Potem odwróciłem się powoli do Michaela. Nie panowałem nad sobą. Szybkim ruchem podszedłem do niego i pchnąłem go na ścianę zaciskając mu ręce na gardle.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Jamie, uspokój się - syknął
- To, że oficjalnie jesteś pieprzonym przywódcom nie daje ci prawa wpieprzać się w moje zadania - warknąłem - Dobrze wiesz, że dowództwo tak naprawdę należy się mi.
- Jakoś nigdy się o nie nie dopominałeś - parsknął.
Podeszli do mnie Daniel i Alex.
- Jamie, nie przesadzaj.. - szepnął ten pierwszy. Był strażnikiem i w tej chwili sam był rozdarty.
- Nigdy się nie dopominałem i nie będę dopominać - syknąłem - A ty dobrze wiesz, że on łamie prawo. Naprawdę czarownica? I może od razu demona sobie wytresuje? - zwróciłem się w stronę Daniela.
- A od kiedy to prawo cię obchodzi? - zmrużył oczy pan 'dowódca'.
- Od kiedy dotyczy bliskich mi osób - warknąłem.
Michael się roześmiał.
- Ty nie masz bliskich osób Aim. Z każdym jesteś dla wygody. Wykorzystujesz te wszystkie ludzkie istoty, a później zostawiasz gdy już nie są ci potrzebne.
Wściekły wzmocniłem uścisk. Daniel złapał mnie za ramię. Alexa w ogóle to nie interesowało. Spoglądał na Lucy.
- No dalej. Uduś mnie. Ciekawe co powiedzą ci na górze - rzucił prowokująco Michael.
- Nie obchodzi mnie co powiedzą 'ci na górze' - syknąłem.
Puściłem go jednak po chwili. Ruszyłem powoli w stronę Collins. Znów się w nią wpatrywałem, niespodziewanie czując ogromne wyrzuty sumienia.

To ja ją w to wszystko wpakowałem.
W tej samej chwili w drzwiach stanął zasapany Jason, a za nim Ash.
- Przegapiliśmy coś? - spytał.
- Nie. Aim już wychodzi. I zabiera swoją... dziewczynę - wycedził Michael.
Obrzuciłem go spojrzeniem mówiącym, że 'jeszcze się policzymy' i podniosłem z ziemi Lucy.
Patrząc na nią postanowiłem sobie, że jak najszybciej skończę z jej ojcem i zniknę z jej życia, żeby nie musiała przechodzić podobnych sytuacji.
Gdy rano zaczęła już do siebie w miarę dochodzić, postanowiłem pochwalić się swoimi umiejętnościami kulinarnymi.
- Głodna? - spytałem już po raz drugi.
- No może trochę - wzruszyła ramionami.
- To chodź, pomożesz mi coś upichcić - rzuciłem rozbawiony i zniknąłem w kuchni.
Gdy weszła za mną rozejrzała się ciekawie.
- Ładne mieszkanie. Ale czysto kawalerskie.
- Czysto kawalerskie? - spytałem rozbawiony - No cóż. Nie sprowadzam tu żadnych dziewczyn.
Wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę? Ż a d n y c h?
- Bo ci te oczy zaraz wypadną - parsknąłem śmiechem - Żadnych. Jesteś pierwsza.
- Cóż za zaszczyt - stwierdziła ironicznie.
Przewróciłem oczami.
- No chodź tu. Z daleka będziesz gotować?
- Coś dziś nie w humorze jesteś - stwierdziła i podeszła do mnie posłusznie.
- Ty za to odwrotnie - odparłem rozbawiony.
Nie wiedziałem, czy jej niewiedza mnie martwi czy bawi.
- No chodź tu bliżej - ponagliłem ją i pociągnąłem za rękę, tak że znalazła się przede mną.
- Co będziemy gotować? - spytała.
- Taco - odparłem pewnie.
- Taco? - powtórzyła.
- Pomidory, mięso, tortilla - parsknąłem śmiechem.
- Wiem co to taco - zniecierpliwiła się.
- To do roboty - roześmiałem się - Więc najpierw pomidory - podałem jej jednego.
Złapała za nóż. Widząc jak jej nieudolnie idzie, parsknąłem śmiechem i położyłem rękę na jej dłoni krojąc dokładniej kawałki.
- Marna z ciebie kucharka - skomentowałem.
- Czy szef kuchni musi stać tak blisko? - spytała.
Przysunąłem się jeszcze bliżej.
- Jeśli uczy kogoś gotować, to tak - mruknąłem.
Zerknąłem przez okno. Padało. Czasu było coraz mniej, a ja m u s i a ł e m dotrzeć do jej ojca. Postanowiłem ją nakłonić, by wróciła do domu. Ale to później. Teraz nawet nieźle się bawiłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz