Hoffer szła po klasie rozdając testy, wtedy zrozumiałam o co chodziło chłopakom i Bonnie, którzy wołali o pomoc bo nic się nie uczyli. Zapomniałam o tym teście, jednak byłam pewna, że napiszę go tak jak pozostałe.
Nastała cisza, mój telefon zaczął wibrować wypełniając skrzynkę pocztową wiadomościami od osób z klasy. Jamie przypatrywał się temu zjawisku z szerokim uśmiechem, lekko zaskoczony. Wyłączyłam telefon, a przynajmniej tak myślałam. Zaciął się wibrując dalej. Wkurzona wyjęłam baterię i wrzuciłam do torby.
-Masz tłum wielbicieli. - skomentował sprawnie.
Milczałam skupiając się na teście. Szybko wykonałam zadania i byłam przy dwóch ostatnich, które z reguły były najtrudniejszymi.
-O której i gdzie mam być?
Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Nigdzie. - wzruszyłam ramionami.
-O nie,nie,nie. Wygrałem zakład, idziesz na imprezę.
-Nie mogę na nie chodzić.
-Bo? - zaśmiał się.
-Nigdy na nie nie chodziłam, teraz nie będzie inaczej.
-Dawaj. - uśmiechnął się. - Bądź konsekwentna!
Westchnęłam robiąc ostatnie zadanie.
Usłyszałam szept Christopha za plecami, który Hoffer zignorowała. Zacisnęłam zęby i nie zamierzałam się odwracać. Nauczycielka zabrała ode mnie test i uśmiechnięta sprawdziła go wzrokiem. Uniosła brwi w geście uznania i odeszła.
-To kiedy? - spytał znów Jamie.
Spojrzałam na niego wściekła.
-Nie idę, dotarło?
-Zakład? - zaśmiał się. - Chyba, że zakładamy już z góry, że przegrasz...
-Pomyślę. - odparłam i wyszłam szybko równo z dzwonkiem unikając rozmowy z Christophem.
W domu próbowałam nie myśleć o matce, o ojcu i reszcie spraw które mnie nurtują. Wyłożona w salonie ciesząc się sobotnim porankiem, usłyszałam jak brat wbiega do domu z grupą swoich koleżków. W kuchni zaczyna się dziać ich prawdziwe życie, wyjmują wszystko co jest w lodówce i wyżerają, a ja mam to gdzieś... Matka była w kancelarii, jak zwykle, a ojciec w gabinecie więc teoretycznie ja przejęłam opiekę nad Simonem, który w obecnej chwili mnie nie interesował. Oglądałam Top Model z nadzieją, że może użalanie się nad sobą i byciem ''PRZEKAZEM'' pomoże w odciągnięciu myśli od tego, że moja matka okazuje się nie być moją matką a ojciec mnie jednak okłamuje.
Usłyszałam jak chłopaki wbiegają po schodach, czekałam na odgłos jak jeden z nich się wywala z racji tego, że są mega śliskie. Zawsze któryś z nich się musiał wywalić gdy przychodzili w soboty i niedziele do Simona. Gdy usłyszałam głuchy huk i śmiech chłopaków sama się uśmiechnęłam. Zakładam, że to Timmy wyrżnął się na śliskich, jasnych schodach jak co każde odwiedziny.
-Timmy, ty debilu. - roześmiał się brat i pobiegli jak tabun wściekłych bizonów na górę, robiąc jeszcze większy hałas niż jak byli na dole.
Usłyszałam dzwonek, byłam zmuszona niestety wstać i otworzyć. Na zewnątrz patrzył na mnie Jamie, skąd on do diaska wie gdzie ja mieszkam!? Zaczynał mnie coraz bardziej zaskakiwać, jednak nie robiło to na mnie aż takiego wrażenia...
-Co tu robisz?! - wypaliłam wychylając się zza drzwi.
Nacisnęłam guzik i wpuściłam go przez bramkę. Podszedł do drzwi i poważnie zakomunikował, że mnie zabiera na imprezę i mam być gotowa. Uniosłam brwi.
-Zaraz, wróć. Nie jadę... - zaczęłam tłumaczyć.
-Jedziesz. Wygrałem zakład.
-Będziesz się tym szczycić cały czas? To twój odpowiedni argument?
-A co masz ciekawszego do roboty? - spytał powoli uśmiechając się.
-Yhm... uczę się...
-W sobotę? - uniósł brwi.
-Cholera no!
-To brzydkie słowo, Lucy! - krzyknął za moimi plecami Simon.
-Spadaj bo wyprowadzę ci jedynki na spacer! - krzyknęłam do niego a on uciekł na górę. - Idź stąd, bo jak ojciec cie zauważy to...
-To co? - spytał zbyt pewny siebie.
-Nie może cię tu zobaczyć!
-Jest jednym z tych którzy chronią swoje kochane córeczki w wierzy?
-Dobra, zaczynasz mnie serio irytować, możesz już iść?!
-Jeżeli pójdziesz na tą imprezę.
-Co ci tak zależy?!
-To pójdziesz? - zignorował poprzednie pytanie.
-Odpowiadasz pytaniem na pytanie...
-Pójdziesz? - roześmiał się.
-Zaciąłeś się? - uśmiechnęłam się lekko. - Dobra, niech będzie. Przyjadę.
-Czy ja mam przyj...
-Nie, mam kierowcę, dam sobie radę. - mruknęłam.
-Do wieczora. - kiwnął mi z zadowoleniem i odszedł.
Wpadła do mnie Beth, która, jak się okazało, również idzie.
-Myślałam, że się uczysz.
-Ubierz tę czarną, jest strasznie seksowna. - wskazała na czarną, chyba najlepszą rzecz w mojej szafie której nigdy nie założyłam. - Uczyłam się, skończyłam, więc idę. Nie zostawię cię samej w tym domu publicznym.
-Dom publiczny?
-To dom Stephanie, no proszę cię. Dziwka ma dziwkarski dom. - zaśmiała się. - Widzimy się na miejscu?
-Tak...
-Czemu jesteś taka markotna? - spytała podchodząc do mnie bliżej.
-Bo zaprosił mnie w zasadzie ten Jamie...
-No i...? Jest nieziemsko przystojny...
-Tacy jak on nie umawiają się z takimi jak ja, musi być jakis powód dla którego tak za mna lata, ja się dowiem czego.
Uśmiechnęła się i przytuliła mnie.
-Do zobaczenia na miejscu.
-Czekaj! Będzie Chris?
-Nie. Od chwili kiedy się zaćpał nie odzywamy się do siebie...
Wyszła, a ja postarałam się powiadomić ojca, że wychodzę i będę później. To będzie trudna rozmowa. Spanikowałam, gdy zamiast taty była matka. Weszłam do ich sypialni, w której mama robiła porządek ze swoją biżuterią.
-... nie ma mowy. - zaparła się nawet na mnie nie patrząc.
-Bo? - zmrużyłam oczy.
-Bo jesteś za smarkata...
-Jestem pełnoletnia...
-To nie argument! - krzyknęła. - Nie dyskutuj ze mną!
-Właśnie to idealny argument, mogę iść, proszę? - zaczęłam grzeczniej.
-Nie. Idź do siebie i zdejmij to coś. - wskazała na sukienkę.
Postanowiłam, że nie będzie tak miło... musiałam zacząć wyjaśniać kłamstwa rodziców.
-A w sumie... jakim prawem o mnie decydujesz?
Spojrzała na mnie wściekła, rzuciła naszyjnik który trzymała w ręku i stanęła przede mną zaciskając pięści.
-Jak śmiesz...
-Nie jesteś przecież moją matką, więc jakim prawem decydujesz czy mam iść gdzieś czy zostać?
Znów sie to stało i znów oberwałam. Tylko, że z podwojoną siłą.
Zacisnęłam zęby.
-Przepraszam, Lu... - zaczęła szybko.
Wyrwałam się jej gdy starała się mnie objąć.
-Zostaw mnie! - krzyknęłam. - Wychodzę. Nie wiem kiedy wrócę. - pogroziłam jej palcem i wyszłam.
Wsiadłam do samochodu kierowcy z przodu, on zaskoczony patrzył na mnie, a ja kazałam mu ruszać.
Po niedługiej jeździe ochłonęłam na tyle, by rozmawiać. Kierowca patrzył na zatłoczony wielki dom Stephanie, a ja z żalem obserwowałam tych ludzi.
-Idź ze mną jeśli chcesz. Śmiało. - zwróciłam się do kierowcy.
-Żartujesz sobie? - zaskoczony wyprostował się. - Jestem twoim kierowcą, ochroniarzem... jestem w pracy...
-Dobry Boże, to daję ci wolne. - zaśmiałam się. - Chodź. Masz trzydziestkę, jesteś przystojny, zaliczysz nie jedną.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-No dobra.
Wyszłam obserwując dom Steph z niepewnością. Źle, że tu jestem...
Na mojej drodze stanął Jamie ze swoimi kumplami.
Nadal zastanawiało mnie co on takiego kombinuje, rozgryzę go z czasem, a na razie postanowiłam zachowywać się tak jak zwykle.
-To Jason a to Ash.
Patrzyli na mnie, jakby chcieli mnie zjeść. Podali mi rękę, a ja kiwnęłam im delikatnie.
-Idź i baw się dobrze. - zwróciłam się do ochroniarza.
Odszedł, a Jamie patrzył na mnie dziwnie.
-To twój kierowca? - zdziwił się.
-I ochroniarz.
Jamie zlustrował mnie dokładnie a ja uderzyłam go w bok.
-No co!? Dobrze wyglądasz! - zaśmiał się.
-Wiem. - mruknęłam pod nosem.
Chociaż raz w swoim nędznym życiu.
Gdy zgubiłam w tłumie Jamie'go trafiłam przypadkowo do pokoju Stephanie, a w jej jakiś dziwnych zeszytach zauważyłam dziwne napisy, to nie były cytaty. Były z nazwiskami, napisane dziwną mazią, jakby krwią. Przyglądałam się temu uważnie analizując listę nazwisk, która wyglądała jak lista do mordów. Ja na niej byłam.
Ale ona musiała mnie nie lubić...
-Tu jesteś! - krzyknął Jamie. - Szukam cię wszędzie... kurde, serio nie umiesz się bawić... - zaśmiał się.
Pokazałam mu tą listę i drugi zeszyt z dziwnymi znakami.
-Co to jest? - spytałam lekko przerażona. - Wyglądają jak jakieś symbole satanistyczne... A to? - wskazałam na napisy krwistym atramentem. - Jestem na tej liście... i Beth...
Ściągnął brwi i spojrzał na to z poważną miną.
-Może to jakiś żart. - parsknął.
-Może...
Podał mi kubeczek z wódką.
-Nie. - odmówiłam.
-No bez jaj... nie pijesz?!
-Nie. I do tego mnie już nie namówisz nawet wygranym zakładem. - odparłam poważnie i ruszyłam w stronę drzwi.
Wypił wszystko na raz i rzucił na ziemię kubeczki.
Weszłam na basen, tam działa się cała impreza. Był Finnick, który unikał mojego wzroku i grał w jakąś głupia grę na picie. Był Christoph, który był lekko wstawiony ale udało mu się mnie zaczepić.
-Przepraszam! - przekrzyczał ludzi i muzykę. - Nie chciałem tamtego powiedzieć!
-Spoko, wybaczam. - odparłam obojętnie.
-Serio nie jesteś zła?
-Nie. - wzruszyłam ramionami.
-Napijesz się? - spytał. - Chodź, postawię ci.
-Nie piję. - uśmiechnęłam się.
Chłopaki złapali go pod pachy.
-Telefon, dokumenty? - spytali.
-Nie, no kurwa, chłopaki... - zaczął gorączkowo.
-RAZ, DWA, TRZY! - krzyknęli i wrzucili go do basenu.
Zaśmiałam się widząc go mokrego. Złapał stojącą po drugiej stronie Bethany za nogę i wrzucił do wody. Dopiero po chwili poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę i wpadam do lodowatej wody w basenie.
-Teraz wyglądasz bardzo seksownie, Lu. - skomentował roześmiany Jamie.
Zacisnęłam zęby i rzuciłam się na niego.
Przewróciłam go i wpadliśmy po sam czubek głowy do wody. Wynurzyłam się, podeszła Dennis, która opiekowała się moja torebką.
-Telefon ci dzwoni, Collins.
-Kto to? - spytałam wyrywając się z podtapiającego uścisku Jamie'go.
-Matka... - przegryzła wargę.
-Wyłącz telefon. - spochmurniałam.
-Ale...
Wyrwałam się zła Jamie'mu i wyszłam z basenu zabierając swoje rzeczy i idąc na drugą stronę domu gdzie nie było ludzi. Wyłączyłam telefon i rzuciłam wszystko na trawę. Usiadłam na schodach od tarasu i patrzyłam przed siebie wściekła... zawsze potrafi wszystko spieprzyć jednym telefonem czy słowem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz