niedziela, 14 sierpnia 2016

Od Dominica

 Omówiliśmy wszystko z Mattem i resztą na zebraniu. Szczególną uwagę przy patrolach musieliśmy zwrócić na dom Kath i teren wokół niego. Dopóki pijawki nie miały nam dać znać, tylko tyle mogliśmy zrobić.
Matt wpadł na 'wspaniały' pomysł żeby podczas patroli pomieszać naszą watahę z watahą Willa. Stwierdził, że może to poprawić nasze 'metody tropienia'. Osobiście drażniło mnie to, że będę przez parę godzin biegał po lesie z jakimś nienaturalnie napakowanym dupkiem od Willa. Dużo lepszą stroną, było to, że moje myśli mogłem łatwiej zachować dla siebie. Komunikacja między naszymi watahami, bardziej przypominała rozmowę niż zaglądanie sobie nawzajem do głowy. Chociaż myśli często same wychodzą na wierzch..
Zastanawiałem się kogo przydzieli mi Matt.
- Hm.. Myślę, że Carl może popracować z Emmetem.
Widziałem spojrzenie przyjaciela, gdy przechodził obok mnie. W duszy parsknąłem śmiechem.
- Hm.. Niech Flynn weźmie wartę z Victorem. A ty Vayne... Myślę, że możesz przydać się Dominicowi.
Dziewczyna obrzuciła mnie ponurym wzrokiem nie ruszając się z miejsca Aż usłyszałem jak zgrzytnęła zębami. Mimo tej całej sytuacji uśmiechnąłem się pod nosem. Ciekawa mnie współpraca czekała nie ma co.
- ... a Cody niech popracuję z Edy'm - zakończył Matt.
Później porozdzielał nam po kolei o której mamy pełnić wartę.
- Matt, chce wpaść jeszcze do Belli - mruknąłem błagalnie, czując, że ta cała sytuacja powoli mnie przerasta.
Machnął ręką.
- No już dobrze. Więc może wy z Vayne zaczniecie za godzinę. Tylko żadnych numerów Dominic... - mruknął do mnie na stronie - Nie chcę żadnych kłótni. Przydzieliłem ci ją, bo ma świetny węch a na dodatek szybko biega. A chyba tobie najbardziej na równi z Willem zależy by odnaleźć Kath..
Skinąłem głową.
Po 20 minutach pobiegłem szybko do domu. Wziąłem inne ciuchy na zmianę, żeby później nie tracić czasu, tylko od razu odwiedzić Bellę. A no i 'ogoliłem się'.
Gdy wyszedłem na korytarz drogę niespodziewanie zagrodziła mi mama. Sophie stała na nią z oskarżycielskim wzrokiem i założonymi rękami.
- Mama mówi, że masz natychmiast wyjaśnić jej co się dzieje - powiedziała.
Spojrzałem jej w  oczy i odparłem dobitnie.
- Nic się nie dzieje.



Matka zaczęła gestykulować do Sophie. Po chwili mała powtórzyła.
- Masz nie robić z niej głupka. Z nas głupków - poprawiła się pewnie sama to dodając i popatrzyła na mnie poważnie - Bo jeśli chodzi o stan Belli lub Kath mają prawo wiedzieć.
- Czemu niby Kath? - zaśmiałem się nerwowo.
- Stary John mówi że cały czas przesiadujecie pod jej domem, a ten dziwnym trafem stoi pusty - zagrzmiał Toby wchodząc do środka.
- Widzę, że John jak zawsze służy za porządny monitoring Clearwater - odparłem zgryźliwie.
- Wiesz, że jeśli nie od ciebie dowiem się od Matta - rzekł spokojnie dziadek.
- To się dowiaduj - burknąłem i ruszyłem zły ku drzwiom. Kątem oka widziałem gwałtowne gesty mojej matki. Nawet Sophie nie mogła nadążyć, żeby wszystko przetłumaczyć.
I tak miałem to gdzieś. Gdy zatrzasnąłem drzwi usłyszałem krzyk.
Tak dobrze mi znany głos z dzieciństwa. Zaniepokojony gdy byłem blisko jakiegoś niebezpieczeństwa.
- Dominic! Dominic!
Zamarłem. Nie, to było niemożliwe. Na pewno miałem jakieś omamy.
Ale przeraźliwa cisza, która zapanowała za drzwiami utwierdziła mnie w domyśle, że to jednak wydarzyło się naprawdę.
Wpadłem z powrotem do domu jak burza.
Toby i Sophie patrzyli się na mamę z rozdziawionymi ustami.
Ona natomiast zaszokowana złapała się za swoje gardło.
Euforia która mnie wypełniła była zniewalająca. Zapomniałem na chwile o Kath. Zapomniałem o całym Bożym świecie. Podbiegłem do niej i szczęśliwy wziąłem ją w ramiona kręcąc wokół siebie.
Roześmiała się. Był to cichy, ledwo słyszalny śmiech, ale naprawdę był.
Boże. Czy moja matka naprawdę odzyskała mowę?
- Mamo ty mówisz! Mamo ty mówisz! - piszczała Sophie zalewając się łzami.
- Ja wiedziałem, ja zawsze wierzyłem - burczał pod nosem Toby, ukrywając wzruszenie.
Mama zaczerpnęła powietrza i wymamrotała coś. Było to ledwie słyszalne, ale
 na szczęście mogłem ją zrozumieć. Coś w stylu 'postaw mnie już'.
 Po raz kolejny pobłogosławiłem swoje zmysły.
Postawiłem ją pospiesznie. Próbowała coś jeszcze powiedzieć, jednak przyłożyłem jej palec do ust.
- Cii. Musisz się teraz oszczędzać.
- Nie ma na co czekać! Jedźmy jak najszybciej do szpitala. Skonsultujemy się z naszym doktorem, a przy okazji zobaczymy co u Belli - powiedział szczęśliwy dziadek wypychając wszystkich na zewnątrz.
Parsknąłem śmiechem. Strasznie chciałem jechać z nimi. Jednak słysząc wilcze wycie, zrozumiałem, że już na mnie czas.
- Mamo... Ja... Nie wiem co.. - zacząłem przy samochodzie plącząc się.
Znów coś wymamrotała niewyraźnie. Zabrzmiało to jak 'idź już'. Przytuliłem ją pospiesznie, a po chwili wsiadła do samochodu.
Wpatrywałem się przez dłuższą chwilę w bagażnik. Naprawdę nie dowierzałem w to. Odzyskała mowę po takim czasie... To musiał być cud.
W euforii przemieniłem się, zapominając ściągnąć wcześniej ubrania.
No trudno. Zostawiając po sobie strzępy materiału w powietrzu pobiegłem między drzewa.
Zimny głos mojej współtowarzyszki, szybko sprowadził mnie na ziemie, a z nim przywołał nieprzyjemne wspomnienia.
- Panie szczęśliwy może mógłby być pan bardziej punktualny i zająć się swoim zadaniem? Mnie na niej specjalnie nie zależy, za to tobie podobno bardzo. Tylko jakoś tego nie widać. 
- Pilnuj siebie i nie wsadzaj nosa w nieswoje sprawy - odparłem rozdrażniony.
A taka milutka się wydawała.
Rozdzieliliśmy się. Ciężko mi było przebiegać obok domu Kath. Sama pustka. Żadnych tropów, prócz paru 'naszych' pijawek i ludzi wędrujących po lesie. Przeczuwałem, że tak właśnie będzie. Nie mając nic do roboty, ciałem przykładałem się pilnie, jednak umysł wybrał własną drogę. Co chwilę zastanawiałem się co się dzieje z Kath... A jak ją.. bije? Postanowiłem sobie, że choćby nie wiem co, gdy tylko go dorwę, od razu rozszarpie na strzępy. Nie pogrążyłem się w smutku tylko dlatego, że co chwile myślałem o Belli. Jej uśmiech działał na mnie lepiej niż nie jeden mocny alkohol. Przez dłuższa chwilę wspominałem jak dokładnie wyglądał kolor jej oczu.
- Możesz się skupić na patrolowaniu, a nie wspominaniu swojej dziewczyny? - warknęła
- Możesz mnie nie podsłuchiwać?To że ty.. Vayne - zaakcentowałem ironicznie jej imię - jesteś pozbawiona jakikolwiek uczuć to...
I w tej samej chwili zobaczyłem jak coś w niej krzyczy z bólu.
Zobaczyłem twarz Willa i jak mocne uczucia nią władały gdy myślała o nim.
Nie lubiła mnie, bo nie lubił mnie Will.
A więc wszystko było jasne.
- Wynocha z mojej głowy! - syknęła - I i tak cię nie lubię. Jesteś kompletnym palantem.
- Nie siedzę ci w głowie -
odparłem zirytowany - To że tak głośno 'krzyczysz' to już nie moja wina..
- Zamknij się w końcu i daj się skupić.
Przez następne godzinny sumiennie przeczesywałem teren. a każda minuta była coraz gorsza. Teraz nawet wspominanie śmiechu Belli mi nie pomagało, gdy tylko wyobraźnie zasłaniał mi widok cierpiącej Kath.
To było błędne koło. Z jednej strony nie chciałem o tym myśleć. Chciałem się jak najszybciej od tego odciąć. A z drugiej strony.. Musiałem ją do cholery odnaleźć, nawet jeśli ona też uważała mnie za 'kompletnego palanta'.
   W końcu wyczerpany przemieniłem się w człowieka i szybko wpadłem do domu ubierając się. Z jednej strony byłem zadowolony że ten krwiopijca tu nie kursuje i nie zrobi nikomu z naszych krzywdy... a z drugiej jeszcze bardziej chciałbym żeby tu był, bo to znaczyłoby że nie jest z Kath i można by go było szybko uśmiercić.
Do sali Belli przemknąłem się szybko. Już spała. Toby'ego, mamy i Sophie nie było, musieliśmy się minąć w drodze. Mając nadzieję, że nikt mnie tu nie nakryje, oparłem się wygodnie o bok łóżka Belli odzyskując w końcu upragniony spokój i nawet nie wiedząc kiedy, zasnąłem.


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz