Marcel dzień dnia mnie katował. W innym pomieszczeniu było też kilku ludzi, którzy mieli iść prawdopodobnie na przemianę. Mnie nie mógł przemienić jak się okazało, bo lekarstwo uniemożliwia późniejsze przemiany, więc ustalił, że będzie mnie za to karać. Znałam go, wiedziałam jaki jest i do normalnych raczej nie należał, ale do tych głupich też nie. Wiedział, że kocham Willa i że jestem dla niego bardzo ważna, więc porwał mnie.
Gdy wchodził osobiście do piwnicy gryzł mnie w ręce, zostawiając na nich liczne ślady. Czułam, jak wpływa do mojego krwiobiegu jad, z którym moje ciało sobie po prostu nie radziło, było tego za dużo. Marcel wiedział, że Will jest wystarczająco silny jako hybryda by go zabić ale nie spodziewa się, że będzie współpracować z Klausem. To silne połączenie jednak nie wierzył w coś tak absurdalnego. Owszem, Klaus nigdy nie chciał z nikim współpracować, nigdy. Jednak jeśli prawo łamie ktoś tak niegdyś bliski pierwotnym musi zostać zlikwidowany. Jednak Marcel jest nieco trudniejszym przeciwnikiem, ponieważ sam Klaus uczył go i szkolił, jest jak jego gorszy klon, ale zawsze coś na wzór Klausa jest trudne i niebezpieczne.
Złapał mnie za szyję krzycząc z bezsilności.
-Czemu do cholery nie możesz się przemienić?! - złapał mnie za szyję.
-Dalej, zabij mnie. Zrobisz mi przysługę. - wycedziłam z uścisku.
-Kochasz go, co? - uśmiechnął się złośliwie, ściskając dłoń na szyi.
-Nie twój interes. - warknęłam.
-Widać to po twoich oczach, jak błyszczą się na jego imię. Jak próbujesz go bronić, choć jesteś tylko słabym człowiekiem. Choć ciekawi mnie jedno... czemu nie mogę cię zmienić? Nadawałabyś się do armii, walczyłabyś przeciwko swoim przyjaciołom, ukochanemu... Byłoby ciekawie, prawda?
Milczałam. Nic nie mogłam powiedzieć.
Rzucił mnie na ziemię.
-Przyjdzie tu by cię uratować, a ja tylko na to czekam.
Krztusiłam się krwią, wyplułam jad który wylewał się ze mnie nawet przez otwarte rany. Nie mogłam wytrzymać bólu, który sie nasilał. Chciałam wszystko z siebie wyrzucić, zwymiotować to co miałam w swoim organizmie, ale nie mogłam. Byłam w stanie tylko pluć w dużej ilości tym jadem, który wypalał moje gardło za każdym razem gdy substancja miała z nim styczność. Bolał mnie brzuch, kości, wszystko.
Chciałam stąd wyjść, ale wiedziałam, że Marcel ma w szachu wilkołaki, bo pierwotni tak czy siak zaatakują. Muszą zareagować choćby miało to przynieść wielkie straty w ludziach.
Jedyne co mogłam zrobić to czekać na śmierć, choć tak bardzo bym chciała zobaczyć przed moim końcem Willa...
Od Willa
Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem tak wściekły, że byłem w stanie rozwalić wszystko co stanęło mi na drodze. Gdy doszedłem do siebie wyszedłem z domu Kathie i poszedłem przed siebie, za mną podążył Dominic.
-A ty gdzie?!
-Uratować ją. - odparłem rozemocjonowany.
-Zgrywasz bohatera?! Musimy mieć plan!
Spojrzałem mu w oczy, tak jak ja, był zupełnie zrezygnowany i przerażony. Wiedział również do czego może dojść jeśli Kath jest człowiekiem w rękach Marcela. Jednak nie znał tego wampira tak jak ja i moja część watahy. Zastanawiałem się kurczowo, czy to dobrze, że zostawiłem w Orleanie większą jej część... jednak ktoś musiał pilnować porządku i zachowania tamtejszych pijawek.
-Nie potrzebuję twojej pomocy. - odparłem i ruszyłem przed siebie.
Znów poszedł za mną oburzony.
-Nie wiem co was łączy, ale zależy mi na niej, dobra?! Nie będę stał i patrzył jak usiłujesz bezsilnie i bezmyślnie ratować Katherine.
Zacisnąłem zęby, gdy usłyszałem, że mu na niej zależy. Powiedział to z takim uczuciem, jakby rzeczywiście coś do niej czuł. Nie okazywałem zbytnio wściekłości, wolałem skupić się na mojej Kathie niż na tym, czy jakiś randomowy typek do niej coś czuje.
-Rób co uważasz. - odparłem wściekły. - Wiem co robię.
-W takim razie idę z tobą.
Zatrzymałem się. Wziąłem kilka wdechów by mu nie przywalić. Trochę mnie irytował, ale widziałem, że jak i ja nie jest szczęśliwy, że musi ze mną współpracować. Nie zmuszałem go jednak on nalegał. Wątpiłem, by był to rozkaz mojego cudownego braciszka o to, by mnie ktoś miał na oku.
-Jasne. - warknąłem.
Musiałem maskować się z tym, że jestem hybrydą. Matt o tym wiedział, jednak miałem szczerą nadzieję, że nikomu tego nie wypaplał, bo dostałby bez przemyślenia w mordę.
Bez słowa kierowałem się w stronę domu pierwotnych, Dominic zauważył gdzie idę. Lekko się przejął, bo nie miał z nimi bliższej styczności. Nienawidził ich, jak i ja jednak skoro z nimi współpracujemy musiałem przedsięwziąć pewne kroki, które nie wprowadzą nas w pewną zgubę.
Szczerze to sam się sobie dziwiłem sobie, ponieważ gdybym puścił tą drugą, gorszą stronę siebie dawno bym był tam gdzie Marcel i rozwalił mu łeb. Ciepło zalało moje serce, i niewyobrażalna żądza mordu na myśl o wbijanych kłach w jego głowę.
-Wchodźcie. - wpuściła nas Rebbekach.
Kręciła seksownie biodrami, jednak zaraz zwróciłem się do Klausa który wygodnie siedział na kanapie sącząc whisky.
-Potrzebuję waszej pomocy. - powiedział za mnie Dominic.
Cieszyłem się, że to powiedział przede mną, bo nigdy o pomoc nie proszę, zwłaszcza jeśli chodzi o pijawki.
-A cóż się takiego stało, że psy przychodzą do nas o pomoc? - spytała Rebbekach, piorunując wzrokiem Dominica.
Klaus jedynie mógł wiedzieć, że jestem taki jak on bo automatycznie uśmiech zniknął mu z twarzy i poczułem szacunek bijący w moją stronę. Byłem drugą na świecie hybrydą zaraz po Klausie, więc pewnie chciał znać moją historię. Jednak spojrzał mi w oczy gdy podszedł do nas i dłużej nie musiał czekać na zbędne opowieści. Wiedział, kto mnie zmienił i spuścił wzrok, jednak ja nadal patrzyłem na niego oczekując konkretnej odpowiedzi.
-O co chodzi? - spytał poważny Elijah wchodząc do salonu.
-Katherine porwał Marcel tworząc kolejną armię. Wy chcecie go powstrzymać, a ja chcę odzyskać Kathie w jednym kawałku. I chcę zabić Marcela. - wycedziłem zniecierpliwiony.
-To mamy problem. - zaśmiał się Klaus. - To też znajduje się na mojej liście marzeń.
-A więc zrobicie to razem, jednak mam nadzieję, że pomożecie. - przerwał Dominic.
-Owszem, jednak co będziemy z tego mieć? - spytała Rebbekach.
Mogłem się tego po tej żmii spodziewać.
-Nic siostro - odparł zdegustowany Elijah. - przecież robimy to z obowiązku.
-Obowiązki,obowiązki... niech sami to załatwią. - mruknęła zniesmaczona. - Nawet nie będziemy mogli wypić krwi z ludzi bo pracujemy z psami.
-Coś się dla ciebie znajdzie. - uśmiechnąłem się do niej.
-A co dla mnie? - spytała niewinnie.
-Możesz wypić z tych ludzi którzy będą już umierać, a pewnie będzie ich sporo. - dokończyłem, a Dominic spojrzał na mnie wściekły.
-Co proszę? - warknął.
-Chcesz się z nimi dogadać, czy nie? Poza tym... zasady się łamie od czasu do czasu. - parsknąłem. - Stoi?
-Oczywiście, przystojniaki. - błysnęła zębami Rebbekach i zakręciła się wokół nas.
-Kol, Bekki - zaczął Elijah lustrując nas dokładnie. - moglibyście odwiedzić Marcela?
-Pewnie. - uśmiechnęła się Rebekkach a Kol niechętnie wstał i skierował się do drzwi.
-A mogę pozabijać niektórych? - spytał.
-Na razie zróbcie przegląd.
-Co? - wycedził Dominic.
-Marcel czuje do nas respekt, nie wie, że z wami współpracujemy a wizyta Rebbeki w szczególności bardzo go ucieszy. Gdy wrócą złożymy wam wizytę i omówimy szczegóły. - kiwnął do nas Elijah a ja z Klausem dalej mierzyliśmy się nawzajem.
Bekkach i Kol wyszli a ja razem z nimi. Dominic doszedł do mnie i szarpnął za ramię.
-Na co ty się godzisz?! - wypalił wściekły.
-Zrobię wszystko, by uratować Kathie. Tylko dla tego postępuję z głową. Oni wiedzą co robić, więc zamknij się i rób to, co ustalą z Mattem i ze mną.
-Z tobą?! - wycedził wściekły.
-Jestem przywódcą mojej watahy, więc również muszę podjąć decyzję odnośnie moich. - warknąłem. - Jeśli tak ci zależy na Kath to zrobimy to razem, jasne? Bez głupich odważnych, bohaterskich czynów które finalnie skończą się porażką. Marcel ma rozstawionych po całym jego terenie wampiry i czarownice. Radziłbym działać z głową. - odszedłem.
Gdy zorientowałem się po chwili, że nie idzie odwróciłem się i ponagliłem go.
-Idziesz? Trzeba pogadać z Mattem natychmiast. - mruknąłem, a on przyspieszył.
Jeśli mam uratować Kath to czy chcę czy nie chcę muszę z nim współpracować. Nawet jeśli coś czuje do Kathie. Cokolwiek do niej ma, muszę to znieść chociażby na razie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz