- Hm... No muszę przyznać że jako córka pastora całkiem nieźle gotujesz - pochwaliłem ją przeżuwając kolejny kęs.
- Skończysz w końcu? - zirytowała się.
- Dobra, dobra już nic nie mówię - odparłem z pełnymi ustami.
Zapatrzyłem się w ogromną ulwę za oknem, gdy poczułem jej wzrok na sobie. Zerknąłem na nią a ona speszona odwróciła wzrok.
- Co? - spytałem nie rozumiejąc.
- Nic - odparła szybko - Zastanawiałam się czemu nie masz podkoszulka - wypaliła.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Po co mi podkoszulek, skoro odczuwam tą samą temperaturę?
- Pewnie - parsknęła - Chodź po mieście nago, co tam przecież odczuwasz tą samą temperaturę.
Przewróciłem oczami.
- Jeśli ci to przeszkadza, mogę się ubrać - odparłem rozbawiony akcentując słowo 'przeszkadza'.
Popatrzyła w bok robiąc znaczącą minę.

- Rozpraszam cię? - spytałem nagle.
- Niby czemu? - uniosła brwi.
- No nie wiem... - ugryzłem spory kęs - Jestem w końcu przystojny.
- O tak i masz wrodzoną skromność - odparła śmiejąc się.
Pochyliłem się lekko ku niej.
- Bello, chyba mi nie powiesz, że jest inaczej.
Zarumieniła się lekko.
- No przecież sam wiesz.. Brzydki nie jesteś - wykrztusiła.
Roześmiałem się szczerze.
- O tak. Ale z tobą niestety równać się nie mogę - mrugnąłem do niej, świetnie się bawiąc.
- Dominic, czy ty mnie od jakiegoś czasu usiłujesz poderwać? - spytała unosząc brwi.
- A jeśli tak to co? - uśmiechnąłem rozbawiony - Może mi się podobasz? - wycelowałem w nią naleśnika.
- Niestety, ten los podziela cała masa innych niewinnych dziewcząt - wypaliła, usiłując ukryć palące rumieńce.
- O taak - roześmiałem się.
- A ty lepiej przestań - poradziła mi - Chyba że chcesz podzielić los Huga..
- I Adama? - spytałem rozbawiony.
- Skąd... - zaczęła zdziwiona.
- To widać - przerwałem jej - Jestem po prostu dobrym obserwatorem. A tak po za tym... Ich los z pewnością mi nie grozi.
- Skąd ta niby pewność? - warknęła.
- Obserwacja - postukalem sie po głowie.
- Ach tak - bąknęła i wbiła wzrok w puste talerze - Pozmywam - rzuciła i wstała.
- Pomogę ci - zaoferowałem się.
- Nie trzeba - odparła szybko.
Złapałem ją stanowczo za nadgarstek i spojrzałem jej w oczy.
- Pomogę ci - powtórzyłem.
Gdy znalazłem się sam w pokoju, zacząłem znów rozmyślać o sytuacji w domu. Rano dzwoniłem do Sary. Nie odbierała. Odebrała za to mama, która nadal twierdziła, że wszystko jest w porządku. Flynn też nie odbierał. Gdy w końcu dodzwoniłem się do Carla, oznajmił mi że zaraz pędzi na wartę. Rzucił parę swoich żarcików na temat Belli i sam utrzymywał, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale znałem przyjaciela wystarczająco długo, żeby wyczuć dobrze masowane zdenerwowanie w jego głosie.
No cóż. Za niedługo mieliśmy wracać, bo Matt podobno dostawał świra przez warty. Sytuacja sama miała się wyjaśnić.
- Ile czasu ty ubierasz ten podkoszulek? - spytała rozbawiona.
- Spokojnie - parsknąłem śmiechem - Już ubieram.

- Dobra to ja zmywam, ty wycierasz - rzuciła.
Dużo się nie nazmywaliśmy, bo było zaledwie parę szklanek i talerzy. No i jedna patelnia. Za to miałem ogromny ubaw, chlapiąc Bellę pianą.
- Widzisz jaki dobry z nas zespół - rzuciłem gdy nie została już nawet mała łyżeczka.
- Dobry dobry - przytaknęła - Jak nie mówisz - parsknęła śmiechem.
- Chcesz powtórkę z rana? - spytałem rozbawiony.
- Grozisz mi? - zmrużyła oczy.
- Masz ostatnią szansę - z a g r o z i ł e m jej.
- O tak już się boje - przewróciła oczami.
W mgnieniu oka przerzuciłem ją przez ramię. Zaczęła się wydzierać.
- Dominic nie! Tylko nie pod wodę proszę!! - zaczęła wierzgać nogami i śmiesznie zawodzić - Ja nie chcę być znowu mokra!
Roześmiałem się i przystanąłem.
- Przeproś, a może daruję ci w o d ę.
- Chyba kpisz - odparła buntowniczo - Za co mam przepraszać?!
Ruszyłem w stronę łazienki.
- Dobra dobra! - zaprotestowała szybko - Przepraszam no... Choć nie wiem za co - burknęła.
Rozbawiony zmieniłem kierunek i wszedłem do 'jej' sypialni. Rzuciłem ją na łóżko. Wstrzymała dech patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Spokojnie - rzuciłem - Nie zgwałcę cię - parsknąłem.
- Żebyś jeszcze dał radę - mruknęła.
- A chcesz się przekonać? - spytałem rozbawiony.
-Nie nie - powiedziała szybko i w tym samym momencie uderzyłem ją poduszką - Ejj!! To za co?!
- Odpuściłem ci wodę - zaznaczyłem i w tej samej chwili dostałem w twarz.
- Osz ty... - mruknąłem i zaczęła się prawdziwa 'wojna'.
Uderzyłem ją w pewnym momencie tak mocno, że upadła na łóżko. Przerażony dopadłem jej szybko. Boże. Udusiłem córkę pastora parę dni po jego własnym pogrzebie.
W pewnym momencie otwarła oczy i przyjebała mi jaśkiem z satysfakcją.
- To co? Kiedy wracamy? - spytałem w końcu.
- Z tego co mówiłeś, niezbyt ciekawie u nich jest...Możemy jutro z rana... albo pojutrze - mruknęła.
- Świetnie. Czyli jeszcze jedna lub dwie noce - wyszczerzyłem do niej zęby.
- Zamknę się na klucz - zagroziła mi.
- To dla mnie nie przeszkoda - odparłem i roześmiałem się widząc jej minę. Nagle spoważniałem - Bello chyba nie myślisz że mógłbym ci zrobić krzywdę?
- No... Chyba nie - wymamrotała.
- Cieszę się że się zgadzamy - uśmiechnąłem się szeroko - Ale mimo wszystko miej się na baczności! - rzuciłem i wyszedłem z pokoju do kuchni po piwo śmiejąc się.
- Niby czemu? - uniosła brwi.
- No nie wiem... - ugryzłem spory kęs - Jestem w końcu przystojny.
- O tak i masz wrodzoną skromność - odparła śmiejąc się.
Pochyliłem się lekko ku niej.
- Bello, chyba mi nie powiesz, że jest inaczej.
Zarumieniła się lekko.
- No przecież sam wiesz.. Brzydki nie jesteś - wykrztusiła.
Roześmiałem się szczerze.
- O tak. Ale z tobą niestety równać się nie mogę - mrugnąłem do niej, świetnie się bawiąc.
- Dominic, czy ty mnie od jakiegoś czasu usiłujesz poderwać? - spytała unosząc brwi.
- A jeśli tak to co? - uśmiechnąłem rozbawiony - Może mi się podobasz? - wycelowałem w nią naleśnika.
- Niestety, ten los podziela cała masa innych niewinnych dziewcząt - wypaliła, usiłując ukryć palące rumieńce.
- O taak - roześmiałem się.
- A ty lepiej przestań - poradziła mi - Chyba że chcesz podzielić los Huga..
- I Adama? - spytałem rozbawiony.
- Skąd... - zaczęła zdziwiona.
- To widać - przerwałem jej - Jestem po prostu dobrym obserwatorem. A tak po za tym... Ich los z pewnością mi nie grozi.
- Skąd ta niby pewność? - warknęła.
- Obserwacja - postukalem sie po głowie.
- Ach tak - bąknęła i wbiła wzrok w puste talerze - Pozmywam - rzuciła i wstała.
- Pomogę ci - zaoferowałem się.
- Nie trzeba - odparła szybko.
Złapałem ją stanowczo za nadgarstek i spojrzałem jej w oczy.
- Pomogę ci - powtórzyłem.
Gdy znalazłem się sam w pokoju, zacząłem znów rozmyślać o sytuacji w domu. Rano dzwoniłem do Sary. Nie odbierała. Odebrała za to mama, która nadal twierdziła, że wszystko jest w porządku. Flynn też nie odbierał. Gdy w końcu dodzwoniłem się do Carla, oznajmił mi że zaraz pędzi na wartę. Rzucił parę swoich żarcików na temat Belli i sam utrzymywał, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale znałem przyjaciela wystarczająco długo, żeby wyczuć dobrze masowane zdenerwowanie w jego głosie.
No cóż. Za niedługo mieliśmy wracać, bo Matt podobno dostawał świra przez warty. Sytuacja sama miała się wyjaśnić.
- Ile czasu ty ubierasz ten podkoszulek? - spytała rozbawiona.
- Spokojnie - parsknąłem śmiechem - Już ubieram.

- Dobra to ja zmywam, ty wycierasz - rzuciła.
Dużo się nie nazmywaliśmy, bo było zaledwie parę szklanek i talerzy. No i jedna patelnia. Za to miałem ogromny ubaw, chlapiąc Bellę pianą.
- Widzisz jaki dobry z nas zespół - rzuciłem gdy nie została już nawet mała łyżeczka.
- Dobry dobry - przytaknęła - Jak nie mówisz - parsknęła śmiechem.
- Chcesz powtórkę z rana? - spytałem rozbawiony.
- Grozisz mi? - zmrużyła oczy.
- Masz ostatnią szansę - z a g r o z i ł e m jej.
- O tak już się boje - przewróciła oczami.
W mgnieniu oka przerzuciłem ją przez ramię. Zaczęła się wydzierać.
- Dominic nie! Tylko nie pod wodę proszę!! - zaczęła wierzgać nogami i śmiesznie zawodzić - Ja nie chcę być znowu mokra!
Roześmiałem się i przystanąłem.
- Przeproś, a może daruję ci w o d ę.
- Chyba kpisz - odparła buntowniczo - Za co mam przepraszać?!
Ruszyłem w stronę łazienki.
- Dobra dobra! - zaprotestowała szybko - Przepraszam no... Choć nie wiem za co - burknęła.
Rozbawiony zmieniłem kierunek i wszedłem do 'jej' sypialni. Rzuciłem ją na łóżko. Wstrzymała dech patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Spokojnie - rzuciłem - Nie zgwałcę cię - parsknąłem.
- Żebyś jeszcze dał radę - mruknęła.
- A chcesz się przekonać? - spytałem rozbawiony.
-Nie nie - powiedziała szybko i w tym samym momencie uderzyłem ją poduszką - Ejj!! To za co?!
- Odpuściłem ci wodę - zaznaczyłem i w tej samej chwili dostałem w twarz.
- Osz ty... - mruknąłem i zaczęła się prawdziwa 'wojna'.
Uderzyłem ją w pewnym momencie tak mocno, że upadła na łóżko. Przerażony dopadłem jej szybko. Boże. Udusiłem córkę pastora parę dni po jego własnym pogrzebie.
W pewnym momencie otwarła oczy i przyjebała mi jaśkiem z satysfakcją.
- To co? Kiedy wracamy? - spytałem w końcu.
- Z tego co mówiłeś, niezbyt ciekawie u nich jest...Możemy jutro z rana... albo pojutrze - mruknęła.
- Świetnie. Czyli jeszcze jedna lub dwie noce - wyszczerzyłem do niej zęby.
- Zamknę się na klucz - zagroziła mi.
- To dla mnie nie przeszkoda - odparłem i roześmiałem się widząc jej minę. Nagle spoważniałem - Bello chyba nie myślisz że mógłbym ci zrobić krzywdę?
- No... Chyba nie - wymamrotała.
- Cieszę się że się zgadzamy - uśmiechnąłem się szeroko - Ale mimo wszystko miej się na baczności! - rzuciłem i wyszedłem z pokoju do kuchni po piwo śmiejąc się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz