Niezwykle
wtorek, 20 września 2016
Od Lucy
Jakie było moje zdziwienie gdy pojawił się Simon, który nie był sam. Był uzbrojony, wyglądał zupełnie inaczej niż przed moim aresztowaniem. Siedziałam skulona na łóżku, gdy do środka wszedł mój młodszy brat i Michael. Na widok tego drugiego aż mnie wmurowało w zimną ścianę. Nie wiedziałam co on tu robi, co się w ogóle dzieje.
-Mamy mało czasu - odezwał się Michael i kiwnął mi głową.
Simon wziął mnie na ręce a ja nie wiedziałam co tu się do cholery wyprawia.
-S-simon... co... co się...
-Siedź cicho dopóki stąd nie wyjdziemy, Lucy.
Gdy wyprowadzili mnie bez najmniejszych problemów mogłam tylko wyczekiwać wyjaśnień. Michael siedział za kółkiem a ja otulona bluzą brata siedziałam obok niego, ściśnięta na tyłach jeszcze obok dwóch innych typów.
-Gdyby nie to, że wiem jak ważna jesteś dla Jamie'go nie pomógł bym zwykłemu, nic nie wartemu człowiekowi. A Simon nie dość, że jest wilkołakiem ma dar, a taki przypadek mieliśmy tylko jeden w naszej organizacji, teraz był zerowy do póki twój brat nie znalazł się w zasięgu ręki. Teraz jest łatwym kąskiem dla nich, a my mamy duży zysk. Wasze nazwisko jest dobrze znane przez wasze różne sprawy i handel waszego ojca, więc najlepiej będzie jak ukryjemy nazwisko Simona. Nie znacie się, tak będzie najlepiej.
-Ona sobie nie poradzi, Michael..
-Od teraz szefie, jasne? Pomogłem Ci ją uratować, więc teraz jesteś mi to winien.
-Ona też się przyda...
-Nie mogę jej w to pakować...
-Dlaczego? - spytał brat lekko zboczony z tropu.
-Z pewnych spraw związanych z Jamiem. Nie wiesz kto to i go nie poznasz, jest tak jakby tajnym zabójcą, rozumiesz? Nie słyszałeś o nim, jednak warto żebyś wiedział trochę o ważnych czynnikach organizacji.
-Jestem córką Dantego... szefa tamtej organizacji... - wyszeptałam, zachrypniętym głosem.
-Wiem. To od razu skreśla cię z listy. Toretycznie można powiedzieć, że jesteś już martwa. A nie zaryzykuję życia nikogo od siebie.
-Czyli zostawiacie mnie na pastwę losu gdzieś w środku lasu?
-Zaraz tam w środku lasu... - mruknął Michael. - Obok.
-Chcę się... chcę się widywać z Sim...Simonem...
-Przez pierwszy tydzień będzie u ciebie codziennie, potem znika. Na długo.
-Ona nie da sobie rady, zobacz w jakim jest stanie! Ma kilka drobnych złamań, jest na granicy depresji...
-Właśnie, KILKA DROBNYCH, NA GRANICY - a to jeszcze nie jest tragedia, hm? - uśmiechnął się do nas z przodu.
Zasnęłam szybko, obudziłam się dopiero w jakimś drewnianym domku z bratem który cały czas czuwał nade mną. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego zmarnowana.
-Ile spałam...?
-Cały dzień. Wes się na ciebie czai, jednak nie mogę cię pilnować dłużej. Jemu zawdzięczamy to, że żyjesz,
-Nie jemu. - odparłam.
-A niby komu, Lucy? - parsknął zirytowany.
No tak, teraz denerwuje się szybciej i bardziej ze względu na to kim się stał.
-Jamiego. Znają się. Gdybym nie była ważna kiedyś dla Jamiego to by mnie nawet nie brał pod uwagę na sekundę.
-Pieprzysz głupoty.
-Taka prawda. A Ty nic nie rozumiesz.Stałeś się oschły.
-Bo nie wierzę, że tak się zmieniłaś. Handlujesz jakimiś gównami z dziwnymi typami, co chwilę znikasz, jesteś więźniem, ja muszę cię wyciągać...
-Ja bym zrobiła wszystko żeby cię uratować bezinteresownie, dla mnie ważne by było, żebyś był szczęśliwy!
-Dla mnie też to ważne, Lu! Żebyś była bezpieczna! Ale wybacz, muszę przyzwyczajać się, że cię zostawiam tu na pastwę własnego losu. Będę starał się jakoś...
-Nie trudź się. Możesz wyjść. - mruknęłam.
Wyszedł. Ja po prostu nie mogłam wytrzymać i wtuliłam się w pościel. Domek był z drewna, nie był mały, ale też nie wielki. Jednak było tu okropnie zimno, mogłam stwierdzić, że był początek lutego. Niedługo moje urodziny. Spojrzałam na kalendarz wiszący na ścianie naprzeciwko na ścianie - 22 luty - jutro moje urodziny...
Wstałam, by nie przespać swoich urodzin. Sama do siebie powiedziałam ''wszystkiego najlepszego nieszczęśnico'' i poszłam niechętnie do kuchni. Miałam posiniaczone nogi, brzuch, ręce, ramiona i szyję. Od kłuć przez odurzające środki.
Otworzyłam lodówkę a w niej był tort czekoladowy z karteczką na górze ''od Simona dla marudy''. Zaczęłam płakać, było mi tak smutno, że naprawdę chciałam odejść w zapomnienie. Jednak jak na złość los nie pozwala mi umrzeć... usiadłam w łóżku pod pościelą, na stercie poduszek jedząc kawałek. Jednak od razu mnie odrzuciło, zwymniotowałam to co zjadłam i usiadłam obok sedesu, nie miałam siły wstać. Czułam to, że powoli i tak umrę, albo z braku możliwości jedzenia czy zimna.
niedziela, 18 września 2016
Od Lucy
Byłam w jednej celi z Finnickiem, który już oszalał, stał się sadystą który pragnął rozlewu krwi. Gdy pobił mnie dwa dni temu do takiego stanu, że skończyłam ze złamanym żebrem... wsadzili go do izolatki. Mój prawnik prawie w ogóle nie przykładał się do złagodzenia wyroku. Byłam w rozsypce, jednak raz w tygodniu odwiedzała mnie mama i Simon, który przysięgał, że zrobi wszystko by mnie wyciągnąć. Płakałam, bo wiedziałam, że tak naprawdę zostaję tu na parę lat. Może na dożywocie, może nie. Jedyne o czym marzyłam to to, by umrzeć, by ktoś mnie po prostu zatłukł.
Ktoś wszedł do sali gdzie leżałam. Nie miałam siły obracać głową, jednak doskonale wiedziałam, kto wszedł. Poznałam jego rytm kroków i szybkie bicie serca, cień umięśnionego mężczyzny który wzbudza we mnie strach.
-Wróciłem, skarbie - wiedziałam, że Wes się uśmiecha.
Ja wiedziałam natomiast, że wybuchnę płaczem.
Przerażenie mnie ogarnęło, całe moje ciało powoli wiedziało, że zaraz odejdzie w niepamięć i w końcu zazna spokój.
-Jamie się ulotnił, jednak ja obiecałem, że wrócę. A po ostatniej sytuacji... jeśli oczywiście myślałaś, że mnie zabiłaś... to się przeliczyłaś. - błysnął zębami. - Teraz moja kolej na zemstę.
Kazał mi coś wypić, potem podał mi coś dożylnie. Traciłam przytomność i czułam jakbym umierała. Jednak nie do końca tak to wyglądało.
Zrzucił mnie na ziemię, rozerwał mi koszulkę i zdjął spodnie. Gdy próbowałam się jakoś wyrwać uderzył mnie z pięści w twarz.
-Skoro jesteś bezbronna, to czemu się nie zabawić? - zaczął mnie całować po szyi a ja chciałam by mnie w końcu zabił.
Krzyczałam i prosiłam o pomoc, jednak na tym piętrze nikogo nigdy nie było, tu znajdowali się ci co tylko mogli czekać na śmierć. A ja jej pragnęłam.
Uderzył mnie znowu, byłam pół przytomna. Traciłam świadomość a po chwili urwał mi się ''film''...
Leżałam w szpitalu. Nie wiedziałam co się stało, jednak dopiero po chwili zauważyłam obok siebie Simona. Pokazał mi na laptopie nagranie na którym Wes bije mnie do nieprzytomności. A tytuł filmu brzmiał ''Ona jest moja''.
Zaczęłam płakać bo zrozumiałam, że on nigdy mnie nie zostawi w spokoju. Jest chorym psychopatą który ma na moim punkcie obsesję.
-Nie wiem do kogo to jeszcze wysłał... przechwyciłem to przed rodzicami...
-Usuń to... - poprosiłam.
Ledwo mogłam mówić. Nie czułam połowy ciała. Czułam się jak wrak człowieka. Moje ręce były poranione, mój brzuch również. Wiedział gdzie jestem przez czip którego nie wyjęłam wtedy... wszystko powoli mi się przypominało. Obiecałam sobie, że przy okazji, gdy lekarze przestaną się tu kręcić po prostu popełnię samobójstwo. Wolę nie żyć niż żyć w ten sposób. Tęskniłam za dawnym życiem ale tym samym za Jamie'm, rodzicami... Chrisem...
Rano przyszedł jakiś dziwny facet, kazał mi iść z nim. Jednak nawet nie byłam w stanie, bałam się każdego obcego. Jednak on powiedział, że zaprowadzi mnie do biologicznego ojca, który widział nagranie. Podobno jestem im potrzebna... tylko po co? Nie mogłam tam pójść... nie mogłam być przeciwko Jamie'mu... bolało gdy o nim myślałam ale jednocześnie pragnęłam go mieć przy sobie.
-Pomożemy Ci dojść do siebie, tym czasem proszę ze mną. Zaniosę Panią do samochodu. - podał mi rękę.
-Nie chcę... - szepnęłam słabo.
-Nie ma Pani większego wyboru - odparł poważnie.
Gdy upierałam się dłużej wstrzyknął mi coś przez co straciłam przytomność. Jeszcze wiem, że powiedział.
'To dla Pani dobra'
...
Od Belli
Mijały dni. Czułam się coraz słabsza. Ledwo kontaktowałam.
-Nic a nic nam nie powiesz??-westchnął Adam.
Moja głowa tylko bezradnie opadła.
Podszedł do mnie i podniusł ją za brodę. Spojrzał na mnie.
-Umierasz. Wiesz o tym. Wszystko się zmieni jak tylko nam powiesz to co chcemy usłyszeć.
-Ona nic nie powie. Nie widze sensu dalej jej tu trzymać.-powiedział ktoś jeszcze ale nie miałam siły otworzyć oczu aby zobaczyć kto to.
-To co z nią robimy?-zapytał głos Adama.
-Wypuścić jej nie możemy.
-Oczywiście że nie.
-Zabijemy ją?
-Dla niej to łaska.
-A może.. Zrobimy coś innego?
-Co masz na myśli?
-Zobaczysz. A teraz oddeleguj się. Nie jesteś już tu potrzebny.
Adam wyszedł bo usłyszałam trzask zamykanych drzwi a moja głowa znowu opadła.
-Zdobyliśmy wiele informacji na twój temat. Jesteś cenną zdobyczą. Podobno masz dar. Przydasz się nam. W sumie będzie to ciekawe doświadczenie. Widzieć jak odwracasz się od swoich i walczysz przeciwko nim. Jak zabijasz znanych ci ludzi. To samo zrobiliśmy z Adamem. Ty o tym wiesz..
Miałam ochote krzyczeć że są potworami ale nie miałam siły.
Poczułam jak odgarnia mi włosy z szyji. Otworzyłam delikatnie oczy i zobaczyłam jak zbiża do mojej szyji jakąś strzykawkę z dziwnym płynem.
-Nie..-wyszeptałam.
Jednak było za późno. Poczułam ukucie i ból kiedy to coś rozchodziło się po moim ciele.
Straciłam przytomność. Odpłynełam.
***
Otworzyłam pewnie oczy. Blask światła oślepił mnie cbwilowo jednak moje oczy szybko się przyzwyczaiły. Zobaczyłam go. Łowce.
-Jak się czujesz?
-Dobrze.
Czułam jak moje ciało walczy. Nie z ranami które miałam ale z dziwną siłą która ostatecznie wygrała.
-Co się stało?
-Zostłaś zaatakowana przez istoty nadnaturalne. Zabiliby Cię gdyby nie my. Uratowaliśmy Cię.
Milczałam chwilę. Coś w środku mnie krzyczało. Walczyło.
-Jak mogę się wam odwdzięczyć?-zapytałam a chłopak się uśmiechnął.
Byłam już inną osobą.. Czułam to. Czułam dziwną siłe która mówiła mi że to słuszne.
czwartek, 15 września 2016
Od Lucy
Przesiedziałam w więzieniu juz drugi dzień. Nadchodził trzeci. Moje życie straciło sens, przyniosłam wstyd ojcu i matce, chociaż mama przychodziła do mnie, ale policja była nie ugięta. Czasem trafiałam do jakiejś dziwnej sali gdzie przeprowadzali ze mną rozmowę by dojść do tego kto jest naprawdę winny tej całej akcji z handlem. Jednak ja nie miałam sił. Oni mnie bili za każdym razem gdy mówiłam im ze nic nie wiem. Policja musiała być z jakiejś chorej grupy czy organizacji bo policja się tak nie zachowuje. Tęskniłam za domem i za spokojem, Simon tez mnie odwiedzał. Jednak ja czasem nie miałam sił by wstać z zimnej podłogi. Lekarz oglądał mnie gdy byłam w złym stanie i stwierdził pogorszenie się mojego stanu zdrowia, ponownie. Byłam zrezygnowana i chciałam by mnie jak najszybciej zabili. Jednak to były tylko przesłuchiwania. Ten jeden policjant mnie bił, brzydził się ludźmi takimi jak ja - którzy są w więzieniu.
-Gadaj albo uniemożliwię Ci widywać się z rodziną! - uderzył mnie w twarz.
-Nic nie wiem, przysięgam... - wyplakalam.
-Jeszcze z Ciebie to wyciągnę. Tymczasem masz zakaz widzeń. - zaśmiał się i wrzucił mnie za kraty na podłogę. Uderzyłam głową o ścianę i straciłam przytomność.
środa, 14 września 2016
Od Dominica
Żadnych sygnałów.
Prawdopodobnie nie żyje.
Relacje z ostatnich godzin mnie po prostu przygniotły. Gratulacje z powodu przejęcia archiwum i powodzenia akcji były niczym w porównaniu z wiadomością, że Bella nie wróciła.
Nie wróciła z akcji.
Gdy powiedziała mi to chyba najbardziej znienawidzona osoba jaką znam w tym ośrodku - nie kto inny jak Gnashow - uznałem, że to jakiś kiepski żart mający wyprowadzić mnie z równowagi. Jednak gdy usłyszałem pewność w jego głosie i przesadny żal, a potem zobaczyłem ten dziwny uśmieszek, który miałem ochotę od razu zmyć mu z tej parszywej gęby, doszło do mnie, że to może być prawda. Stałem tak wpatrując się w niego z niewyobrażalnym bólem w oczach, sprawiając, że uśmiechnął się jeszcze szerzej, jak jakiś popieprzony psychol. Poczułem dobrze znane rozchodzące mi się po kręgosłupie i kościach dreszcze. Jednak nie mogłem się tu przemienić, więc postanowiłem inaczej dać ujścia swojej energii.
Przywaliłem mu w sam środek tej fałszywej mordy. Zaskoczony złapał się za krwawiący nos, ale nie zwlekał długo z ciosem. Uderzył - tyle że chybił. I jestem pewny, że gdyby mnie wtedy inni nie powstrzymali to przyłożyłbym mu jeszcze mocniej - i na pewno bym trafił.
Odszedł wygrażając się głośno. Noah pokręcił głową.
- Oj chłopie. On tylko czekał żeby cie sprowokować.
- No to się doczekał - mruknąłem.
- Możesz mieć problemy - zauważył Patrick.
- Załatwię to - wtrącił szybko Noah - Jakby co potwierdzicie, że to Gnashow go sprowokował?
- No pewnie - przytaknął Patrick, a pozostali przytaknęli.
- A o co w ogóle poszło?
- O Bellę.. - mruknąłem.
Zapadła cisza. Victor popatrzył na mnie tak, jakby doskonale wiedział co czuje.
- Nie podziękowałem ci jeszcze za to, że mnie uratowałeś - mruknął niespodziewanie.
- Nie ma o czym gadać - odparłem - Tylko cię odciągnąłem na bok, żeby cię nie podziurawili bardziej.
Przeszedł szmer rozbawienia. Victor uśmiechnął słabo.
- Wracam do pokoju - mruknąłem po chwili.
Namawiali mnie żebym został i żebyśmy poszli 'zatopić smutki' - choć alkohole poza uroczystościami były tu zabronione - ja wolałem jednak topić je sam.
Gdy dwie godziny później Noah wszedł do mojego pokoju załamał ręce.
- To ci nie rozwiążę problemów - pokazał na puste flaszki.
- Nie pieprz, tylko napij się - odparłem opierając się na łóżku plecami o ścianę.
- Dominic, ona żyje. Nie znaleziono jej ciała...
- Kogo ty oszukujesz? - parsknąłem udawanym śmiechem, mimo że do śmiechu wcale mi nie było. Czułem jakby zawaliło mi się całe życie, choć tak naprawdę jeszcze do mnie to nie dokońca dotarło.
- Takie są fakty - mruknął - Gnashow poskarżył się...
- Tchórz - przerwałem mu rozbawiony.
Noah spiorunował mnie spojrzeniem.
- ... poskarżył się, ale na szczęście przekonałem dowódców, że celowo cię sprowokował.
- Och to cudownie. Jak mam ci dziękować mój wybawicielu?
Noah westchnął ciężko i usiadł obok mnie.
- Odnajdziemy ją. Może nie będzie cała... Ale żywa.
Chciałbym żeby tak się stało.
Ale dobrze znałem życie i wiedziałem, że nic z tego nie będzie.
poniedziałek, 12 września 2016
Od Lucy
Weszłam do jego pokoju, śmierdziało pizzą, ostrym kebabem i chińszczyzną. Wszędzie był syf i ubóstwo, stąpałam powoli po małych skrawkach podłogi, której nie zaśmiecały papierki po batonach, opakowaniach po chipsach czy ubrania. Spojrzałam na wieżę stereo, która dudniła basem po całym piętrze niosąc przez otwarte okno piosenki Beatlesów. Wyjrzałam przez okno, mając widok na całą dzielnicę domów, a na dachu siedział Simon w chmurze rosnącego dymu.
Wyszłam z pokoju na dach, starając się nie zabić. Prawie się ześlizgnęłam i zjechałam tyłkiem po dachówkach. Powoli podeszłam do brata milcząc. On palił zielsko, zupełnie nie wzruszony tym, że jego starsza siostra go nakryła. Jednak postarałam zachować się jak przystało i nie kłócić się z nim, po prostu zaczęłam pytać by wiedzieć więcej.
-Pamiętam jak bolało gdy na nią patrzyłem - zaczął, a ja usiadłam obok niego. - jest taka piękna... - urwał i parsknął śmiechem.
-Katia? - spytałam patrząc na pięknie oświetlone ogrody bogatych sąsiadów.
-Ta. - mruknął. - Wyobraź sobie, że jest z tym fagasem od dwóch miesięcy, przez niego się stacza...
-Może nie jest dla ciebie, co? Bycie singlem ma dużo plusów.
Powoli wypuścił dym delektując się chwilą. Z dołu słyszałam nawoływania mamy, jednak ja, jak i brat ignorowaliśmy to.
-Miłość jest jak wrzód na dupie. - skomentował krótko.
-Trzeba unikać miłości. Albo ją ignorować. Jedno z dwojga. - westchnęłam.
-Ignorować Katię? - parsknął śmiechem. - Nigdy.
-Jest zajęta, Si. Prawo faceta zakazuje ci sympatyzować z zajętą laską.
-Skąd znasz prawo faceta? - oburzył się. - To wychodzi z czystego założenia...
-Ale też nie przeszło do historii. - spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. - Miłość to jak to pięknie ująłeś, wrzód na dupie którego się trudno pozbyć a finalnie boleśnie to znosisz. Miłość... - wypuścił dym z płuc robiąc wielki dym nad naszymi głowami. -... jest jak sraczka, szybko przemija ale dupy nie urywa. Musisz przecierpieć, znajdziesz wkrótce inny obiekt zainteresowania i pójdzie już z górki.
-I trafię na (N I E)Katię i wtedy mogę się zabić. Albo zaćpać.
-Jesteście popieprzeni. - westchnęłam. - Jesteście jak zdobywcy, musicie zdobywać, a jara was to, że laska jest zajęta. Jest szczęśliwa, tak? To się nie wtryniaj.
-Nie jest szczęśliwa, Lu.
-Bo wciąga do nochala kupę koksu? Skoro jej to odpowiada to się usuń.
-Lucy! Simon! KOLACJA, DO CHOLERY!
-Lecimy, młody. - wstał i podał mi rękę.
Jego temperatura nadal była gorąca, jednak przywykłam.
Rano do drzwi zawitała policja. Dwóch uzbrojonych, wysokich i umięśnionych policjantów stało przed moim domem, ludzie z sąsiednich domów wyglądali przez okna badając co takiego się stało, że przyjechał ktoś taki jak gliny. Na te dzielnice nigdy nie przyjeżdżały żadne policje, straże miejskie... a ja to zmieniłam. Bo z mojego powodu się tu zjawili.
-My do Lucy Collins. - zaczął policjant.
-Jest... ale o co chodzi...? - spytała zdezorientowana mama.
Tak jak ja myślała, że policja dała sobie spokój z przesłuchaniami. Bo podobno dała. Jednak Finnick musiał ich porządnie podkręcić jak i Fill.
Wyszłam zza ściany i stanęłam przed wysokim czarnoskórym policjantem.
-Jest pani aresztowana za współudział w nielegalnym handlu narkotykami.
Zamurowało mnie. Moja przyszłość momentalnie legła w gruzach. Wpatrywałam się w policjanta ze łzami w oczach i rozdziawioną buzią.
-To... to...-t-to po-pomyłka...k-ktoś mnie... mnie wrabia... - wyjąkałam zaszokowana próbując się jakoś wybronić.
-Przykro mi ale pozwoli pani z nami.
-Nie, nie, to pomyłka, ja nie mam z tym nic wspólnego... - zaczęłam się opierać.
Policjant bez skrupułów odwrócił mnie twarzą do ściany i przygwoździł do niej zakuwając w kajdanki. Załamana zaczęłam płakać i histeryzować... teraz to dopiero sobie zrujnowałam życie. A raczej Finnick i Fill to zrobili. Fill został uznany jakimś cudem jako niewinny a jednak ma wpływ na to, żeby uznać mnie zamiast niego za winną.
Byłam przerażona i kompletnie samotna.
Od Jamiego
Słyszałem wiele żartów o tym jak dużo czasu kobiety poświęcały na malowanie się i sam czasem byłem świadkiem jak długo to robiły, ale jeszcze nie zetknąłem się nigdy z nikim tak bardzo pustym jak Roksana.
W końcu nie wytrzymałem i zirytowany zajrzałem przez uchylone drzwi.
- No wejdź - westchnęła Roksana.
Sama wyglądała na śmiertelnie znudzona co mnie szczerze zaskoczyło.
- Co się stało? - spytałem nagle rozbawiony.
Roksi westchnęła.

- Zły kolor mi wyszedł. Wolałam bardziej miedziany, a ten podchodzi w złoty.
- I tak pani pięknie wygląda - przysłodziła jej kosmetyczka.
Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Miedziany? Przechodzi w złoty? Po co te baby do cholery tak sobie komplikują życie.
- Rudy to rudy - wyrwało mi się na głos.
Roksana obrzuciła mnie urażonym spojrzeniem.
Kosmetyczka parsknęła śmiechem i po raz pierwszy przyjrzała mi się dłużej. Reakcja była natychmiastowa, choć przewidywalna i dobrze mi znana. Kosmetyczka spłonęła rumieńcem i odwróciła szybko wzrok na twarz Roksany.
Pani 'plastik' też to zauważyła, bo zmrużyła rozdrażniona oczy.
- Długo jeszcze będę czekać? - warknęła.
Dziewczyna drgnęła i zamrugała gwałtownie oczami.
- Słucham..? Ee tak ja zaraz już kończę.
- To dobrze bo jedziemy z m o i m chłopakiem jeszcze na zakupy a potem na kolacje.
Zamurowało mnie. Moim chłopakiem? Na zakupy? Kolacje?
Kosmetyczka popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. Tak jakby współczuciem i.. żalem?
Ja za to zaskoczony zerknąłem na Roksi.
- Zakupy? Kolacja? Przecież miałem cię odwieźć pod galerię, umówiłaś się z przyjaciółkami do kina...
- Ale zmieniłam zdanie - odparła niewzruszona - Chcę ten dzień spędzić z t o b ą.
- Ale ale przecież.. -zacząłem dukać - Dziś miałem się spotkać z Jassem i Ashem..
- Przełożysz - mruknęła - Albo mam lepszy pomysł! Spotkamy się wszyscy razem! Prawda, że genialne?!
Ścisnąłem sobie grzbiet nosa i westchnąłem ciężko. Czułem się jak pies na smyczy, której nie mogłem zerwać. Tak bardzo tęskniłem za Lucy.
Ale na razie nic nie mogłem zrobić.
Musiałem tylko czekać.
