piątek, 19 sierpnia 2016

Od Sarah

   Wpadł do mnie Carl, na początku dobijając się do drzwi chcąc ze mną porozmawiać. Usłyszałam charakterystyczny marsz dziadka, który każe mu wyjść. Sophie wyszła się pobawić z tym chłopcem, nieco żałowałam, że nie mogę uczestniczyć w jej nowej znajomości... że gdy słyszę jak opowiada coś mamie ja nie wiem o co chodzi, że jedynie kiedy wychodzę z pokoju to za potrzebą bądź też po jedzenie.
  Wracając do niechcianego gościa...
  Carl usilnie próbował się dostać do moich drzwi, gdy wychyliłam się zza nich. Dziadek i on zamilkli nagle, gdy zobaczyli moją zapłakaną twarz.
-Może wejść. - szepnęłam i kiwnęłam do dziadka.
  On tylko machnął ręką i odszedł zostawiając nas samych. Usiadłam na łóżku zamykając szybko drzwi, Carl po chwili milczenia zajął miejsce obok mnie. Wpatrywałam się w dłonie i paznokcie pomalowane na ciemny granat. Carl wyglądał na lekko zdenerwowanego i zestresowanego, nie patrzyłam nawet w jego stronę.
-Alberto nie jest takim dupkiem, Sarah... on...
-Nie chcę tego słuchać, Carl. Jeśli przyszedłeś tu by robić za jego adwokata lepiej wyjdź. - odparłam powoli nie odrywając wzroku od drżących dłoni.










  Też na mnie nie patrzył. Jakby się bał, jakby był winny, jakby obawiał się, że zaleję go łzami pełnymi bólu i cierpienia, wstydu i poniżenia. Jednak on przyszedł tu, by go bronić i wytłumaczyć zachowanie...
-Musisz wiedzieć... że... że on nie chciał...
-Nie chciał mnie przelecieć, a to zrobił i jeszcze uciekł jak tchórz? - parsknęłam. - Zabawne, naprawdę.
-Ja nie o tym... zresztą... musisz z nim sama porozmawiać, on...
-Dlaczego tu przychodzisz i ręczysz za niego?! - wybuchnęłam. - Wyjdź stąd.
-Sarah... - zaczął spokojniej.
-Powiedziałam, wyjdź. - spiorunowałam go wzrokiem, wstał i szybko wyszedł.
 
  Dopiero pod koniec dnia, gdy mama miała wracać za godzinę z dziadkiem ze sklepu, a Sophie siedziała w swoim pokoju byłam w stanie wykluć się ze skorupy, mojej kołdry, na dole w kuchni ujrzałam niemal od razu, na parapecie kawałek kartki. Był podpis Alberto i miejsce spotkania, no i godzina. Jutro... w południe.
  Oczywiście mogłam go wystawić ale chęć zobaczenia go w środku mnie nie dawała mi spokoju. Pragnęłam, by nadeszło jutro. Nawet nie zauważyłam, gdy obudziłam się około trzynastej i czekałam pod kawiarnią. Nie będę z nim siedzieć i pić kawki, zajadać tuczące pyszności z kolesiem który chciał mnie wykorzystać, na dodatek w potrzebie zemsty na moim ojcu za zamknięcie go w kiciu na trzy, czy tam dwa dni. A to ja go wyciągnęłam, i gdyby nie ja siedziałby tam kolejne dni.
  Wyszło tak, że podjechał samochodem i kazał mi wsiadać... oczywiście, jak to ja, za namową uroczego przystojniaka skusiłam się, jednak kilka sekund później wolałam wykonać samobójstwo nawet łyżką do zupy, gdy w milczeniu jechaliśmy do niego...
  Kazałam wielokrotnie mu się zatrzymać, jednak nie słuchał. Bałam się, że może mnie skrzywdzić. Mimo tego, że jestem wampirem nie wiem jak funkcjonuję, od lat staram się być ludzka i jedyne co mnie wyróżnia z ludzi to to, że mam minusową temperaturę i czuję mało smaków z niektórych potraw.
  Wszedł do mojego domu, za namową oczywiście. Tam czułam się bezpieczniej. Alberto wyłapał moją obawę i strach, pragnął jak najszybciej się o to spytać lecz przerwałam mu.
-Siadaj. - warknęłam stojąc nad nim gdy wykonał polecenie. - Jak mogłeś?! Ufałam ci, lubiłam cię! Byłeś dla mnie jak brat!
-Ja wyjaśnię...
-Nie wyjaśnisz, nie ma co wyjaśniać! Czemu to zrobiłeś mnie?! - krzyknęłam.

















-To mam wyjaśniać, czy nie? - spytał z lekkim uśmiechem.
  Usiadłam naprzeciwko niego i zakryłam twarz dłońmi.
-Nie wiem... jak mogłeś mnie wykorzystać... żeby się zemścić na ojcu... na moim ojcu...
-Sarah, ja tego pożałowałem, chciałem już wcześniej... znaczy...
-Już wcześniej mnie zaliczyć. - dokończyłam.
-Nie! Rany... Sarah, podobałaś mi się, nadal podobasz, chodzi o to, że cię pokochałem...
-Gówno prawda. - zaczęłam płakać. - Nie oszukasz mnie więcej... masz zakaz wstępu do mojego domu, nikt ma o tym nie wiedzieć... - jeszcze bardziej się rozpłakałam na myśl co to będzie, gdy wszyscy się dowiedzą. - Jak mogłeś mnie tak skrzywdzić...
  On tylko patrzył, z bólem i żalem jak bardzo mnie zranił.














  Gdy dotknął delikatnie mojej dłoni wyrwałam mu się i odskoczyłam od stołu. Z płaczem kazałam mu się wynosić zanim wróci dziadek i mama, bo będzie źle. On natomiast nadal przepraszał i chciał wyjaśnić, jednak ja nie widziałam tu nic do wyjaśnienia. Wygoniłam go, gdy usiadłam na kanapie zapłakana... weszła mama z dziadkiem, mama gdy zobaczyła jak wyglądam usiadła obok mnie i próbowała się dowiedzieć czemu płaczę...
-Mamo... to nic... - wymamrotałam wpatrując się w jeden punkt.
  Nagle do domu weszła Bella wraz z Dominicem,który krzyknął.
-Jesteśmy! - wychyliłam się zza ramienia mamy prosto na nich.













  Dominicowi zszedł uśmiech z twarzy gdy zobaczył moją minę.
-Co się stało...
  Nawet nie zdążył dokończyć zdania, wyrwałam się mamie i pobiegłam do pokoju zamykając się na klucz. Prędzej zginę, niż będę gadać o tym z moim bratem... wyśmieje mnie, wspomni, że miał rację, że jestem dziwką i nikim więcej. Albo nawet jeśli nie, to i tak nic mu nie powiem. To moja sprawa... tylko moja... Płacząc w poduszkę próbowałam zasnąć, ale nie dałam rady...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz