piątek, 19 sierpnia 2016

Od Sarah

  Mama spanikowana weszła do mojego pokoju, miała klucz zapasowy do wszystkich zamków w domu, więc bez trudu przyszło jej tu wparować. Była zmartwiona, drzwi trzasnęły o ścianę a ja odskoczyłam od pościeli. Gdy zobaczyłam zaniepokojoną minę mamy wstałam i od razu wybiegłam przed dom. Rozejrzałam się, jednak ani śladu po moim bracie.
-Cholera...! - wycedziłam przez zęby.
  Pobiegłam wampirzym tempem, co nieco mnie zmęczyło. Nie używałam go, z racji mojego ''człowieczeństwa'' jakie wybrałam... jednak musiałam się wysilić. Pobiegłam w stronę domu Alberto, jednak to co zobaczyłam całkowicie mnie zmroziło.
  Koda, pies Albiego, wystraszony siedział pod drzewem nieopodal domu z podkulonym ogonem. Jedyne co widziałam to wybite szyby w salonie, odgłos łamanych mebli...
  W sekundy minęli mnie pozostali kumple, zatrzymał mnie Cody, gdy chciałam tam pobiec i zobaczyć co mój brat wymyślił, co wymyślili oboje. Obok mnie stanęła Katherine, wpatrując się w całe zajście z podobną miną do mojej. Wyrwałam się Cody'emu i wbiegłam do domu. Chłopaki rozdzielali z trudem Dominica i Alberto... obydwoje mieli ślady po widocznych uderzeniach, Alberto miał śliwę pod okiem a mój brat złamany nos, wiele innych ran wewnętrznych, jak przypuszczałam.
-Co... - wykrztusiłam. - Co się...
  Wbiegła również Vera, wpatrywała się nienawistnie w Alberto, jednak on i Dominic tylko widzieli siebie nawzajem i chcieli się pozabijać.
-Chciałem mu to wyjaśnić, Sarah... - wycedził wściekły Alberto.
-Nawet się do niej nie odzywaj! - ryknął brat.
-Uspokójcie się, do cholery! - krzyknęła Vera wchodząc do środka.
  Matt, Flynn i Carl wyprowadzili Dominica, który rzucał się w stronę Alberto. Ja nie odrywałam wzroku od niego, Hugo wraz z Donatem puścili Albiego, który był na skraju wybuchu.
-Nie chciałem..! - zaczął wrzeszczeć na chłopaków.
-Ty już swoje zrobiłeś stary. - mruknął Hugo.
-Mają połamane kości. - wtrącił Donato. - Nie wiem jak to zrobili bez użycia formy wilka, jednak podziwiam. - parsknął. - Chodź Sarah...
-ZOSTAWCIE MNIE! ZAPIERDOLĘ GO! - krzyczał mój brat.
-Chodź... - złapał mnie za ramię Hugo.
  Wpatrywałam się w Alberto z bólem w sercu.













  On również patrzył się na mnie ignorując wszelkie uszkodzenia cielesne. Nie wiedziałam co mam zrobić, nie wiedziałam co czułam. Chciałam go przytulić, jednak złość i nienawiść do niego przez to co zrobił nie pozwoliła mi na to.
-Chodź, bo twój brat zaraz rozniesie chłopaków. - przerwał ciszę Donato.
  Odprowadził mnie wzrokiem, ja tylko się obejrzałam.
  Jego salon wyglądał jak po huraganie... okna to samo...
  Dominic się rzucał, gdy zobaczył mnie wychodzącą z jego domu wyrwał się chłopakom i poszedł do domu, ja za nim. Gdy zastałam go w salonie, mama siedziała w kuchni milcząc, dziadek z Sophie przy stole w jadalni... usiadłam obok Dominica i przytuliłam się do niego.
-Przepraszam... - szepnęłam.











-To nie twoja wina, że jest pierdolonym dupkiem... zabiję go...
-Opanuj się... - szepnęłam. - Wiem, że mu się należało... należy... ale oboje ucierpieliście tak samo, nie traktuj go jak amatorskiego przeciwnika, nie z góry... on jest na równi z tobą jak wy wszyscy... każdy z was może ucierpieć...
-Lepiej dla niego, żeby się tu nie pokazywał. Żeby stąd odszedł, bo go...
-Zabijesz. Wiem... to nie jest rozwiązanie.
  Milczał.
-Najgorsze jest to, że twoje zdanie na mój temat okazało się prawdą... że jestem... dziwką...
-Nie jesteś. - złapał mnie za ramiona. - Jesteś moją siostrą i mimo wszystko będę cię chronił... nie uważam cię za... dziwkę... zostałaś zmuszona do wielu rzeczy, wiele przeszłaś...
-Nie wysłuchałeś Alberto... dlaczego...?
-A ty chciałaś wyjaśnień?
-Nie... - szepnęłam.


  Rano poczułam, jak ktoś siedzi na moim łóżku obok mnie. Podniosłam się zaspana, i już znałam osobę siedzącą. Dominic.
-Co tu robisz? - spytałam śpiąca.
-Przed wartą sprawdzam, jak się czujesz... czy żyjesz...
-Jeszcze tak. - mruknęłam.













  Zaśmiał się.
-A ty jak się czujesz? Po wczorajszym?
-Szkoda, że zjawili się chłopaki. - mruknął.
-Pozabijalibyście się nawzajem.
-Nie skrzywdziłby cię już chociaż.
-Nie skrzywdzi mnie... - szepnęłam.
-Co chcesz zrobić? - spytał zdziwiony.
-Naprawić wszystko.
-Co takiego? - wycedził.
-Nie,nie, nie zrozum mnie źle. - uśmiechnęłam się. - Chcę naprawić siebie, swoje relacje... z rodziną, tobą... i wyjaśnić... wyjaśnić z Alberto...
-Co? To idę z tobą...
-Domi... - westchnęłam. - Nie musisz...
-Muszę. Jeszcze cię zgwałci... kurwa, zabiję go...
-Właśnie dlatego pójdę sama. Jestem dorosła...
-Masz dziewiętnaście lat... - napomniał.
-On mnie nie skrzywdzi. I nie zrobił tego umyślnie...
-Ale pieprzysz... - westchnął zrezygnowany.
-Znasz go jak nikt inny...
-Myślałem, że znam.
-Nie wiedział, że to dzięki mnie go wypuścili.
-Co?
-Spotkałam się z tatą... mam z nim dobry kontakt... i wiesz... poprosiłam, by wypuścił kolesia, nie wiedziałam wtedy kto to...
-On się wokół ciebie kręcił jak mucha, jak pierdolony pies... mogłem to zauważyć, zareagować...
-To nie twoja wina... Obiecaj mi, że nie zabijesz go. - zaśmiałam się.
-Nie mogę tego obiecać, ja naprawdę...
-Domi... - pogroziłam palcem.
-I nie skracaj mojego imienia! - roześmiał się.
-Heeey! Jestem twoją siostrą więc mogę to robić i nic mnie nie powstrzyma!
  Roześmialiśmy się oboje.
-Lecę na wartę... Uważaj na siebie...
-Pewnie, tatusiu. - powiedziałam przesłodzonym głosem.

  Dopiero około południa, gdy mój brat był jeszcze na warcie podeszłam pod dom Alberto niepewnie. Był dla mnie ważny, przez tyle dni byłam w stanie go naprawdę polubić... jednak...
-Koda! - krzyknął Albi wychodząc z domu, rozglądał się szukając psa wzrokiem.
  Gdy miałam podejść zza mnie wyskoczyła Bella.
-K...Koda...? - wyszeptała cicho.
-Widziałaś go? - spytał Alberto, jednak gdy za plecami Belli zobaczył mnie, zamilkł.
-Tak nazwałeś swojego psa? - spytała.
-N...Nie... on już się tak nazywał wcześniej... - odparł w szoku dalej wpatrując się we mnie.
-Skąd... uciekł ci?! - wyszeptała.
-Tak... rano...
  Bella odbiegła, zdziwiłam się jej reakcją... o co jej chodzi...?
-Wyjaśnij mi wszystko. - zażądałam. - Tu i teraz.
  Miał ślady pobicia na twarzy, równie tak samo jak Dominic... Nie popierałam ich zachowania ale w głębi siebie cieszyłam się, że brat wstawił się za mną...
  Stał cztery metry ode mnie, powoli szedł w moją stronę, zatrzymał się w połowie patrząc mi w oczy.
-Chciałem się zemścić na twoim ojcu... wybrałem na cel ciebie... - mówił powoli. - Ale potem... gdy zacząłem cię odwiedzać w pracy... zakochałem się w tobie...  - parsknęłam. - Mowię poważnie. Nigdy do nikogo tego nie czułem...
-Niezła wymówka. - szepnęłam z drżącą brodą, powoli płacząc.
-Nie chciałem... No dobra, z początku... podrzucił mi ten pomysł Flynn... narzucał mi to... w końcu się skusiłem no... ale... kurde, Sarah, ja cię kocham... żałuję... mógłbym zrobić wszystko, żeby to odkręcić... żebyś mi uwierzyła...
-Wszystko? - spytałam drżącym głosem.
-Wszystko.
-Odpieprz się ode mnie, mojego brata i mojego domu. - wypłakałam i odeszłam.
  Gdy słyszałam jak mnie woła, uciekłam wampirzym tempem do domu. Usiadłam pod schodami i zobaczyłam Sophie która wraca z lasu. No ciekawe, co ona tam robiła...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz