Obudził mnie wychodzący z domu Dominic, a potem budząca się Bella rzygająca do kibla. Wstałam, zakładając na siebie czarny szlafrok podeszłam do drzwi łazienki, były otwarte i nawet nie zamknięte na zamek. Weszłam do środka bez zbędnych ceregieli i spojrzałam na nią rzygającą do klopa. Zaśmiałam się i podeszłam do niej, złapałam jej włosy i związałam w koka.
-Nieźle się zabawiłaś z braciszkiem. - mruknęłam. - Spaliście ze sobą? - spytałam z ciekawości.
Miała odkrzyknąć stanowcze nie, ale za to wylały się z niej wymiociny.
-Tak, też mam odruch wymiotny jak o nim myślę i o tym że wy ten teges... - zaczęłam gestykulować. - Wiem, że mnie nie lubisz. - mruknęłam. - Bo wampir itp, ale spoko luzik... nie jest tak źle. Też nie lubię wilkołaków, ale potrzebujecie mnie a ja was...
-Co? - wykrztusiła nic nie rozumiejąc.
Zrzygała się znowu.
-Wiesz co? Dam ci herbatę gorzką. - mruknęłam i przyniosłam jej.
Wypiła i zaraz wszystko wyrzygała co miała. Wstała chwiejnie i wróciła do łóżka dziękując za pomoc, chociaż zrobiła to niechętnie.
Nie spałam, więc poszłam do kuchni i przygotowałam sobie kanapki... co prawda ich smaku w ogóle nie byłąm w stanie wyczuć, może gdy były jakieś potrawy z przyprawami... ale kanapki były dla mnie bezsmakowe, jednak byłam w stanie się nimi najeść. Starałam się nie zabijać ludzi i nie pić z nich krwi, zmiana w pijawkę bardzo mnie dotknęła... i staram się być ludzka na ile to możliwe...
Usłyszałam rano pukanie do drzwi, podbiegłam do nich i otworzyłam je dopiero gdy wybiegłam z prysznica. Alberto właśnie miał odchodzić gdy nie otwierałam dłuższy czas, ale odwrócił się gdy usłyszał otwierane drzwi.
-Hej, Albi! - krzyknęłam za nim.
Odwrócił się, był cały zarośnięty, zaśmiałam się gdy go zobaczyłam.
-Sorry... ahm... Dominic jest na warcie, nie?
-Tak... - mruknęłam. - A ty nie masz?
-Aktualnie nie... wiesz, przyjechał Donato i...
-Naprawdę przyjechał? - spytałam z uśmiechem.
-No za godzinę będzie, chciałem zebrać chłopaków.
-Pójdę z tobą. - oznajmiłam i minęłam go. - Idziesz? - spytałam, gdy dłuższy czas stał zdziwiony, że z nim idę.
Poszliśmy na plażę, gdy okazało się,że ci którzy nie obejmują warty leżakują. Obserwowaliśmy morze, w przyjemnej ciszy.
-Czemu wróciłaś? - spytał prosto z mostu.
Alberta zapamiętałam tak jak powinnam. Wylewczy i obojętny, zupełnie rozrywkowy.
-Gdy zmieniono mnie w wampira poczułam pustkę, chciałam wrócić i naprawić wszystko...
To część nagiętej prawdy. Oczywiście, rodzina i pustka to realne, ale szukam tu schronienia bo boję się o swój tyłek. No i chcę żyć w spokoju, a nie w jakimś pieprzonym obozie dla dziwaków jak my.
-Dominic raczej cię nie lubi. - odparł rozemocjonowany. - Ale wyrosłaś na piękną seksowną dziewczynę więc w sumie...Jakbym cię dotknął, to chyba by mnie nie zabił, co?
Zaśmiałam się.
-Chciałbyś mnie przelecieć. - wywnioskowałam.
-Co?! - wybuchnął nagle. - Skądże. To, że jesteś wampirzycą mi przeszkadza.
-Ale chciałbyś! - roześmiałam się.
-Nie przeginaj pały. - pogroził palcem.
-Klimatycznie. - parsknęłam.
-Teoretycznie, seks nadnaturalny jest lepszy.
-A praktycznie? - spytał nie mogąc się przestać śmiać. - Pamiętam cię jako małą dziewczynkę a teraz gadamy o seksie.
-Ej, jesteś tylko starzy o dwa... no trzy lata! - parsknęłam.
-No, Will, którego twój kumpel tropił, związał się z Katherine, która była od niego młodsza o cztery lata.
-Proponujesz coś?! - krzyknęłam śmiejąc się.
-Nie! - udał obrzydzenie.
Usłyszeliśmy wycie wilków. Zaniepokoił się Alberto, jednak nawet ja wiedziałam, że to z radości.
-Ścigasz się? - spytał. - Pamiętaj, że ty wygrałaś jako sześciolatka bo dałem fory.
-Pewnie! - parsknęłam. - Byłeś słabym dzieciakiem jak teraz!
-Przegięłaś!
-To dawaj!
Zaczęłam biec i on zmienił się w wilka. Biegliśmy przez las pod dom Donata, wygrał Albi jednak nie dałam po sobie tego poznać. Dumnie spojrzałam na niego, a potem samego Donata.
-Stary! - krzyknął Cody. - Kopę lat!
-Chyba miesięcy... - parsknął. - Nie wierzę, czy to Sarah wróciła?!
-Hej mężatku. - rzuciłam i przybiłam z nim piątkę.
-Mężatku!? - parsknął.
-Przyjechała i myśli, że jest najlepsza. - mruknął dumny Alberto. - Jak było stary?
-Upalnie, fajnie... zajebiście, że tak powiem.
-Trzeba to uczcić! - krzyknął Alberto.
-Wrócą chłopaki to lecimy wieczorem na imprezę. - zarządziłam. - Do Glovesa!
Pamiętam, jak Dominic z mamą zabraniali mi tam chodzić przez masę pijaków i nieprzyjemnych typów.
-Z miłą chęcią! - zaśmiał się Cody.
Nagle zjawili się pozostali. Dominic spojrzał na mnie piorunując mnie wzrokiem. Skuliłam się, nawet uśmiech zszedł mi z twarzy. Flynn i Matt doszli jako ostatni a Carl zupełnie zaspany przywitał się z Donatem.
-Sarah zaproponowała świetny pomysł, żeby iść się schlać do Glovesa! - ryknął Donato. - A więc idziemy!
-A warty? - spytał Cody do Matta.
-Raz można się urwać. - wzruszył ramionami.
-To rozumiem! - zaśmiał się Cody.
-Młody, nie rozpędzaj się! - krzyknęli wszyscy.
Podeszłam do Dominica i pociągnęłam go za kant koszulki. Nachylił się niechętnie.
-Zajrzyj do Belli, rzygała jak wyszedłeś.
-I ją zostawiłaś pewnie. - warknął.
-Trzymałam jej włosy i przyniosłam herbatę. Nie zjadłam jej. Dupek. - mruknęłam i odeszłam od nich.
Wieczorem Bella poszła z nami mimo kaca i odruchu wymiotnego na widok alkoholu. Ja jednak z gracją i pewnością, że nie wyląduję w kiblu jak ona, stałam przy barze pijąc butelkę piwa.
Gdy zauważyłam uśmiechającego się do mnie przystojniaka ruszyłam powoli z miejsca, idąc w jego kierunku. Nagle przed twarzą pojawiła mi się inna. Osobnik płci przeciwnej wtrynił się pomiędzy mnie a przystojnego gościa, którego chciałam nieco pobajerować.
Spojrzałam na kolesia pytająco.
-Mógłbyś się sunąć? - spytałam zdenerwowana.
-On nie jest dla ciebie. - odparł poważnie.
-Ta? - parsknęłam. - A co cię to w ogóle interesuje?
-Pójdziesz z nim do łóżka, a na następny dzień ogarniesz, że brak ci mózgu. - znów pytający wzrok z mojej strony. - Jest TĘPAKIEM.
-Nie obchodzi mnie to. - odparłam. - Nie szukam tu miłości na całe życie.
-Wyglądasz na fajną dziewczynę... - zaczął.
-Nie jestem fajną dziewczyną. - pokręciłam głowę z uśmiechem.
-A mi się wydaje, że jesteś. - uśmiechnął się zawadiacko.
-Nie działają na mnie tanie teksty na podryw, idealny uśmiech dziwnego kolesia, który chce mnie właśnie poderwać.
-Nie podrywam cię. - oburzył się.
-Tak, właśnie to robisz. A kolej rzeczy nakazuje mi poderwać... - wychyliłam się do tamtego kolesia. - poderwać tego typa.
Westchnął zrezygnowany.
-Będziesz żałować. - odparł, gdy minęłam go w stronę kolesia.
-Mój problem! - krzyknęłam machając butelką.
Podeszłam do typa i usiadłam obok niego. Wpatrywał się we mnie gdy ja mówiłam o jakiś prawach człowieka, anatomii, wezuwianie... A on nawet nie wiedział o czym mówię.
Gdy zażenowana spojrzałam w bok, ujrzałam tego kolesia co wcześniej wtrynił się mi przed twarz. Podparł tak samo jak ja łokieć, trzymając w ręku jakiś trunek.
Przewróciłam oczami, gdzieś w tle siedziała Bella, Dominic i Cody. Braciszek uczepił się tej dziewczyny jak pies, natrętna mucha. Ona nie wydawała się zła, jednak coś w niej mi nie pasowało, coś przyciągało mnie na siłę do niej.
-Możemy w sumie jechać do mnie. - wzruszył ramionami koleś obok mnie.
Spojrzałam na niego i wstałam.
-Ta, wiesz, boję się o poranną utratę mózgu, a niektórym jest potrzebny więc narka. - odskoczyłam od niego.
Wróciłam do domu szybciej, unikając typa który EWIDENTNIE chce mnie puknąć. Wszyscy spali, a ja wprowadziłam do środka Alberto, który był nieco podpity. Usiadł na krześle zmasakrowany.
-Coś do picia? - spytałam, a on zerknął na mnie zmęczony.
-Żartujesz ss.. sobie chyba... - mruknął obrzydzony alkoholem.
-Chodzi mi o jakiś sok, herbatę... wodę?
-W-wódę?
-Nie, ośle. wOdę.
-Nie... ej, prześpię się tu okej? - mruknął padając już nieprzytomny na kanapę.
Parsknęłam.
-Jasne!
Około dwie godziny później wróciła cała reszta, Dominic nawet przez zgaszone światło nie mógł zauważyć śpiącego na kanapie Alberta. Do rana...
Usłyszałam krzyki na dole, gdy się obudziłam. Wyszłam z pokoju i weszłam do salonu obserwując awanturujących się Alberta i mojego brata.
-Miałeś być kurwa na warcie rano! - wrzasnął Dominic.
-Nie spinaj dupeczki, kochanie! Spóźnię się i chuj!
-Nie wytrzymam zaraz! - warknął brat.
Zeszłam na dół okryta szlafrokiem.
-Co się drzecie?
Spojrzeli na mnie, a Dominic zerknął na Albiego.
-Spałeś z nią?!
-Nie! A czy wyglądam jakbym z nią spał?! - warknął.
-Na warte idź lepiej!
-Nawet nie wypiłem kawy. - zaczął ubierać koszulę Alberto. - Mam to w dupie. - machnął ręką patrząc na mojego brata.
-Przestańcie się drzeć, kretyni. - warknęłam. - Macie szczęście, mama jest z dziadkiem w mieście a Sophie w szkole. Ale Bella jeszcze śpi, mnie obudziliście.
-Sorry kotku. - mruknął czule Alberto. - Ale twój brat ma wyraźny ból dupska o pierdolone warty jak pierdolony Matt!
-A ty znów masz to w dupie!
Albert wyszedł trzaskając drzwiami, przelotnie się do mnie uśmiechając.
Spiorunowałam wzrokiem Dominica, on mnie tak samo.
-Spałaś z nim?
-Zazdrosny? - prychnęłam. - Nie, nie jestem już dziwką, za którą mnie uważasz. I jak masz kaca, to się nie drzyj na wszystkich. - odburknęłam.
Gdy Sophie wróciła ze szkoły postanowiłam zrobić jej małą niespodziankę.
-Patrz, co narysowałam. - pokazała mi rysunek mój, naszego brata, mamy, dziadka i nieżyjącej, ś.p babci... no i taty...
-Ładnie... masz talent... - patrzyłam na świetnie wykonane dzieło siostry. - A może dasz jakiś rysunek tacie?
-Czemu jemu? Nie odwiedza nas w ogóle... - posmutniała.
-On się ciebie spodziewa. - uśmiechnęłam się do niej.
-Serio? - spytała zdziwiona.
-Noo, poważnie... możemy jechać, kierowcę przysłał tata.
Pojawił się Dominic. Zdziwiony spojrzał na nas. W progu pojawiła się również Bella.
-A wy gdzie?
-Do taty. - uśmiechnęła się Sophie.
Pokazała mi rysunek, czy tacie się spodoba.
-Jest idealny.
Uśmiechnęła się do mnie.
-Tata mnie nie lubi, nie? - spytała nagle.
-Tata... jest zapracowany. - wyjaśniłam. - Jest chory.
-Chory?
-To się nazywa pracoholizm... pamiętasz jaki był dobry jako tata?
-No...
-Teraz... zachorował na tę chorobę. Nie może oderwać się od pracy... zatraca się w niej.
-Może zabierzemy go do lekarza...?
-Jest w tak zaawansowanej chorobie, że nie da się chyba go tam zaciągnąć...
Gdy weszliśmy do środka tata siedział w biurze, wpadłam mijając sekretarkę i stanęłam przed ojcem z siostrą.
-Siema ojciec. - uśmiechnęłam się i rozsiadłam niechlujnie na fotelu.
-Czego potrzebujecie? - spytał patrząc znudzony w papiery.
-Ciebie. - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
Spojrzał na Sophie znad papierów. Lekko się bała.
-Co tam masz? - spytał, jakby na siłę odrywając się od papierkowej roboty.
Siostra pokazała mu rysunek i podała mu.
-Niezły. - mruknął niewzruszony.
Spiorunowałam go wzrokiem, wyprostowałam się zła.
-Ach, Sarah... Mam parę spraw które muszę zaraz załatwić...
-Nie obchodzi mnie to. - odparłam niewzruszona jak on chwilę wcześniej.
-Sarah...
-Przyjechałyśmy tu dla ciebie. Mówiłeś, że jesteśmy dla ciebie W A Ż N I, c-nie? - spojrzałam mu w oczy zirytowana.
-Tak... ale... ech... Sophie... chodź do mnie na chwilę.
Podeszła do niego nieśmiało, a ja obserwowałam ich ciekawie.
-Widzisz tę stertę papierów? - spytal a ona spojrzała na szkice budynków i fabryk, domów i bloków nowoczesnych.
-No...
-Co myślisz o tym? - pokazał jej szpic domu.
-Jest niezły. - odparła nieco zakłopotana. - Mogę go wziąć...? - spytała.
-Yhm... p... pewnie. - odparł i z ciężkim sercem oddał szkic.
Był naprawdę dobry, sama bym go wzięła.
-Nie przyszedłeś na moje urodziny. - spiorunowała go wzrokiem.
Była tak bardzo podobna do mnie i Dominica...
-Byłem zajęty...
-Nie przyszedłeś na MOJE urodziny nawet na chwilę. - zaatakowała go spojrzeniem.
-Skarbie...
-Nie mów tak do mnie. Nie masz prawa. - syknęła.
Nie spodziewałam się tej reakcji, szybko pożegnałam się z tatą obiecując, że wpadnę jeszcze. Miałam z nim nieco lepszy kontakt niż Dominic czy Sophie... być może dlatego, że sama mu się wpychałam nawet na zebrania biznesowe i gdy prosił bym czekała na zewnątrz niechlujnie rozkladalam się na wolnej kanapie i czekałam śmiejąc się z tych nieszczęsnych ludzi...?
Odwiózł nas kierowca, jeszcze poprosiłam o zawiezienie mnie po odstawieniu Sophie do Glovesa... Miałam ochotę się napić. Gdy zobaczyłam tego kretyna przy barze, który ostatnio nieudolnie mnie podrywał wycofałam się. Może i był przystojny, ale był kompletnym idiotą. Wróciłam szybko do domu unikając niepotrzebnej konfrontacji z nim...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz