niedziela, 31 lipca 2016
Od Kath
Zbierałam się do wstania, nawet nie wiem która godzina.
Spojrzałam na zegarek i zamarłam. Za dwadzieścia czwarta! Na pewno nie zdążę się wyszykować na urodziny Sophie...
Gdy kończyłam się szykować do pokoju wszedł Dominic. Uniósł brwi, gdy zobaczył, że jestem prawie gotowa.
-Jednak nie musiałem cię budzić. - skomentował, gdy grzebałam w torebce. - Szukasz czegoś?
-Tak... nie... znaczy... nie ważne... - mamrotałam zamyślona i oglądałam się po pokoju.
-Może jednak?
Wlazłam pod łóżko i krzyknęłam triumfalnie.
-Mam!
Założyłam na głowę koronę, a Dominic spojrzał się na mnie jak na wariatkę.
-Dziś nie są twoje urodziny...
-Och, Sherlocku! - parsknęłam i wyszłam, a Dominic poszedł za mną zaskoczony.
Weszłam do Sophie, a ta zastanawiała się z mamą w co się ubrać. Dziewczynka spytała mnie o radę zupełnie zakłopotana i trochę smutna, ale to chyba z innego powodu...
-A gdzie masz swoją sukienkę, księżniczko? - spytałam.
-No właśnie nie wiem... Pomożesz? Mama też nie wie gdzie ona jest...
-Zdaje się, że widziałam ją w łazience... momencik. - weszłam do łazienki i przyniosłam ją Sophie. - Widzisz?
Gdy się w nią przebrała była gotowa w stu procentach.
-Wyglądam dobrze?
-Ślicznie. - odparłam, a jej mama uśmiechała się do mnie i do córki. - Tylko jeden drobiazg. Dziś jesteś najważniejsza... a więc to jeszcze bardziej wszystkich w tym utwierdzi. - uśmiechnęłam się i zdjęłam koronę z głowy.
-Teraz jest super.
-Wooow, rzeczywiście, nawet pasuje mi do sukienki.
-Ja zerknę na tort. - wyszłam z pokoju zostawiając jej mamę z Sophie.
Dominic poszedł za mną i w kuchni gdy byliśmy sami zaczął.
-Mam godzinę... postaram się wyrobić na urodziny Sophie...
-Gdzie Ty idziesz? - spytałam odwracając się od lodówki patrząc na niego zaskoczona.
-Jadę do Seattle.
-Po co? Nie wyrobisz się...
-Jadę po ojca. Musi być tym razem.
Westchnęłam.
-A co jak się spóźnisz? Na zdmuchnięcie świeczek?
-Możesz jakoś ''grać na czas''?
-Mogłabym, ale... no dobrze... tylko postaraj się być na czas, nie spóźnij się, żeby nie było jej przykro...
Gdy odjechał akurat przyszła Julia...ach... Bella... Cały czas miałam nieodbite wrażenie, że to ona. Po prostu jakbym wyjęła ją z pamięci i przeniosła tu. Chociaż odrobinę kolor włosów się nie zgadzał... może jej po prostu zjaśniały? Po jej historii, którą opowiedziała mi parę dni temu uwierzyłam w nią tak, jakby Julia mi to opowiadała. Przecież zniknęła, nie wiadomo co się z nią działo... możliwe, że straciła pamięć w wyniku jakiegoś wstrząsu? Czy nawet wypadku?
Poprosiłam, by dziewczyna zajęła się przez chwilę Sophie i całą resztą, ja wyszłam... musiałam się upewnić, że wampiry nie zaatakują. Po drodze wyczułam kogoś... Stanęłam w bezruchu, a potem skoczyłam na drzewo. Obserwowałam dwóch zdaje się łowców, czy coś w tym stylu. Oni na tym terenie? Guza szukają?
Rozpoznałam w mężczyźnie Deana. Nie mogłam w to uwierzyć, więc zeskoczyłam bezszelestnie na ziemię i stanęłam za nimi. Dotknęłam ramienia Deana, obserwując kobietę obok niego. To nie może być Emilie, więc... czyżby się rozeszli i Dean miał nową dziewczynę?
Kobieta odwróciła się i od razu gdy mnie zobaczyła strzeliła, jednak zwinnie uniknęłam kulki. Zawsze świetnie mi to wychodziło i uciekanie przed łowcami w poprzednim życiu nauczyło mnie kilku sztuczek.
-Amy? - Dean zaskoczony wpatrywał się we mnie. - Co ty tu robisz?
-No nie gadaj, że przyjaźnie, twoje przyjaźnie, sięgają aż po wampiry.
-Jest pół wampirem. - sprostował Dean. - Co tu robisz?
-Ty mi wyjaśnij.
-Pierwszy spytałem.
-Uciekłam tutaj, teraz mieszkam z wilkołakami.
-No bez jaj. - opuścił broń załamany. - Po cholerę?
-Lubię ich. I mam do was prośbę. Odpuśćcie sobie a dziś strzelaniny... odpuśćcie sobie najwyżej wilkołaki... mogę wam wskazać inny obiekt, który również wilkołakom wadzi, jak i mnie.
-Co takiego? Pułapkę?- parsknęła kobieta, a ja spiorunowałam ją wzrokiem.
-Dla ciebie na pewno się coś znajdzie, laluniu. - warknęłam złośliwie i zwróciłam się do Deana. - Grupę pierwotnych wampirów... są ciężkim orzechem do zgryzienia ale możecie ich śledzić, jak wam się nudzi. Idę do nich akurat, więc zaprowadzę was. Tylko są ostrożni i po ich stronie lasu mają rozproszonych wampirów, które mają różne umiejętności... działają w grupie i są zorganizowani, na niektórych nie działają kołki ani różne inne zabaweczki. - poszłam przed siebie, a oni po chwili za mną. - Co z Emilie? Już się rozeszliście?
-Nie twój interes. - odparł unikając tematu.
-Och daj spokój, pomagałam jej wychować waszego bachor... synusia, więc chociaż strzel troszkę tajemnicy dlaczego tu jesteś a nie z nią?
-Strzelić to ja ci mogę w łeb jak będziesz w to brnąć.
-Wtedy nie znajdziecie wampirów. - zaśmiałam się odwracając do Deana i znów podążyłam przed siebie. - A więc?
-Muszę uratować Sama, zadowolona?
-Hmm... w miarę. - wzruszyłam ramionami i zgrabnie przechodziłam po wystających konarach.
Pokazałam im wielką rezydencję wampirów.
-Skoro wszędzie mają rozprowadzonych szpiegów itp, to chyba nas widzieli. - odezwała się kobieta.
Odwróciłam się do nich.
-Czułabym ich. Teraz widocznie są na polowaniu w mieście. - uśmiechnęłam się kącikiem ust i poszłam przed siebie. - Teraz idźcie w swoją stronę i nie dotykajcie wilkołaków, bo się zemszczę. - pogroziłam im palcem. - Jak ty dotkniesz moich, to ja dotknę Emilie i twojego syna. Chociaż patrząc na twoją nową niunię wątpię, że cię obchodzi twoja rodzina. Mam nadzieję, że układ pasuje, bo mi bardzo.
-Jak dla mnie może być, mam to w dupie. - odparła kobieta.
-Przymknij się, nie z tobą rozmawiam. - warknęłam do niej a ona ścisnęła broń. - Znów chybisz.
-Mogę ją zastrzelić?! Będzie po pieprzonym problemie! - krzyknęła.
-Niech będzie. - odparł Dean mierząc mnie wzrokiem.
-Ale pamiętaj... coś się stanie wilkołakom z waszej ręki, to z mojej ręki coś sie stanie twojej rodzinie, Dean. A jak nie z mojej ręki, to od kogoś z wampirów. Wiesz, że jestem do tego zdolna.
Odwróciłam się i weszłam do domu pierwotnych.
Stefan i Damon kłócili się między sobą, gadali o jakiś starych znajomych którzy ścigają Damona.
-Słuchajcie...
-Nie teraz, Katherine. - uciszył mnie Stefan.
-Ale... - stanęłam za nim. - Inni łowcy są tutaj. Dean i jakaś jego ''partnerka''.
Zamilkli.
-Przecież Dean nas zna, poza tym czego on tu szuka? - spytał Damon.
-Chce pomóc Samowi. Więcej nie wiem, bo mnie nie obchodzi ale przyszłam tu upewnić się, że pierwotni nie planują żadnego ''zamachu'' dzisiaj na wilki.
-Nie, dziś są w New Yorku. - odparł Stefan.
-Aha... super. - Gdy chciałam wyjść i minąć dwójkę do środka nagle wparowali znikąd jakaś dwójka kolejnych łowców. Chyba... Jeden był wilkołakiem a drugi... a raczej... druga, była łowcą.
-Mówiłem ci, że to tu! - westchnął wilkołak.
-Czy tu zawsze tak tłoczno? - spytałam zaskoczona.
-Jenna? - zdziwił się Damon, a dziewczyna opuściła broń gdy nowy wilkołak kazał jej się uspokoić.
Wszyscy rzucili dziwne spojrzenia, a ja tylko obserwowałam całe zajście.
-Co się tu dzieje? - spytałam, by ktokolwiek udzielił mi odpowiedzi.
-To moja stara, dobra znajoma Jenna. - przedstawił Damon z uśmieszkiem.
-Stara dobra znajoma? - oburzyła się. - Zaraz ci odstrzelę jaja jak powiesz coś jeszcze!
-Może i zabrałem ci...
Podniosła broń, a on zamilkł.
-Kim jest twój kumpel? - spytał Stefan spokojnym tonem.
Jenna spojrzała na niego i westchnęła, opuszczając ponownie broń.
-To jest mój kumpel, jest dla mnie jak brat...
-Rick. - przedstawił się. - Przyjechaliśmy tu na prośbę Stefana.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Klaus i reszta rodzinki planują wybudzić Jeremy'ego, nie możemy na to pozwolić... - wyjaśnił Stefan.
-Wszyscy się poznali, super. A teraz pozwólcie, że się napiję trochę alkoholu bo atmosfera jest napięta. - powiedział Damon idąc w stronę whisky.
Jenna strzeliła w butelkę, a Damon spojrzał na nią zrozpaczony.
-Nie w butelkę, kobieto! O bogowie! - załamany padł na kanapę.
-Pieprzony chlejus. - warknęła i poszli wszyscy do salonu, a je upewniwszy się, że nie będzie nikt przeszkadzał dzisiaj w urodzinach dziewczynki wróciłam do Sophie.
Od Dominica
Idź do domu, prześpij się, pomóż babci.. W końcu to była jej córka, odezwałem się w myślach.
I co? Mam siedzieć bezczynnie i popadać w coraz większą rozpacz? Wiedziałem, że tak się stanie. Wolę się czymś zająć i nie myśleć o tym, odparł.
Zerknąłem na niego. Jego oczy, zawsze takie wesołe - przez ostatni czas nieco przygasłe - patrzyły na świat z ogromnym bólem. Nawet pysk miał smutny.
Westchnąłem, ale rozumiałem go. Gdy Jose umarł też wolałem robić jak najwięcej, niż siedzieć samotnie w domu słuchając pustych pocieszeń i patrząc na żałobę matki i Toby'ego.
Cody słyszał moje myśli, ale nic już nie odpowiedział. Ucieszył się trochę, że podzielam jego zdanie. Gdyby był z Mattem, ten niezwłocznie kazał by mu iść do domu.
Bierzmy się do roboty, mruknął w końcu.
Carl i Matt schodząc z warty, powiadomili mnie, że w okolicy pojawili się jacyś ludzie. Ludźmi chyba jednak nie do końca byli, bo 'czując' ich zapach w myśli którą przekazał nam Carl nasuwał mi się wyraźny wniosek. To na pewno nie wampiry. na pewno nie nasi pobratymcy, nie ludzie... Mogli to być albo łowcy (tak!) albo jakieś inne demoniczne bądź anielskie istoty z którymi rzadko mieliśmy do czynienia.
Matt na razie nakazał nam mieć na nich oko. Pomieszkiwali w starej ruderze, która niegdyś należała do dziadka Alberta. Gdy ten wiele lat temu umarł tam w tajemniczych okolicznościach, ludzie uznali to miejsce za przeklęte i zostawili ten dom w spokoju. Choć uważałem, że to czyste przesądy, w okolicy wyczuwało się jakieś dziwne powietrze, a sierść na grzbiecie nam się automatycznie jeżyła. Cóż, miejsce na randkę z dziewczyną to z pewnością nie jest.
Mimo wszystko postanowiliśmy mieć na nich oko. Cody tradycyjnie najpierw pobiegł pod granicę pijawek. Ostatnio byli wyjątkowo spokojni i nie sprawiali żadnych problemów. Kath była bezpieczna w domu. Przez większość czasu miałem na nią oko, a podczas warty gdybym wyczuł, że jakiś wszedł na nasze terytorium (a musiał, bo inaczej nie dostałby się do mnie do domu) czym prędzej bym zareagował.
Siedziałem między drzewami i znudzony obserwowałem mężczyznę który spał w samochodzie. W sumie mając do wyboru taką ruderę i auto też wybrałbym to drugie. Nie umiałem nie docenić dobrego samochodu, więc przypatrywałem się impali z niemałym podziwem.
Laska była w domu. Zastanawiałem się, czy dała rade zasnąć w takich warunkach. Nie należałem do strachliwych, a niektóre horrory szczerze mnie bawiły, ale teraz poczułem instynktownie lekki niepokój. Każdy najdrobniejszy szelest przypominał mi odgłos ludzkich kroków.
Nagle koło mnie pojawił się Cody. Serce zabiło mi mocniej. Wyczuwając mój nastrój, szczeknął imitując śmiech.
Kto by pomyślał, że nieustraszony Dominic będzie się bał domu z przesądów, pomyślał.
Wcale się nie boję. Ale to otoczenie... - odparłem.
Rozumiem cie doskonale, odrzekł i przebiegł spojrzeniem po pobliskich drzewach.
Czas zleciał nam szybko. Zrobiliśmy jeszcze parę rund dookoła lasu, a gdy słońce zaczęło powoli wschodzić dom już nie wydawał się taki straszny.
Zbierajmy się, pomyślałem.
Potruchtaliśmy powoli w kierunku naszych domów. Teraz wartę miał przejąć Alberto. Biedak, nie miał nikogo do pary. Warta od 6 do 12 była najnudniejszą rzeczą, jaka mogła być, a zwłaszcza samemu. Wtedy nigdy nic się nie działo, ale Matt 'nie byłby spokojny' gdyby ktoś nie miał oka na okoliczne tereny.
Wyczuwałem, że ból o którym Cody zdążył choć przez chwilę zapomnieć patrolując okolice, wrócił do niego ze zdwojoną siłą. Naprawdę nie wiedziałem jak mu pomóc.
Zdziwiłem się, gdy zastałem Sophie siedzącą na schodach prowadzących do domu. Nie przemieniliśmy się, tylko podeszliśmy do niej wilczej postaci. Mała zawsze była rannym ptaszkiem, ale bez przesady.
Nagle zbiegła do niego i śmiało objęła go rączkami ze zbolałą miną. Wiedziałem, że jest bardzo inteligentna i pewnie usłyszała w nocy jak wuj Cody'ego, przekazuje naszemu dziadkowi smutną nowinę. Bardzo lubiła Cody'ego i postanowiła go pewnie pocieszyć.

Odwróciłem się i pobiegłem do lasu aby przemienić się i ubrać spodnie. Gdy wróciłem Cody'ego już nie było, a Sophie stała samotnie ze spuszczonym wzrokiem.
- Ej, co się dzieje? - przyklęknąłem przy niej - Masz dziś urodziny, powinnaś się cieszyć.
- Nie mogę Dominic, gdy Cody obchodzi żałobę..
- Cody na pewno nie byłby szczęśliwy, gdybyś z jego powodu była smutna.
- Ale... - zaczęła, lecz przerwałem jej.
- Żadnych 'ale'. Wiesz jak Kath napracowała się nad twoim wystrzałowym tortem? Wiesz ile gości przyjdzie, aby świętować razem z tobą?
Uśmiechnęła się lekko a ja pociągnąłem ją do domu. Po chwili poszła do swojego pokoju. Nie wszedłem za nią. Przez uchylone drzwi zobaczyłem, że zabrała się do rysowania.
Kath jeszcze spała - i pewnie pośpi jeszcze długo - pomyślałem rozbawiony i położyłem się obok niej. Nasza relacja była naprawdę dziwna. No bo jaki chłopak bierze do siebie do domu laskę, którą ledwie zna a później z nią mieszka? A na dodatek śpi? Podkreślam - tylko śpi.
Mimo wszystko zaczynała być dla mnie coraz bardziej ważniejsza i nie wyobrażałem sobie nie słyszeć codziennie rano jej gderania. Nie wspominając o pozostałych członkach rodziny, a zwłaszcza o Sophie.
Pomyślałem też nagle o Isabelli. Matt dowiedziawszy się w jakim jest stanie, obiecał, że jeśli nic się nie poprawi, poprosi swoją matkę aby zerknęła na nią. Eleonore była wtajemniczona w nasze sprawy, gdy któremuś z nas coś się stało zawsze chodziliśmy do niej. Unikaliśmy w ten sposób niewygodnych pytań zwykłych lekarzy a w najgorszym przypadku wywiezienia nas do ośrodka naukowego, aby zbadać czemu przy temperaturze, przy której już oficjalnie powinniśmy umrzeć, nadal żyjemy a na dodatek mamy się całkiem dobrze.
Obudziłem się po 3 godzinach. Tak, Kath nadal spała. Postanowiłem, że jeśli nie wstanie do dwóch godzin to sam ją 'obudzę'.
Ubrałem koszulę. Obiecałem sobie, że osobiście dopilnuję, żeby ojciec się pojawił, więc musiałem pojechać po niego do Seattle. 'Impreza' miała się zacząć o 17. Tym sposobem Flynn i Hugo obejmujący wartę od 12 do 18 mieli spóźnić się tylko godzinę, a przejmujący po nich służbę Matt mógł się pojawić chociaż na chwilę.
Zacząłem się lekko denerwować. Zastanawiałem się co zrobię, gdy ojciec wykręci się jakimś spotkaniem i nie pojedzie ze mną, znów wystawiając małą. Podjąłem decyzję, że choćbym miał go wlec przez całe biuro, to dopnę swego i przywiozę go na jej urodziny.
By się czymś zająć, zacząłem czytać gazetę. Mama, która przyrządzała śniadanie zerknęła na mnie i zaczęła gestykulować. Choć słabo znałem się na migowym, wiedziałem co chce mi przekazać. "Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze".
Zirytowałem się odrobinę. Spotkało ją tyle nieszczęść, a ona dalej była taką niepoprawną optymistką. - No jasne, przecież nic się nie stanie, jak ojciec znów będzie miał Sophie w dupie - odparłem.

Popatrzyła na mnie z nutą przygany, ale nie pokazała już nic, krojąc pomidora. Westchnąłem i zapatrzyłem się w okno. Chyba faktycznie nie powinienem się aż tak bardzo przejmować. Co ma być to będzie.
Od Emilie
Kretyn jeden... No debil! Po prostu nie wierzę!
Byłam wściekła. Nie... to mało powiedziane. Puściłam wodze swojej ''złej i mrocznej'' strony i po prostu pierwsze co zrobiłam to spakowanie swoich rzeczy. Wyniosłam wszystko do samochodu. Nie została po mnie ani jedna moja rzecz. Jedyne co zostawiłam w tym samym miejscu to kartka na łóżku, którą napisał Dean, zgnieciona. A obok niej moja, gdzie jest napisane, że jeśli naprawdę będzie chciał wrócić już na stałe... znając wspaniałość, odnajdzie nas. Mnie i Richa. No i to, że jeśli to mu pomoże to może najlepiej będzie, jak zniknę? Oczywiście z Richem będzie miał stały kontakt, jeśli tylko zechce, bo nasz syn go potrzebuje bardziej niż mnie...
Nikomu nie zostawiłam żadnej wiadomości, że odchodzę. Nikt z moich przyjaciół nie wiedział, że mnie nie ma. Zmieniłam numer telefonu, miałam tego wszystkiego dość. Nie usprawiedliwia go fakt, że musi ratować brata. Mógł ze mną o tym porozmawiać wcześniej. Nawet jego odejście mnie nie zdziwiło. Na kartce było napisane, że nigdy więcej nie wróci... Dean by czegoś takiego nie napisał, byłam tego pewna... aż do teraz.
Siedziałam na schodach, jeszcze się zbierając do opuszczenia domu. Samochód był zapełniony wszystkimi rzeczami moimi i Richa. Jego meble jak i cała reszta zostały nienaruszone. Starałam się nie uronić żadnej łzy, jednak nie udało mi się.
-Mamo? - podszedł do mnie pięcioletni Rich, zupełnie nie rozumiejąc sytuacji.
Wiem, było to dla niego trudne. Ale jeszcze bardziej będzie mi trudno wyjaśnić odejście jego ojca.
-Słucham? - złapałam go za rączki i spojrzałam na niego.
-Czemu płaczesz? - spytał smutny.
Pogładziłam go po policzku i uśmiechnęłam się, ścierając niepotrzebne łzy. Tak, były niepotrzebne. Nie mogłam pozwolić na panikę w sercu, wiele razy to się działo i jeśli myślałam, że moje życie nagle wraz z powrotem Deana zmieni się w sielankę to grubo się myliłam. Oszukiwałam siebie i Richa.
-To nic... naprawdę.
-A czemu spakowaliśmy rzeczy?
-Bo się... przeprowadzamy, wiesz?
-Dlaczego?
-Ponieważ... mam zlecenie w Chicago na bardzo długie śledztwo, będę pomagać policji...
-A tata?
Westchnęłam ciężko.
-Ustaliliśmy z tatą, że pojedziesz ze mną.
-Ale ja chcę być z wami... razem...
-Będzie dobrze... ufasz mi, prawda?
Kiwnął głową.
-Więc jak mówię, że będzie dobrze, to właśnie tak będzie. - uśmiechnął się lekko.
Pojechałam jeszcze z wizytą do Lucyfera. Nie trudno było go znaleźć, musiałam jednak zjeździć pół miasta. Rich spał, wahałam się zostawić go samego w aucie ale wiedziałam, że nic się nie może złego stać. Szybko wyszłam, był chłodny wieczór. Starałam się załatwić sprawę jak najszybciej.
Słyszałam kroki za sobą w mieszkaniu do którego weszłam. Odwróciłam się, niewzruszona, a Lucyfer, a raczej Sam stał centralnie za moimi plecami.
-Jednak odszedł... - zaczął Lucyfer.
Skąd... on... wiedział...?
-Wiedziałem, że do mnie wrócisz jak tylko odejdzie. Taki już jest...
-Nie przyszłam do ciebie, tylko PO Sama.
Zaśmiał się.
-Nie ma go.
-Dlaczego Sam?
-Wszystko ma swój cel, Emilie.
-Gadaj! - powiedziałam powoli histeryzując.
-Nie muszę się przed tobą tłumaczyć... jednak, przykro mi z powodu odejścia Deana... pamiętaj, że w każdej chwili możesz do mnie wrócić... z Richem.
Wściekła wyszłam i wsiadłam do samochodu. Uspokoiłam się trochę, spojrzałam na synka. Spał. Spuściłam wzrok i zastanawiałam się dokąd tym razem...?
Chicago.
Wyciągnęłam całą sumę z konta bankowego i ruszyłam tam jak najszybciej. Znajdę tam pracę, wychowam Richa sama... wszystko z czasem się ułoży. Jeśli Dean zechce i znajdzie czas to Rich jest do jego dyspozycji, kiedy tylko będzie mógł, na pewno znajdzie nas przez Richa, w końcu są powiązani... w jakiś sposób. Będzie mi łatwiej jeśli raz na jakiś czas Dean po prostu będzie odwiedzać Richa... jemu również będzie łatwiej, będzie szczęśliwy widząc ojca...
Od Dean'a
To w sumie zabawne, gdy widzieliśmy się ostatnim razem
miałem szczerą nadzieję, że po raz ostatni będę musiał
z nią współpracować. Nie żebym jakoś bardzo jej nie lubił,
uważam ,że była nawet całkiem znośna i zawsze dobrze się
bawiliśmy, chociaż wiązało się to także ze złośliwymi
komentarzami, gdy nie potrafiliśmy się dogadać.
A teraz gdy spapraliśmy jej trochę życie, dogryzek
nie będzie końca.
Pierwszy raz spotkaliśmy się z nią, gdy dowiedzieliśmy
się ,że Crowley usilnie próbuje ją odszukać od kilku
lat, a my akurat wtedy potrzebowaliśmy jego pomocy,
w tamtym czasie gdy byłem człowiekiem, kontakt
z królem piekła był ograniczony, mało prawdopodobny.
Posłużyła nam wtedy za przynętę, ale dzięki temu
zagwarantowaliśmy jej spokój na kilka lat.
Już wtedy była nieznośna, uszczypliwa, i marzyłem
o tym by więcej jej nie musieć oglądać, chociaż była
bardzo atrakcyjna. Niestety do drugiego spotkania doszło
stosunkowo niedługo, a było to gdy nad mną zapanował
anioł i żeby się go pozbyć potrzebna była pomoc Crowleya.
Oczywiście wtedy także była przynętą, jednak wtedy nie
udało nam się wynegocjować dla niej taryfy ulgowej.
Po tych wydarzeniach po prostu zniknęła
swoją drogą ciekawe co robiła, zapewne uciekała przed Crowley'em.
Wyszedłem z auta by zapłacić za paliwo. Jechaliśmy już dość
długo, dla brata musiałem opuścić Emilie i Richa, wierzyłem ,że
sobie poradzą, zostawiłem ich jedynie z kartką pozostawioną na
mojej stronie łóżka, nie tłumaczyłem jej dlaczego znikam, gdzie
i kiedy wrócę, po prostu napisałem ,że muszę odejść, może teraz
tego nie zrozumie ale później myślę ,że tak.
Wróciłem do punktu wyjścia, jestem teraz ja, impala, brat którego muszę
uratować i przepyszne ciasto które kupiłem przed wyjazdem a no tak
jeszcze Iza jedzie ze mną. Dobrze ,że śpi i nie muszę słyszeć jej gadania.
Podchodząc do auta zauważyłem ,że ona już nie śpi
-Hej- rzuciłem wsiadając do auta z szerokim uśmiechem na myśl o ciachu- Widzę ,że
już się poczęstowałaś mandarynką (nie kupiłem tylko ciasta, były też tam żelki,
czekolada, jogurty, kanapki, chrupki no i pomarańcze) Mogłabyś wyjąć mi ciasto?
-Jakie ciasto? -zmarszczyła czoło
-To cudo z czekoladowymi wiórkami na wierzchu i jagodowym nadzieniem.
-Ach, tooooo - uśmiechnęła się i momentalnie zbladła- Zjadłam je
-Co?- spojrzałem na nią z niedowierzaniem - Zja-zjadłaś moje ciasto?
To chyba jakiś żart.
-Nie bardzo
-Poważnie zjadłaś moje ciasto?! - krzyczałem- Jak mogłaś to zrobić!?
-Przepraszam, ok?! -podniosła głos-Nie wiedziałam ,że jest to zakazane.
-O tak, zakazane! Nidy więcej nie waż się tknąć MOJEGO ciasta!
-Hej, hej przecież przeprosiłam.
Obraziłem się na nią, włączyłem rockową składankę najgłośniej
jak sie dało i ponownie wjechałem na autostradę.
Nigdy jej tego nie wybaczę, niech zginie w piekle.
-Debil- powiedziała pod nosem myśląc ,że nie usłyszę.
Skorzystałem z tego że byłem rozpędzony, gwałtownie zahamowałem a ona poleciała
z impetem do przodu. Zaatakowała mnie spojrzeniem i zapięła pasy.
-Daleko jeszcze? - jęknęła
-Pół godziny, godzina- burknąłem
-O matko- westchnęła ciężko- Może w coś pogramy co?
Spojrzałem się na nią wymownie, ale nie zamierzałem odpowiedzieć.
Wywróciłem oczami, a po chwili ponownie skupiłem się na drodzę.
-Widzę ,że jesteś niesamowicie rozmowny dziś. Mozę jest jednak coś
o czym chciałbyś porozmawiać?
Cisza.
-Wiedziałam ,że podróż z tobą będzie ciekawa, ale nie sądziłam ,że aż tak.
-Od dziecka tyle gadasz?- syknąłem nadal obrażony za ciasto, ona musiała wiedzieć,
że to mnie zaboli więc ugryzła mój słaby punkt, na pewno...
-Bardzo zabawne. Gdybyś chciał wiedzieć to od dziecka byłam dość ciacha,
bo cały czas musiałam ciekać przed demonem o imieniu Crolwey, którego
dobrze znasz, żyłam w ciągłym stresie.
-Słyszałem o twoim bracie- wtrąciłem, już spokojniejszym tonem - To był świetny koleżka.
Uśmiechnęła się blado. Chyba było jej miło usłyszeć te słowa. Jej brat zginął
jako ostatni z rodziny, kilka miesięcy temu podczas jednej ze spraw.
Ona najpewniej nie wiedziała w jaki sposób ale na pewno podejrzewała
jednego demona.
O jej przeszłości wiem tyle ,że jej rodzina należała do tych szczęśliwców których
odwiedził archanioł Gabriel i przekazał małej dziewczynce wielka moc, a później
pojawił sie Crowley który chciał tę moc dla siebie. Później przez lata wraz z rodziną
była w ciągłej podróży. Jej rodzice chcieli uratować wszystkie dzieci ale prawda
jest taka że to ona była zagrożeniem i koniec końców ciągłe pościgi odebrały jej
całą rodzinę i teraz musi radzić sobie sama.
-Czy ty w ogóle poznałeś go kiedyś? - zmarszczyła czoło.
-Jasne, w Chicago byłaś z nim.
-Chicago? Tam pracowaliśmy nad sprawą z duchami... pamiętam.
-Jesteś okropnym kompanem do podróży- westchnąłem wywracając oczami
Uśmiechnęła się triumfalnie.
Reszta podróży minęła mi całkiem dobrze, ona siedziała cicho wyraźnie znudzona,
czasami posyłała mi tylko spojrzenie mordercy, jakby chciała mi oczy wydłubać ale
muzyka i dźwięk silnika była kojąca dla moich uszu, kochałem to, byłem głupi zostawiają
tą przyjemność na tak długo.
Dopiero gdy minęliśmy znak wjazdu do miasta, ona się ożywiła, a ja wręcz przeciwnie,
były godziny szczytu co równa się z korkami, świetnie...
-Więc...Jak zamierzasz przekonać tę czarownicę, żeby nam pomogła? Bo rozumiem ,że
trening wykluczamy.
-Wisi mi przysługę.
-Serio?- uniosła znacząco brwi- A jak się nie zgodzi? Zakujesz ja w kajdanki przy
wszystkich?
-Coś wymyślimy- rzuciłem lekko- Będziemy improwizować. Na twoim miejscu raczej bałbym się
co będzie gdy się nie zgodzi.
-Tak potrafisz podnieść mnie na duchu.
Rozbawiony pokręciłem głową i zatrzymałem się przy kawiarni, w której umówiłem się
z pewną kobietą.
Iza samotnie weszła do środka ponieważ ja musiałem się przebrać, musiałem wyglądać równie
elegancko jak kobieta która zaraz się pojawi.
Zdążyłem się przebrać i wyjść z auta gdy nieopodal zauważyłem piękną blondynkę,
to ona mogła nam znacząco pomóc. Porozumiewawczo na siebie spojrzeliśmy i weszliśmy
do środka. Iza wybrała stolik znajdujący sie na środku sali. Miała założoną nogę na nogę,
i przyglądała się kelnerowi zagryzając usta, ale gdy nas zauważyła , od razu zmierzyła
nas wzrokiem.
-Hej Izka, bo jeszcze go pożresz tym zachłannym spojrzeniem - rzuciłem rozbawiony stawiając
3 szklanki na stole- Izabello poznaj Caroline, Caroline poznaj Izabelle.
Zlustrowała ją wzrokiem od góry do dołu. Miała co podziwiać, Caroline ubrała się
równie elegancko jak ja. Miała złociste włosy, lekko kręcone na końcach, a pełne różowe
usta uśmiechały się do niej ni to pogodnie ni pogardliwie. Izabela również się uśmiechnęła
robiąc miejsce dziewczynie.
-Więc? - spojrzała na nas znacząco
-Spodoba ci się to co ona powie- rzuciłem uśmiechając się zadziornie.
-Dean, powiedział mi czego ode mnie odczekujecie i owszem, mogę wam pomóc, ale tylko
w pewnym stopniu
-Co to znacz? - zmarszczyła czoło- Jakieś szczegóły?
-Aby obudzić w Tobie moc Boga najpierw musisz obudzić w sobie ,,ciemną stronę"
-Ciemną stronę mocy. Twoim Yodą ja będę - rzuciłem rozbawiony, próbując naśladować
głos Yody.
-Jesteś żałosny - syknęła, a następnie skupiła wzrok na czarownicy- Co to znaczy?
-Każdy z nas ma swoją dobrą i zła stronę. Chcąc obudzić moc Boga musisz pozbyć sie tej złej,
a aby tego dokonać, będę musiała użyć odrobiny magii, która sprawi, że sama zechcesz obudzić
tę ciemną stronę. Gdy już to nam sie uda będziemy musieli zniszczyć twoją złą stronę
tak aby ta dobra była jak najbardziej spotęgowana. Jest to trudniejszy scenariusz, wiążący
ze sobą kilka możliwych powikłań.
Postanowiłem wykorzystać ten moment i sam dokończyć wyjaśnienie.
-Moglibyśmy to zrobić inaczej, ale drugi sposób wymaga zabicia 3 cząstek Lucyfera a wiesz
,że w obecnej sytuacji jest to nie możliwe.
-Jakie powikłania?
-Tego nie wie nikt - rzuciła blondynka upijając łyk kawy
-Cudownie.
Jeszcze tego samego dnia wzięliśmy się do pracy. Pojechaliśmy do domu Caroline
i związaliśmy sznurkami nadgarstki Izabelli do krzesła. Gdy blondyna przygotowywała
się do pracy Iza spojrzała się na mnie
-Wiec...Powtórzmy. Co właściwie zaczniecie ze mna robić? U
Uśmiechnąłem się zadziornie i po raz kolejny zacząłem jej mówić wszystkie etapy procesu.
-Najpierw Caroline będzie chciała wywołać w tobie najsmutniejsze wspomnienia, takie które
dotkną twojej duszy do tego stopnia, abyś chciała przestać czuć ból.
Wtedy będziesz mogła obudzić tę ,,ciemną stronę" która będziemy musieli zniszczyć.
-Ale jak?
-Najprawdopodobniej rozdzielisz się na dwie osoby, i wtedy zabijemy tą gorszą.
-To będzie już proste, jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli tobie nic się nie stanie.-dodała
Caroline
-Cudownie marzyłam o tym całe życie - rzuciła posyłając mi zimny uśmiech.
W pomieszczeniu nagle rozbłysły płomienie świec. Poprawiła się na krześle i skupiła
wzrok na blondynie. Kobieta zaczęła mamrotać pod nosem, słowa które z pewnością
Sammy by zrozumiał, ja tylko kojarzyłem te frazy.
Zdezorientowana Izabela rozglądała się po pomieszczeniu, ja ze spokojem przyglądałem
się ceremonii, bezpiecznie siedząc na krześle pod ścianą.
-Izabello - odezwała się nagle, a jej głos nawet u mnie wywołał fale dreszczy, ciekawe co
czuła Iza. - Jak się czujesz z myślą ,że cała twoja rodzina nie żyje?
-A jak myślisz? - rzuciła wywracając oczami- co to za głupie pytanie?!
-Odpowiedz!
-Źle, ok? -syknęła
-A ze świadomością, że to twoja wina? - jej głos był spokojny- W końcu gdybyś się
nie urodziła oni wciąż by żyli....
I tak sie to ciągnęło jak dla mnie wieki, ponieważ po kilku słowach weszły w dialog mentalny,
widziałem na twarzy Izabelli wiele emocji w jednym czasie, musiała widzieć coś naprawdę
przykrego. Blondynka wpatrywała się w nią w milczeniu. Po czole Izy zaczęły spływać krople
potu. Spojrzała w moim kierunku. Jej oddech był bardzo przyśpieszony, dyszała cicho.
Nie znalazła u mnie wsparcia w żadnym geście czy w spojrzeniu, w tym momęcie
myślałem tylko o Samie. Następnie jej wzrok powrócił na Caterinę, i znów nic
się nie zmieniało tylko ilość potu się zwiększyła, więc sięgnąłem po chusteczkę leżącą
obok i wytarłem pot z czoła Izy. Widziałem ,że z trudem uchylała powieki, była przerażona.
Dostała drgawek, rzucała się i miotała na krześle, dobrze ,że nie zapomnieliśmy jej
przywiązać. Trwało to spory kawałek czasu ale gdy się uspokoiła i otworzyła oczy,
byłem już spokojniejszy a nerwy uszły z mojego ciała. Spojrzała się na czarownicę
a później na mnie, posłałem jej zadziorny uśmiech, ona mi również.
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak przyjemnym uczuciem było wbicie sztyletu prosto w twoje
serce- trochę się zdziwiłem - chociaż założę się ,że oglądanie moich tortur sprawiało
tobie równie wielką przyjemność.
-Udało się? - rzuciła Caroline
-To ty nie wiesz? - syknęła
-Robiłam to pierwszy raz, teraz powinna się pojawić twoja kopia obok- zamyśliła się - coś
poszło nie tak...
Po tych słowach zalała mnie fala ciepła, byłem zdenerwowany ja nigdy trudno było mi
powstrzymać emocje ale przez zęby zdołałem wycedzić.
-I co mamy teraz zrobić?
-Wyjedźcie gdzieś, w bezludne miejsce i tam poczekajcie na efekt, może to zająć
jakiś tydzień.
-Sammy nie ma tygodnia!- wybuchnąłem
-Więcej nie mogę zrobić
Razem z Izą pośpiesznie wyszliśmy na zewnątrz, kipiący złością kręciłem się koło impali,
szukałem czegoś na czym będę mógł się wyładować. Gdy nagle zadzwonił mój telefon, pośpiesznie
wyjąłem go z kieszeni i obrałem nie patrząc na to kto dzwoni
-Czego?! - wybuchnąłem komuś do słuchawki
-Em.. Dean? Może trochę grzeczniej... z tej strony Dick, polujesz jeszcze?
Odetchnąłem by się uspokoić, na myśl o powrocie do polowań nieznacznie się uśmiechnąłem.
-No pewnie, gdzie jest problem?
-Clearwater, wilkołaki i wampiry, natknęliśmy się na nich jakiś czas temu i już zdążyli
zabić naszego, więc sam rozumiesz...Ellen dopiero się szkoliła...
-Tak się składa ,że jesteśmy niedaleko, znajdę mieszkanie i zajmę się tym.
-Dzięki, i Dean? To była moja córka.
Rozłączyłem się. Jaki debil bierze dzieci na polowanie.
-Dalej księżniczko, nie mamy całego dnia - rzuciłem oschle wyskakując z czarnej Impali.
-Już królewiczu- gdy usłyszałem trzask drzwi mojej dziecinki miałem ochotę rozerwać
Ize na strzępy, ale tylko rzuciłem oschle.
-Mogłabyś być dla mojej dziecinki trochę delikatniejsza?
-Hmm... nie
Coraz bardziej działała mi na nerwy.
Mieliśmy szczęście w nieszczęściu, znaleźliśmy domek w ustronnym miejscu, gdzieś
w lesie ale ta rudera średnio nadawała się do mieszkania, owszem było sporo pokoi i
wyposażenie ale pleśń i odchodząca farba ze ścian potrafiła zgorszyć na tyle by odmówić sobie
kolacji.
-Witam Cię w skromnych progach tej o to willi - powiedziałem z rozłożonymi rękoma do Izy.
-Rzygnę - zgorszyła się - jak ja mam tu mieszkać, to musisz to posprzątać
-Ty to zrobisz ja idę spać do impali, papa kochanie słodkich snów
-Oooo jak uroczo - powiedziała z nutką złośliwości
-To nie do ciebie, mówiłem do impali
sobota, 30 lipca 2016
Od Julii
Trzęsłam się. Nie spałam całą noc.
Nie trzęsłam się z zimna.. Wręcz przeciwnie. Było mi gorąco!
Wyszłam z motelu przez okno mojego pokoju.
Zaczęłam biec przed siebie w chłodną noc.
Byłam rozpalona.
****
Obudziłam się na trawie na dworzu. Co się tak właściwie stało? Zemdlałam? Nie no noc sobie takie nie przypominam.
Dziś była sobota. Miałam zaproszenie od siostry Dominica na urodziny. Nie wiedziałam czy powinnam na nie iść ale czułam że jestem im to winna.
Kiedy skończyłam pracę w motelu wybrałam się spacerem do sklepu po jakiś prezent.
Wprawdzie nie miałam za aiele pieniędzy ale na pewno coś uda mi się kupić.
Czułam pieczący ból w miejscu gdzie jeszcze wczoraj była rana po ugryzieniu a dziś została tylko blizna w dziwnym krztałcie. Jak znamie.
Odrzuciłam na nok te niedorzeczne myśli i weszłam do sklepu.
Długo wybierałam prezent aż wreszcie wybrałam. Nie mogłam oprzeć się turkusowej sukience która na moje oko powinna idealnie pasować na małą. Kupiłam też dużego misia i czekoladki. Miałam nadzieje że się ucieszy.
W motelu przy pomocy Marii zapakowałam prezent w ładne opakowanie.
Dochodziła 16 godzina. Poszłam do łazienki i spojrzałam w swoje odbicie.
Miałam podpadnięte oczy.
A one same wyglądały dziwnie.
Zobaczyłam obraz oczu tego mężczyzny.
Nie to nie możliwe. Moje oczy przecież nie mogły nabrać zwierzęcego blasku.
Zgasiłam światło i wzięłam latarkę. Zaświeciłam nią tak by w odbiciu zobaczyć swoje oczy.
Błyszczały się jak u kota nocą.
Może jestem chora? Powinnam zgłosić się chyba do lekarza. Czułam że jak tego nie zrobię to zwariuję.
Od Dominica
Nie zmieniamy się wtedy w okropne, olbrzymie potwory jak we filmach. Jesteśmy tacy sami.. Tylko że przez ugryzienie, możemy przemienić przypadkową osobę.
Mialem jednak nadzieję że to był jakiś zwykły kundel
Zastanawiałem się nad tym tuląc w ramionach Kath. Stalo się juz tradycja że od paru dni zasypialem obok niej robiąc za osobisty grzejnik
- Chyba musze ci zacząć płacić za to ogrzewanie - wymamrotala
Parsknąłem śmiechem
Zamyslilem się. Jutro wypadała sobota i Sophie organizowała urodziny. Martwilem się że ojciec wystawi małą i nie pojawi się. Obiecałem sobie ze wtedy dorwe go i osobiście wymierze sprawiedliwość.
- O czym myślisz? - mruknela Kath
- Martwię się że te urodziny jutro nie wypala
- Nie przejmuj się dopilnujemy wszystkiego
Westchnąłem
- Bella będzie? - spytala po chwili
- Nie mam pojęcia,.. Pojadę jutro po nią i zobaczę jak sie będzie trzymać
Jutro obejmowałem znów warte o 6 wiec mruknąlem do Kath
- Śpij juz..
- Sam śpij - wymamrotala i po dłużej chwili rzeczywiście zasnąłem
(Sorki ze tak krotko ale pisze z telefonu i zaraz ide koczowac na pola XDD)
Od Kath
-Chodź mała. - krzyknęłam uważając by się nie oparzyć prostownicą.
-Co robisz? - spytała siadając na łóżku obok.
-Prostuję włosy.
-W kręconych ci ładniej. - odparła obserwując mnie. - Też mi wyprostujesz włosy?
-Zniszczą się. Masz śliczne, kręcone.
-Ty nie lubisz kręconych.
-Nie to że nie lubię... Po prostu są wygodniejsze.
-Wygodniejsze?
-Tak... kręcone są wszędzie, jak sierść pudla.
-Nie masz aż takich kręconych. - zamyśliła się. - Chcę zobaczyć jak mi będzie w takich.
-Chcesz mieć wypadające i zniszczone włosy? Wyłysiejesz.
-Ty jeszcze nie wyłysiałaś.
-Bo ja, moja droga, robię to od paru dni. A ponad to jutro zaczynam twój wielki tort urodzinowy. - odparłam dumnie się prostując.
-Już się nie mogę doczekać. - westchnęła rozmarzona.
Gdy wyszłam do miasta rozejrzeć się za jakąkolwiek pracą wstąpiłam do baru. Nie powinnam, wiem, ale nie będę pić! Już nie. Byłam w większej części człowiekiem i z raną po postrzale na brzuchu było mi nieco trudniej połykać alkohol w nieograniczonej ilości a potem wyrzygać, na dodatek nie skompromituję się znowu...
-Hej Mason. - westchnęłam, witając się z nim.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie, z początku mnie nie poznając.
-Ach, to Ty...Chociaż pamiętasz moje imię. - zaśmiał się.
-A Ty o mnie zapomniałeś. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
-Nie, po prostu jestem zapracowany...
-Właśnie... nie poszukujecie... kelnerki...? Drugiej pary rąk...?
-Spytam kumpla, on jest właścicielem. - błysnął zębami. - Hey, myślałem, że jesteś śmielsza. - parsknął.
-Nie za bardzo... do osób które znam jestem nieco inna...
-Poznaliśmy się dobrze wtedy, w barze... - urwał, gdy zabrzmiało to dziwnie. - Nie,nie... nie o to mi chodzi. - zauważył moją minę i się roześmiał.
-Dałbyś znać? Gdyby było dla mnie jakieś miejsce? Potrzebuję pracy...
-Popytam w mieście, mam sporo znajomości... podaj swój numer to zadzwonię.
-Jasne tylko... nie mam telefonu...
-Kto w tych czasach nie ma komórki? - uśmiechnął się szerzej.
-Zgubiłam. - wyjaśniłam szybko. - Masz może numer... ehm... Dominica? Na pewno by mi przekazał gdybyś dzwonił.
-Pewnie. Mam jego numer. Zrobię co w mojej mocy.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się lekko i spuściłam wzrok w dłonie.
-Nie bądź taka nieśmiała, nie gryzę... jeszcze.
Zaśmiałam się pod nosem i podziękowałam mu jeszcze raz.
-Do usłyszenia.
Wyszłam i skierowałam się do domu. Niedługo zacznie się ściemniać. Po drodze wpadłam na jednego z kumpli Dominica.
-Matt. - przedstawił się, a ja zdziwiona wpatrywałam się w niego milcząc. - Mam do ciebie sprawę...
Ściągnęłam brwi nie rozumiejąc.
-Chciałbym żebyś coś mi powiedziała o wampirach które są tutaj.
Błądziłam wzrokiem po trawie i drzewach.
-O co konkretnie ci chodzi...? - spytałam zmieszana.
-Nie musisz się mnie bać... dopóki jesteś w większej części człowiekiem nie skrzywdzę cię.
To żeś mnie pocieszył, facet...
-Chcę wiedzieć tylko, co robić gdy zaatakują. Nie znamy ich, ale ty wręcz przeciwnie. Po ostatniej sytuacji zwątpiłem w twoje ''człowieczeństwo'', zbyt łudzące dobro...
-Uratowałam przed strzałem Dominica. - wyrwało mi się. - Nie skrzywdzę was...
-Chcę żebyś pomogła. Nic więcej.
Przegryzłam wargę.
-Są... jest ich pięcioro... są zgrani, silni i planują wybudzić łowcę, jednego z najsilniejszych... - gdy zaczęłam temat Jera zebrało mi się na płacz, odwróciłam wzrok i starłam łzy. - Będzie dla was zagrożeniem... nie powstrzymam go, to mój brat... jednak... chcą go wskrzesić... wiem jak to brzmi, ale musisz mi uwierzyć inaczej moje rady na nic się nie zdadzą...
-Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz?
-Bo zależy mi na tym, by nic wam się nie stało.
-Na tym czyli na kimś? Chodzi ci o kogoś konkretnego z naszej wilczej watahy?
-Zmierzasz w tym kierunku po potrzebne ci informacje, czy to istna ciekawość? - spytałam zirytowana. - Ci którzy wkroczą na drogę pierwotnych... giną.
Głównie z mojej winy... ale to pominęłam...
-Co możemy zrobić? Słabe punkty?
-Atak z zaskoczenia. Są niezorganizowani gdy coś dzieje się zbyt szybko i nie po ich myśli.
-A gdy oni zaatakują?
-Mają jakby... kodeks wampirów, którego chorobliwie przestrzegają. Klaus to ''król wampirów'', szanują go wszyscy krwiopijcy którzy chcą spokoju od kar jakie przypisują się do kodeksu za jego nieprzestrzeganie... Nie uciekają, ani nie atakują pierwsi bez powodu.
-Nie mają więcej tych słabych punktów?
-Nie przypominam sobie.
-Możesz iść.
Dzięki, panie ''chce wiedzieć wszystko''.
Gdy wracałam do domu w garażu zauważyłam Dominica. Podeszłam do niego i zapukałam w otwarte drewniane drzwi.Spojrzał na mnie, nie przerywając grzebania w swoim aucie.
-Przepraszam za wczoraj...
-A co zrobiłaś, że przepraszasz?
-Nie chciałam żeby tak wyszło... z tym... spaniem... ale długo nie spałam...
-Nic się nie stało. Jako prywatny grzejnik jestem do usług. - uśmiechnął się.
Podeszłam do maski samochodu i oparłam się o nią.
-Co tak patrzysz? - zaśmiał się.
-Wiem co dziś możemy zrobić... - uśmiechnęłam się.
-Już się boję.
-Chodźmy do Wesołego Miasteczka... - poprosiłam nieśmiało.
Spojrzał na mnie, jakbym pytała o coś co nie jest na mój wiek.
-Wesołe miasteczko? - powtórzył.
-Tak! Znaczy się... nigdy nie byłam... w takim miejscu...
-Jak to? Nigdy? Nigdy nie byłaś w Wesołym Miasteczku jako dziecko? - spytał nie dowierzając.
-No... w Domu Dziecka nie było większych rozrywek jak tylko zwiedzanie podwórka. - uśmiechnęłam się lekko. - To... pójdziesz ze mną...?
-Jasne. - uśmiechnął się dalej grzebiąc w samochodzie.
Wzięłam kluczyki jego samochodu i spojrzałam się na niego. Podszedł do mnie żądając zwrotu kluczyków.
-Najpierw pojedziemy po zakupy na tort dla Sophie. Mogę poprowadzić? - spytałam ze śmiechem.
-O nie, nawet o tym nie myśl..
-No proszę! - zaśmiałam się.
-Nie, o niee, po moim trupie.
-Ale kluczyki mam ja. - odparłam pewna swojego sprytu.
-Oddawaj. - chciał mi zabrać, a ja cofnęłam rękę z kluczykami.
-Dawno nie jeździłam! Nie zabiję nas, przysięgam!
-Jesteśmy nieśmiertelni, nic szczególnego się nam nie może stać.
-Mi może. I ha! Widzisz?! Jednak mogę prowadzić...
-Jak to? Nie jesteś nieśmiertelna?
-No... nie... jestem w większości człowiekiem... w tej większej części...
Uniósł brwi zdziwiony.
-Zaskakujesz mnie z dnia na dzień.
-A zaskoczę cię jeszcze bardziej jak genialnie jeżdżę. - zaśmiałam się a on z uśmiechem zaprzeczył.
-Ile nie jeździłaś?
-Ymm... tylko rok...
-Dobra. Ale tylko w jedną stronę.
-Dziękuję! - podekscytowana szepnęłam i z uśmiechem usiadłam na miejscu kierowcy.
-Chyba się pomodlę.
Roześmiałam się.
-Nic się nie może stać! Dziś do Wesołego Miasteczka więc muszę przeżyć!
Po zakupach zaczęłam wypakowywać wszystkie składniki i te, ktorych według Dominica brakowało w lodówce. On poszedł do domu na chwilę a ja wychyliłam się z bagażnika wyraźnie słysząc dziwne kroki wokół siebie, jednak nikogo nie widziałam... Lekko się przeraziłam.
-Dominic...? - spytałam, jednak było cicho.
Znów te kroki, zignorowałam je wyjmując i sprawdzając, czy rzeczywiście kupiłam wszystko. Nagle ktoś krzyknął i wyskoczył za moimi plecami. Odskoczyłam gwałtownie uderzając głową o drzwi bagażnika. Zaśmiałam się i spojrzałam na Sophie i Dominica.
-Bardzo zabawne, wiesz? Zemszczę się, zobaczysz!
-Na mnie też się zemścisz...? - spytała zmartwiona Sophie, myśląc, że jestem na nią zła.
-Coś ty! Tylko na tym zdradzieckim podstępnym złym Dominicu który tylko czekał...
-Nie prawda.
-Moja głowa, będę miała guza! - roześmiałam się i wyjęłam torby z zakupami.
Dominic wziął większą część ode mnie, zamknęłam bagażnik i poszliśmy do środka.
-Ktoś jednak umie się uśmiechać! - zauważył dziadek Dominica podnosząc wzrok znad gazety.
Usiadłam obok niego wraz z zakupami wyjmując je.
-Czasem umiem. - błysnęłam zębami. - A pana wnuk umie zaskoczyć tak, że dziewczynę aż zaboli. - spojrzałam na Dominica.
-Nie wątpię. - parsknął dziadek, a Sophie spojrzała ukradkiem do toreb.
-A-a-a! Składniki są niespodzianką ślicznotko!
-Ale...!
-Żadnych ale siostrzyczko. - Dominic podniósł do góry Sophie a ja wypakowałam z lekkim uśmiechem wszystkie rzeczy do lodówki.
Około dwudziestej zebrałam się do Wesołego Miasteczka.
-A Sophie była na czymś takim? - spytałam gdy wyszłam z pokoju Dominica.
-Raz. Jak jeszcze ojciec był normalny.
Spojrzałam na niego nie oczekując wyjaśnienia. Nie sądzę, by był to łatwy temat dla niego.
-Może się ucieszy jak pójdzie z nami? Wesołe Miasteczko jest tylko kilka dni... Może fajnie by było jakby poszła z nami? Przecież to najprawdopodobniej nie randka...więc nie będzie wadzić. - spytałam powracając do do powłoki nieśmiałości.
-Spytam ją. - uśmiechnął się i po chwili Sophie była gotowa.
Zjechaliśmy właśnie z wielkiej kolejki górskiej, która zdawała się być tą którą powinni nazwać najszybszą. Sophie chciała jeszcze raz, siedziała przede mną, na wielkiej dżdżownicy.
-Wymiotujesz? - spytał złośliwie Dominic.
Spojrzałam na niego, a on stał zadowolony, nie wzruszony.
-Nie licz na to. - zaśmiałam się.
-Chciałabym tego misia. - odezwała się Sophie wskazując na wielkiego białego misia z różową kokardką.
-Jest twojej wielkości! Prawie! - zaśmiał się Dominic.
-Trzeba strzelić w dwanaście punktów? - spytałam dla pewności Dominica.
-Tak, ale nie licz na to. Nie trafisz.
Spojrzałam na niego unosząc brwi.
-Kpisz chyba. Patrz na to i się ucz.
Za czwartym razem strzeliłam wszystko bez powtórek i chybić, wygrałam Sophie misia. Była tak szczęśliwa, że nie dałoby się opisać tego słowami.
-Mój prezent urodzinowy, wcześniejszy niż planowałam... dla ciebie moja księżniczko. - pogłaskałam jej blond włosy, a ona przytuliła mnie mocno i podziękowała. - Wygrałam. - szepnęłam dumna do Dominica. - Wracajmy już, robi się zimno i ciemno.
W domu Sophie pochwaliła się swoim wczesnym prezentem a ja siedząc na schodach słuchałam jaka jest szczęśliwa. Nigdy nie miałam jako dziecko przeżyć tak naiwnej i cudownej za razem radości. Chyba nigdy nie było mi dane być szczęśliwym.
Dominic usiadł obok mnie i spojrzał na moją smutną, lecz delikatnie uśmiechniętą twarz.
-Jednak zły pomysł z Miasteczkiem? - spytał.
-Nie,nie... było... cudownie. Tylko... ja nigdy nie byłam tak szczęśliwa. To piękne jak dzieci cieszą się z mało istotnej rzeczy...
-Jest od ciebie. A Ciebie uwielbia. Na dodatek marzyła o takim. Zdecydowanie był na jej liście. Tylko... jedno mnie zastanawia... - spojrzałam na niego. - Skąd umiesz tak strzelać?
-Jeremy... jak miałam dwanaście lat i utraciliśmy rodziców... Jer mnie odnalazł. Po tym jak zemściłam się na każdym wilkołaku ktory zamordował mi rodzinę... młodszą siostrę... Jeremy zabrał mnie z Bułgarii do Londynu i tam gdy zabijał na zlecenia postanowił mnie tego nauczyć... strzelania... zabrał w las i uczył... miałam tyle lat... a szybko to pojęłam. Brat mówił,że jest ze mnie taki dumny... więc robiłam to potem na tym co wpadło mi w celownik. Ludzi zabraniał mi zabijać... wampiry, moją wtedy rasę... wystrzeliwałam jak kaczki... wilkołaki też... Pamiętam że miał broń której wtedy nie powinno być, wysoka technologia i dziwna substancja zawarta w dziwnej tytanowej pigułce... nigdy nie tłumaczył czemu i co tak właściwie robi.. ale nauczył mnie strzelania co potem mi się przydało.
-A czemu... jeśli mogę spytać... twój brat został zamknięty w grobowcu rodzinnym?
-Bo to przeklęte miejsce przez czarownice. Jestem czystą osobą, unikałam konfliktów z czarownicami, nie mogłam z nimi się porównywać. - ziewnęłam. - Nie miałam z nimi szans.
-Idziemy spać,co?
Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się w kącikach.
-Dziękuję jeszcze raz. - przytuliłam go nagle, a następnie odskoczyłam od niego.
Zdziwiona i zmieszana uciekłam do pokoju Dominica i schowałam się pod kołdrą przesuwając się na sam róg łóżka.
piątek, 29 lipca 2016
Od Julii
Maria była bardzo sympatyczna. Kiedy wieczorem szykowałam się do snu usłuszałam pukanie.
-Proszę.
Drzwi otworzyła Maria.
-Przyniosłam ci skarbie kanapki. Musisz coś zjeść.
-Dziękuje Pani
-Maria. Po prostu Maria.
-Dobrze.
-Jakbyś czegoś Bello potrzebowała to wiesz gdzie mnie szukać?
-Tak.
-Dobrej nocy.
-Dobranoc.
Wyszła a ja ze smakiem zjadłam wszystkie kanapki.
***
Rano spojrzałam załamana na moje oszczędności. Musiałam znaleźć koniecznie jakąś pracę.
Wykąpałam się i ubrałam. Z wilgotnymi jeszcze włosami zeszłam na dół do recepcji. Zastałam tam Marie.
-Dzień dobry. Mario wiesz może gdzie mogłabym znaleźć tutaj prace?
-Hmmm.. W sklepie Dona potrzebują pracownika ale mogłabym ja ciebie zatrudnić. Nie jestem za młoda ale w prawdzie daje sobie radę lecz pomoc się przyda. Za miesiąc dostałabyś 900$ oraz darmowy nocleg.
-Z przyjemnością skorzystałabym z twojej oferty Mario.
-A więc możesz zacząc od teraz.
Właśnie wszedł jakiś dziwny facet.
-Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój na jedną noc.
Było coś w nim co sprawiało że czułam lęk.
-Bello zajmij się panem. Zaprowadź go do pokoju numer 5 obok twojego.
-Proszę za mną.
-Jesteś córką tej Pani?
-Nie. Pracuję tu i mieszkam.
Spojrzał się na mnie swoimi.. Zwierzęcymi oczami. Tak, zwierzęcymi. Kojarzyły mi się one z jakimś dzikim zwierzęciem. Kojotem? Wilkiem?
-Proszę to Pana pokój.
-Dziękuje
Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
Do końca tego dnia nie widziałam go już.
W nocy patrzyłam na księżyc. Była piękna pełnia. Nagle usłyszałam hałas za ścianą. Szmery, stukanie.. I powarkiwanie?
Zaciekawiona i zaniepokojona wyszłam ze swojego pokoju i zapukałam w drzwi pokoju numer 5. Nikt nie odpowiadał a hałas się nasilał.
Nie powinnam. Nie powinnam tego robić. Jemak zrobiłam.
Otworzyłam drzwi.
-Przeprasz..
Nagle wielki pies wyskoczył z pokoju i zaatakował mnie.
****
Krew. Ból. Zęby. Pazury.
Krzyknęłam budząc się. Był dzień. Byłam w swoim pokoju. W swoim łóżku.
Miałam całe obolałe ciało.
-Ale miałam dziwny..-przerwałam widząc swoje ramię.
Była na nim rana. Rana po ugrgzieniu. Moje ręce byłu podrapane.
Cholera.
Zerwałam się mimo obolałego ciała.
Cholera! To nie był sen!!!!
Wybiegłam z pokoju. Nawet byłam w tych samych ubraniach. Spojrzałam na korytarz. Nic tam nie było. Wszystko było dobrze. Żadnych śladów.
Drzwi od pokoju z którego wyskoczył jakiś pies były zamknięte. Za nimi nic nie było słychać.
Zbiegłam na dół do recepcji gdzie była Maria.
-Ten facet..
-Z pokoju numer 5?
-Tak.. Wychodził?
-Wyszedł nad ranem. Pare godzin temu. Coś się stało?
-T.. Nie nic.
-No dobrze. Posprzątałabyś ten pokój? Musi być gotowy na nowy na kolejnych gosci.
-tak tak..
Wzięłam klucze i poszłam tam. Zawahałam się tak jakby tam znowu było to zwierze. Odetchnęłam głęboko i już otwierałam drzwi..
-Hej.
Krzyknęłam upuszczając wiaderko z zawartością.
Odwróciłam się.
-Przepraszam nie chciałem cię wystrasyć.
-Hej Dominic..-starałam się złapać oddech i uspokoić serce po mini zawale.
-Słyszałem od Marii że pracujesz tu.
-Tak.
-I jak?
-Dobrze. Maria jest bardzo miła. Pomaga mi. Dziękuje że mnie tu przyprowadziłeś.
-Nie ma za co. Dobrze się czujesz?-zmarszczył brwi.
-Taak..
-Co Ci się stało?-spojrzał na moje ręce.
Rany na ramieniu nie mógł zobaczyć. Opatrzyłam ją a teraz była zakryta rękawem.
-Drobny wypadek przy pracy.
-No dobrze.
Dominic był jakiś dziwny.
-Macie tu... Jakieś zwierze?
-Nie a co?
-Pachnie tu psią sierścią.
Nic nie czułam.
-Był tu na noc jakiś facet. Może on miał kontakt z psami..
Dziwna sytuacja. Ja nic nie czułam!
-Nadal tu pachnie psem..
Ciemność.
***
Ocknęłam się w swoim łóżku.
Serio?!
Nademną stała przerażona Maria, Dominic i jakiś facet. Lekarz.
-Co się stało?
-Zemdlałaś-powiedział Dominic.
-Nic jej nie będzie?-zapytała Maria lekarza.
-Dominic powiedział nam że niedawno byłaś w szpitalu i że straciłaś pamięć. To prawda?
-Tak.
-W jakich okolicznościach?
-Powoedziano mi że przyleciałam z Francji w ciężkim stanie. Dostałam krwotoku.
-Miałaś wypadek?
-Lekarz powiedział mi że zostałam postrzelona pare razy w brzuch i że ledwo udało im się mnie odratować.
-O matko..-wyszeptała Maria.
-Masz jakieś leki które przepisał Ci lekarz?
-Tak tak..
-Bierzesz je?
-Dziś rano zapomniałam.
-Pewnie dlatego zemdlalaś. Musisz bardziej się pilnować.
-Dobrze.
Lekarz pożegnał się i wyszedł. Maria poszła po coś dla mnie do jedzenia.
-Dlaczego nie mówiłaś dlaczego byłaś w szpitalu?
-A czy to ważne? I tak nic nie pamiętam.
-Będę się upewniał że bierzesz regularnie leki.
-Dobrze.. Bedę już pamiętać.
-Trzymam Cię za słowo.-powiedział-Jeszcze coś. Czemu mnie okłamałaś?
Spojrzałam się na niego zdezorientowana.
-Co Ci się stało??
-Nie wiem o czym mówisz.
-Te zadrapania i rana na ramieniu. Coś cię zaatakowało?
Westchnęłam. Powiedzieć mu prawde? Uzna mnie za wariatkę!
-Spacerowałam kiedy...
-Nie kłam
Westchnęłam. Skąd on wie?
-No dobrze. Ale uznasz mnie za wariatkę!
-Mów.
-Zaatakował mnie tu, w motelu w nocy jakiś pies. Nie wiem co to było, chyba pies. Obudziłam się rano w łóżku. Myślałam że to sen ale.. Te rany były na prawde.
-To było zwykłe zwierze?
Co on ma na myśli?
-Tak.
-Na pewno w motelu? Nie byłaś w lesie?
-Na pewno.
-Ten facet miał tego pss?
-Nie, nie wiem. Jak tu przyszedł to nie było przy nim żadnego psa. To pewnie był jakiś bezpański pies. Przybłąkał się w poszukiwaniu jedzenia.
-Yhm..
Usiadłam czując że mogę znów zemdleć.
-Dobrze się czujesz?
-Weznę leki i będzie dobrze.
-No dobrze. Muszę już iść ale jeszcze Cię odwiedzę.
-Dobrze.
Wyszedł a ja wzięłam leki.
Zjadłam zupę od Marii i położyłam się spać czując jak ogarnia mnie zmęczenie.
Od Dominica
Poszedłem za nią powoli. Pomyślałem, że dziś nie wyciągnę jej na tego drinka. Wolałem, aby zachowała trzeźwość umysłu przez najbliższy czas.
Zastałem ją w swoim pokoju. Nadal płakała i chaotycznie kręciła się po pokoju zbierając rzeczy... swoje rzeczy. Zamarłem. Nie, nie, nie.
- Co ty robisz? - syknąłem wyrywając jej podkoszulek z ręki.
- Muszę odejść.. Nie mogę tu zostać... Muszę odejść - powtarzała jak w amoku, starając się dalej zbierać swoje rzeczy. Sfrustrowany ścisnąłem ją mocno za ramiona i posadziłem na łóżku.
- Posłuchaj mnie - szepnąłem. Dochodziła już 23 i wiedziałem, że za ścianą spała Sophie a w dalszych częściach domu Toby i mama. Nie chciałem ich obudzić - Jest późno w nocy. Idź spać, porozmawiamy o tym jutro.
- Dominic nie rozumiesz! - powiedziała zrozpaczona - Ja muszę odejść nie rozumiesz? Oni po mnie w końcu przyjdą. Nie chce narażać was na niebezpieczeństwo. Waszych rodzin. Sophie.. Nie chcę narażać ciebie - szepnęła błagalnie.
Słuchałem jej kręcąc głową.
- Posłuchaj - odparłem stanowczo.

- Czemu chcesz mnie tu zatrzymać? Mieszkam w twoim domu za darmo. Marnuje światło, wodę... jedzenie. Nie jestem do niczego potrzebna.
- Mylisz się - powiedziałem - Sophie cie potrzebuje..
- Szybko zaprzyjaźni się z Bellą - odparła niewzruszona.
Zacisnąłem zęby.
- Ja cię potrzebuje - wyszeptałem, byle tylko nie odeszła.
Zapadła cisza. Dziwna cisza. Kath chyba też ją poczuła, bo przerwała ją po chwili parskając śmiechem.
- Daj spokój. Od kiedy ty się taki sentymentalny zrobiłeś - spytała ironicznie jednak uparcie wpatrywała się w swoje splecione dłonie.
Uśmiechnąłem się lekko. Wracała do żywych. Podszedłem do niej powoli i przykucnąłem przy łóżku. Gdy dłuższy czas nie podnosiła wzroku, złapałem ją za podbródek i uniosłem powoli do góry. Był zimny jak cała reszta jej ciała. Zadrżała delikatnie. Nie wiedziałem czy to z zimna czy może mojej gorącej dłoni. Ona jednak uparcie nadal nie patrzyła mi się w oczy.
- Hej - roześmiałem się widząc wstępujący na jej twarz rumieniec - Czyżby panna Pierce się zarumieniła?
- Wcale nie - odparła naburmuszona i odepchnęła moją rękę, jednak zebrawszy się w sobie, uparcie spojrzała mi w oczy.
- Tak lepiej - pochwaliłem ją - Więc jak? Zostaniesz?
- Zastanowię się - mruknęła.
- Zastanowisz? - spytałem wstając i zacisnąłem usta. Widząc moją rozgniewaną minę, odparła szybko.
- No dobrze.. Na razie... Zostanę.
- No widzisz. Jak chcesz to potrafisz - roześmiałem się i zgasiłem światło. Zbierałem się żeby wyjść z pokoju, gdy usłyszałem jej szczekające zęby.
- Zimno ci? - spytałem.
- Nie - odpowiedziała zbyt szybko, a ja parsknąłem śmiechem i odwróciłem się by wyjść. Gdy złapałem za klamkę usłyszałem jej szept.
- Dominic zostań... Nie musisz spać na tej kanapie - odwróciłem się zaskoczony. Widząc w ciemności moją minę odparła szybko - Jednak mi trochę... Zimno.
Uśmiechnąłem się pod nosem i zamknąłem drzwi. Podszedłem do łóżka, przeczuwając, że gdy chłopaki później to zobaczą, nie dadzą mi żyć.
- No to zrób mi miejsce - odparłem uśmiechając się.
Posłusznie się przesunęła, po czym mruknęła.
- Co się tak szczerzysz? Nie wyobrażaj sobie nic. Dopuszczam cię do łóżka, jako człowieka, który dużo dla mnie zrobił. No i może jako mój prywatny grzejnik...
- Oczywiście - odparłem - prywatny grzejnik - parsknąłem śmiechem - ha ha
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Kath mimo że dotykała lekko mojego boku znów zaczęła drżeć. Przewróciłem oczami i odwróciwszy ją gwałtownie przygarnąłem ją do siebie.
- Hej! - zaprotestowała - Pozwolił ci ktoś? - udawała naburmuszoną, jednak nie odepchnęła mnie.
- Nie chcę żebyś się wychłodziła - odparłem niewinnie.
Po chwili przestała drżeć. Odnotowałem z satysfakcją, że wtuliła się we mnie mocniej.
- To pewnie ten wilczy magnetyzm - mruknąłem jej do ucha.
Parsknęła leciutko śmiechem, odpływając powoli w niebyt.
- Wilczy magnetyzm? Kreatywny jesteś.
Po chwili już spała oddychając miarowo. Sam też zacząłem usypiać wiedząc że muszę wstać o 6. Zastanawiałem się co robi Isabella. Miałem nadzieję, że nie szwenda się po lesie jak ostatnio. Postanowiłem, że zaraz po skończonym patrolu, wpadnę do niej dowiedzieć jak się ma.
W końcu zasnąłem.
Od Kath
Rok 1563 Londyn
Mój brat był nieokrzesanym podrywaczem. Uwielbiał towarzystwo panienek, lecz bardziej uzależniony był od zabijania na zlecenia, był w tym jednym z najlepszych. W Londynie było ich zaledwie kilku, ale Jeremy był dość dobry i nikt nigdy nie śmiał go podejrzewać, przecież był synem króla.
Weszłam do jego pokoju, właśnie się dokądś zbierał. Uśmiechnęłam się i nieśmiało podeszłam do niego. Zerknęłam na starannie zapiętą koszulę, którą jeszcze dopinał. Spojrzał w lustrze na mnie, a potem na siebie.
-Znów wychodzisz? - spytałam lekko zawiedziona.
-Mam zlecenia. - odparł bez krępacji ani strachu, że ktoś go usłyszy.
-Kiedy... wrócisz...? - nieśmiało odwróciłam wzrok.
On natomiast skrzywił się, spojrzał na mnie a potem znów na siebie.
-Dobrze wyglądam, nie za podejrzanie? - odwrócił się do mnie.
Uśmiechnęłam się lekko, cały czas czując smutek w sercu, że znów znika na całą noc. Martwiłam się.
-Nie najgorzej. - puściłam mu oczko, a ten złapał moją twarz w dłonie i spojrzał w oczy.
-Nic ci nie grozi, nie przyjdą tu. - uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
Fakt, przy nim czułam się bezpieczniej.
-Już muszę iść. Do zobaczenia rano.
Nic nie zdążyłam powiedzieć, złapał płaszcz i wyszedł ściskając w prawym boku jedną z broni. Położyłam się na łóżku nawet nie zdejmując sukni.
W nocy usłyszałam niepokojące odgłosy, jakby ktoś był w domu. Byłam pewna, że to Jeremy wrócił wcześniej. Wstałam z łóżka i poszłam w stronę przed pokoju naszego mieszkania. Wychyliłam się lekko zza ściany, zapaliłam świecę i poszłam dalej. Przestraszyłam się własnego odbicia... Moje czerwone oczy lśniły w niewielkim blasku świecy, one wprawiły mnie w niemalże krzyk. Nie przywykłam do nich, od niedawna jestem wampirem...
Nagle z kuchni wyskoczył na mnie ktoś. Był to Klaus.
-Ćśś... nic ci się nie stanie, jeśli pozwolisz ze mną pójść.
-Zostaw mnie! POMOCY! PROSZĘ!
Zakrył mi usta i wysyczał przerażająco.
-Twój braciszek ucierpi, jeśli nie pójdziesz.
-Skąd mam pewność, że go masz?!
-Złapali go moi bracia, siostra się nim idealnie zajęła.
Wtedy przeraziłam się nie na żarty. Poszłam z Klausem. Widziałam jak Kol (również zalicza się do rodzeństwa Klausa i Elijah) bije mojego brata, brutalnie rzuca nim po pomieszczeniu i wywija jego bronią jak zabawką kpiąc z niego.
-Taki z ciebie łowczyna? - zakpił. - Przecież to hańba dla twojej przeklętej rasy!
-Zostaw go! - krzyknęłam, a Klaus zaczął trzymać mnie mocniej.
Odwróciwszy uwagę wszystkich tu zebranych, Jer wyjął nagle ostatni pistolet i wystrzelił w Kol'a. Upadł, dławiąc się werbeną. Klaus wściekły rzucił się na Jeremy'ego, który kazał mi uciekać.
Zamiast mu pomóc uciekłam. Zostawiłam go.
Od tamtej pory nienawidzę siebie. Jestem potworem i przykładem na to, że wampiry są bez serca i nie potrafią kochać.
-Pomożesz mojej mamie w przygotowaniu czegoś super ekstra na moje urodziny?! Tort!
-A jakie smaki lubisz?
-Truskawka i czekolada! No i śmietankowy...
-A więc zrobię mega super hiper ekstra niespodziankowy tort, co ty na to? - uśmiechnęłam się do niej, a Sophie podekscytowana krzyknęła z zachwytu.
-Super! Umiesz zrobić tort? Taki jak w filmach? Taki pycha?
-Jeszcze lepszy niż pycha. - zaśmiałam się.
Sophie odbiegła ode mnie i przytuliła Dominica. Wstałam, wyprostowałam się i minęłam go. Unikałam z nim rozmowy i kontaktu wzrokowego. Po ostatnich zdarzeniach nie powinnam w ogóle tu dłużej być.
Wyszłam, kierując się w stronę lasu czując wyraźny zapach Stefana. Nie przepadaliśmy za sobą, ale musieli zrozumieć że to nie ich teren i z każdą wizytą wilkołaki są skore do coraz brutalniejszego ''załatwienia sprawy''.
-Czego ty chcesz? - spytała, gdy już byliśmy po ''stronie wampirów''.
-Wiem co zrobili pierwotni. Co planuje Klaus.
-Nie interesuje mnie to.
-Powinno. Dotyczy to twojego brata.
Spoważniałam i spojrzałam na niego.
To właśnie jeden z tych tematów, na które się po prostu nie rozmawia. Nie chciałam mówić o Jeremym.
-Jak śmiecie... Jak Klaus śmie...?! - zamilkłam.
-Chcą go wybudzić...
-Nie mogą. Przecież... wilkołaki go zabiją jak tylko dowiedzą się że jest łowcą... poza tym to nie możliwe! Nie ma czarownic... zostały powybijane! Nie wierzę, że istnieje cień szansy na...
-Klaus wspomniał o przelanej krwi jednego z rodziny śpiącego. Wiesz to.
-Nie myśl o tym. - odparłam i zaczęłam panikować. - Zostawcie mnie i jego w spokoju... Znowu go skrzywdzę... znowu...
-Każdego kogo kochasz ginie. - uśmiechnął się złośliwie. - Dlatego każdy cię unika. Jer popełnił błąd. Teraz nawet cię nie będzie pamiętać... postaramy się chociaż o to, by cię znienawidził do tego stopnia, żeby chciał cię zabić. Przy okazji wilkołaki będą miały punkt zaczepienia.
-Zostawcie go w spokoju! Nie rób tego... Nie pomagaj im! - wykrzyczałam zapłakana.
-Poza tym Ty przydasz się tylko jako ofiara do przebudzenia go... - kontynuował.
-Nie macie prawa tego robić! - krzyknęłam.
-Mamy, dlatego to robimy. - parsknął, jakby było to takie logiczne.
Zniknął nagle, a ja wróciłam na drogę do domu Dominica. Płakałam. Byłam na skraju wytrzymałości. Nie mogli wybudzić Jera bo wtedy... zrobią to co planują...
Nienawidziłam siebie za to co zrobiłam gdy porwali mnie i Jeremy'ego. Chcieli zabić go na moich własnych oczach i zrobili to. Jer poświęcił własne życie by mnie ratować, byłam tak młoda, zagubiona i spanikowana, wystraszona wampirami, że postanowiłam wykorzystać sytuacje i zwiać gdy tylko mogłam. Od tamtego momentu nienawidzę siebie za to, że zostawiłam brata. Był dla mnie jedyną osobą, która zapewniała mi bezpieczeństwo, z nim czułam się bezpieczna na tyle ile pozwoli nam wieczność... I ja to zepsułam.
Stefan miał rację. Giną te osoby, które mnie kochają. Tak było zawsze. Nie myślałam o innych tylko o sobie, i to już nie specjalnie, tylko automatycznie weszło mi w skórę. Jer taki nie był. Mimo jego chłodu i obojętności kochał mnie na swój sposób i jako że wtedy miałam czternaście lat czuł się za mnie odpowiedzialny. A ja zawiniłam...
-Katherine... tu jesteś... - spojrzałam na Dominica. - Wszystko w porządku?
Minęłam go jak najszybciej, ścierając łzy z powiek.
-Kath! - złapał mnie za rękę.
Odwróciłam się do niego.
-Co? - szepnęłam.
-Coś nie tak...? Co się stało?
-Powinnam już odejść...
-Odprowadzę cię chociaż do domu...
-Nie o to mi chodzi. - wypłakałam. - Powinnam odejść na zawsze.
-Co? Dlaczego?
-Mam zły wpływ na to co się dzieje dookoła. Chcą mnie. Oni. Wampiry chcą mnie, mojej ofiary, kilka kropel mojej krwi... by wybudzić mojego brata który był kiedyś łowcą... chcą go na mnie nasłać... boże... jestem potworem...
-Nie jesteś... nic ci tu nie grozi...
-Ale wam grozi! - wyjaśniłam jak umiałam. - Zaatakują was... mnie zabiorą... znowu... Nienawidzę siebie samej!
Spuściłam wzrok i spojrzałam na własne ręce, widziałam, ile osób zabiłam, ile krwi na niej było i co zrobiłam własnemu bratu. Nie podałam mu pomocnej dłoni.
-Patrzę na siebie i widzę kim naprawdę jestem... kim byłam... nic się nie zmieniłam, ja jestem taka jaka byłam... Przepraszam Dominic... za wszystko... za złe rzeczy... za to, że mnie spotkałeś, bo z naszą znajomością wiążą się problemy... Pierwotni kiedyś mi powiedzieli, że mój i ich ''związek'' ma wspólne ofiary... Kiedy oni zabiją ja jestem najbardziej winna, bo mordują tylko osoby które mi pomagają... chcą zmienić na lepsze, a ty to robisz.. dzięki temu że ciebie spotkałam nie morduję jak kiedyś, czuję obrzydzenie do tych którzy to robią... powstrzymuję się od wylewu niepotrzebnej mi krwi, minęła żądza, ale oni tego nie tolerują. Stworzyli mnie jako wampira, Katherine Pierce, która nie ma prawa by się zmieniać na lepsze. Jestem tym gorszym odłamkiem który nie wiem dlaczego ciągle im brakuje. Nie chcę żyć codziennie bojąc się o twoje życie, kogokolwiek... i to przeze mnie to się dzieje. Bo nie dadzą mi spokoju i chociaż myślisz, że zabiłeś ich ostatecznie to oni i tak wrócą. Po mnie. Nie mogę czuć niczego, nie dopuszczam do siebie miłości, nie rozumiem tych uczuć bo nigdy nie było mi dane być kochaną... rodzice byli materialistami, bez uczuć, mój... - bardziej zaczęłam płakać. - Mój brat... nigdy go nie było, mordował innych na zlecenia, troszczył się o mnie, kochałam go i zginął! Bo nie mogę czuć właśnie dlatego że pierwotni odbierają mi te osoby. Nienawidzę siebie, wszyscy czują do mnie nienawiść.
Odeszłam w stronę domu ścierając łzy. Musiałam powstrzymać pierwotnych. Dopóki tu jestem mogą mnie złapać, zabrać znowu... i skrzywdzić tych, na których mi zależy. Albo się im oddam dobrowolnie... albo pozwolę by sami tu przyszli i kogoś zranili...
Od Dominica
Wziąłem od niej małą, czarną torbę, którą znalazłem przy niej wtedy w lesie.
- Gotowa? - mruknąłem.
Zapięła kurtkę i odwróciła się w stronę mojej mamy i siedzącego przy stoliku Toby'ego.
- Bardzo wam... dziękuję za gościnę. Nie wiem jak mogę odwdzięczyć - wymamrotała wbijając wzrok w podłogę.
Mama wykonała parę znaków - zrozumiałych w tym towarzystwie tylko dla Sophie. Mała szybko przetłumaczyła.
- Mama uważa, że to głupstwo, żebyś się przeprowadzała do motelu - zerknęła na matkę, czekając aż skończy gestykulować - Prosi żebyś wpadała do nas czasem.
Bella uśmiechnęła się lekko.
- Tylko nie zaprowadź jej do Starego Bena! Ceny są okropne, a warunki wcale nie najlepsze - zagrzmiał dziadek - Myślę, że Maria ucieszy się gdy przyprowadzisz ją do jej zajazdu. Podaj się na mnie to może spuści trochę z ceny - mrugnął do niej dziadek, a ta lekko zachichotała.
Katherine stała cały czas w drzwiach, uparcie obserwując Isabelle.
- Jedziesz z nami? - spytałem Kath.
- Nie, nie - mruknęła - Pobawię się trochę z Sophie - zwichrzyła małej grzywkę.
Siostra zachichotała i odezwała się nagle.
- Wiesz Isabello... Organizuję przyjęcie urodzinowe w tą sobotę - powiedziała nieśmiało. Może byś.. Wpadła? - wyrzuciła szybko z siebie.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Jeśli będę mile widziana i nic nie stanie mi na przeszkodzie... Oczywiście, że wpadnę - uśmiechnęła się do niej
- Ty zawsze będziesz tu mile widziana - zapewnił gorąco dziadek, który z miejsca polubił Belle. Z Kath uwielbiał się przekomarzać, natomiast Isabelle traktował wyjątkowo delikatnie.
Gdy wyszliśmy z domu machał do Belli wraz z Sophie przytulona do boku Kath.
- Wiesz, że mogłabyś zostać - mruknąłem.
- Chyba powinieneś sam otworzyć jakiś motel. Bierzesz do domu każdą dziewczynę znalezioną w lesie? - zażartowała nieśmiało.
Roześmiałem się. Otwarłem jej drzwi do samochodu i po chwili sam wszedłem do środka. Odjechałem powoli spod domu.
- Wiesz, że dla mnie to nie robi różnicy, że będziesz mieszkać w motelu. I tak będę cię odwiedzał. Czuję się za ciebie w pewnym stopniu odpowiedzialny. Oczywiście... Jeśli nie wykopiesz mnie stamtąd - mrugnąłem do niej.
Zaśmiała się cicho,
- Czemu to robisz? Ledwo się znamy a ty... - utknęła nie wiedząc jak zakończyć zdanie.
Taki ze mnie miłosierny samarytanin - pomyślałem sarkastycznie.
- Gdybyś znalazła kogoś zagubionego w lesie.. Wzięłabyś go do siebie czy zostawiła na pastwę losu?
- Gdyby był takim napakowanym zbirem jak ty... Chyba wzięłabym pod uwagę drugą opcje.
- Zbirem? - parsknąłem śmiechem - Zbir postąpiłby inaczej.
Zarumieniła się domyślając się o co mi chodziło. Roześmiałem się.
- Żartowałem tylko.
- Wiem... ja tylko... - urwała.
- Jak sobie z tym radzisz? Nie pamiętając nic. Nie wiedząc kim jesteś i gdzie twoja rodzina. Jak się jeszcze.. nie załamałaś?
Zacisnęła zęby i wbiła wzrok w ręce.
- Staram się... Lekarz stwierdził, że z czasem odzyskam pamięć - mruknęła jakby nie do końca w to wierzyła - Nie wiem co zrobię dalej naprawdę nie wiem.. Zatrzymam się tu przez jakiś czas, może udałoby mi się znaleźć jakąś pracę.
- Mogę ci pomóc - przerwałem jej - Mam dużo... Kontaktów.
Roześmiała się uroczo. Podjechaliśmy pod zajazd Marii.
- Jesteś taki miły. Katherine ma duże szczęście, że ciebie ma.
Dopiero po dłuższej chwili dotarł do mnie sens jej słów. Chciałem wytłumaczyć, że Kath owszem jest mi bardzo bliska, ale to tylko przyjaciółka, jednak w tej chwili usłyszałem dobrze znany mi, irytujący głos.
- No Dominic... A my się zastanawiamy od paru godzin co się z tobą dzieje - powiedział Hugo.
Obok niego stał rozbawiony Flynn. Przewróciłem oczami.
- U Kathie wszystko dobrze? - spytał złośliwie Flynn. Wiedziałem co ma na myśli. Do ich prywatnej listy wyrządzonej przez nią szkód dodali to, że stanęła nam na drodze do wymordowania łowcy-pijawki. Dalej miałem do niej o to mały uraz jednak wiedziałem, że chciała dobrze. Doceniałem to.
- Dałbyś spokój - mruknąłem i wyjąłem z samochodu torbę Belli.
- Nie mieliśmy się okazji jeszcze poznać - uśmiechnął się Flynn podając rękę Belli - Jestem Flynn.
Ta nieśmiało ją ujęła. Rozbawiony z tego osobistego żartu mrugnął do mnie, zapewne wspominając ową noc.
- Isabella - wymamrotała.
- No no Bello ja też bym się z tobą chętnie bliżej poznał - podał jej rękę Hugo, akcentując wyraźnie słowo 'bliżej'. Zmierzyłem go wzrokiem, a ten wybuchnął śmiechem.
- Dobra poznałaś już dwóch największych palantów w historii stanu Waszyngton, więc możemy iść.
- Papa Bells - machał jej Hugo na pożegnanie, a ona uśmiechnęła się lekko. Prowadząc ją po schodach, instynktownie się odwróciłem.
Flynn finezyjnie obcałowywał własną rękę.
Przewróciłem oczami i mruknąłem ze śmiechem.
- Idioci...
- Są... mili - wykrztusiła Bella.
Roześmiałem się.
- O tak. Z pewnością - odparłem wspominając wściekły atak Huga, gdy zjadłem jego ostatniego hot-doga.
Maria powitała nas ciepło - mnie chyba aż za ciepło obcałowując moje obydwa policzki - i zapewniwszy mnie gorąco, że będzie się zajmować Isabellą jak własną córką, poprowadziła nas do góry. Gdy weszliśmy do środka, poprosiła Bellę, żeby zeszła później załatwić formalności i zostawiła nas samych.
- I jak podoba ci się?
- Maria jest...
- Miła - przerwałem jej wchodząc w zdanie.
Roześmialiśmy się oboje.
- To.. Ja ciebie zostawiam. Wpadnę jutro zobaczyć jak sobie radzisz - uśmiechnąłem się - A w sprawie pracy mówiłem całkiem serio...
- Dominic.. Dziękuje ci za wszystko - szepnęła gdy wychodziłem.
- Wiesz że nie ma za co - odparłem i zamknąłem drzwi.
Wracając do domu zastanawiałem się co robią Kath i Sophie. Sytuacja na razie się uspokoiła. Po łowcy ślad zaginął, a pijawki były dziwnie spokojne.
Wyczuwałem jednak, że to tylko cisza przed burzą. Przypomniałem sobie opowieść Kath i wzdrygnąłem się. Żyć tyle lat... Mieć takich rodziców.. Szczerze jej współczułem. Była silna, jednak gdzieś tam w środku wiedziałem, że muszę ją chronić.
Miłosierny samarytanin - pomyślałem ironicznie i dodałem gazu. Zastanawiałem się czy nie zabrać dziś wieczór Kath na jednego drinka. Warte obejmowałem tym razem jutro od 6, a nie od 1. Ostatnim razem przeholowała, ale tym razem mógłbym zrezygnować z picia i ofiarnie jej popilnować.
Skręciłem w prawo, słysząc znajome wilcze wicie. Do domu już blisko.
Od Julii
To wszystko było dziwne. Na prawde! Te gigantyczne willi, ten chłopak. Byłam u niego w domu. Nie wiem po co mnie tu przyprowadził ale chyba nie chciał źle? Była tu jego rodzina. Nie skrzywdziłby mnie przy nich?
Kiedy sie obudziłam i przemyślałam wszystko nadal nie wiedziałam co robić ale nie mogłam mieszkać u Dominica.. Nie mogłam. Nie znałam go, nie chciałam robic problemu.
Do tego wszystkiego dochodziła ta nieznana i tajemnicza pustka. Czułam się tak jakby mi coś odebrano. Coś co było częścią mnie.
Ale co takiego????
Siedziałam skulona na kanapie. Zastanawiałam się co robić.
Przyszła do mnie dziewczyna która wcześniej pdzedstawiła się mi jako Katherina.
-Hej Balla. Chciałabym z tobą porozmawiać-miała czerwone oczy
-Nie chcę robić wam problemu. Zaraz stąd zniknę. Na prawde.
-Nie o to chodzi. Powiedz mi.. Dominoc powiedział mi że nic nie pamiętasz a przynajmniej tak mu mówiłaś. Jak masz na imię?
-Izabella.. Tak mi powiedzieli w szpitalu.
-W szpitalu?
-Obudziłam się w szpitalu. Twierdzili że trfiłam do nich z Francji w bardzo ciężkim stanie. Straciłam pamięć.
Kath przyglądała mi się dziwnie. Dotknęła mojej ręki aby dać mi wsparcie? Jednak cofnęła ją zaskoczona? Coś takiego..
-Coś nie tak?-zapytałam.
-Nie, przepraszam po prostu kogoś mi przypominasz.
-Kogo? Znasz mnie?!
-Znałam kiedyś pewną Julie ale.. To nie ty.
Mówiąc to spojrzała na moje ręce.
Do salonu wszedł Dominic i jakaś mała dziewczynka która zabrała gdzieś Kath.
-Dziękuje za pomoc. Nie będę sięcej robiła problemu.
-Nie robisz problemu.
-Jest już dzień. Poradzę sobie. Może znajdę jakiś motel.
-Dasz sobie radę?
-Tak sądze. Może gdzieś tu mam jakąś rodzinę.. Bliskich. Może ktoś mnie zna.
-Nie chcę się o ciebie martwić.
-I tak mi pomogłeś wystarczająco.
-Jakbyś kiedyś potrzsbowała pomocy to wiesz gdzie mnie naleźć..
-Wiesz w sumie mógłbyś mi jeszcze pomóc. Pokazałbyś mi gdzie mogłabym tu znaleźć jakiś niedrogi motel??
(sorki ze tylko tyle ale straszny ruch mam.. :(( )
Od Kath
Od Dominica
Pod wieczór wyczerpany szedłem do domu, by chociaż przespać się godzinkę, bo od 1 znów brałem zmianę. Nie chciałem schodzić z warty, bojąc się, że ominie mnie atak na łowcę. Jednak rozkaz Matta to rozkaz. Przywódca się znalazł - pomyślałem sfrustrowany. Na szczęście nie słyszał tego, bo przed paroma chwilami zdążyłem się przemienić.
Wcześniej na granicy trafiłem również na trop Kath. Nie dało się go z nikim innym pomylić. Pół wampir - pół człowiek mógł być w tej okolicy tylko jeden. Martwiłem się, bo cały dzień nie dawała znaku życia i przypuszczałem gdzie się znajduję.. Parę razy miałem ochotę przekroczyć granicę, jednak wzbierała we mnie przekora. W końcu gdyby chciała wróciłaby sama.
Dom był pusty, ponieważ Toby, Sophie i mama znajdowali się dalej u Jack'a. Przekonałem mamę, żeby posłuchała dziadka i żeby zostali u niego parę dni - a przynajmniej do czasu kiedy w okolicy znowu będzie w miarę bezpiecznie.
Niestety, nie zdążyłem się nawet położyć, gdy zadzwonił mój telefon.
Zdziwiłem się patrząc na wyświetlacz. Już dawno nie miałem kontaktów z Masonem. Pracował w pobliskim barze. Czasem tam bywałem sam lub z chłopakami, lecz ostatnio zupełnie nie miałem do tego głowy. Oprócz tego był siostrzeńcem Jack'a i mieszkał niedaleko niego, więc w pierwszej chwili przestraszyłem się, że może stało się coś złego.
- Słucham? - odebrałem zaniepokojony.
- Dominic? Uff. Sory że przeszkadzam, ale twoja dziewczyna nieźle się spiła i wiesz... - zakończył zakłopotany.
Zmarszczyłem brwi zastanawiając się o kogo może mu chodzić.
- Kim jest w barze? - spytałem zdezorientowany, dziwiąc się, że nie dowiedział się jeszcze z miejscowych plotek, że nie jesteśmy razem.
Roześmiał się.
- Nie, nie. Ta podaję się za niejaką Kath.
Katherine. Odetchnąłem z ulgą, ale z drugiej strony odrobinę zirytowałem. Miała czas popijać w barze, ale nie miała czasu zameldować się i powiedzieć, że żyje.
- Już jadę - odparłem zdecydowany, że jak tylko ją dorwę, to jej coś zrobię i rozłączyłem się.
Gdy zobaczyłem w jakim jest stanie, miałem ochotę ją porządnie opieprzyć, ale tylko westchnąłem i wyprowadziłem ją z Gloves. Wciąż nasłuchiwałem jakiś sygnałów od Matta, świadczących o tym, że łowca się pojawił. Wiedziałem, że ze spania nici. Od momentu gdy wsadziłem ją do samochodu, do momentu gdy podjechaliśmy pod dom, drżałem o czystość tapicerki mojego volkswagena.
Kath odpłynęła w tej samej chwili, gdy wyłączyłem silnik. Cóż, przynajmniej nie zdąży na nic narzygać.
- Ale mogłaś przynajmniej poczekać z tym spaniem, póki nie weszliśmy do domu - mruknąłem i zrezygnowany wziąłem ją na ręce.
Gdy położyłem ją na łóżku, nie chciała oderwać mi z szyi rąk. Mamrotała coś przez sen. Cierpliwie starałem się odczepić jej ręce.
Kiedy w końcu mi się udało, miałem dylemat czy rozebrać ją z mokrego podkoszulka, prawdopodobnie pomoczonego przez zawartość któregoś z kilkunastu kieliszków. W końcu jednak zdjąłem jej tylko buty i opatuliłem szczelnie kocem. Nie mogąc się powstrzymać, założyłem jej opadający na twarz kosmyk włosów za ucho. Zapatrzyłem się na jej twarz, oświetloną przez wpadające przez okno światło księżyca. Taak... Do brzydkich z pewnością nie należała.
Wyszedłem z pokoju, zostawiając drzwi uchylone. Była 23. Pomyślałem, że nic się nie stanie, jeśli zdrzemnę się chwilkę.. W końcu Matt na pewno mnie obudzi gdy coś się będzie dziać, a obowiązkową zmianę przejmuję dopiero za 2 godziny...
Nie wiem na ile odpłynąłem, ale obudził mnie dziwny odgłos. Nie był to z pewnością Matt. Po chwili zlokalizowałem że ów dźwięk dochodzi z łazienki.
No tak. Kath dostała nauczkę, za te swoje 'kilkanaście kieliszków'.
W końcu zapadła cisza, ale dziewczyna coś długo nie wychodziła. Przestraszony, że coś jej się stało, stanąłem w drzwiach łazienki. Katherine leżała na podłodze, przytulona policzkiem do chłodnych płytek.
- No widzisz - mruknąłem - Będziesz miała nauczkę żeby za drugim razem tyle na raz nie pić.
Wiesz, że tak nie można... Jeszcze pewnie do tego nic wcześniej nie zjadłaś - powiedziałem odrobinę zmartwiony.

- Idź sobie - mruknęła i po chwili poderwała się z jękiem, znów wymiotując do kibla. Z westchnieniem trzymałem ją za włosy, a gdy skończyła i opłukała usta, przeniosłem ją do pokoju.
- Będę musiał iść.. - mruknąłem kładąc ją znowu na łóżku.
- Gdzie? - wymamrotała.
- Idę na patrol.. Wrócę rano. A ty nie wychodź nigdzie do tego czasu.
- Mhm.. - mruknęła, ale już po chwili spała jak zabita.
Miałem wyjątkowe szczęście, bo ledwo się przemieniłem a już usłyszałem podniesione głosy.
- Północna część, w kierunku morza - usłyszałem Matta.
Po pokonaniu większej odległości w końcu go poczułem. Był nie tylko łowcą... ale i pijawką. Cóż za szczęście. Wyczułem podniecenie moich towarzyszy, myślących o tym samym. Podwójna zemsta.
Biegnąc tak usłyszałem czyiś pisk. Ludzki.
Zamarłem przerażony i zatrzymałem się gwałtownie.
Niedaleko mnie, obok drzewa stała dziewczyna. W pierwszej chwili zauważyłem, że była wyjątkowo śliczna. Miała długie ciemne włosy i duże oczy. Wyjątkowo delikatne rysy twarzy, zniekształciło teraz ogromne przerażenie.
No tak. Kto by się nie bał ogromnego wilka pośrodku lasu po północy. Jednak bardziej zastanawiało mnie, co ona tu robiła. Niedaleko była droga, może się zgubiła...
W tej samej chwili poczułem obecność swoich towarzyszy. Stanęli obok mnie, a ja wpatrywałem się w coraz bardziej przerażoną twarz dziewczyny, nie wiedząc co zrobić.

- Trzeba ją stąd zabrać - powiedział Flynn
- Ale... Łowca... Carl... - mruknąłem prosząco w stronę Carla, który jednak już się oddalił. Wściekły popatrzyłem na Flynna.
- Odstaw ją szybko do jakiegoś motelu czy coś..
- Chce go wykończyć! - warknąłem wściekły obnażając zęby. Podejrzewałem, że jak szybko czegoś nie zrobię, dziewczyna padnie na zawał serca.
Niestety Flynna już nie było. Miotając się, rozjuszony pognałem parę metrów dalej i szybko przemieniłem się człowieka. Założyłem spodenki, które wcześniej doczepiłem rzemykiem do nogi i wróciłem na miejsce.
Dziewczyna siedziała z głową między nogami w tym samym miejscu co wcześniej, trzęsąc się gwałtownie. Widząc, że się zbliżam wydała z siebie wrzask. Wzdrygnąłem się, lecz zacząłem przemawiać spokojnie.
- Nie zrobię ci...
Jednak instynkt samozachowawczy chyba jednak wziął w niej górę. Zaczęła uciekać, jednak po paru metrach potknęła się o wystający konar. Zaczęła płakać, a ja szybko ją dogoniłem.
- Mam na imię Dominic - przemawiałem spokojnie - Nie zrobię ci krzywdy. Pomogę ci. Powiedz mi tylko jak masz na imię.
Patrzyła na mnie wielkimi oczami. Najpierw zilustrowała moją nagą klatkę piersiową, ale szybko przeniosła wzrok w głębie lasu. Obawiała się pewnie powrotu 'wilka'.
- Isabella.. - szepnęła patrząc na mnie nieufnie.
Postanowiłem kuć żelazo póki gorące.
- Dobrze.. Bello.. - nie wiedziałem jak woli żeby zdrabniać jej imię, więc użyłem dosyć popularnej formy - Powiedz mi... Masz tu jakąś rodzinę? Gdzie mieszkasz? Zgubiłaś się? - wypytywałem coraz bardziej zniecierpliwiony, mając świadomość, że może właśnie w tej chwili, chłopaki wykańczają łowce.
- Nie wiem... Nie wiem nic.. Nie pamiętam... - powiedziała głośniej, zaczynając popadać w panikę. Widząc w jakim jest stanie, szybko wziąłem ją na ręce. Nie mogłem zostawić jej w tym lesie samej. Pijawki szybko zrobiłyby sobie z niej smaczny posiłek, albo zaatakowałoby ją inne leśne zwierzę. O zbaczających z drogi, pijanych kolesiach wolałem nie myśleć...
Zaczęła mi się wyrywać krzycząc głośno. Ktoś z boku pomyślałby że próbuje ją uprowadzić.. lub zgwałcić.
- Cholera jasna - mruknąłem, a potem przekląłem parę razy gdy zaczęła mnie drapać - Bello uspokój się! nie zrobie ci krzywdy - powiedziałem spokojniej - Chcesz zostać w tym lesie? Wilki mogą wrócić w każdej chwili...
Uspokoiła się w końcu słysząc wzmiankę o wilkach. Była tak wyczerpana psychicznie i fizycznie że szybko zasnęła.
Nie mogłem jej odstawić do żadnego motelu do 1 w nocy. Wiedziałem, gdzie muszę się skierować.
Świetnie.. Jak tak dalej pójdzie otworzę przytułek dla zagubionych dziewczyn - pomyślałem sarkastycznie, jednak w głębi duszy cieszyłem się, że mogłem jej pomóc. W pewnym stopniu czułem się za nią odpowiedzialny.
Gdy wszedłem do domu zauważyłem, że coś jest nie tak... Nie czułem Kath... Coraz bardziej spanikowany odłożyłem Isabelle na kanapie, przykrywając ją pospiesznie kocem, a sam wpadłem do sypialni jak burza.
Łóżko było rozgrzebane, a okno otwarte.
- Ja pierdole... - złapałem się za głowę zupełnie nie wiedząc co robić. Pilnować nowo poznanej Belli, która w każdej chwili mogła zacząć z powrotem uciekać do lasu, biegnąć na poszukiwania Kath czy w pościg za łowcą?
Postanowiłem, że najpierw muszę wykończyć jego. W końcu gdy skończymy z nim, będę miał pewność że Kath nic nie grozi. Isabella wydawała się być zwykłym człowiekiem, więc wątpię, żeby zainteresowała łowcę.
Pospiesznie zdjąłem spodenki i wyskoczyłem przez okno zmieniając się w locie w wilka. Biegnąc w kierunku, w którym wyczuwałem swoich towarzyszy z przerażeniem stwierdziłem że pokrywa się z tropem Kath.
Miałem szczęście, że byli tak blisko. Pospiesznie dołączyłem do Flynna Carla i Cody'ego. Matt najwyraźniej postanowił obrać taką strategię i rozdzielić się. Zaganialiśmy łowce w pułapkę.
Wpadliśmy na polanę. Mężczyzna już nie uciekał. Czekał na nas na samym środku, jakby czekając na śmierć, jednak przeczuwałem, że to tylko pozory.
Z drugiej strony zobaczyłem białe futro Matta, a za nim Alberta i Huga. Z naszej czwórki na polanie pojawiłem się pierwszy, szykując się do ataku. Moi towarzysze powoli wychodzili z lasu.

Zaczęliśmy powoli otaczać łowce. Trzymał swoje zabawki w rękach, szykując się do walki. Dobrze wiedział, że nie ma z nami szans, jednak nie poddał się. Mimo że chciałem go jak najszybciej wykończyć, byłem pod wrażeniem jego odwagi.
I wtedy na scenie pojawił się ktoś nowy.
Ktoś kto powinien znajdować się w łóżku lecząc kaca.
Ktoś kogo najmniej się tu spodziewałem.
- Nie! - krzyknęła Kath wbiegając do środka i zasłaniając go własnym ciałem.
Wytrzeszczyłem oczy patrząc na nią uważnie.
- Co to ma być?! - usłyszałem wzburzony głos Huga, a do niego dołączyli się inni.
Szczerze powiedziawszy sam nie wiedziałem 'co to ma być'. Osłupiały wpatrywałem się tylko w Katherine.





