Siedziałam pod ścianą związana wcześniej przez Wesa. Byłam wyczerpana, chciałam żeby w końcu mnie wypuścili i co takiego robi mój cholerny ojciec, nie może mnie stąd wyciągnąć?! No spójrzmy prawdzie w oczy, że kto inny jak on może mi pomóc, ponad to jest przecież kimś, kto nigdy nie dałby takim bandziorom wolnej ręki...!
Do środka wszedł zmarnowany Wes z bronią w ręku. Automatycznie się przytuliłam do zimnej ściany chcąc uciec od kata jak najdalej. Przetarł czoło i spojrzał na mnie z uśmiechem. Rozwiązał mnie, wstałam, przylegając do ściany.
-Co się tak boisz, co? - spytał czule.
-Wypuśćcie mnie w końcu... - poprosiłam.
-Przecież dobrze się razem bawimy, nie? Byłoby mi smutno, gdybyś odeszła...
-Wes! - krzyknął Paul. - Mamy jej tatuśka... chyba.
-Idziesz ze mną. - złapał mnie za ramię i poprowadził na górę sali fabrycznej.
-Był tu, zostawia ślady... nie wiem czy specjalnie... ale boi się nas. Najwidoczniej.
Na pewno to nie tak, że mój ojciec się ich boi. Na pewno nie.
-Może złapiemy kumpli Collins? - spojrzał na mnie Wes. - Wtedy nasza słodka przyjaciółka coś wyśpiewa?
-Kogo? Przecież nikogo nie zdradzi...
-Sprawdziłem rejestr jej klasy - zaczął Paul. - no i ma tam Christopha Scotta, Bonnie Hassan, co przykuło moją uwagę najbardziej? Aim. - spoważnieli oboje.
-Jamie? - wypaliłam, i zaraz się skarciłam.
-Znasz go, świetnie. - parsknął Wes. - Trudno go wyłapać... jest jednym z tych dobrych, od kilku lat się z nim bawimy, może ona coś wyśpiewa?
-Nie... - pokręciłam głową zrozpaczona.
-Nie mów, że cię obchodzi Aim... - parsknął Wesley.
-Może to jest ta osoba, którą powinniśmy... - zaczął Paul.
-Nie! - wyrwało mi się. - Zostawcie go... Christopha... całą resztę...
-Mamy ją na tego Chrisa i Jamiego. - klasnął zadowolony Paul.
Wes nagle zaczął się śmiać.
-Nie wierzyłem w to, że ktoś taki jak Jamie zakręci się wokół takiej laski jak Collins... - mruknął Paul.
-Mi ona pasuje, dla ciebie liczy się wysoka dziwka i tyle w temacie. Ma być łatwa. - rzucił Wes.
-No, nie lubię takich z którymi musze się męczyć pół wieku.
-Zostawisz mnie samą z naszą maskotką? - spytał Wes, a Paul wyszedł.
Wodziłam za nim wzrokiem gdy przechadzał się powoli przede mną.
-A więc... powiedz mi skąd znasz Jamiego?
-Przyszedł do szkoły... w sumie skąd ty go znasz?
-Ja zadaję pytania. - uśmiechnął się.
-Odpowiedz. - zażądałam, jednak nadal bałam się cokolwiek mówić. Wiedziałam, że mógł mnie za to ukarać.
-Pracowałem w organizacji półtora roku i odszedłem do lepszej... naprawiamy to co jest tym spaczonym i popieprzonym. Ale na szczęście nie rozumiesz takich rzeczy.
-I nie chcę rozumieć. - mruknęłam pod nosem.
-Ułatwia mi to sprawę. Jamie był tym lepszym, nie zawsze było między nami kolorowo... oczywiście, gdy przeszedłem na lepszą stronę za granicą uznałem, że mnie znienawidził i tak jest. Przyjemnością jest dla mnie sprawianie bólu osobom które są dla niego ważne.
-Nie jestem dla niego ważna... - wtrąciłam.
-Jesteś pod jednym malutkim względem, moja droga, słodka Lucy. Jesteś córką korporacyjnego, prawniczego donosiciela broni mojej organizacji. Nienawidzi nas, twojego ojca, a potrzebuje ciebie w pewnym znaczeni tego słowa.
Patrzyłam na niego nie dowierzając.
-Dlatego tak za mną łaził? - spytałam już rozumiejąc.
Wiedziałam, że coś knuje...
-Tak. - uśmiechnął się Wes. - Nic dla niego nie znaczysz oprócz tego, że dla niego jesteś tablicą informacyjną na wyciągnięcie ręki. Ale gdyby nie to, że twój ojciec spaprał robotę z dostawą... już by pewnie nie żył, znając prędkość wykonywania roboty Jamie'go. Ale N I C dla niego nie znaczysz. Będzie nam na rękę, jak przyjdzie tu i wyciągnie cię stąd bo będzie chciał więcej informacji. A Ty mu je dasz.
Kręciłam nerwowo głową.
-Kłamiesz. - parsknęłam.
-To jest najlepsze, bo nie kłamię. On taki jest, Lu.
-Nie. On nie jest w żadnej chorej organizacji, nie jest tym kim wy...
-Jest kimś lepszym. Wykonuje zlecenia, zabija, zarabia, siedzi w tym. Rozumiesz? Dotarło?
-Wmawiasz mi to... specjalnie.
-W każdym razie postawię sprawę jasno. - nachylił się do mnie. - Jeśli nie wyśpiewasz wszystkiego o tatuśku to specjalnie dla ciebie wybijemy Christopha, Jamie'go...
-Dobrze! - przerwałam usilnie powstrzymując płacz. - Powiem co chcecie...
-Świetnie. I pamiętaj, jestem słowny. Cokolwiek zrobisz, zbuntujesz się czy zaprzeczysz... Jamiemu stanie się krzywda.
Wszedł Paul, który prędko minął mnie i Wesa. Spojrzałam za nim.
-Jadą tu.
-Kto? - spytał Wes.
-Ludzie jej tatuśka, sam nas obserwuje. Zwijamy się stąd. Jest nas tylko dwójka nic nie zrobimy!
-Biorę bronie i samochód ty weź córeczkę korpoświra. - mruknął Ruch i odszedł.
Ja chciałam uciec ale nie mogłam. Zastrzelą mnie jak tylko ruszą się bez pozwolenia... i tak byłam zbyt słaba by uciekać... by się zbuntować i walczyć... dawno wola walki i siła którą w miarę miałam zniknęła...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz