz jeść!
  Posadziłam laptop na moim wielkim brzuchu i uśmiechnęłam się do niej.
-Zaraz. - mruknęłam wlepiając wzrok w komputer.
  Odeszła zła, wychodząc z domu.
  Naszła cudowna cisza, w moim starym domu zamieszkała właśnie Amy ze Stefanem. Chyba ze sobą kręcili, fajnie, że mogłam im dać nowe życie. Troche mnie to osłabiło, oby nikt się o tym nie dowiedział... będzie afera. Mam nadzieję, że o dziecku też nikt nie wie.
  Pogładziłam się po brzuchu, odłożyłam laptopa i wpatrywałam się w rosnące maleństwo we mnie.
-Kocham Cię... - szepnęłam. - I tylko Ciebie kocham...
  Będę matką. To tak cudownie brzmi. Tak pięknie to brzmi, a jeszcze lepiej gdy powie pierwsze słowo i to będzie ''mama''. Nie będę latać z obiektywem i robić mu zdjęcia bo to powiedziało, nie zapiszę na kartce i nie zawieszę na lodówce. Po prostu się uśmiechnę, przytulę je i zetrę z oczu łzy. Chcę zostać matką. Może i samotną, ale matką. Zastąpię mu ojca. Chociaż wiem, że to nie możliwe, ale zrobię co w mojej mocy...

(sorry że krótkie, ale na telefonie jeszcze w deszczu szłam XDDD)

Od Dean'a

Przeciągnąłem zimnymi dłoń po twarzy. Usiłuje utrzymać oddech w normalnym
tempie, jednak niekontrolowana czkawka niweczy moje plany.
Ukrywam rany pod materiałem koszuli. Staram się nie patrzeć w odbicie w posadce
by nie widzieć kwitnących sińców. Wiem ,że są wszędzie, zdobią moją skórę
krwawym fioletem. Czołgam się mozolnie w stronę zaplecza, chciałem się ukryć. 
Mam nadzieje na chwilę spokoju, chcę odpocząć, mam liczne rany, które nieustannie
krwawią. Liczę na cud, biorę pod uwagę to ,że jedna z nich jest w stanie mnie zabić,
jeśli nie znajdę pomocy medycznej to może być ze mną kiepsko. Tutaj w barze, a właściwie
na jego zapleczu walczę z myślą o gwałtownej ucieczce i krzyku, ale to mogłoby
zdradzić ,że jeszcze tu ktoś żyje. Nie mam nikogo kto by mi pomógł, wszyscy nie żyją,
a rodzina, no cóż... W barze na podłodze, na szafach, krzesłach i stołach leżą trupy,
dokładne wiem kim oni wszyscy byli, ale skąd to wiem? Nie mam pojęcia...
Wydaje się ,że leżę tu oparty o ścianę zaplecza od wielu lat, czuje ,że wszyscy
zapomnieli już o moim istnieniu. Krzyczę wewnętrznie, robię to tak rozpaczliwie ,że mój
głos tonie w bólu zdartego gardła a przecież jestem cicho, nic nie mówię... 
Krzyk we mnie materializuje cierpienie, to jak modlitwa, wciąż łudzę się ,że Bóg mnie usłyszy,
ale Boga już nie ma, odszedł. Gdyby tego nie zrobił już dawno pozwoliłby mi umrzeć.
Drzwi otwierają się ponownie. Przez pięć sekund spiąłem wszystkie mięśnie by podkurczyć nogi.
Mój oddech zamiera, chcę się ukryć pomiędzy workami pełnymi ziemniaków, cofam się bezszelestnie o milimetry do tyłu. Skóra na moim ciele płonie, ale teraz musiałem siedzieć cicho.
Zatrzymuje drżenie ciała, nie pozwalam sobie na panikę. Przykładam dłoń do miejsca, w które zostałem  uderzony, by ukoić pulsujące pieczenie.
Przez chwilę myślę, że rana na twarzy krwawi intensywniej
niż myślałem, ale ku mojemu zdziwieniu, zauważam jak łzy mieszają się z krwią. Płaczę?
Czy ja...? Wkładam resztki energii w opanowanie emocji, kiedy on wchodzi na zaplecze
i patrzy się na mnie, śmieje się, jego głos rozchodzi się po całym lokalu i jest
coraz głośniejszy. Kolejne ciosy o ściany łamią moje kości. Nie wiem ,dlaczego
się tam nad mną znęca, czułem się niewinny i bezbronny, a przecież to nie prawda...
Usiłuje utrzymać się na nogach lecz on rzuca mną o ściany nie dotykając mnie,
znęca się, nie lubi szybkich śmierci. Nie mogę upaść, nie mogę...
W końcu mogę osunąć się na ziemię, ukrywam się w kącie, z udawaną godnością
przyjmuje ból, nie stawiam oporu. Jestem beznadziejnie uległy. Wyprany z uczuć.
Dopiero kiedy jego palce chwytają moje włosy, przerażanie rozdziera mi płuca.
Chwila włosy? Przecież nie są wystarczająco długie by je złapać z taką
siłą. Słysze kilka obelg na które nie zwracam uwagi, rozpływają się w mojej
podświadomości. Mrożąc oczy przyglądałem się ciemnej sylwetce i z przerażeniem
stwierdziłem ,że to ja, teraz role się zmieniły ja byłem oprawcą a w dłoni trzymałem
ciało kobiety, rozwarłem uścisk a ona opadła bezwładnie na worek z kartoflami.

Opłukałem dłonie z krwi i wyszedłem jakby nigdy nic, ciary przechodziły mi przez plecy,
ale nie dlatego ,że właśnie wyszedłem z baru pełnego trupów tylko dlatego ,że takie
sytuacje zdarzają mi się niezwykle często. Wróciłem do domu.
Mijałem stare mieszkanie Emilie, usłyszałem melodię dobiegającą z niego.
Nie wiedziałem ,czy komponuje ją z własnych mglistych wspomnień czy naprawdę dobiega
ona do moich uszu, taka była niewyraźna. Ale rozpoznałem tę melodię i zacząłem nucić ją
pod nosem. Miałem ochotę uronić kilka łez, wiedziałem ,że dom jest pusty a ta melodia
towarzyszy mi już dłużysz czas. Nie zrobiłem tego jednak. Nawet nie przystanąłem tam by przyjrzeć się pustym murom, chociaż chciałem ale moje ciało zignorowało ten sygnał, dumnie poszedłem dalej.
Gdyby tylko istniał ktoś kto mógłby mi podpowiedzieć co mam robić, dlaczego tak nie panuje
nad sobą a ostatnio moje życie jest snem na jawie. Dlaczego stałem się takim dupkiem?
Dlaczego wszyscy na to pozwalają? Demonom się to podoba, popierają moją mimowolną kandydaturę na przywódcę.
Czy istnieje świat w którym jest ciągła walka? W którym wszyscy zasługują na śmierć?
Takie miejsce w którym będzie miejsce dla mnie, a raczej dla tego kim się staje.
I nagle mnie olśniło, przecież jest taki świat, tylko jak się tam dostać a nie umrzeć,
nie panuje tam żaden przywódca i nie ma do tamtego miejsca ,żadnej bramy, można się tam dostać
tylko wtedy gdy jest się istotą nadnaturalną i się umrze, ale ja nie mogę umrzeć.
Szybko znalazłem rozwiązanie tej sytuacji poszedłem do starego przyjaciela którego wcześniej
wyciągnąłem z czyśćca, teraz on w ramach rekompensaty mnie tam wprowadzi, będzie musiał
umrzeć ale to nic, pójdzie z nami człowiek i wyciągnie go spowrotem, tylko w ten sposób potwór
może opuścić czyściec.
Wszystko było już gotowe, ja, człowiek i dłużnik, niezwykle łatwo nam to poszło, byłem już w Czyśćcu,  a oni wyszli bez szwanku. Coś tu nie grało, i faktycznie miałem racje.
Obudziłem się ze snu, znów otaczała mnie sterta rozszarpanych ciał ludzi.. .

Od Julii

NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!
NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!
NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!
NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!

Obudziłam a przed sobą znowu zobaczyłam te cudowne niebieskie kule. Oczy Adama były cudowne.  Adam patrzył się na mnie zmartwiony.
-Julia?
5 liter, 2 sekundy, kilka ruchów warg.. świat stanął. Nie oddychałam.
-Spokojnie.-powiedział dotykając mojej dłoni.
Zerwałam się. Kilka szybkich bić serca. Uchroniłam się przed jego dotykiem który na początku mnie zaskoczył lecz wróciła szara rzeczywistość.
-Nie dotykaj.
Dotknij mnie. 
-Coś się stało?
-Nie dotykaj.
Dotykaj. 
-Przepraszam nie chciałem zrobić Ci krzywdy.
To ja Ci zrobię krzywdę.  Nie dotykaj.
Milczałam. 
-Julia???
Spojrzałam się na niego.
-Dlaczego tu jesteś?? 
Milczałam.
-Powiedz mi. Proszę.
-Dlaczego tu jesteś??-powtórzyłam jego pytanie.
-Za karę. Teraz ty powiedz. Dlaczego tu jesteś???
-Muszę tu być.
-Dlaczego??
-Jestem niebezpieczna.
-Nie jesteś wariatką.
-Jestem zagrożeniem dla wszystkich, dla ciebie.
-Ktoś Cię skrzywdził? Dlatego boisz się jak ktoś Cię dotyka??
-Jestem niebiezpieczna, zagrożeniem.
-Nie prawda.
Chciał dotkąć mojej dłoni. Odsunęłam się. 
-Nie bój się.
-Nie dotykaj.
-Julia nie zrobię Ci krzywdy. 
Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie ruszam się. Jego dłoń się zbliża. Dotyka mnie.
Od tylu lat nikt mnie nie dotykał. Czuję dziwne, nieznajome mi emocje. Coś cudownego. 
Zabrałam dłoń. 
Dopiero teraz uświadomiłam sobie że nic mu nie zrobiłam. 
-Widzisz??? Nic Ci nie zrobiłem. 
-Jak..
-Spokojnie.
Przytulił mnie. 
Jego dotyk dawał mi odczuć emocje których od dawna nie odczuwałam. Czułam się wspaniale. 
-Boli Cię coś??? Czemu płaczesz?? 
Płakałam. Moja twarz była już mokra. 
Zasnęłam w jego ramionach. 


(mecz jest potem wiecej napisze :* )





środa, 29 czerwca 2016

Od Emilie

  Mój brzuch stawał się coraz większy. Martwiło mnie to, bo to dopiero pierwszy miesiąc. Nikt nie mógł wyjaśnić dlaczego wyglądam na ciężarną w 7 miesiącu. Mimo tego nadal uprawiałam magię i starałam się uczyć więcej. Czułam, że jestem potężna, siła powoli mnie okrążała, z każdej strony mogłam na nią liczyć. Byłam dość silna bym zasługiwała na tytuł pani tego miejsca.
  Można powiedzieć, że wyszłam poza schemat. Moje umiejętności sięgały szczytów, umiałam coraz więcej. Byłam z siebie dumna. Nauczyłam się dawać życie, czyli moi przyjaciele mogą zacząć od nowa. Jednak jeśli dowie się o tym niebo będę musiała odpowiadać przez ich ''sądem''. Nie mogłam sobie od tak sobie używać mojej umiejętności. Nawet Bóg czy archanioły jej nie używają.
  Weszłam do pokoju gdzie siedziała Amy wraz z Erykiem. Wspominali swoje dawne życie, kiedy byli szczęśliwi, kiedy ja byłam, gdy wszystko było tak doskonałe na swój sposób. Powoli zaczęło zżerać mnie sumienie. Przeze mnie zginęła Amy - broniła miejsca gdzie się znajdowałam. Eryk jest w prawdzie żywy ale uwięziony tutaj. Przez kogo? Przeze mnie.
-Może wrócimy tam na chwilę? - spytałam przerywając im.
-Jak? - spytała Amy ze łzami w oczach. - Jestem jak hologram tam na Ziemi. Niczego nie mogę złapać, nie mogę niczego zrobić, nikt mnie nie widzi...
  Do środka wszedł Stefan. Kolejna osoba martwa. Którą ja zabiłam.
  Jak mogę im patrzeć w oczy?
  Może dlatego, że stałam się kompletnie nie czuła na nic ani na nikogo? Jedynie co mnie wzrusza to łzy mojej przyjaciółki.
-Wskrzeszę was. Ale nie będziecie mogli tu wrócić...
-Jak to? Możesz nas wskrzesić? - spytała zaskoczona Amy.
-Mogę... ale anioły gdy się dowiedzą...
-Przecież jak mają się dowiedzieć? Nie wiedzą nawet o naszym istnieniu... a raczej nieistnieniu... - odparła.
  Westchnęłam.
-Nie zaszkodzi to dziecku? - spytał Eryk ściągając brwi.
-Nie. Próbowałam tego raz na zwierzętach... działa.
  Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Nikt do tej pory nie miał takiej mocy by wskrzeszać. Jednak ja będąc potomkiem Lucyfera odziedziczyłam jego umiejętności. Władał kamieniem filozoficznym, coś jak kamień wskrzeszenia. Tylko on go miał, umieścił go w sobie. Teraz widocznie ja posiadam ten kamień.
-Zrobię to. Wskrzeszę was...
-Ale nie możesz nas tak zostawić. - odezwał się Stefan.
-Nie zostawiam. Będę przy was, kiedy mnie poprosicie wtedy się pojawię. Do końca ciąży muszę sie tu ukrywać, potem wrócę na Ziemię i będę musiała zapewnić dziecku dom na jaki zasługuje. Chociaż w części.
-Dobrze... więc... co zrobisz? - spytała Amy.
  Eryk uważnie mnie obserwował.
-Stójcie w bezruchu.
  Wykonali polecenie.
  Zamknęłam oczy, podchodząc do każdego z nich i przykładając dłoń do miejsca gdzie powinno być serce. Wysłałam ich na Ziemię. Każdego do tego samego miejsca. Zaraz gdy wysłałam Amy i Stefana spojrzałam na Eryka.
-Idziesz?
  Do domu wszedł Klaus.
-A mnie to nie łaska wskrzesić? - opadł na kanapę.
  Spojrzałam na niego z odrazą.
-Nie zasłużyłeś na to. - odparłam oschle.
  Podniósł się i chciał się na mnie rzucić, odepchnęłam go tylko lekkim machnięciem ręki. Uderzył plecami o ścianę i upadł na podłogę.
  Przeklinał pod nosem podnosząc się.
-Zyskałabyś gdybyś mnie wskrzesiła. - spojrzał mi w oczy.
-Nie sądzę. Wyjdź stąd albo sama cię wyniosę.
-Nie wyjdę dopóki mnie nie przywrócisz do życia. Żyłem pieprzone tysiąc lat u boku twojego ojca! - krzyknął.
  Spojrzałam na Eryka.
  Pstryknęłam palcami a po chwili Klausa wyniosło dwóch upadłych aniołów.
  Miałam ich pod swoją ''opieką''. Byli jak moja armia, upadłych aniołów przybywało znacznie więcej a lądowali tutaj. I należeli do mnie.
-Zajmę się porządkiem podczas twojej nieobecności Em. - uśmiechnął się popijając whiskey. Przytulił mnie a ja nawet go nie dotknęłam.
  Już do tego przywykł... że nie lubię dotyku mężczyzn.

  Na dole czekała już na mnie rozradowana Amy, Stefan i Nathalie. Byłam zaskoczona, Zdążyli ją powiadomić. Miała dwójkę dzieci, bliźniaki. Spały na kanapie w moim domu - nie mogłam teraz go sprzedać. Na szczęście nie zdążyłam.
  Siedziałam na krześle słuchając żartów Amy. Zawsze była w tym mistrzynią.
-A pamiętacie jak Emilie ukradła samochód? Policja przyjechała na miejsce zdarzenia i jej nie było! A niby jest taka grzeczna, no aniołek normalnie.
-Ukradłaś samochód? - spytała zaskoczona Nat. - Ile mnie ominęło!
-Samochód jej ex, musiała pojechać do Great Salt Lake by odnaleźć ojca... ale się pokomplikowało.
  Amy nie wypowiadała imienia ''ex''. Nawet nie był ''ex''. Był przelotem. Dzięki tylu aktualnych spraw na głowie miałam czas by się uodpornić na uczucia, te najgroźniejsze dla mnie i najsilniejsze które mogłyby mnie psychicznie osłabić. Nie to, że już nie jestem w stanie kochać. Chodzi o to, że nie chcę być kochana. Unikam tego, eliminuję uczucia i wkładam do jednej z szufladek. Miłość do mojego dziecka rosła i tylko pragnęłam, by przyszło na świat. Szkoda tylko, że ma rodziców jakich ma. I nasze geny zniszczą mu życie, po prostu go zaczną opętywać. Jak demon który pragnie cierpienia i śmierci. Powoli zaczną się problemy, z wiekiem stanie się coraz silniejszy a ja będę musiała go pilnować, uczyć nad tym panować. Cieszę się, że mam przy sobie Amy i Stefana. Pomogą mi w jego wychowaniu, nie będę w stanie sama wszystkiego robić. Chociaż będę się starać.
  Do drzwi ktoś zapukał. Podniosłam się i przyłożyłam rękę do drzwi. Ujrzałam przed nimi Crowley'a. Wzięłam głęboki wdech. Spojrzałam na roześmianych przyjaciół i musiałam wybrać. Albo zaryzykować ich nowe świeżę życie by mnie kryli czy sama zaryzykuję.
  Wyszłam za drzwi patrząc na niego. Zakryłam brzuch koszulą, co niewiele dało.
  Patrzył się w moje oczy jakby czegoś tam szukał.
-Witaj, Emilie. - uśmiechnął się.
  Nic nie odpowiedziałam.
-No nie bądź na mnie zła... - zrobił minę zbitego psa. - Gdzie się ukrywałaś? Hm? Jak uciekłaś i kto cię uwolnił z mojej cudownej, sielankowej klatki?
-Kłamstwo nazywasz sielanką?
-Mogłaś sobie tam żyć bez żadnych zmartwień...
-Z wymyślonym małżeństwem, Samem i jego bratem? Z tym, że Lucyfer został zamknięty a tak naprawdę nie żyje?
-Jak to nie żyje? - zmarszczył brwi.
-Przecież sam go zabiłeś.
-Dobra,dobra, co jak co ale ja go nie zabijałem...
  Wydawał się mówić serio. Jednak nie interesowało mnie to.
-Czego chcesz? - spytałam.
-Wiedzieć, czyj ten bachor. - uśmiechnął się złośliwie.
  Uniosłam dłoń i uderzyłam go o mur domu robiąc delikatny ślad w ścianie. Moje oczy zaświeciły się na biało. Trzymałam rękę patrząc na niego zaciskając zęby.
-To dziecko. I dokładnie wiesz do kogo należy.
-Nie gadaj, że do Deana... - wyrwał mi się.
-Lucyfer wszystko zaplanował.
-Co zaplanował?
-Chciał by to dziecko się narodziło. Żebym ja była matką a Dean ojcem. Maczał w tym swoje moce. Ugrał to jakoś, nie wiem jak.
  Zaskoczony spojrzał na brzuch.
-Siódmy miesiąc? Przecież uciekłaś dwa miesiące temu...
-Rośnie zbyt szybko.
-Kto o tym wie?
-Niebo. - odparłam niewzruszona. - Mam w nich oparcie. Będą mnie chronić do czasu porodu.
-Mówisz tak, jakbyś mi ufała.
-Nie ufam. Ale wiem, że mogę ci to powiedzieć. Jestem na tyle silna, że jestem w stanie ochronić dziecko.
-Dean wie?
-Nie. - nagle rzuciłam nim na koniec podwórka. - I się nie dowie.
-Kurde, spokojnie... Nie uderzę cię dlatego, że jesteś w ciąży! - parsknął i zjawił się przede mną.
-Milcz. Jeśli piekło się o tym dowie, każde piekło w każdej części świata będą kłopoty.
-Czyżbyś sądziła, że jestem aż takim plotkarzem?
-Po prostu daj spokój i zajmij się swoimi problemami i Deanem, który rozpieprzy niedługo twoje piekło.
-Nie chcesz go ratować? - spytał znów robiąc minę zbitego psa.
-Nie. Jest dorosły. Sam o siebie zadba. Ja mam swój problem. - zamknęłam mu drzwi przed nosem i wróciłam do znajomych.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Od Julii

NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!
NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!
NIE JESTEM WARIATKĄ! NIE JESTEM WARIATKĄ!

Obudziłam się. Przed sobą zobaczyłam zmartwioną twarz współwięźnia. Odsunęłam się obawiając się jego dotyku. Usiadł na uradzonym łóżku i patrzył się na mnie.
Nagły hałas odwrócił jego uwagę. Moja też.
Klapa w drzwiach się otworzyła i dwie miseczki z jedzeniem nieznanego pochodzenia zostały na niej położone.
Współwięzień zerwał się na równe nogi i poszedł po jedzenie.
-Kurwa!-syknął zabierając rękę z miseczki.
-Trzeba odczekać 3 minuty.-powiedziałam.
Jedzenie podawane jest nam w metalowych miseczkach które są bardzo gorące. Sparzyłam się nie jeden raz. Po czasie nauczyłam się czekać mimo głodu.
Chłopak spojrzał się na mnie zły ale odczekał parę minut.
Kiedy siedział na moim i swoim łóżku i jadł ja niepewnie wstałam i wzięłam swoja miseczkę po czym wróciłam w swoje miejsce.
Nigdy nie byłam pewna co właściwie dają mi do jedzenia. Głód sprawia, że pomimo tego iż jedzenie jest obrzydliwe, zjadam je.
Usiadłam przy oknie.




-Jak masz na imię?-zapytał ponownie.
-Jak ty masz na imię?
-Pierwszy zapytałem.
Milczałam. Uśmiechnął się. Był to uśmiech od którego mogły zmięknąć kolana. Był idealny. Był ładny. Nie mogłam oderwać wzroku od niego jednak przełamałam się i spojrzałam za szybę.
-Dlaczego tu jesteś?
Zabrali mnie z domu.
Milczałam.
-Ile tu jesteś?
997 dni.
-Jak masz na imię?-pytam.
-Adam. A ty?
Chcę mu ufać. Nie ufam mu.
-Mogę zgadywać?
Milczę. Współwięzień się zastanawia.
-Wiktoria?
Milczę.
-Patrycja?-zastanawia się znowu.-Julia?
Spojrzałam na niego mimowolnie zaskoczona.
-Julia.-uśmiechnął się.
To w jaki sposób wymawia moje imię jest cudowne. Dawno nikt nie wypowiadał mojego imienia.
Otulam się bardziej rękami. Spoważniał.
Wstał i rozsunął łóżka. Moje wróciła na swoje wcześniejsze miejsce. Oddał mi poduszkę. Podszedł powoli do mnie i okrył mnie moim i jego kocem. Zamarłam.
Dotknij mnie. Nie dotykaj!
Usiadł z powrotem na swoim łóżku i patrzył się na mnie a ja ukryłam twarz. Pierwszy raz od tak dawna... ktoś jest dla mnie choć w pewniej sposób miły.

Od Emilie

  Nadszedł dzień. Ten dzień sądu ostatecznego. Niebo miało poznać prawdę o mojej ciąży, o mnie i o nowym czyśćcu. Czułam niepokój, zbierałam myśli i zdenerwowana wbijałam sobie w ręce paznokcie. Ukrywałam się by dziecku nie stała się krzywda a teraz mam zaufać archaniołom? Nie mam wyjścia, muszę walczyć.
  Stałam w czarnym pomieszczeniu, czekałam aż pojawi się białe światło i rozbłyśnie ukazując szczegóły miejsca w którym się znalazłam. Nie mogłam wejść do nieba, nie jestem aniołem,umarłą ani archaniołem. Musiałam czekać przed niebem. Tu była nicość. Czerń, pustka.
  Czułam, że coś się zbliża. Wzięłam głęboki wdech i czekałam.
  Pojawił się przede mną Archanioł Gabriel. Był sam, tak jak prosiłam. Tak jak się umówiliśmy. Zadowolona momentalnie się uspokoiłam, moje obawy same się rozwiały.
-Witaj, Emilie.
  Kiwnęłam głową nie bardzo wiedząc, jak mam się z nim witać.
-Nieprawdopodobne podobieństwo do Gabi. A jednak tyle was różni.
-Przejdźmy do rzeczy. - zwinnie uniknęłam tematu siostry. - Pokażę Ci co mam pokazać.
  Spojrzał na mój brzuch lekko zaniepokojony.
  Przyłożył dłoń do mojego czoła a wtedy ja zniosłam blokadę. Mógł szperać w mojej głowie, w myślach, ujrzeć to co w sumie chciał. A raczej to, na co mu pozwalałam. Odsunął powoli rękę i spojrzał mi w oczy.
-Niewiarygodne, jak szybko się rozwinęłaś.
-Co z dzieckiem? Co uważasz?
-Mogę? - spytał, przykładając powoli dłoń do brzucha.
  Skinęłam głową, przyglądając się co robi.
-Niezwykłe dziecko, przyznaję. Ale niestety, wiem jakie będą problemy gdy zacznie dorastać. Możesz nie wytrzymać porodu.
-Wytrzymam wszystko dla dziecka. Powiedz mi, czy mogę liczyć na waszą pomoc?
-Niebo nie może go przyjąć.
-Nie o to proszę.
  Uniósł brwi.
-A o co?
-Wiesz o mnie wszystko... prawda? Obserwowaliście mnie. Po śmierci Gabi?
-Tak.
-Wiecie kto jest ojcem?
-Wiemy. Dlatego martwi mnie, że dziecko będzie takie samo. A raczej na pewno będzie bardziej podobne do niego.
-Wiesz, że to sprawka Lucyfera?
-Wiem.
-Chcę liczyć na was gdy czyściec będzie w niebezpieczeństwie. To miejsce pomiędzy, do którego nikt nie ma wstępu. To teraz mój świat i mój dom. Nie mogę pozwolić by upadł.
-Pomogę ile będę w stanie. - odparł spokojnie, podając mi dłoń.
  Zaskoczona, że wszystko przebiegło tak doskonale podałam dłoń i lekko uścisnęłam.
-Pilnuj dziecka. Nikt go nie może dostać. Ufam Ci.
  Kiwnęłam głową.

  Następna była Manea. Chciałam by wyjaśniła mi wszystko co dotyczy mnie. Nie wiele jeszcze rozumiałam ale co jak co - mogłam jej zaufać.
-Sądzę, że dziecko powinnaś oddać mnie...
-Nie ma mowy. Zapamiętaj, że coś sobie obiecałyśmy. Pomogę ci tylko wtedy gdy będziesz mi wierna. Dziecko nie jest kartą przetargową ani rzeczą. Muszę również myśleć o jego bezpieczeństwie.
-I tak ma przesrane życie przez wasze geny.
-Powiedz mi więcej o mnie. - zażądałam.
-Nikt nie wie gdzie jesteś... tak samo Crowley się ukrywa. Próbowałam go śledzić ale wiesz, że do piekła nie ma wstępu. Jest ostrożny. Nie mogę się dowiedzieć co myśli o twoim zniknięciu.
-Na razie zostaw go w spokoju. Do urodzenia dziecka mam spokój. Niedługo wszyscy się dowiedzą o tym kogo mam w brzuchu i czyje to dziecko, będą kłopoty. Muszę do tego czasu wymyślić co zrobić, przewidzieć różne rzeczy...
-Przyszłość dziecka zależy od jego wychowania. Nie pozwól, by ktoś to naruszył.
-Nikt do tego nie ma prawa. Nikt nie ma prawa do tego dziecka.
-Wiesz, że to nieprawda.
-Wiem, że ja jestem matką i jedyną osobą która mu zostaje. Kocham tą małą istotkę. - uśmiechnęłam się lekko. - Ale wiem, że sielanka nie potrwa długo. Obmyślałam wszystkie formy ataku na mnie, gdyby ktoś chciał mi odebrać wszystko co mam.
-Crowley?
-Nie ufam mu już. Przejrzałam go na wylot. Nie nabiorę się już na nic. Nie będę go zabijać gdy spotkam na swojej drodze...
-Jak to?! - oburzyła się.
-Nie chcę go atakować. Nie teraz.
-Przecież tyle ci zrobił...
-Dam radę. Nie wie o dziecku... chyba... - przegryzłam wargę. - Rodzina Harrisonów się jeszcze nie wprowadziła, za tydzień oddaję im klucze. Do tego czasu muszę zabrać kilka rzeczy. Już późno. Do następnego. - kiwnęłam do niej i odeszłam.

  Gdy weszłam do domu było tu prawie pusto. Wszędzie kartony, zakryte meble. Miałam wrażenie, a raczej czułam tu czyjąś obecność. Zaparłam się, byłam czujna. Poszłam przed siebie, a zza ściany wyskoczył na mnie Sam.
-Co do...! - krzyknęłam gotowa do ataku.
  Mogłam go odepchnąć z łatwością, przeleciałby pół domu, gdybym się postarała i zebrała siły mógłby wylecieć przez ścianę.
-Musimy pogadać.
-Nie mamy o czym. - odparłam zła, chcąc minąć go i zabrać moje pudła.
  Złapał mnie mocno za ręce.
-Nie dotykaj mnie. - warknęłam.
-Naprawdę musimy porozmawiać.
  Ściągnęłam brwi i odsunęłam się od niego zakrywając brzuch tak, by nie zauważył delikatnego zaokrąglenia. Ale za późno.
-Czy ty...
  Przyparłam go do ściany nagle. Nie kontrolowałam tego.
-Masz nikomu nie mówić.
-Czy to dziecko Dea...
-Nie twój interes. - odparłam ze złośliwym uśmieszkiem.
-Przecież możesz mi zaufać...
-Jesteś jego bratem, do cholery! - szepnęłam.
-Tak się składa, że mam z nim ograniczony kontakt.
-Co mnie to interesuje?
-To, że go kochasz.
-Nikogo nie kocham.
-A widzisz? Jednak jego kochasz.
-Zamknij się. - wycedziłam przez zęby.
-Słuchaj, z Deanem jest źle...
-I co? Mam ci pomóc? Co to zmieni? Po co mam mu pomagać? Jest duży, sam o siebie zadba, robi co chce...
-Słuchaj, wiem, co się stało. Mówił mi. Zraniłaś go...
-I myślisz, że jak pojawię się przed nim to zmieni się nagle? - roześmiałam się. - Nie osłabiaj mnie. Wiem jaki jest. Manea powiedziała mi co zrobił Crowley. A Dean był tak ślepy że uwierzył w kłamstwa. Jego sprawa. Niech sobie robi teraz co chce....
-On jest rozwścieczony. Zrozum, to mój brat. Muszę go jakoś wyciągnąć. Ile razy on mi ratował tyłek, teraz muszę...
-Ja nic nie pomogę. - spojrzałam mu w oczy. - Mam dziecko w sobie. Skąd pewność, że mnie nie rozszarpie gdy mnie zobaczy? Ważniejsze jest dziecko, nie to, że uwierzył w kłamstewka Crowleya. Gdy wyszłam stamtąd za pomocą Manei ona wszystko pokazała, powiedziała. Lucyfer zaplanował wszystko. Mam w sobie dziecko Deana ale nie rozumiesz ile straciłabym gdybym pokazała się albo jemu albo Crowleyowi.
-Boisz się Deana? Nie mógłby cię skrzywdzić...
-Mógłby. - parsknęłam odsuwając się od niego. - Nie mów nikomu, że mnie widziałeś.
-Jedni myślą, że zabił cię Crowley, jedni, że zaginęłaś a drudzy że się ukrywasz. Gdzie się podziewasz?
-To zbyt skomplikowane, poza tym nikt nie może wiedzieć.
  Dotknęłam jego czoła i po kilku sekundach odsunęłam dłoń.
-Co ty zrobiłaś?
-Twoje informacje są bezpieczne. Mogłabym usunąć pamięć ale to lepsza wersja. Pamiętaj, nikomu o mnie nie wspominaj.
-Cas to słyszy.
-Co?
-Castiel...
  Wyszedł zza jego pleców.
-Nie mówiłeś... - pokręciłam głową zła.
-Przepraszam...
-Nie powinnam ci mówić... - złapałam się za głowę.
-Emilie... ja...
-Odejdź ode mnie. - powiedziałam czując napływ silnych emocji i mocy jaka mnie powoli oplątywała.
  Nie zdażył zrozumieć. Uniosłam się do góry powoli, pudła, kartony i meble wraz ze mną. Moje oczy zaszły czernią. Słyszałam prośby Sama bym przestała. Krzyczał. Bolało go to co robiłam. Ale co ja robiłam...?
  Byłam zbyt silna. Nie kontrolowałam tego przez chwilę, potem wszystko ustało. Wszystko opadło, a ja szepnęłam słabe przepraszam i wróciłam do swojego świata. Usiadłam na łóżku i pogładziłam się po brzuchu.
-Będzie dobrze kochanie... Nic ci nie grozi... obiecuję... - szepnęłam.

czwartek, 23 czerwca 2016

Od Emilie

  Spacerowałam po miasteczku w upalny, piękny dzień. Uwielbiałam takie. A moje miasteczko było jeszcze piękniejsze w taką pogodę. Tak. Moje. Okazało się, że stworzyłam coś pomiędzy piekłem a niebem. Nie wiem jak i kiedy to zrobiłam, ale dowodzi to temu, że najwyraźniej nie jestem taka słaba jak myślałam. Skoro umiem stworzyć odrębny świat dla pogubionych dusz... to jakby czyściec, ale coś na zasadzie takiej, że ja decyduję czy dana dusza jest na tyle czysta by mogła odejść.
  Nie wiem dlaczego stałam się kimś takim. Ale na pewno  o tym świecie będą mówić wszędzie. Skoro Gabriel wie co zrobiłam będzie chciał wejść tu i sprawdzić jak to wygląda. Tym bardziej, że jestem w ciąży z dzieckiem które prawdopodobnie może zniszczyć i piekło i niebo.
  Było tu tak pięknie. Tak spokojnie. Ludzie nie zwracali uwagi na nic. Mieli swoje malutkie problemy, zapewniłam tu taki byt, jak gdyby w ogóle nigdy nie umarli. Na pewno niebo będzie złe, że duchy wolą trafiać tutaj. Ale niestety ja decyduję kto tu powinien trafić. I kto ma tu wstęp a kto nie. Mania niedługo mnie będzie chciała przywołać. Jednak teraz nawet ona będzie miała z tym problem. Bo staje się silniejsza z dnia na dzień.
  Brzuch delikatnie się zaokrąglił, jednak czułam kopanie. Dziecko mogło urodzić się znacznie wcześniej niż mogłabym przypuszczać. Mimo tego, że moja ciąża różni się znacznie od zwykłej to nie martwię się, że przypadkiem mnie ''rozerwie''.
-Chodź tu wreszcie! Mamy do pogadania! - usłyszałam głos Manii.
  Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał krzyk.
  Wpadła na mnie starsza pani. Upadły jej zakupy a ja pomogłam jej pozbierać. Nikt nie wiedział kto jest stwórcą tego miejsca ani jak ma na imię. Tylko wiedzieli, że to kobieta. Nic poza tym.
-Przepraszam bardzo. - mruknęła.
-WRACAJ TU! WIEM, ŻE MNIE SŁYSZYSZ! - znów ona, tylko bardziej rozwścieczona.
  Podałam emerytce siatkę załadowanych już zakupów, podbiegł do niej mały dwunastoletni chłopiec. Chyba wnuk. Pomógł jej dźwigać a ja odprowadziłam ich wzrokiem z lekkim uśmiechem.
  Bycie tu było istną przyjemnością.
-CHODŹ TU DO CHOLERY! 
  Przewróciłam oczami i przeniosłam się do ''ciemności'' bogini etruskiej. Chodziła w jedną i drugą stronę, a ja złapałam się za mój lekko wydęty brzuch patrząc na nią z rozbawieniem.
  Bała się.
  Mój świat zagrażał jej piekłu? Czy po prostu bała się jak i niebo, że szykuję coś co zagraża wszystkim?
  Ach. Bała się też, że staje się silniejsza.
  Czyżby moce Lucyfera w pełni przechodziły na mnie?
  Mówił mi kiedyś, że nadejdzie ten czas że po prostu zniknie na kilka tysięcy lat a ja przejmę jego pałeczkę. Ale dlaczego myśli, że będę taka jak on? Że będę działać by go pomścić? Dlaczego nie przekaże pałeczki swojej kochance?
  Fakt. Ja jestem jedynym potomkiem a on już powoli się marnuje i kruszeje.
  Same moce go rozsadzają.
-Co ty sobie wyobrażasz?! - wrzasnęła i zbliżyła się do mnie. - Nie ma mowy, żeby nikt tam nie mógł wejść! To niemożliwe! - aż płonęła żywym ogniem ze złości.
  Byłam bardzo spokojna. Czułam świecki spokój w sobie, nie czułam strachu. Wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy.
-Nie zrobiłam tego umyślnie. - odparłam rozbawiona.
-Doprawdy?! To jakim cudem tak po prostu stworzyłaś taki świat?! Archanioły już gadają! Co ja im powiem?!
-Jestem bezpieczna tylko w swoim świecie. Przepraszam, ale niestety muszę tam odejść.
-Jak niby?! To dziecko to żywa istota, nie może tam wejść nikt żywy oprócz ciebie! Bo jesteś... Matko... nawet mi to przez gardło nie może przejść... panią tego świata który się powiększa, staje się silniejszy! Masz nad tym kontrolę?! Nie możesz stąd odejść!
-Nie? - spojrzałam na nią unosząc brwi.
-Nie zrobisz tego...
-Zrobię kiedy będę chciała. Chcesz odebrać mi dziecko, niestety... Nie mogę dopuścić do takiej sytuacji.
-Nic się nie znasz na prowadzeniu odrębnego świata! Nawet z piekłem byś sobie nie dała rady!
-Lucyfer... tak się składa... przekazał moc mnie. Bo jak się okazuje... zniknął. A wiesz, co jest najlepsze?
  Spojrzała na mnie, stojąc twardo przy swoim. Nie bała się mnie. Bała się konsekwencji i mojej mocy.
-Że ja jestem ostatnią osobą, która skrzywdzi kogokolwiek. Oczywiście, oprócz tych, którzy chcą położyć łapska na moim dziecku. Specjalnie stworzyłam ten świat by nikt nie mógł tam przychodzić. Żadne boginie, żadni ''królowie'' piekieł. Mogę dorównać siłą każdemu, każdego teraz mogłabym próbować zniszczyć. Ale wiesz co? Ja nie mam na to ochoty. Więc się odpieprz i zostaw mnie w spokoju i moje dziecko. Trzymasz język za zębami. Pomogę ci pomścić wszystkich którzy cię zranili ale musimy zawrzeć sojusz, bo potrzebujesz mnie i mojego dziecka a ja potrzebuje ciebie. - podałam jej rękę.
  Spojrzała w moje oczy a potem na rękę.
  To nie zwykłe podanie dłoni tylko zawrzenie paktu. Wie to.
  Westchnęła i uścisnęła mocno moją dłoń.
-Jesteśmy w kontakcie. - odparłam i przeniosłam się do swojego świata.
  Teraz już nawet moje ciało jest połączone z umysłem i jestem ''u siebie ciałem i duszą, umysłem. Teraz jestem sobą i królową tego miejsca która cały czas staje się silniejsze wraz ze mną i rośnie.

  W domu napotkałam Eryka który popijał whiskey. Wiedział, że idę. Patrzył na mnie.Nie czułam żeby był szpiegiem, choć mogło się okazać że nim jest. Przecież to anioł. Ale upadły. Więc nawet nie wie co planują archanioły i że w ogóle wiedza o tym miejscu.
-Gdzie byłaś? - spytał.
-Rozmawiałam z etruską boginią. Wiesz, kochanka Lucyfera.
  Wypił łyk whiskey.
-No co? - spytałam z uśmiechem.
-Dlaczego zawierasz znajomości z boginiami piekieł?!
-Nie powiem, że jej ufam. Ale zginie jeśli nie dotrzyma mi danego słowa.
-I tak nikomu nie grozi tu krzywda od kogoś z zewnątrz.
-No nie grozi. Nie ma opcji by ktokolwiek się tu dostał. Ale potrzebne mi sojusze w razie kłopotów. Z niebem sama się rozmówię gdy będzie taka potrzeba.
-Mam nadzieję, że wiesz co robisz.
-Wiem. Najpierw musze chronić dziecko...
-Nie wrócisz do ''życia''?
-Dam sobie radę. Mogę urodzić tutaj, przecież jestem tu ciałem, tu jest jak na innej planecie. Wszystko tak samo jeśli chodzi o moje egzystowanie. Duchy to duchy ja to ja.
-Dobrze... Zaproponowałbym - wskazał na szklankę. - ale jesteś ciężarną więc się powstrzymam.
  Skierował się do salonu a ja poszłam za nim.
-Niestety i po ciąży odkładam alkohol.
-Ładnie ci w tej sukience. - walnął nagle Eryk.
-Dzięki. - odparłam.
  Eryk stał się moim bratem. Amy siostrą. Stefanowi nie ufam... jest bo jest. Nathalie jeszcze żyje... podobno jest w ciąży. Mogłabym z nią przeżyć ''cudowne'' (tak naprawdę według mnie - żałosne, zajmujące niepotrzebnie czas) spotkanka ciężarnych przyszłych matek i pierdzielenie o tym jakie to ciężkie i okropne jest nasze teraźniejsze życie czy też jakby to lepiej ująć... nasz los.
 
  Zeszłam tylko raz na ''Ziemię'' by sprawdzić co z domem. Sprzedałam go i zatarłam idealnie ślady po sobie. Pieniądze miałam przy sobie, było ich sporo. Dom był wart fortunę a akurat na powrót w późniejszej fazie wychowania mojego dziecka musiałabym tam wrócić by zacząć jego edukację. Musi wiedzieć, że ma szansę na naprawdę normalne życie.
  Gdy wychodziłam ze spotkania z rodziną, która kupowała mój dom napotkałam na swojej drodze rudą kobietę. Zdziwiłam się, była mi znajoma.
-Pewnie mnie kojarzysz.
  Milczałam, zachowując spokój.
-Czekałam aż tu wrócisz.
  Dalej milczałam.
-Rowena. - podała mi rękę, ale ja nawet nie drgnęłam. - Eh... wiesz kim jestem?
-Czuję znajomy smród z piekła Crowley'a. - uśmiechnęłam się lekko. - Czego chcesz?
-Gdzie się podziewasz?
-Nigdzie.
-Nawet moje moce nie mogą cię znaleźć. Jestem bezsilna. Trochę mnie to zaskakuje, bo jestem chyba na tyle silna, że...
-Po co pytasz? - zażądałam odpowiedzi.
-On nie wie że tu jestem. Po prostu wszystko się tak skomplikowało... wszystko jest nie tak. Trochę się wszystko wali, nie wiem, czy wiesz ale...
-Nic nie chcę wiedzieć o was. Nic o tym Samie, Deanie, waszym piekle, tobie. Nie obchodzi mnie wasz świat, wasze układy. I mnie nie znajdziecie, jeśli uznam że powinnam się z wami spotkać wtedy się spotkam, jeśli rzeczywiście powód będzie ważny i będzie mnie obchodzić. I nie wyczuję w nim haczyków. Bo za cholerę wam nie ufam i wolałabym, byście zostawili mnie w spokoju.
  Spojrzała się na mnie dziwnie. Nie wiem, czy mogła wyczuć nadmiar mocy we mnie. Ja nawet jej nie używałam.
-Nie obchodzi cię to co sie dzieje? Z osobami które kiedyś znałaś? Kochałaś?
-Najwyraźniej już nie. - odparłam coraz bardziej chcąc wrócić do siebie.
  Moje moce były na tyle przydatne, że nie ma opcji by jakoś obecność drugiej istoty we mnie. Jestem na tyle silna,że blokuję jej jakby... ''widoczność'' na mnie. Na bliskie osoby które są teraz w moim świecie.
-Może do następnego. - kiwnęłam jej z uśmiechem i minęłam ją.
  Następnie zniknęłam i pojawiłam się u siebie. Nie to, że siedziałam tu na dupie i tylko dbałam o swoje bezpieczeństwo. Nie o to chodziło. Zajmowałam się szkoleniami swoich mocy tak, by nie wywoływać stresów ani ataków które powoduja krwotok czy coś podobnego. Na szczęście nie działo się tak bo miałam już wprawę. Przez następne miesiące tylko będe utrwalać moje umiejętności. Umiałam tyle ile potrzebowałam do pełnienia władzy nad tym światem umarłych. By pokazać, że jednak do czegoś mogę być zdolna. Szykowałam się również do złożenia wizyty z archaniołem Gabrielem, by pomówić z nim o tym wszystkim co narobiłam. Przekonać go i całe niebo, że nie ma co się martwić. Pokażę mu w formie ''wejścia w moje wspomnienia'', że wszystko mam pod kontrolą. Uwierzy mi czy nie, będę walczyć o to co tu zbudowałam bo nic złego się tu nie dzieje. Jestem czymś w rodzaju połączeniem dobra, ale większość mam Lucyfera, jego zła aura jest we mnie jak i ta dobra. Jestem stwórcą. Jak Bóg stworzył ziemię tak ja stworzyłam coś swojego. Gdzie wszyscy trafiają którzy są pomiędzy.Miałam taką podzielną uwagę, że kontrolowałam czy ktoś nie próbuje się tu jakoś dostać. Czułabym to, bo wtedy narusza się jakby równowaga. Czuję, gdy ktoś się tu dobija. Wtedy zaliczę konfrontację z tym ciekawskim kimś by go ustawić do porządku. Ktoś chce coś wiedzieć o tym miejscu? Niestety nie ujrzy go, co najwyżej ja mogę o nim opowiedzieć albo porozmawiać. Na razie pracowałam nad swoją siłą a potem nad udoskonalaniem świata i co najważniejsze - planowaniem co dalej ze mną i ciążą.

Od Emilie

    Ja i Amy byłyśmy swego czasu dosyć blisko. Była dla mnie jedyną osobą która była mi tu potrzebna. Ten świat ja stworzyłam, miałam kontakt z moim dzieckiem. Nie było złe. Kontrolowała go nieznana siła. A ten idealny, wymyślony świat pochłaniał mnie powoli, to dziecko miało na tyle wielką świadomość, kto jest jego matką a kto ojcem, ale odczuwało nasz brak zaczynało mordować i niszczyć, ranić innych a mnie wysłało tam, gdzie będę bezpieczna i mi się tu spodoba. Było na tyle mądre, że już na początku ciąży zdawało się, jakby wszystko rozumiało.
  W tym świecie ja rządziłam. I nie miałam problemu z tym, by zrozumieć jak tak bardzo się mylę. Że nie jestem tu szczęśliwa, że szczęście jest gdzieś indziej. Ale ja przywykłam do tego życia. Tu nie ma nadnaturalnych istot, jestem tylko ja i Amy i ta świadomość, że jestem tykającą bombą która decyduje o życiu dziecka i o tym czy wychować dziecko w niewiedzy czy nie. Choć Mania nie popuści mi tego że ucieknę gdy tylko dziecko się narodzi. Musiałam do tej pory coś wymyślić.
  Ten świat również eliminował uczucia. Nie obchodziło mnie nic dopóki tego nie ujrzałam. Albo dopóki dziecko nie stwierdzi, że powinnam coś czuć. Kontrolowało mnie w zupełności. Oddałam się mu. Czułam się bezpieczna. I ono też było. Dopóki jestem wraz z nim pod opieką Mani nic mi nie grozi. Wiem, że nie ma złych zamiarów. Co do mnie i dziecka. Ale mieć za przyjaciółkę boginię jej piekła, kochankę Lucyfera? Czy to dobrze, że ja w ogóle się w to mieszam?
  Widywałam tu tego, kogo chciałam, kogo mi brakowało. Jednak słowo ''brakowało'' stawało się powoli obce. Miałam tu wszystko, cała ta ''szopka'' z wyrysowanym, idealnym światem zaczynała mnie wciągać bardziej. Jednak trzymało mnie w trzeźwości to, że dziecko musi mieć matkę w pełni odpowiedzialną i kochającą, która zapewni mu wszystko co najlepsze. I ja miałam zamiar się tego trzymać.
-Oddawaj! - burknęła Amy, gdy zaczęłam nieświadomie sięgać po butelkę.
-Przecież tylko chciałam potrzymać! - parsknęłam.
-Ta, jasne! Nie możesz pić.
-To stary nawyk. - odparłam wymijająco.
-Mam dla Ciebie niespodziankę. - szepnęła mi na ucho jakby bała się, że drzewa nas będą podsłuchiwać.
-Co takiego? - spytałam całkiem poważna.
-Niespodzianka? Znasz jej definicję?
  Zaśmiałam się i szłyśmy gdzieś w głąb lasu. Najlepsze było tu to, że mimo tego, że Mania w jakimś stopniu mogła tu wejść bo ona pomogła stworzyć ten świat i jak mniemam, to był jej pomysł i ona jest podporą trzymającą to wszystko, to wiem, że ona tu nie przyjdzie. Nie zakłóci tej sztucznej sielanki która może tak trwać wiecznie. Czułam jak dziecko kopie, miałam niezbite wrażenie, że to jest chłopiec. I pragnęłam by okazał się właśnie nim. Jednak płeć w zasadzie nie ma znaczenia, ponieważ to moje dziecko i pokocham je takie jakie się urodzi. Nie ważne co mówią inni. Że jest niebezpieczne i trzeba je trzymać dopóki nie będzie w stanie uczyć się wszystkiego. Bo tego jest zbyt wiele ze względu na geny moje i Deana. W zasadzie, dziecko ma więcej cech Deana przez co trochę mi trudno będzie patrzeć mu w oczy gdy będzie pytać o ojca. Bo dziecko wychowam sama, jeśli będzie trzeba przyłącze się do Manii by tylko mieć pod kontrolą dziecko.
  Skoro Amy rzekomo nie żyje, i wszyscy na których mi zależało bo sama niekontrolowanie ich zabiłam to co mam poza tym światem i tym co mam w brzuchu? Zostawiłam wszystko i nie chcę, by coś wróciło. Wszyscy mnie zranili. I nie potrafię komuś znów zaufać kto zawiódł. Niby dlaczego tu jest tylko Amy? To jedyna osoba, która nigdy mnie nie opuściła i zawsze dbała o dobro. Dlatego tu jest, a nie dlatego, że ja ją sobie zażyczyłam. Juz tu była gdy ja tu byłam. Więc może to jednak nie jest sztuczna Amy? Może to prawdziwa, tylko jako duch?
  Idąc z zasłoniętymi oczami, czując dreszczyk emocji i podniecenia, Amy prowadziła mnie bardzo ostrożnie i powoli, a ja przyśpieszałam co chwilę. Byłam ciekawa niespodzianki. Nie ukrywam, że je lubię.
-Zostawię was samych. - szepnęła.
  Otworzyłam oczy.
  Nie mogłam w to uwierzyć.
  Poczułam wielką złość, nienawiść i rosnącą siłę która próbowała zmusić do wymierzenia mu w twarz, ale powstrzymałam się. Bo wszystko zniknęło gdy mnie objął.
-Stefan... - szepnęłam, ale nie objęłam go.
  Nie lubiłam dotyku innych mężczyzn. Nie wiem dlaczego, ale nie umiałam nawet po przyjacielsku czy ''bratersku'' przytulić dawnego bliskiego mi nawet przyjaciela, który był jak brat.
  Dalej we mnie żyło, ledwo co, ale żyło uczucie do Deana. Ale świadomość, że i tak nie wróci nie przeszkadzała mi w wierności jemu. Pomimo tego, że odeszłam i zostawiłam wszystko zapominając o jego czynach. O tym, kim był i jak bardzo go kochałam. Jak on mnie kochał. W dalszym ciągu jednocześnie nienawidziłam go i kochałam. Ale nie mogłam nic na to poradzić. Umiałam tylko ignorować uczucia i to mi odpowiadało. Ale nie lubiłam gdy ktoś płci przeciwnej mnie dotykał. Może to przesada, może to uraz po stracie.... nie wiem.
  Jedyne co mogłam teraz zrobić to lekko zbliżyć dłonie do jego pleców i tylko poklepać. Potem oderwałam go od siebie, wiedziałam, że tęsknił.
-Długo cię nie widziałam. - powiedziałam niewzruszona.
-Masz na myśli, długo byłeś martwy? - parsknął.
-Nie chciałam, by tak wtedy wyszło.
-Rozumiem. Nie tłumacz się.
-Jesteś prawdziwy? - spytałam kpiąco.
-Jestem duchem. Tak samo jak Amy. Jak wszyscy których tu spotkasz. Którzy byli ci bliscy tu wrócą gdy będziesz chciała kogoś więcej.
-Ale tak mi dobrze...
-Wiem o ciąży. - spojrzał na lekko wydęty brzuch. - Wiem wszystko.
-Skąd? - oburzyłam się.
-Niebo o tym mówi, tylko Gabriel. Głównie on mnie wysłał... miałem stać się aniołem ale nie zdołałem zrobić tego czego oni wymagali bym jakby... awansował.
-A co miałeś zrobić?
-Szpiegować. Ciebie. Chcieli zabić dziecko, uważają że jest zbyt niebezpieczne.
-I...
-Przyszedłem tutaj. Potrzebujecie pomocy nawet w wymyślonym świecie.
-Nie będziesz mi mówić, że źle robie wybierając świat sztuczny?
-Na ten czas możesz być chociaż na dziewięć miesięcy szczęśliwa. Potem będziesz się martwić.
  Poszliśmy do domu mojego i Amy. W nim już pachniało sosem do spaghetti. Stefan usiadł w kuchni i oglądał przestrzenne pomieszczenie.
-Niezły.
  Wyszłam nagle, czując ból. Dziecko kopało tak mocno, że nie miałam sił krzyczeć, nie dawałam nawet rady. Ból był zbyt silny, trwał kilka sekund a potem znikał.
  Amy stanęła za mną i odwróciłam się do niej.
-Co się dzieje? - spytała z drewnianą łyżką całą w sosie.
-Chce żeby ten świat był prawdziwy... - szepnęłam. - Chcę żeby moje życie wyglądało tak gdy wrócę do realnego świata. Ale zawsze ktoś mnie próbuje zniszczyć albo kogoś, kogo kocham...
-Musisz wychować dziecko. Najpierw donoś...
-Ja po prostu chcę, by ten ból zniknął. - odparłam.
-To przestanie...
-Nie chodzi o ból gdy dziecko mnie kopie, bo mimo tego że boli to wiem, że ono we mnie jest i rośnie, to jest piękne ale... ten ból który czuję gdy otwieram oczy w tamtym prawdziwym świecie. Czuję strach, chcę być bezpieczna ale nie liczy się to co ja potrzebuję tylko to co dziecko musi mieć zapewnione przeze mnie. To boli, moja bezsilność. Prędzej oddam życie niż to dziecko w obce łapy. Nikomu już nie ufam. Wraz z dzieckiem rośnie we mnie nienawiść do tego szmaciarza Crowley'a, do mojego ojca który chciał mnie zabić, do martwej siostry która była egoistką, bo zostawiła wszystkich, nienawidzę Eryka że jej nie powstrzymał...
-A Dean...
-Jest mi, kurwa mać, obojętny! Przestańcie go wspominać. W życiu dziecka nawet jego noga nie postanie, nie pozwolę by ktokolwiek z piekła czy z nieba dotknął moje dziecko. Nikomu nie ufam. Od kiedy dziecko się pojawi zrobię wszystko, bym była na tyle silna bym umiała bronić to co mam w brzuchu. Od kiedy się pojawi zniknę, nie wrócę, nikt nawet o mnie nie usłyszy. Od kiedy diabła zamknięto, mojego biologicznego ojca nie ma mowy, by ktokolwiek mnie namierzył bo to niemożliwe. Dziecka równiez nikt nie namierzy. Bo ja tu w tym świecie nauczę się wszystkiego. Dowiem się jak mogę być jeszcze silniejsza i to kontrolować. Zrobię wszystko by dziecko było bezpieczne i z dala od wszystkich, szczególnie od Crowley'a. Nawet nie dowie się że istnieje i że byłam w ciąży, kto jest ojcem, nic nie będzie wiedzieć. A jeśli? To mnie nawet nie znajdzie.

  W lesie na następny dzień poszłam się przewietrzyć. Dołączył do mnie Klaus. Kolejna martwa osoba która ze mną się kontaktuje. Usiadł obok mnie i wpatrywał się we mnie.
-A jednak mnie zabili. I to twoja siostrzyczka, no cóż... A ciebie co ukatrupiło? Pochwal się.
-Ja żyję. Teoretycznie. Serio nie jesteś świadomy gdzie jesteś?
-Robie sobie jaja. Odkąd jestem martwy już mi obojętne gdzie jestem. Byłem w każdym piekle i teraz trafiam do czegoś pomiędzy.
-Co masz na myśli?
-Stworzyłaś świat, który mimo tego że jest tylko wymyślony... to trafiają tu osoby martwe. Widzisz ludzi na ulicach? Widzisz. Oni są duchami, dałaś nowe życie zupełnie nieświadomie.
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam w dół.
-A jednak coś potrafię.
-Nie ma tu wstępu żaden władca piekła, żadne anioły i archanioły. Nie wiem jak to zrobiłaś. Ale o tym świecie będą krążyć plotki a to stanie się legendą.
-Naprawdę nikt tu nie może wejść? Z archaniołów?
-Nikt. Dlatego chcieli wysłać tu Stefana by był szpiegiem by awansował, ale się nie zgodził. Więc wysłali go tu. Dostają się tu tylko te dobre osoby. Które nie mają nic ukrytego w sobie, żadnej nienawiści czy złych intencji.
-Czemu tu jesteś? - parsknęłam.
-Bo stałem się świętym. - powiedział kpiąco. - Nie wiem, po prostu tu trafiłem. Chyba ty mnie chciałaś.
-Nikogo nie chcę. - odparłam. - Chcę tylko spokoju.
-Nikogo nie potrzebujesz? Nie kochasz?
-Nie. Tylko to dziecko które jest we mnie.
-Czyżbyś traciła uczucia?
-Nie wiem, możliwe. Może tutaj je eliminuję.

  Gdy wracałam do domu pojawił się przede mną Dean. Wiedziałam, że nie jest prawdziwy, nie ma prawa tu być. Nie ma tu wstępu i nawet nie wiadomo jak silny by był to i tak się tu nie dostanie. Bo to po prostu nie możliwe.
  Na początku się uśmiechnęłam.
  Ale potem wszystko zaczęłam rozumieć.
-Odejdź stąd. - warknęłam.
  Milczał.
-Odejdź.
  Milczał.
-Odejdź stąd.
  I rozmył się jak mgła.
  To było moje wyobrażenie. I ostatnie o nim. Było mi tak świetnie! Naprawdę! Cholernie mi wygodnie bez osoby, którą nadal skrycie kocham! Ale boję się tego uczucia. Zaraz... boję? To złe słowo.
  Ono powoli przestaje być dla mnie ważne. To tak, jakbym chowała je bardzo powoli do pudełka, którego nikt nie może ruszać, tylko ja. I tylko ja je mogę otworzyć bo ja mam klucz. Ale niestety... gdy moje dziecko się pojawi to tylko ono będzie się liczyć. I nic nie ma dla mnie większego znaczenia. Bo kocham to dziecko i nie pozwolę by coś mu się stało, albo by mnie coś się stało. Przez miesiące stanę się na tyle silna bym umiała kontrolować moce swoje i dziecka. Mania mi pomoże. Wiedziałam to. Wiem, jak ją przekonać.

Od Julii

Ze snu wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Zobaczyłam tam uzbrojonego mężczyznę. Celował do mnie z karabinu.
-Przydzielamy Ci współwięźnia współlokatora.-powiedział-Mamy nadzieję że tutaj zgnijesz. Za dobre sprawowanie. Psychol taki jak ty. Koniec odosobnienia.
Drzwi znów były zamknięte a ja zostałam sama. Współwięzień? Po tylu dniach będę miała z nim rozmawiać. Może to ma być kara?
Ponownie zasypiam.

Kiedy się budzę, mam przed sobą 2 oczu, 2 wargi, 2 uszu i 2 brwi. Dławię w sobie krzyk, pragnienie ucieczki, paraliżujący strach, który obezwładnia moje kończyny.
-Jesteś chchchchch..
-A ty jesteś dziewczyną.-unosi brew.
Prostuję się, odsuwając się od mojej twarzy. Śmieje się, ale nie uśmiecha, a mnie chce się płakać. Rozpaczliwie uciekam przerażonym wzrokiem do drzwi, które próbowałam otworzyć tyle razy, że straciłam rachubę. Patrzę na niego.



Zamknęli mnie z chłopakiem. Z chłopakiem.
Dobry Boże.
Próbują mnie zabić.
Zrobili to celowo.
Żeby się nade mną znęcać, dręczyć mnie, sprawić, żebym już nigdy nie przespała nocy.
Niebezpieczny. Przerażający. Straszny. Silny.
Śmieje się, a ja staczam się z łóżka i uciekam w róg pomieszczenia.
Obserwuję go.
Przygląda się nędznej poduszce na wolnym łóżku, które wepchnęli tu dziś rano. Cienki materac, wytarty koc wystarczający może do przykrycia jego górnej części ciała.
Spogląda na moje łóżko.
Jedną ręką zsuwa je razem. Stopą przesuwa dwie metalowe ramy na swoją stronę pokoju. Wyciąga się na obu materacach, zgarnia moją poduszkę, mój koc. Zaczynam drżeć.
Zagryzam wargi i próbuje ukryć się w ciemnym kącie.
Ukradł moje łóżko, mój koc, moją poduszkę.
Została mi goła podłoga.
Zostanie mi goła podłoga.
Nigdy mu się nie przeciwstawię, nie pozwoli mi na to własne przerażenie, paraliż, paranoja.
-Więc jesteś.. kim właściwie? Wariatką? Dlaczego tutaj jesteś?
Nie jestem wariatką.
Unosi się trochę aby widzieć moja twarz. Znowu się śmieje.
-Nie zrobię Ci krzywdy.
Chcę mu wierzyć. Nie wierzę mu.
-Jak masz na imię?-pyta.
Nie twój interes. Jak ty masz na imię?
Słyszę jak wzdycha rozdrażniony. Słyszę, jak wierci się na łóżku, którego połowa była dotąd moja. Nie śpię całą noc. Kolana podciągam pod brodę, ramionami owijam ciasno swój drobny szkielet, zaciągam zasłonę długich brązowych włosów.
Nie będę spała.
Nie mogę spać.
Nie mogę znowu słuchać tych krzyków.

Od Emilie

   Czułam w sobie coś dziwnego. Coś, co we mnie jest ale chce jak najszybciej wyjść. Czułam się źle, słyszałam szepty Lucyfera chociaż wiem, że go nie ma. Traciłam nad sobą kontrolę z dnia na dzień i czułam się jakby ktoś lub coś przejęło nade mną kontrolę. Coś silnego. Coś, co zagraża wszystkim. 
  Coś poszło nie tak. Czułam to. Siła która we mnie siedziała aż raniła moje wnętrzności, raniła wszystkich dookoła. Była tak potężna, że zadawała mi samej ból. Ale gdy pozwalałam jej panować nade mną ''to coś'' tworzyło taki... własny świat w którym było mi dobrze. Było mi bardzo, ale to bardzo dobrze. I dlatego tam uciekałam i pozwalałam, by działo się to czego moje oczy nie widzą a czego sama nie pamiętam. Zostałam tam już. I nie chciałam wracać. 
  
  Weszłam do domu, w środku panował porządek. Byłam zaskoczona, nie byłam w stanie sprzątać... Amy mi zabraniała. Więc to ona sprzątnęła! 
  Krzyczałam jej imię i wołałam, zjawiła się szybko i zabrała ode mnie torbę z zakupami. Spojrzała na mój wydęty brzuch i zaczęła na mnie narzekać. 
-Mówiłam! Jesteś C I Ę Ż A R N Ą. Nie możesz dźwigać! Coś ci się stanie! Wiesz co to za dziecko? Ta kobieta była tu i mówiła. Wszyscy niedługo się dowiedzą o tej przeklętej ciąży! 
-Jaka kobieta? O czym mówisz? - spytałam stojąc obok niej gdy wypakowywała torbę. 
-Cholera... - mruknęła, jakby zaliczyła wtopę. 
-Mów. 
-Bo... była tu... kochanka Lucyfera. Wiesz, Mania... 
  Spojrzałam na nią pytająco. 
-To etruska bogini piekła. Wiesz... odkąd Lucyfera zapuszkowali szuka powodów na uwolnienie go, jest wściekła... Ale... wie o jego planie który zrealizował zanim wszystko ukartowano. 
-Mów dalej. - zażądałam. 
-Twoje dziecko pojawiło się znikąd, prawda? Ta ciąża? Nie spałaś z nikim...
-No tak...
-Lucyfer zrobił to tak, by Dean był ojcem. 
-Przecież.. .co? Jak?! 
-No... on miał wielką moc, czerpał ją z ciebie. Nazywają to tam na dole diabelskim nasieniem. Nigdy nie było takiego przypadku. Nigdy. Lucyfer obawiał się, że nie będziesz w stanie donosić ciąży przez to jakie to dziecko ma moce. Już w brzuchu. 
-Po co...
-Bo Twoje umiejętności, twoje moce, twoje pochodzenie i moce Deana? Pomyśl, on chce potomka. Którego nawet Crowley nie powstrzyma. Pomyśl co to za połączenie? Wasze. Niedługo wszyscy w piekle o tym zaczną mówić, jeśli oczywiście Mania nie zatrzyma język za zębami. 
-Gdzie jest teraz?
-Nikt nie wie. Wie o tobie wszystko. Nie ma złych zamiarów wobec ciebie, chce tylko to dziecko. Chce znów Lucyfera albo coś, co zniszczy tego który go pogrzebał na lata. 
-Nie oddam...
-Piekło się dowie...
-Mam to gdzieś. - odparłam. 
-Pomogę ci je wychować...
-Zapominasz, że jesteśmy teraz w moim wyimaginowanym idealnym świecie. Tu jest idealnie, nie ma Crowley'a, nie ma Deana, nie ma nikogo. 
-Przecież Dean...
-Kiedy dowiedziałam się o ciąży i zaczęły się napady, które powoduje siła emanująca od dziecka... poddałam się temu. A Ty jesteś tylko odwzorowaniem prawdziwej Amy. Wszystko tu jest fikcją, moim wymysłem. Ale zaspokaja mnie.
-Crowley może tu przyjść, wiesz, że jest...
-To świat do którego nikt nie ma wstępu. Nawet nie wiem co się teraz dzieje naprawdę. Może Mania ma nade mną kontrolę? 
-Nikomu nie ufa. Odkąd Lucyfer odszedł. Ale musisz przestać, co jeśli niedługo zaczniesz mordować ludzi?
-Co mówiła jeszcze? 
-Wróć tam. 
-Nie mogę.
-Dowiedz się co się dzieje. Gdzie jesteś. Co z dzieckiem? 

  Otworzyłam oczy. Nie sprawiało mi to większych problemów by wrócić. Byłam... nigdzie. Nagle zjawiła się przede mną Mania. 
  Wyglądała jak zwykły demon, była o dwie głowy wyższa ode mnie, stąpała powoli i spokojnie, miała białe włosy do pasa. Nie bałam się jej. Czułam, że mogłabym jej zaufać.
-Witaj. W końcu mogę z tobą porozmawiać.
-Gdzie jestem?
-Jesteś... w moim świecie w którym nie narobisz hałasu. 
-Czyli... nie ma mnie na tamtym świecie? Tym... prawdziwym?
-Dokładnie tak. - przytaknęła. - Zaczęłaś robić dużo problemów, a dla mnie liczy się to dziecko. Pewnie Amy przekazała ci odpowiednie informacje, żebyś wiedziała na czym stoisz. 
-Po co to zrobił Lucyfer? 
-Lucyfer wiedział wszystko. Śledził cię, czasem patrzył twoimi oczami. Jesteś jego córka z krwi i kości. Jednak przez pokrewieństwo z Gabi i bliźniactwo... wyszła mieszanka dobra i zła zamiast to co w tobie właśnie rośnie. Ponadto... Wiedział, że bardzo kochasz Deana ale nie na tyle byście... no wiesz... sami z siebie spłodzili dzieciaka. Więc tak długo pracował nad tym by dokonać dzieła. Dziecko Deana będzie bardzo, ale to bardzo silne. W połączeniu z twoimi mocami tworzy to, co stałoby się gdyby połączył waszą dwójkę w jedno. Ale że wszystko się zrypało to ja musiałam dokończyć to co zaczął. Nikt o mnie nie wie, bo jestem tylko mało znaną, etruską boginią która owinęła sobie wokół palca Lucyfera. Pokochałam go, ale wiem, że pragnął bym dokończyła dzieła. Działam dla niego i dla żadnego innego boga czy mężczyzny. Dla mnie nie istnieją inni, istnieje tylko Lucyfer. Gdy urodzi się dziecko będę mogła spełnić to co powinnam juz dawno.
-Nie oddam dziecka...
-Szlachetne. Wiem, jaka jesteś i że go nie oddasz. Ale... chcesz wychowywać dziecko sama? Na pewno? Nie wolisz żyć w swoim wyimaginowanym świecie? Co ci szkodzi? Wszyscy których znałaś już nie żyją albo odeszli. Nie masz nic do stracenia.
-Mam istotkę, która we mnie rośnie. 
-Ale ta istotka jest maszyną do mordowania i do władzy, jest tak silne, że potrafi zgnieść cały świat w sekundę. Nawet nie zdążyłabyś mrugnąć. 
-Będę kontrolować...
-Wracaj do tamtego świata. Tu nic ci nie grozi. Dziecku też. To dopiero idzie pierwszy miesiąc, muszę cię tu mieć. Nikt nie wie gdzie się podziewasz, nawet nikt cię nie namierzy. Nawet w tamtym świecie, jestem wystarczająco silna by to kontrolować. W swoim piekle mam swoich podwładnych. W razie kłopotów, przywrócę cię tu znowu. Gdy nadejdzie dziewiąty miesiąc wtedy znów cię przywołam. 

  Wróciłam do swojego świata. Czyli jestem bezpieczna. 
-I co mówiła? - spytała Amy padając obok mnie na kanapie. 
-Że jestem bezpieczna. I mam tylko czekać. Więc poczekam. 

Od Crowley'a

Od Crowley'a


Widziałem jak ta istota się męczy, było mi jej szkoda, to nie jej wina, sama nie wybrała
takiego losu, nie miałem serca jej dłużej krzywdzić, zmieniłem więc swoje zachowanie.
Chwilę jeszcze się na nią patrzyłem w ukryciu ale gdy ona upadła i się załamała pojawieniem się
w innym miejscu, podszedłem do niej i wyciągnąłem do niej dłoń, by pomóc jej wstać,
spojrzała się na mnie rozczochrana i zapłakana oraz pełna nienawiści do mnie lecz skorzystała
z mojej pomocy, dawno nie czuła ciepła innej osoby. Gdy już wstała, patrzyła się na mnie,
powstrzymując już znikome łzy, nic nie mówiła tylko patrzyła się na mnie, nie ukrywam było to krępujące,
przytuliłem tą istotę chyba dość nieudolnie bo nie robiłem tego od wieków, w sumie to nigdy,
zawsze byłem sam. Gdy była w moich objęciach łzy znów powróciły, zaczęła szeptać.
-Czemu to robisz?
-Zrozumiałem swój błąd
-Nie wierze ci,jesteś potworem
-Crowley. - dodałem - zwrócę ci wolność
Spojrzała się na mnie nadal będą w uścisku.
-Naprawdę?
-Tak, wrócisz do swoich
Przymrużyła oczy dokładnie mnie oglądając, odepchnęła mnie.
-Kłamiesz
Nie przestawała się patrzeć w moje oczy
Pstryknąłem palcem i nagle znaleźliśmy się nad urwiskiem, usiadłem tak że nogi mi zwisały z niego
i zaprosiłem obok siebie Emilie.
-Tym razem gdzie jesteśmy? - spytała
-Jesteś na ziemi, niedługo Dean tu przyjedzie z Sammem, zawsze przyjeżdżają w takie miejsca
i się rozklejają przy piwie.
-Dean tu będzie?! - podekscytowała się
-Wieczorem (było południe)
-To dlaczego teraz tu jesteśmy?
-Chcę z tobą pomówić.
-A jeśli ja nie chce?
-Chciałem tylko żebyś mnie bardzo źle nie zapamiętała, ja wykonuje tylko swoją pracę, muszę być taki
jaki jestem bo pod mną jest biliony demonów którzy mogą się zbuntować gdy nie spodoba im się moje  panowanie, szczęście w tym ,że żaden z nich nigdy się nie buntuje.
-Haha na pewno cię nie zapamiętam jako kogoś dobrego
-Jeszcze chce obgadać sprawę z Lucyferem i Gabi, mamy sobie wiele do powiedzenie.

I tak nasza rozmowa trwała już 6 godzin, aż wybiła godzina 20:06, od 6 minut Emilie i ja nic nie
mówiliśmy. Musiała przemyśleć to o czym jej powiedziałem, a rozmawialiśmy o historii Gabi,
o nikłej potędze Lucyfera i o innych drobniejszych sprawach, nawet zacząłem ją lubić. 
Nagle wstała i zeszła niżej poruszając się po pułkach skalnych, usiadła i tępo patrzyła się
w białą pianę.

Gdybyś przeszła na moją stronę miałabyś tysiące lepszych widoków a nie takie na ziemskie, zwyczajne, popatrz. Stworzyłem w dłoniach zdjęcie które pofrunęło prosto do Emilie.
https://66.media.tumblr.com/6f43757e5dffa9267d7287349c7296f0/tumblr_o8i2lh2BWn1ukofkbo1_500.jpg
-Była byś szczęśliwa
Upuściła to zdjęcie do wody.
Nagle usłyszeliśmy silnik impali, Emilie zerwała się na proste nogi, nieco zsuwając się ze
skały, i wbiegła na górę, stała na środku wpatrując się w nadjeżdżający samochód.
Dobrze się jeszcze nie zatrzymał a Dean już wybiegł z miejsca pasażera i podniósł Emilie ku górze,
przytulił ją i szeptał ,że więcej nie chce jej stracić, zamilkli w uścisku.
Sammy zaparkował impalę i oparł sie o maskę, tak jak i ja obserwował miłosną scenę dwóch kochanków.
Podszedłem do niego.
-I co teraz? - spytałem - jakie plany?
-Lucyfer znów zamknięty, znaleźliśmy pozostałe części i każda oddała to co chcieliśmy,
tyle wystarczyło by go przymknąć, chociaż na kolejne 1000 lat. - wytłumaczył Sam
Emilie z niedowierzaniem spojrzała się na Sama później znów na Dean'a
-To prawda?
Przytaknął.
http://data.whicdn.com/images/117105309/original.gif
-W końcu będę miała spokój! - po chwili euforii zauważyła ,że każdy się na nią patrzy, na nią i na Dean'
-Coś mam na twarzy? - spytała
Dean zaczął tłumaczyć.
-Sammy wyjeżdża, Crowley wraca do siebie.
-Dlaczego wyjeżdża?
-Będzie polował
-Oh, no - spuściła głowę- to już się więcej nie zobaczymy- miała na myśli Dean'a
-Jedzie sam, ja zostaje
-Przecież to niebezpieczne, zawsze pracowaliście razem.
-Nie martw się o mnie, będę jeszcze na imprezie a Dean tu zostaje ze swoją narzeczoną
Dean klęknął przed Emilie i się oświadczył.
-Emilie wyjdziesz za mnie?
Była to tak wzruszająca chwila ,że nawet we mnie się coś poruszyło, a tak być nie może więc,
wróciłem do piekła. Spotkałem tam swoją matkę, siedziała na moim tronie
http://38.media.tumblr.com/f1b8a75ae963a314fcb0e1a168dccb5a/tumblr_niip2zP4c01tgif05o1_500.gif
Ale gdy zauważyła moje przybycie podeszła do mnie, z każdym krokiem robiąc bardziej
rozparzoną minę.
-Tak nie można
http://38.media.tumblr.com/0a39c981b150db62979ae1a0968e6d22/tumblr_nm5tbnAt5n1qlu8two3_500.gif
-Dziękuje ci matko
-Ja tylko głośno myślałam
-To jest bardzo dobry plan, musiałem go zrealizować.
-Nie wolno grać miłością w ten sposób
Minąłem ją i usiadłem na tronie.
-A co ty wiesz o miłości, ja powstałem w wyniku orgi, sama nie wiesz kim jest mój ojciec,
nigdy mnie nie chciałaś.
-Oddałeś duszę za kolejne 3 cm długości penisa - powiedziała z zażenowaniem
Nie skomentowałem tego, napiłem się whiskey i dodałem - teraz jestem królem.
-Nie doceniałam cię, jesteś bardziej przebiegły.
-Co u Dean'a?
-Już wie ,że wypuściłem Emilie.
-Spotkał się z nią?
-Tak, i załamał się po tym jak ona go odrzuciła, powiedziała ,że go nie kocha i nigdy nic do niego
nie czuła, był dla niej tylko wprowadzeniem, ochroną, marionetką którą sobie grała.
-A dalej
-Jesteś okrutny.
-Gadaj!
-Tak, widział jak uprawia miłość z Lucyferem
-I co teraz robi?
-Wymyka się nam spod kontroli, zabija naszych.
-Przewidziałem ofiary tego przedsięwzięcia. W końcu będzie mi w pełni oddany.
-Nie była bym tego taka pewna - dodała Rowena pod nosem
-Czemuż tak miałoby nie być
-Ma już swoich zwolenników. Fergus on zakłada odrębne piekło, nową odnogę.
-Zajmę się tym.

środa, 22 czerwca 2016

Od Emilie

  Byłam tu jedenasty dzień, czułam się obserwowana. Gdy otwierałam oczy byłam już w innym miejscu. W innym domu w jakimś zakichanym miasteczku, które zdawało się być... jakąś makietą, w której tylko ja mieszkam i tylko ja jestem tu jedyną żywą istotą. Bo tak było. Nikogo nie było. Nikogo nie słyszałam. Spacerowałam po lesie, bałam się zamknąć oczy by potem móc je otworzyć. Ten świat, a raczej obszar miasteczka w którym się znajdowałam było wyimaginowane czy też realne? Gdzieś na odludziu, na samym końcu świata?
  Nudziłam się, okropnie. Jednak wszelkie bary były dla mnie otwarte. Więc piłam. Bo nie mogłam robić nic innego. Mogłam zapić sie na śmierć, ale tu się nie dało. Nie mogłam sie upić, nie czułam głodu ani pragnienia. To miejsce zdawało się eliminować moje pragnienia i uczucia, kasowało wszystko, ale nie pamięć i moje moce. Nie kasowało tego, że kocham Deana, nic nie było w stanie zmienić mnie w ten sposób, bo byłam zbyt silna. Lucyfer nadal mnie kontrolował, nawet gdy byłam w świecie stworzonym przez Crowley'a. Czy w ogóle Dean i Lucyfer wiedzą, że tu jestem? Co robi mi właściwie to miejsce? Nie wiem co mnie tu czeka. Nie boje się. Nie czułam strachu.
  Za każdym mrugnięciem mogło mnie przenieść gdzieś indziej. Ale to się jeszcze nie zdarzyło. Obawiałam się, że mogę znaleźć się w najgorszym miejscu na Ziemi.
  Jedno mrugnięcie, trzecie, czwarte.
  Szybkie bicie serca i mój szybki marsz przez las, by dojść gdzieś. By nie zasnąć, by chcieć stąd wyjść, szukać rozwiązania. Milion myśli na minutę, które pozwalały mi nie spać. Co chwilę nowe pomysły, ale co chwilę rosło zmęczenie.
  Bum.
  I jestem gdzieś indziej.
  Pierwszy raz tak się stało, że przeniosło mnie po mrugnięciu powieką. Pierwszy raz poczułam dziwny ból, jakby ktoś nadział mnie na ostry pal a ja łapię ostatnie tchnienie.
  To miejsce cierpienia, bo na razie nie spotkało mnie tu nic dobrego i przyjemnego. Od dawna nie słyszałam również Crowley'a. Jestem pewna, że wie, co się tu dzieje. Robi to specjalnie? Jak nie, to po co?
  Nie pomogę mu. Nikomu nie pomogę. Lucyferowi i Crowley'owi... Gdzie jest Amy? Co z nią? Czy wie, że coś mi zagraża? Jeśli w ogóle coś tu mnie może zabić czy zranić oprócz samej siebie? Jeśli zaraz samochodu zaczną mnie atakować, sztućce biegać a pluszowe niedźwiadki ścigać mnie czerwonym minivanem to oznacza, że zacznę świrować i trzeba się zacząć zastanawiać nad samobójstwem albo jak stąd wyjść.
  Na razie byłam cierpliwa. Wierzyłam, że w końcu ktoś mnie stąd wyciągnie.
  Stałam w lesie, zupełnie samotna i zrezygnowana. Nowe miejsce, wszędzie dookoła drzewa i cisza. Właśnie. Cisza. Ta okropna, sukowata towarzyszka od kilku dni. Ale ona jest ze mną od zawsze. Już przywykłam. Ale nadal jestem sobą. Dawną Emilie, która nie da sobą rządzić. Nie złamie się. Na pewno nie tu.
  Nagle coś mnie zaatakowało. Przygwoździło do drzewa i nie mogło puścić. Dopiero po chwili, gdy usłyszałam czyjś głos... była to Amy...
-Amy! To ja...
  Uśmiechnęła się dziwnie, działała jak robot, jak nie ona. Jakby była napakowana nienawiścią do mnie. Przewróciła mnie na ziemię.
-Walcz! Co ci jest, co?! Tak nienawidzisz wampirów, istot nadnaturalnych! Dawaj, zabij mnie, jeśli potrafisz. Albo zabije ciebie.
-Co ty mówisz...?
  Przerzuciła mnie kilka metrów dalej, podeszła i kopnęła w brzuch. Uśmiechała się.
-Walcz. - zażądała.
-Nie zranię cię...
-Zabije cię, jeśli nie zaczniesz walczyć.
-Zabij, na rękę mi to... - wykrztusiłam.
  Zaskoczyło ją to. Złapała nóż, który wypadł mi wcześniej i przyłożyła go do gardła. Chyba zaczęła myśleć, że tym sposobem wykonam jej żądania. Ale co ona miała na celu? To bez sensu, i skąd ona tu się znalazła?
-Dobra! - podniosłam się powoli.
  Odłożyła nóż i uśmiechnęła się.
  Walka trwała godzinami, tak mi się wydawało. Przedłużałam ją by jej nie ranić. Nie chciałam jej zabijać. Uciekałam w stronę miasteczka. Ona mnie goniła. A raczej śledziła.
  W mieście ją zgubiłam. Wbiegłam do jakiegoś domu i tam się zamknęłam. Był mi znajomy. Spojrzałam na zdjęcia na kominku. To mój rodzinny dom. Moja siostra... ja...
  Nagle usłyszałam skrzypnięcie obok w jadalni. Powoli poszłam w stronę hałasu. Nic tam nie było. Dziwne.
  Odwróciłam się i dostałam w twarz z pięści. Poleciałam na stół, Eryk mnie dusił.
-Zostaw mnie! - krzyknęłam zła i odepchnęłam go.
  Padł na drzwi. Szybko się podniósł, zaczął płonąć czarnym ogniem, to oznaczało tylko samo zło.
  Nie wierzyłam, że to się dzieje. Nie mogłam z nimi walczyć.
  Wybiegłam z domu. Było już ciemno. Schowałam się na stacji benzynowej, usłyszałam dziwny, cichy szept. Znałam ten głos. Crowley. To jego sprawka. Chce coś we mnie zmienić? Chce mnie złamać poprzez mordowanie swoich bliskich?
  Zaczynałam rozumieć.
  Wyszłam ze stacji i wsiadłam do jakiegoś samochodu obok. Odpaliłam silnik, czekałam aż zobaczę dwójkę która chce mojej śmierci. To pierwszy etap, obawiałam się, że później pokaże mi Deana który chce mnie zabić. Wtedy wolę dać mu się zamordować niż zranić go.
  Zacisnęłam ręce na kierownicy. Gdy zobaczyłam jak obydwoje idą wcisnęłam pedał gazu i wjechałam w butle z benzyną stojące nieopodal. Spowodowałam wybuch a oni ulegli spaleniu. Ja też
  Otworzyłam oczy, stałam za całą stacją i całym zajściem jak gdybym była obserwatorem. Usłyszałam klaskanie za plecami, odwróciłam się.
-Nieźle. Ale już masz tylko z górki. Zabiłaś ich.
-Przejrzałam cię. - powiedziałam czując, że zaraz polecą mi łzy. - Robisz to, tworzysz ich kopie, tylko po co? Po co chcesz żebym ich zabijała?
-Bo cierpisz. Niszczy cię to. Stajesz sie słabsza.
-Jeżeli jeszcze raz...
-Następny wiesz kto jest. - uśmiechnął się.
-Nawet kopii Deana nie jestem w stanie zabić.
-Zginiesz? - parsknął. - Nie rozśmieszaj mnie.
-Puść mnie wolno. - zażądałam.
-Nie.
-Słuchaj. Jeśli znajdę sposób jak cie zabić to jestem w stanie nawet wstąpić w szeregi Lucyfera by patrzeć jak zdychasz. Zrobię wszystko, by cię zniszczyć. Jeśli mnie nie wypuścisz to ja cię zabije.
-A co na to Dean? Zabroni ci mnie zabijać.
-W dupie mam wasz chory układ. Macie w dupie to, co się ze mna dzieje. Każde z was mi mówi co mam robić, chcę w końcu zrobić to co chciałam już dawno. Pomszczę siostrę, nie będę tym razem słuchać co powie Dean. Nie ma prawa za mnie decydować.
-Uuuu... No ale widzisz, nie dasz mi rady.
-Dogadam się z Lucyferem...
-To jego powinnaś chcieć zabijać. On zniszczy wszystko.
-TY ZNISZCZYŁEŚ MOJE ŻYCIE! DAJ MI SPOKÓJ! - krzyknęłam już zrezygnowana.
  Zamknęłam oczy, padając na kolana. Otworzyłam je.
  Byłam w innym miejscu.

Od Julii

Spędziłam w zamknięciu 994 dni. Towarzystwa dotrzymują mi tylko niewielki notatnik, uszkodzone pióro i te wszystkie liczb w mojej głowie. 1 okno. 4 ściany. 1,5 metra kwadratowego powierzchni. 26 liter alfabetu w języku, którym praktycznie nie mówiłam przez 994 dni odosobnienia.
994 dni temu zostałam wywleczona z domu rodziców i zamknięta w zakładzie dla obłąkanych za coś, na co nie mam wpływu. Nikogo nie obchodziło i nie obchodzi, że nie wiedziałam, do czego jestem zdolna. Że nie wiedziałam co robię.
Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Jedyne co wiem to to, że ktoś przywiózł mnie tu białą furgonetką i zajęło mu to 8 godzin i 21 minut. Byłam przykuta kajdankami do siedzenia. Wiem że moi rodzice nie zadali sobie trudu aby się ze mną pożegnać.  Wiem, że nie płakałam kiedy mnie zabierano.
Przyciskam dłoń do niewielkiej, zimnej szyby i czuję, jak zimno bierze ją w znajome objęcia. Ja i ona jesteśmy samotne, obie skazane na to miejsce.
Jestem echem tego co było kiedyś.
Chwytam swoje pióro i spoglądam na nie. Rezygnuję jednak. Dzielenie z kimś celi nie było by złe. Rozmowa z żywym człowiekiem mogłaby pomóc. Codziennie ćwiczę głos. Układam wargi w wokół dawniej znajomych mi słów.
Jestem zaskoczona, że nie zapominałam ludzkiej mowy. Po tylu dniach odosobnienia powinnam.

Słyszę pukanie. Puk, puk puk...
Drzwi się otwierają odsłaniając przeraźliwą otchłań. Za nimi nie ma żadnych kolorów, światła ani nadziei na cokolwiek. Jest tylko groza. Nikt nie stoi, nie czeka. Nikogo tam nie ma. Żadnych słów. Żadnych wskazówek. Tylko otwarte drzwi które za każdym razem przez te 994 dni oznaczają to samo.
Pora na prysznic.
W oddali słychać alarm. Jego buczenie przybliża się z każdą sekundą. Cala zaczyna drżeć od ostrzegawczego dźwięku.
Zaczynam brnąć w ciemność za drzwiami po omacku przez labirynt szpitala dla umysłowo chorych.
To rodzaj domu, ośrodek dla trudnej młodzieży, dla zaniedbanych dzieci z patologicznych rodzin, bezpieczne schronienie dla niezrównoważonych psychicznie. To więzienie. Karmią obecnych tu więźniów byle czym, a nasze oczy nigdy nie oglądają siebie nawzajem. Widzimy tylko rzadkie przebłyski światła wkradającego się przez szczeliny. Noce są pełne wrzasków, szlochów i pełnych udręki krzyków. Pierwsze 2 miesiące spędziłam tu w towarzystwie własnego smrodu. Nikt mi nie wytłumaczył, nie powiedział co, gdzie, jak. Nikt nie wyjaśnił jak to wszystko działa. Nikt ze mną nie rozmawia, chyba że ma mi do przekazania złe wieści. Nikt mnie nigdy nie dotyka. Chłopcy i dziewczęta nigdy się nie spotykają. Nie ma mowy o zbiegach okoliczności. Tu wszystko jest w pewnym stopniu jakimś dziwnym systemem.
Moje oczy zaczynają przyzwyczajać się do ciemności nocy. Idę po omacku nierównym korytarzem.
Jeszcze tylko 2 metry do miejsca, gdzie szorstka ściana robi się gładka. Kiedy tak się stało pewnie skręciłam w prawo. Idę w stronę rzędu pryszniców i wygrzebuję wszystkie kawałki mydła, które utkwiły w odpływie.
Nigdy tak na prawdę nie wiedziałam co zamierzają zrobić ze mną w tym zakładzie. Może w mroku nocy czeka tu na mnie śmierć? Mozę ktoś kryje się w ciemnym kącie i czeka na właściwy moment aby zakończyć moje cierpienia?
Moje ruchy są mechaniczne. Robiłam to tyle razy ze pamiętam najbardziej efektywne metody szorowania, spłukiwania i wykorzystywania mydła. Nie ma tu ręczników wiec cała sztuka polega na tym aby strzepnąć z powierzchni skóry jak najwięcej wody bo długo się nie wyschnie a wtedy można zachorować.
Mi zdarzyło się się to tu tylko dwa razy i nadal zastanawiam się jakim cudem nadal żyję.
Szybko założyłam swoje stare i zniszczone ubranie po czym wróciłam tę samą drogą do celi. Położyłam się na łóżku i okryłam się swoim jedynym kocem.
Zasnęłam..

sobota, 18 czerwca 2016

Od Emilie

   Siedziałam na ziemi i wpatrywałam się w niego. Facet, którego nienawidzę proponuje mi whiskey. Zabił moją siostrę, a teraz mam z nim pić. Parsknęłam śmiechem i odgarnęłam włosy. Wzięłam od niego butelkę i wypiłam wszystko. Rzuciłam gdzieś dalej zbijając szklaną butelkę.
-Jak to możliwe, że wypiłaś wszystko?! - zdziwił się.
  Zaśmiałam się.
-Mam wprawę. - skrzywiłam się od nadmiaru alkoholu. - Fuuuuuuuu! - wrzasnęłam, gdy dopadł mnie okropny posmak whiskey.
-Jednak potrafisz mnie nie atakować. - odparł dumnie siedząc.
-Skoro nie masz odwagi by atakować bez przeniesienia mnie do jakiejś nory, to chyba muszę z kimś gadać. - wzruszyłam ramionami. - Poza tym, śmieszy mnie to, że nie macie z Deanem zielonego pojęcia jak zabić Lucyfera.
-Wcale...
-Jasne. Widać, że nie macie o nim pojęcia. Co wiecie? O nim?
-Że jesteś jedną z ośmiu części samego Lucyfera i jak wy zginiecie to i on, raz na zawsze.
-No, daj mi sprostować...  Jestem najsilniejszą i najważniejszą częścią, bo ostatnią. Wpakował we mnie większość siebie, swoich mocy... Mogę je oddać jemu, tobie, komukolwiek byle mieć spokój od was, bo działacie mi na nerwy. Wpieprza się jeden i drugi kiedy macie na to ochotę. Mam swoje zajęcia, swoje pieprzone życie...
-Jesteś tu prawdopodobnie na pewną śmierć. Chyba, że powiesz mi jakiś inny sposób.
-Mogłabym. Ale wtedy byłoby to zbyt proste.
-Nie śpieszno ci do domu? Do Seattle?
-Nie mam po co tam wracać. Nikogo już nie mam. - uśmiechnęłam się do niego.
-Matka. - przypomniał.
-Nienawidzi mnie. Zawsze tak było.
-A nie chcesz wrócić do Deana?
-Przecież wiesz, po co pytasz? - zmarszczyłam brwi.
-Bo to śmieszne, kiedy ludzie się zakochują. Naiwność w to uczucie jest po prostu komiczne.
-Komiczne jest twoje cholerne znieczulenie na wszystko co jest dookoła. Nie widzisz nikogo poza czubkiem własnego nosa. To jest komiczne. To jest zabawne, że nie możesz dopuścić do siebie myśli, że Dean coś do mnie czuje.
-On nic nie czuje.
-Jestem dla niego ważna, więc...
-Ale to nie znaczy, że cię kocha. - odparł ze złośliwym uśmiechem.
-Nie dam się sprowokować.
-Kto tu kogo prowokuje? Ja stwierdzam fakt.
-Po prostu mnie stąd zabierz.
-Musisz wybrać, albo ja albo Lucyfer.
-Wybranie ciebie grozi podobnie tym samym co wybranie Lucyfera.
-Teraz mnie obraziłaś!
-Nie ma za co. - odparłam niewzruszona. - Mam dwie drogi, tak?
-Dokładnie.
  Pomyślałam chwilę.
-Dokonałam wyboru.
-Tak szybko...?
-Tak.
-No to...
-Wybieram Deana.
-DEANA? Mówiłem dwa wyjścia...
-Miałam dwie drogi, wybrałam trzecią. Tę pośrodku. Chcę widzieć Deana.
-Kotku, ale go nie zobaczysz dopóki nie dowiem się jak inaczej zniszczyć Lucyfera. Nie chcę wkurzać Deana, chociaż jest mi zupełnie nie groźny. Ale też nie chcę go zmieniać w to czym był kiedyś. Jednak... trzeba coś wymyślić, a nie wrócisz tam...
-Powiem wszystko, ale Deanowi, nie Tobie.
-Dlaczego? Co to zmienia? Jedno i to samo.
-Powiem mu wszystko, ale tylko i wyłącznie on będzie wiedział co powinien ci przekazać, a co chciałabym aby zachował. Ktoś musi wiedzieć wszystko. Ale tylko taka osoba, której ufam bezgranicznie. Na pewno nie jesteś jedną z tych osób.
-Dobra. Niech będzie.

  Dean zjawił się jakby w kilka sekund. Stanął obok mnie. Zmierzyłam Crowley'a wzrokiem.
-Czy on będzie słyszał naszą rozmowę? - spytałam Deana.
-Nie.
-Wypad. - rzuciłam do Crowley'a. - Inaczej gówno z tego dostaniesz. Lucyfer nie ma tu wstępu? Nie może podsłuchiwać?
-Nie. - odparł Crowley i zniknął.
-O co chodzi? - spytał Dean.
-Jestem ósmą częścią Lucyfera. Podzielił samego siebie na osiem części, wszczepił je w ludzi i tak sobie żyją, jedni ze świadomością kim są a jedni nie. Jeśli Lucyfer nauczyłby mnie jak korzystać z mocy to byłabym silniejsza od niego za czasów jego panowania w piekle. Umiem złączyć cząstki w jedność, wszczepić je w siebie czy kogoś innego. Umiem swoją moc wszczepić w kogoś innego... Potrafię wiele rzeczy ale nie mam o nich pojęcia. Jestem jednym wielkim pytajnikiem. Na moje pytania tylko Lucyfer zna odpowiedź. Gdy zginą wszystkie cząstki on umrze na zawsze, dopóki ktoś nie będzie próbował wskrzesić najsilniejszej części, czyli mnie. Jestem tak jakby niezniszczalna, ale za każdym razem mojej śmierci staję się bardziej zła, chcę więcej i żywię się cierpieniem innych, śmiercią... Jednak za tego życia jestem pomiędzy. Jestem i dobra i zła, ale w środku jestem tykającą bombą. Teoretycznie nie można się mnie pozbyć. Można zabić Lucyfera ale nie mnie. Tylko... sposób jest taki... że trzeba znaleźć wszystkie pozostałe części, przyprowadzić je mnie. Wtedy je złączę w jedność i przekażę je albo sobie, albo komuś innemu kto udźwignie taką siłę... albo przekazać całą ósemkę Lucyferowi i cała moc wróci do niego. Można go oszukać, gdy będzie myśleć, że łączy się z całą ósemką, będę mogła wyssać z niego moc jak i z siódemki. Wszczepię je sobie... jednak... mogę też podarować moce komuś innemu... Słuchaj. Musisz wiedzieć co powiedzieć Crowley'owi. Czy wszystko czy jakąś część... nie mów wszystkiego. Powiedz to co słuszne.
-Dlaczego cię stąd nie wypuści?
-Nie wiem. - odparłam, powoli stając się pijana po whiskey. - Dał mi whiskey... Wypiłam większość butelki... ale spoko. Dam sobie radę, tylko postaraj się by mnie stąd wypuścił. Nie chcę tu być.

  Crowley wrócił na następny dzień.
-Nie chcesz wiedzieć nawet gdzie jesteś?
  Leżałam na ziemi.
-A po co? - odparłam obojętnie. - Nie bardzo mnie to interesuje, więc nie pytam. I tak stąd wyjdę. Prędzej czy później.
-Gdzie jest Dean?
-Skąd mam wiedzieć, Ty jesteś jego opiekunką.
-Żadną opiekunką...
-W każdym razie, powinieneś wiedzieć gdzie się podziewa. Powiedziałam co mam powiedzieć. Miał ci przekazać.
-Pewnie idzie na własną rękę. - pomyślał głośno.
-Możliwe.
-Co mu powiedziałaś?
-Poprosiłam, by pomógł mi się stąd wydostać. - wzruszyłam ramionami. - Idź sobie, chcę być sama.
 

Od Gabi

Dziś miał być ten wielki dzień. Dziś wreszcie po tygodniach spędzonych w niebie i nauce oraz odkupywaniu winy(nadal czułam się winna ale tego nic nie zmieni) miałam zejść na ziemię (oczywiście z asystą...-mam nadopiekuńczego ojca) i zamieszkać w ciele jakiejś wierzącej kobiety czym też ją uszczęśliwię.
Przez cały czas odkąd podjęłam decyzję przyglądałam się jej życiu. Była młoda i samotna. Cała jej rodzina zginęła kiedy ta była mała. Od tej tragedii wychowywała się w domu dziecka sióstr zakonnych. Kiedy osiągnęła pełnoletność wyprowadziła się z pomocą swoich wieloletnich opiekunek i zamieszkała sama. Nic w życiu jej się za bardzo nie udawało a jedyne co miała to wiarę. Lata mijały a nie miała żadnego partnera. Jej dzień wyglądał tak że chodziła do pracy której nie lubiła a potem wracała do domu i się modliła.
Była bardzo uduchowiona więc nie zrobię jej krzywdy.
Czekałam na dziedzińcu kiedy brama do nieba się otworzyła i zobaczyłam Cas'a w towarzyszycie dwóch mężczyzn. Dopiero po chwili poznałam jednego z nich. Dean.
Stałam obok ojca i nic nie mówiłam nawet jak podeszli.
-W wasze ręce powierzam Gabriellę. Odprowadźcie ją do naczynia.
Cała moja radość z dzisiejszego dnia minęła kiedy tylko zobaczyłam Deana. Wiedziałam że nie jest zadowolony z mojego widoku. W końcu swoimi czynami zraniłam Emilie. JA jednak jakbym nawet mogła cofnąć czas to i tak zrobiłabym to samo.
Ruszyłam z nimi. Dean milczał.
-Jestem Sam.-przedstawił się drugi mężczyzna. -To jak? Teraz będziesz taka jak Cas?
Przytaknęłam mu lekko skinając głową.
Dotarliśmy do bramy i przeszliśmy przez nią a ja jeszcze raz zerknęłam w tył i spojrzałam na ojca. Uśmiechnęłam się. Dziś w końcu ma być mój wielki dzień.
Pojawiło się białe światło a my przenieśliśmy się na ziemię. Rozejrzałam się. Byliśmy na placu zabaw a naprzeciwko stała kobieta z dzieckiem. Naczynia aniołów strażników.
-Witaj Gabriello.-powiedzieli.
-Witajcie.-odezwałam się.
Mój głos był już normalny, przypominał nawet mój głos za życia.
Dean zerknął na mnie. Poczułam się niekomfortowo jednak nic nie powiedziałam.
Ruszyliśmy w stronę samochodu. Starej Impali Deana.
-Stwierdziliśmy Gabriello że tak będzie bezpieczniej. Teleportacje mogą Cie zmęczyć. -powiedział Cas.
Dean wsiadł za kierownicę a Cas usiadł z przodu na miejscu pasażera. Sam otworzył drzwi na tył i chciał mnie przepuścić lecz ja po prostu przeszłam przenikając przez samochód. Wywołałam tym u niego lekkie zdziwienie.
W samochodzie zebrałam siły i zmaterializowałam się.
-Nie mogłaś tak od razu?-parsknął Dean.
Wcześniej byłam niczym mgła przypominająca odbicie człowieka a teraz byłam prawie jak dawna ja.
-Gabriello nie przemęczaj cię. Zamo osiedlenie się w naczyniu jest wyczerpujące. -powiedział Cas.
-Jestem silniejsza niż wyglądam.-odrzekłam a następnie milczałam.
Dean odpalił samochód i ruszył.

Od Dean'a

Byliśmy w salonie, Em wściekła usiadła na kanapie, zdjęła wysokie buty i się położyła, zajmując
każde miejsce na kanapie.
-Zrozum ,że muszę pomścić Gabi
-Co ci to da? Czy zemsta kiedykolwiek doprowadziła do czegoś dobrego?
Kręciłem się po pokoju i oglądałem wszystkie drobiazgi w nim.
-Nooo a więc, na pewno kiedyś
-Wiesz co? Są różne dziewczyny takie które nie pozwalają wyjść na piwo albo obejrzeć mecz
a ty chcesz zabić mojego kumpla
-Jestem niezwykła- powiedziała dumnie
-Co ty chcesz mu zrobić?
-Zabić
-I kto niby utrzyma piekło w całości?
-Emm.. ktoś się znajdzie- zakłopotała się
-Lucyfer może? On jeszcze żyje dlatego bo mu na to pozwalamy.
-Nie wiecie jak go zniszczyć - powiedziała kpiąco
-Oczywiście ,że wiemy, bo jak to my mamy nie wiedzieć? - kręciłem
Wstała uśmiechnięta, nie odrywając wzroku od mnie.
-Ha! wy serio nie wiecie. - śmiała się
-Nie wszyscy powinni zgnać, go trzeba zamknąć może się przydać przy zniszczeni większego zła.
-Czyli?
-Za dużo pytań - wyminąłem ją i położyłem się tak jak ona wcześniej
-Nie ma większego zła
-Jest, na pewno jest ktoś gorszy.
-Przypuśćmy ,że masz rację, to nie zmienia faktu że Crowley zabił Gabi
-Nie ma jej w piekle
-Nieważne
Podeszła do kanapy, i chciała usiąść ale na puste miejsce położyłem nogę, spojrzała się na mnie krzywo a ja się uśmiechnąłem. Usiadła mi na tej nodze, i się zaczęła śmiać, była dziś nieco rozbawiona przez procent promili w jej krwi.
-Gdzie siadasz?!- powiedziałem próbując ją zrzucić
Miedzy nami rozegrała się wojna o miejsce na łóżku, raz ona spadała raz ja, w tej walce
nie było reguł, kopanie, przepychanie, bicie, szczypani i łaskotki, w końcu gdy Em traciła siły,
położyła się obok.
-Nie dotykaj mnie kłamco, odejdź.
-To ty mnie pierwsza dotknęłaś
-nie e
-A tak
-To twoja noga dotknęła mnie
-Chciałaś na niej usiąść
-Jesteś dziecinny
-Lubisz to
-Ciebie nie lubię
-OOOOooo to zabolało, cios w serce
-Spadaj
Leżeliśmy bardzo blisko siebie, przylegaliśmy do siebie ciałami.
Przypomniałem sobie że dość dawno nie byłem z nią tak blisko. W tym romantycznym momencie, gdy nasze oczy się spotkały i słychać było bicie naszych serc, delikatnie odgarnąłem
jej włosy z twarzy i chciałem ją pocałować, nasze usta były już blisko gdy ta zaparła się nogami
i mnie zrzuciła. Leżałem na podłodze, nieco zszokowany a ona dumnie się uśmiechała.
-Uf, w końcu mam czym oddychać, czasami po prostu trzeba się pozbyć kłamców, żeby atmosfera
się polepszyła - mówiła to kładąc się na plecy i patrząc w sufit, szczęśliwa.
-To było niemiłe
-Wiem
Nagle za sofą pojawił się Crowley, stał prosto i patrzył sie na mnie zażenowany.
-Co się gapisz? Właśnie stoczyłem walkę z największym złem świata i wygrałem! a nagrody nie dostałem-Opadłem ciężko na podłogę.
Emilie szybko odwróciła się by wyjrzeć zza kanapę i dostrzegła kolesia w czarnym graniaku.
Westchnąłem i wstałem.
-Co jest?
-Nie do ciebie, to Emilie chciała mnie widzieć - spojrzał się na nią.
-Crowley?
Rozłożył ręce w odpowiedzi
-Czemu zabiłeś Gabi? - Em zbierały się łzy
-Mieszała się w nieswoje sprawy

-To była moja siostra
-Tak wyszło
Emilie z niesamowitą furią rzuciła sie w stronę Crowley'a, czegoś takiego jeszcze nie widziałem,
i skąd ona wyciągnęła nóż? Przeskoczyła przez oparcie sofy i szybkim ruchem dźgnęła Crowley'a
znaczy jego imaginacje, prawdziwy Crowley stał już kilka kroków dalej.
Em spojrzała sie na sztylet i znikającą zjawę króla piekieł, a gdy dostrzegła go ponownie
znów się na niego rzuciła tym razem bardziej taktycznie, ponieważ zatrzymała się w połowie
drogi, patrzyła się na niego i tak jakby obmyślała plan, szukała słabego punktu, może
wołała wsparcie ale Crowley to przerwał, przeniósł gdzieś Em. Zniknęła za jego sprawą.
-Gdzie ona jest? - spytałem powoli się wkurzając
-Nie w piekle.
-To gdzie? Gadaj! - drugi etap wściekłości
-Taka cela, ale nie bój się nie będzie się nudzić, będzie myślała ,że trafiła do
innego świata, pozwiedza trochę nie ruszając się z miejsca.
-Czemu?
-Przecież do piekła jej nie wpuszczę, ona ma kategoryczny zakaz.
-Czemu ją zabrałeś?
-Później ci powiem
-Oddawaj ją! -trzecia faza
Twardym krokiem podszedłem do Crowley'a, powoli zbierając siłę na spranie mu futra.
-Jeśli Lucyfer nie wie gdzie mogłem ją wysłać to mamy czas
-Na? - uspokoiłem się, może muszę go wysłuchać?
-Zebranie reszty Lucyfera, wtedy zdołamy go zamknąć
-Po co? Jak to?
-Panoszy sie niepotrzebnie i zbiera siły.
-Wszystko rozumiem ale do cholery albo puścisz ja po dobroci albo po tobie.
-Ty nadal nie rozumiesz, ja albo Lucyfer, wolisz ,żeby kto ją miał przy sobie?
-Ja!
-To sie nie dogadamy
Zniknął. A ja pojawiłem się koło Casa, dziś mieliśmy wyprowadzić Gabi.



Od Crowley'a

Siedziałem w swojej klitce na ziemi. Popijałem whiskey i patrzyłem na Emilie siedząca przed mną.
-Dupek!
-Crowley
http://33.media.tumblr.com/fef546d3733b966fc2cfa56926ecc493/tumblr_ngg6i14p3g1rstq9ro1_500.gif
Rozglądała się chwilę dookoła nie wstając w krzesła i już myślałem ,że spyta mnie gdzie jest
ale ta paskuda od razu z oskarżeniami wyskoczyła.
-Morderca! Dupek! Syfiasz! Złodziej!
-Czekaj czekaj czekaj, czemu tak brzydko mówisz? Nigdy nie byłem złodziejem
-Wszystko co złe to ty
-Ale jesteś nie miła
-Powiedz dlaczego? Co ona ci takiego zrobiła?
-Chciała mnie zabić. Chcesz coś jeszcze wiedzieć to pytaj
po to tu jestem i może dobijemy targu. Nie robię tego za free. - podałem jej Whiskey.