Nie mogłam widzieć, rozmazywały mi się obrazy co jakiś czas. Dawali mi raz dziennie jakąś obiadokolację, jednak już nie czułam bólu. Chodziłam tym samym korytarzem w kółko, czasem do innej sali zabiegowej w której wstrzykiwali mi różne narkotyki, sprawdzali czy są a miarę bezpieczne w zażywaniu. Czułam się jakby pomiędzy rzeczywistością a fikcją. Słyszałam wokół siebie różne głosy...
Siedziałam na zimnej podłodze, patrząc na swoje paznokcie pomalowane na ciemny granat. Byłam ubrana w czarne legginsy i długą koszulkę, która sięgała mi za pas. Odgarnęłam swoje długie blond włosy i spojrzałam na gumową ścianę która była naprzeciwko mnie. Coś mnie tknęło, wstałam i podeszłam podpierając się ściany do małej szufladki, która stała zaraz obok łóżka. Wysunęłam ją i spojrzałam na kilka kartek, widniały na nich rysunki węglem, które zapewne robiłam pod wpływem narkotyków. Ci mężczyźni, którzy przeprowadzali na mnie eksperymenty od trzech dni od mojego porwania... tyle minęło... a czuję się, jakbym była tu całe życie... W każdym razie ci mężczyźni podarowali mi najwidoczniej rysunki po każdej wizycie z psychologiem. Oczywiście mieli w tym dziwnym ośrodku czy cokolwiek to było, prywatnego psychologa który badał moje zachowania po narkotykach. Rysowałam im w transie demony, różne znaki które tłumaczył mi Sam.
Właśnie. Sam.
Na jednym z rysunków było napisane Sam. Nie wiem czy to dlatego, że wtedy o nim myślałam, ale zaraz obok jego imienia widniało imię mojego syna. Nie umiałam o nich zapomnieć, kochałam ich, więc było to niemożliwe.
Na drugiej kartce było imię Dean przekreślone czerwoną kredką. To jedyny kolor który wyróżniał się z poprzednich rysunków. Nie wiem co to oznaczało, zastanawiałam się nad nim dłuższy czas, jednak po chwili wróciłam znów do Sama i Richa. Uśmiechnęłam się lekko, pierwszy raz oprócz bycia w stanie narkotykowym.
-Emilie, idziemy.
Schowałam rysunki i odwróciłam się do mężczyzny. Był to ochroniarz, który pilnował moich drzwi. Wiedzieli już kim jestem jednak chcieli znać miejsce pobytu mojego syna. Był dla nich ważnym kąskiem, ponieważ pragnęli zbadać jego źródło nieznanych mocy, wyssać go z niego nawet pozbawiając życia.
Nie mówili mi o tym ale nie trudno jest zapamiętać taką rzecz po narkotykach.
Podeszłam do niego, a on szarpnął mnie za ramię i popchnął, bym się pospieszyła.
Usiadłam na białym krześle, przy białym stoliku, w czterech białych ścianach. Wszędzie było biało, czysto, jak wszędzie tutaj. Podniosłam wzrok na psychologa, który usiadł naprzeciwko mnie. Uśmiechnął się do mnie, jednak zignorowałam to, spiorunowałam go wzrokiem.
-Nie jesteś dziś spięta w kaftan, wiesz dlaczego? - spytał.
-Bo mnie sprawdzacie. - uśmiechnęłam się kącikiem ust.
Zaśmiał się nerwowo, jakby rozmawiał z samym diabłem.
W zasadzie... tak o mnie myśleli.
-Powiesz nam, gdzie twój syn? - uniósł brwi.
Milczałam, wpatrzona w niego, przenikliwym wzrokiem.
-Bez twojej pomocy go nie znajdziemy. Na pewno tęsknisz za synem. To Rich? Czy Sam? A może Dean? Nic nam nie mówisz, tylko rysujesz. Może... - podsunął mi kartkę papieru i ołówka. - narysujesz mi zamiast powiesz?
Nadal milczałam, wpatrywałam się w niego.
Nagle stół podskoczył samoczynnie, kartka spadła na białą podłogę a ołówek wisiał w powietrzu wycelowany w oko psychologa.
-Emilie, bo będziemy musieli znów cię zapiąć w kaftan, a tego nie lubisz, prawda?
-Mam to gdzieś. Sami chcecie mnie tu więzić. - odparłam dwoma głosami.
Sama gdzieś w środku się tego wystraszyłam.
Musiało mnie coś opętać. A długo na to nie pozwalałam, jednak demon żywił się bólem moim jak i ludzi w ośrodku. Wszystko mi jedno było co mi zrobią, skoro i tak bólu nie byłam w stanie czuć.
-A więc kaftan? - spytał obserwator.
-Chciałbym jeszcze z nią porozmawiać. - odparł mężczyźnie za szybą, a potem zwrócił się do mnie. - Jak to robisz, mówiąc dwoma głosami, poruszając przedmiotami?
Milczałam znów, jednak psycholog nie zniechęcił się.
-Kim jest Rich? - spytał patrząc mi w oczy. - Sam? Dean? Twoi synowie? Bracia?
-Waszą zgubą. - odparłam poważnie.
-To znaczy? Czy to demony, które przemawiają przez ciebie?
Parsknęłam i zamilkłam.
-Hm... tyle mi wystarczy. - odparł spokojnie.
W tym momencie, gdy miał założyć swoje okrągłe okulary, ołówek który wcześniej upadł na stolik znów uniósł się w powietrzu i trafił w oko psychologa. Krzyczał, upadł na ziemię, prosił o pomoc. Przeklinał mnie, zabrała mnie ochrona do jednego z zabiegowych sal. Porazili dwa razy prądem, jednak nie wywołało na mnie to większego wrażenia czy bólu. Potem wstrzyknęli coś do mojego krwiobiegu, nie były to o dziwo narkotyki. Było to coś silnego, co od razu pobudziło moje zmysły a po chwili uśpiło na jakiś czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz