-Nie decydujecie za mnie. - warknęłam.
-Chcemy dzieciaka, nie obchodzi nas nic innego. Dobrze się nim zaopiekujemy. - zaśmiał się Abalam.
-Nie pozwolę wam go tknąć.
-Oczywiście, jest też Dean i Sam, którzy wyraźnie nie wiedzą, że jesteśmy w tobie a to nam ułatwia sprawę...
Obudziłam się dopiero po kilku minutach, po tej rozmowie z moimi braćmi odzyskałam nieco sił. Nade mną stał lekarz, zdziwił się trochę widząc z jaką miną się obudziłam.
-Niektóre rany zaczęły znikać... to trochę dziwne... - zaczął tłumaczyć.
-Chcę tutaj Sama. - zażądałam nawet nie patrząc na lekarza.
-Na razie...
-Chcę-tutaj-Sama. - wycedziłam.
Lekarz westchnął bezradnie i wyszedł z sali, po chwili podszedł do mnie mój Sammy, podniosłam się szybko i spojrzałam mu w oczy.
-Dean musi wziąć Richa...
-Co? - wyszeptał zdziwiony Sam. - Em, co się dzieje?
-To... to oni...
-Kto?
-Moi bracia... - szepnęłam. - Chcą Richa, sam Cas nie obroni mojego syna... Ty musisz być tu, a Dean z dzieckiem...
-Tylko, że Deana nie ma tutaj... - zaczął niepewnie.
-A gdzie jest? - syknęłam.
-Wiesz,no... ten... nie wiem...
-Znajdę tego kretyna... - warknęłam wygrzebując się z łóżka.
Sam zatrzymał mnie jednym ruchem ręki.
-Niestety kotku, ale musisz tu zostać. Sam zajmę się Deanem...
-A wiesz gdzie on jest? - spytałam zaciskając zęby. - Czy ktokolwiek wie, gdzie on jest?! Poza tym Abaddon tylko czeka... z Abalamem... teraz ich nie ma, ale zaraz wrócą, mogą ze mną robić co chcą...
-Trzeba cię stąd zabrać. - stwierdził.
-Gdzie ty chcesz mnie zabierać? - spytałam zdziwiona.
-Musimy ich wywalić z ciebie bo Cię... zabiją...
-Im chodzi o to, żebym nie zginęła. Chodzi im o Richa.
Nagle do sali wszedł Dean.
Zacisnęłam pięści i spiorunowałam go wzrokiem.
-Jesteś wreszcie! - warknęłam.
-Sorry. - burknął. - Tęskniłaś. - błysnął zębami.
-Nie pora na żarty. - przerwał Sam. - W niej siedzi Abaddon i Abalam, chcą Richa.
-Przecież zabiłaś ich, nie? - spytał Dean.
-Właśnie... widocznie... nie... - szepnęłam.
-Trzeba ją stąd zabrać. - westchnął Sam.
Dean spojrzał na niego kretyńsko.
-Jak ty przepraszam, chcesz to zrobić Sammy?
-Nie takie rzeczy robiliśmy... Musimy to zrobić dzisiaj i wymyślić, jak wypędzić tych dwóch skurwysynów z mojej Em... - spojrzał na Deana nagle.
Dean zacisnął zęby po tym co powiedział.
-Pewnie. To co chcesz wymyślić? Bo ty tu jesteś mózgiem, zwykle.
-Wiemy tyle, że nie chcą mnie zabić... - mruknęłam. - Chcą przeze mnie dostać się do Richa, więc Dean... nie możesz pozwolić na to, by się tu zjawił choćby nie wiem co.
-Jasne...
Sam spojrzał na mnie pocieszająco.
-Załatwimy to... obiecuję... - szepnął.
-Niektóre rany zaczęły znikać... to trochę dziwne... - zaczął tłumaczyć.
-Chcę tutaj Sama. - zażądałam nawet nie patrząc na lekarza.
-Na razie...
-Chcę-tutaj-Sama. - wycedziłam.
Lekarz westchnął bezradnie i wyszedł z sali, po chwili podszedł do mnie mój Sammy, podniosłam się szybko i spojrzałam mu w oczy.
-Dean musi wziąć Richa...
-Co? - wyszeptał zdziwiony Sam. - Em, co się dzieje?
-To... to oni...
-Kto?
-Moi bracia... - szepnęłam. - Chcą Richa, sam Cas nie obroni mojego syna... Ty musisz być tu, a Dean z dzieckiem...
-Tylko, że Deana nie ma tutaj... - zaczął niepewnie.
-A gdzie jest? - syknęłam.
-Wiesz,no... ten... nie wiem...
-Znajdę tego kretyna... - warknęłam wygrzebując się z łóżka.
Sam zatrzymał mnie jednym ruchem ręki.
-Niestety kotku, ale musisz tu zostać. Sam zajmę się Deanem...
-A wiesz gdzie on jest? - spytałam zaciskając zęby. - Czy ktokolwiek wie, gdzie on jest?! Poza tym Abaddon tylko czeka... z Abalamem... teraz ich nie ma, ale zaraz wrócą, mogą ze mną robić co chcą...
-Trzeba cię stąd zabrać. - stwierdził.
-Gdzie ty chcesz mnie zabierać? - spytałam zdziwiona.
-Musimy ich wywalić z ciebie bo Cię... zabiją...
-Im chodzi o to, żebym nie zginęła. Chodzi im o Richa.
Nagle do sali wszedł Dean.
Zacisnęłam pięści i spiorunowałam go wzrokiem.
-Jesteś wreszcie! - warknęłam.
-Sorry. - burknął. - Tęskniłaś. - błysnął zębami.
-Nie pora na żarty. - przerwał Sam. - W niej siedzi Abaddon i Abalam, chcą Richa.
-Przecież zabiłaś ich, nie? - spytał Dean.
-Właśnie... widocznie... nie... - szepnęłam.
-Trzeba ją stąd zabrać. - westchnął Sam.
Dean spojrzał na niego kretyńsko.
-Jak ty przepraszam, chcesz to zrobić Sammy?
-Nie takie rzeczy robiliśmy... Musimy to zrobić dzisiaj i wymyślić, jak wypędzić tych dwóch skurwysynów z mojej Em... - spojrzał na Deana nagle.
Dean zacisnął zęby po tym co powiedział.
-Pewnie. To co chcesz wymyślić? Bo ty tu jesteś mózgiem, zwykle.
-Wiemy tyle, że nie chcą mnie zabić... - mruknęłam. - Chcą przeze mnie dostać się do Richa, więc Dean... nie możesz pozwolić na to, by się tu zjawił choćby nie wiem co.
-Jasne...
Sam spojrzał na mnie pocieszająco.
-Załatwimy to... obiecuję... - szepnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz