-Nie idziesz do domu? - spytałam zdziwiona.
-Nie, masz kluczę, idź do domu.
Przegryzłam wargę i spuściłam wzrok.
-Mam przygotować obiad jak wrócicie?
-Mama wraca za godzinę, ja później, mam rozprawy. To wszystko?
-Tak... jasne. - mruknęłam i zamknęłam drzwi.
-Musisz tak trzaskać...? - warknął tata na odchodne i odjechał.
Weszłam przez bramkę, znów usłyszałam trzask za plecami. Westchnęłam ciężko. Obejrzałam się, a przed moimi oczami ukazały się bogate domy, wielkie z basenami, wszystko było takie wykwintne i luksusowe w swojej prostocie. Mieszkam tu od osiemnastu lat i mam dość tego widoku. Jako dziecko widywałam się tylko z Bethany w przedszkolu czy podstawówce, moi rodzice kazali zadawać mi się z kimś wyższym... tak samo mówili, gdy weszłam w wiek dojrzewania i gadanie o pszczółkach nie robiło na mnie wrażenia powiedzieli wprost, że nie mam prawa na razie wybierać sobie chłopaków, bo są NIEREFORMOWALNI i NIEUCZCIWI... a, no i ojciec zawsze mówił, że nie chce widzieć żadnego faceta i w ogóle obcych znajomych w swoim domu, chyba, że to dzieci sąsiadów, to jak najbardziej, bo są KIMŚ. A to KIMŚ w języku moich rodziców znaczyło DZIANI. Przywykłam również do ich planowania przyszłości w stosunku do mnie, pozwoliłam im na to... tylko bym spróbowała się postawić... odebrali by mi wszystko, odcięli internet, robili większy obciach niż teraz, gdy ojciec nadopiekuńczo podwoził mnie pod szkołę tak bardzo świadom tego, że ktoś zawsze może mnie zabić czy przejechać, bo przecież nie będę jeździć autobusem ani z Christophem, bo jeździ na pewno jak szalony.
Przywykłam do tych ograniczeń, tak zostałam wychowana... Nie wyobrażam sobie robić cokolwiek innego, być jak 3/4 tej szkoły, tacy wolni, zbuntowani i bez obowiązków...
Do furtki podszedł czarny kot, usiadł na chodniku wpatrując się we mnie. Westchnęłam ciężko. Zawsze chciałam mieć zwierzę, ale rodzice mi na to nie pozwalali, zawsze było jakieś ale i dobry argument dlaczego nie...
Zamiałczał, gdy się odwróciłam.
Przeczołgał się pod ozdobioną, białą furtką i usiadł pod moimi nogami.
-O rany... - mruknęłam.
Podeszłam do drzwi, przekręciłam klucz w drzwiach i zerknęłam na kociaka.
-Pożałuję tego... - powiedziałam sama do siebie i wpuściłam kota do środka.
Powoli wszedł, rozglądając się uważnie po wielkim przed pokoju. Na przeciwko, gdy tylko weszłam do środka zauważyłam ten sam, wielki jak sala kinowa salon. Znudzona poszłam do swojego pokoju biorąc kota pod pachę. Mój pokój jedynie wyglądał w miarę normalnie... nie jak wielka wystawa narodowa. Gdzie nie gdzie był mały syf, ale panował porządek. Kot od razu wskoczył na łóżko i ułożył się na stercie poduszek. Rodzice nie wchodzili do mojego pokoju, chyba, że tata gdy chciał porozmawiać na jakiś poważny temat. Mama była pracoholiczką, nie zajmowała się mną tak jak kiedyś, gdy byłam mała. Bolało mnie to.
Dałam kotu coś do jedzenia i zamykając drzwi za sobą, by nie łaził po domu, zeszłam na dół do kuchni. Zajęłam się przygotowaniem obiadu, dla mamy i Simona jak przyjdą. Mimo, że ojciec powiedział, bym tego nie robiła wolałam zignorować jego prośbę.
Beth zadzwoniła namawiając mnie na imprezę którą urządza Christoph. Zawsze przychodziła cała szkoła, ale nigdy się nie zjawiałam, bo nikogo nie znam, a po drugie... musiałam być w domu i się kurczowo uczyć.
-Będzie świetnie! Dawaj! - poprosiła.
-Wiesz, że tata mi nie pozwoli, jedynie się zdenerwują.
-Musisz się zmienić i przestać się ich tak słuchać! Masz osiemnastkę, Lu!
-Co z tego?! Wiesz jacy oni są... Muszę się uczyć, poza tym w piątek egzamin, a to już za dwa dni...
-Cześć Lucy! - krzyknęła mama wchodząc do środka.
Wychyliłam się z kuchni.
-Hej! - posłałam mamie uśmiech.
-Co tak ładnie pachnie? - spytała uśmiechnięta wieszając kurtkę Simona na wieszak.
-Sos do krewetek... tylko... nie umiem ich zrobić... - zaśmiałam się nerwowo.
-Oj skarbie... pomogę Ci. - uśmiechnięta weszła do kuchni i wyjęła krewetki z zamrażalki.
-Muszę kończyć, Beth...
-Wpadnij, będzie super...
-Nie mogę. Postanowiłam już.
-Chyba Twoi rodzice postanowili. - mruknęła zła. - Na razie. Jutro się rozmówimy!
-Bethany? - spytała mama.
-Tak...
-Czego nie możesz?
-No... nic, pytała czy nie pójdę na imprezę do Chrisa, ale...
-Dobrze, że wiesz, co wolno a czego nie. - posłała mi uśmiech.
-Taa... - mruknęłam patrząc na garnek sosu.
Gdy wyszłam spod prysznica zastałam tatę w moim pokoju, gdy otworzyłam drzwi. Uniosłam brwi i wycierając włosy zamknęłam je za sobą.
-Coś nie tak? - spytałam zaskoczona, a spod łóżka wyszedł kot. - Ech... wyjaśnię...
-Znasz zasady panujące w tym domu.
-Wiem, tato... ja...
-Rozumiem. Zawsze chciałaś mieć zwierzę, ale kotku... bez przesady... kot?
-Nawet na rybkę mi nie pozwoliliście. - zaznaczyłam.
-Co ja mam zrobić...? - spytał bezradnie tata, patrząc na czarną kulkę wpychającą się na jego kolana.
-Nie mów mamie, proszę... - zaczęłam błagalnie.
-Ugadam z nią to. - mrugnął do mnie i wstał.
-Ale... czekaj... naprawdę? Mogę go zatrzymać...? - spytałam śmiejąc się.
-Jeszcze nie wiem! - uniósł ręce. - Ale... nie wykluczone.
-Kocham Cię, tato. - przytuliłam go, a on mocno mnie objął.
-Ja Ciebie też, córciu. Idę ugadać z mamą tego sierściucha.
Uśmiechnięta padłam na łóżko i przytuliłam futrzaka.
Gdy usłyszałam pukanie, przebudziłam się. Na moim brzuchu leżał rozwalony czarny kot, a pukanie zmieszało się nagle z krzykami dobiegającymi z dołu. Otrząsnęłam się i podeszłam do drzwi zrzucając kota z siebie. Przekręciłam kluczyk w drzwiach i spojrzałam na dół. Simon stał zapłakany, wpatrując się we mnie. Pomyślałam, że to jakiś kolejny żart, jednak nie mogłam go tak zostawić.
-Chodź. - wpuściłam go do środka. - Co się dzieje, mały?
Stał przede mną, zapłakany i zmartwiony.
-Mama i tata się kłócą od godziny... - spojrzał w bok na czarną kulkę śpiącą wygodnie na stercie poduszek. - Nie możesz trzymać kota w domu! - szepnął.
-To najpewniej kłócą się właśnie przez niego... - odszepnęłam bratu.
Kucnęłam przy nim i starłam łzy z policzka.
-Pilnuj go. - wskazałam na kotka. - Zejdę do rodziców i to przerwę, dobra?
Pokiwał głową i wpełznął na moje łóżko padając bezwładnie obok kocurka.
Zbiegłam na dół, rozłożystymi, jasnymi schodami i wbiegłam do salonu.
-Co tu się dzieje, do diaska?! - krzyknęłam przerywając krzyki matki.
Oboje spojrzeli na mnie, jak na winną wszystkiemu. Mina ojca zmieniła się diametralnie, pocieszająco na mnie spojrzał, podszedł do mojego boku i objął ramieniem.
-Nie zgadzam się na żadnego sierściucha w TYM domu! - wrzasnęła.
-Zawsze chciała mieć kota. - rzucił tata. - Na urodziny dostawała najdroższe prezenty, zamki dla lalek, koty, książki z podpisami jej ulubionych autorów, miała wszystko... tak myśleliśmy. A oa prosiła o jakiekolwiek zwierze. Nie chcesz uszczęśliwić naszych dzieci choć raz a porządnie?
Mama zacisnęła usta i pięści. Spojrzała na tatę wściekła.
-Taka sama jak ojciec! - machnęła ręką. - Przecież ty tu rządzisz, kochanie. - nacisnęła na ostatnie słowo, że zabrzmiało jak rzut ostrym nożem.
Mama zniknęła za drzwiami biblioteczki, a tata przytulił mnie mocno.
-Nie potrzebnie przeze mnie się pokłóciłeś z mamą... nigdy się nie kłóciliście...
Zaśmiał się.
-Nie widziałaś nas przed twoimi narodzinami, Lu.
-Aż tak?
-To normalka, zawsze kończy tak kłótnie. ''Ja tu rządzę''. - usiadł na kanapie wygodnie.
-Tato... mogę iść... na imprezę...
-Nie. - uciął szybko i ostro. - Nie ma takiej możliwości.
-Jasne.. Przepraszam... i dziękuję za załatwienie...
-Nie ma za co słonko, ale nie przesadzaj już z prośbami. - spojrzał na mnie znacząco.
-Pewnie.
W szkole Beth namawiała mnie ciągle na pójście na imprezę, jednak w dalszym ciągu odmawiałam.
-No a co ja Ci poradzę, Beth?! Poza tym, myślałam, że jesteście dalej pokłóceni! - westchnęłam zła.
-No, Chris umie mnie przekonać. - szepnęła rozmarzona a ja przewróciłam oczami.
-Plotki się rozeszły, że jestem rzekomo wolna. - parsknęła. - Chris się z tego śmieje non stop, aż ukrywamy się ze związkiem... będzie zabawnie.
Do nas podszedł Chris, Beth zamknęła samochód i uśmiechnęła się do chłopaka.
-Skarbie, ktoś chce się z tobą umówić. - odparł poważnie.
-A przystojny? - spytała obojętnie.
-Patrzysz na niego. - uśmiechnął się.
-No to taki przeciętny... - skrzywiła się przyjaciółka.
-Pójdziesz ze mną dziś o osiemnastej do restauracji La Vuo's?
-Z przeciętniakami się nie umawiam. - machnęła ręką.
Zaśmiałam się.
-A może jednak zrobisz wyjątek?
-Hmm... niech będzie...
Chris pocałował ją w policzek, a ona uniosła brwi milcząc.
Dopiero w bibliotece, gdy na długiej przerwie oddałam się nauce podbiegł do mojego stolika Mike, który od pewnego czasu był napalony na Beth. Pewnie doszły go słuchy, że jest wolna i przybiegł do mnie, cwany jednak jest.
-Hej Lisa. - pomachał mi nerwowo.
-Lucy. - westchnęłam nie bardzo zdziwiona, że nie pamięta mojego imienia.
-Tak, właśnie o to chodziło... wiesz... - usiadł na krześle obok mnie. - Fajna jesteś...
-Mhm... - mruknęłam nie odrywając wzroku od książki.
-A... ten... no... przyjaźnisz się z Bethany Williams, co nie?
-Owszem. Co w związku z tym? - spytałam podnosząc wzrok znad atlasu historycznego.
-No i ten... dałoby się... wiesz... z nią umówić...?
Westchnęłam.
-Nie wiem, pogadaj z Chrisem. - wzruszyłam ramionami wyjmując wolną ręką zeszyt z torby.
Zaczęłam pisać wybrane, potrzebne daty, a on kontynuował.
-A co? Wrócili do siebie? - spytał półszeptem, poddenerwowany.
-Pytaj Chrisa. - mruknęłam dalej pisząc.
-Słuchaj...
-Właściwie, to... czemu do mnie przyszedłeś, nawet nie pamiętając mojego imienia? Nie pomogę ci się z nią umówić, nigdy nikomu z was nie pomogłam pójść na randkę z Bethany Williams i w dalszym ciągu tego się trzymam, więc gdybyś mógł dać mi spokój byłabym szczęśliwa. - warknęłam, a on odszedł.
Na informatyce, gdy skończyłam programowanie jednej ze zleconych przez nauczyciela stron, zajęłam się czatowaniem z Chrisem. Gdy wysłał do mnie jako pierwszy wiadomość, zaskoczona zerknęłam na niego, a potem na ekran.
Christopher Scott: Kto śmiał podrywać moją dziewczynę? Proszę o namiary!
Spojrzałam w głąb klasy i uniosłam brwi gdy zobaczyłam, jak się uśmiecha do monitora.
Ja: A czyżby Christopher Scott miał coś przeciwko takim facetom?
Christopher Scott: Są palantami którzy proszą się o porządne manto...!
Ja: Tacy sami palanci jak Ty.
Spojrzał na mnie z uśmiechem, o co mi chodzi, a ja dumnie się na niego spojrzałam.
Christopher Scott: Nie jestem palantem, mendo!
Ja: Według mnie jesteś jednym z największych palantów w tej placówce.
Zaśmiał się i po dzwonku popchnął mnie delikatnie, odwróciłam się do niego i pogroziłam palcem przyjacielowi.
-Palant?! - powtórzył. - Jestem super ekstra ciachem, a nie palantem!
-Te rzeczy, jeśli chodzi o ciebie, idą w parze. - mruknęłam dumnie idąc przed siebie.
-Idziesz na imprezę jutro. Zero wymówek! - pogroził palcem.
-Nie mogę. Naprawdę...
-Przestań się słuchać starych, to bez sensu.
-Dla mnie ma to sens, Chris. - westchnęłam.
-Jeszcze przyjdziesz... - parsknął. - Chociaż spróbuj!
No i stało się. Dopiero pod wieczór gdy rodzice mieli kolację biznesową, w gronie prawników, wykorzystałam sytuację. Sąsiadka pilnowała Simona, a ja znalazłam w szafie, w worku przygotowanym na śmieci niektóre ciuchy które gorączkowo zaczęłam przymierzać. Gotowa, wyszłam wcześniej z domu jak prosił mnie Chris. Denerwowałam się, że oszukuję rodziców. Gdy w ostatniej chwili zrozumiałam, co ja wyprawiam i jak zawiodę rodziców, cofnęłam się. Dopiero pod domem pożałowałam porządnie tego, że w ogóle się tam wybierałam...
Zauważyłam samochód ojca, na przodzie siedziała jak zwykle odpicowana mama.
-Jak ty wyglądasz?! - syknęła. - Sąsiedzi zobaczą!!!
-Ja właśnie... - spojrzałam na siebie, a potem na mamę wyglądającą z auta.
-Wyglądasz jak kryminalistka! Matko, do domu! W tej chwili!
Weszłam do domu unikając rozmowy z rodzicami.
Powtarzały się telefony od dwójki przyjaciół, jednak nie odbierałam... Mama miała rację... oni mieli rację... jak zwykle...
W piątek wpadłam po obiedzie do pracującej Beth. Usiadłam na jej biurku i słuchałam jak krzyczy na mnie, że mnie nie było wczoraj wieczorem.
-Jak mogłaś nas wystawić?! Mówisz, że idziesz, a potem...
-Rodzice byli wcześniej... - zaczęłam tłumaczyć.
-Jesteś strasznie im posłuszna, jak pies. - warknęła. - Przepraszam...
-Spoko... - zacisnęłam zęby.
-Brakowało mi cię tam...
Uśmiechnęłam się do niej.
-Mama powiedziała, że wyglądam jak kryminalistka, gdy mnie zobaczyła. - szepnęłam.
-Nigdy nie wyglądasz jak kryminalistka! - zaśmiała się. - Zawsze jesteś ugrzeczniona!
-Kiedy kończysz? - spytałam ignorując poprzedni komentarz.
-Późno, wpadnę jutro... albo w niedzielę.
-W niedzielę uczę się cały dzień...
-Ty zawsze się uczysz... - machnęła ręką. - Sobota. - kiwnęła głową a ja wyszłam w stronę domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz