A później ogromny żal. Że wyjeżdżała. Na dodatek z nim. Daleko.
Chyba dotarło do mnie, że naprawdę go kochała.
Podświadomie spodziewałem się, że zaboli. Bolało owszem. Ale chyba najbardziej zraniona duma. Przez dłuższy czas czułem coś do Kath, tylko starałem się to blokować. Teraz jednak zrozumiałem, że to z całą pewnością nie była miłość. Może zauroczenie? W każdym razie zależało mi na niej, a teraz...
Teraz miała wyjechać i nie wiadomo czy kiedykolwiek miałem ją znów zobaczyć.
Wszystko wracało powoli do normy. Marcel i ta jego armia została rozniesiona w drobny pył. Z naszych jedynie Cody poniósł rany. Z watahy Willa też jakiś jeden. Chyba nikt nie ukrywał radości, że wyjeżdża, razem ze swoimi.
- Będę tęsknił Vayne - mruknąłem złośliwie do wilczycy stojącej w oddaleniu pod drzewem.
- Ja za tobą jeszcze bardziej McKagan - odparła przesłodzonym głosem.
Matt zwołał nas żebyśmy pożegnali Willa 'jak należy'. Chciałem już mu rzucić coś złośliwego, gdy w oddali między drzewami zobaczyłem Kath.
\- Dobra to ten powodzenia w Orleanie Will - rzuciłem niechętnie i zanim ktokolwiek mnie zdążył zatrzymać pobiegłem przez las, ignorując wołające mnie głosy.
Jedyne miejsce w którym chciałem się teraz znaleźć było w mieście, więc pod domem musiałem się przemienić. Mamy, Sophie, ani Toby'ego nie było, więc pewnie tradycyjnie siedzieli w szpitalu.
Doprowadziłem się szybko do porządku i wsiadłem do samochodu.
Wychodząc po schodach na dział obserwacji, kątem oka zobaczyłem na dziale neurologii Toby'ego. Z powrotem zszedłem na dół i ruszyłem w jego kierunku.
- Co z mamą? - spytałem szybko. Głupio mi było, bo ostatnio kompletnie o niej zapomniałem, przez ś.p. Marcela.
- Jest na kolejnym badaniu - odparl podekscytowany - Lekarz twierdzi, że ma ogromne szanse na pełne odzyskanie zdolności mowy, musi jednak długo chodzić na rehabilitacje, a poza tym nie nadwyrężać gardła np. krzykiem - spojrzał na mnie znacząco.
Przypomniała mi się ostatnia sytuacja, no ale w końcu gdyby nie ja to by chyba w ogóle się nie odezwała prawda? Przewróciłem jednak tylko oczami w odpowiedzi.
- Byłeś u Belli? - spytał po dłuższej chwili.
- Właśnie zamierzałem ją odwiedzić.
- Idź, idź. I pozdrów ją od nas wszystkich.
Gdy wszedłem do jej sali, Bells spała. Usiadłem obok niej i przypatrywałem jej się przez dłuższy czas. Ostrożnie by jej nie zbudzić, splotłem swoje palce z jej. Chyba śniło jej się coś miłego, bo się uśmiechała. Już powoli drzemałem, gdy niespodziewanie uchyliła oczy, a po chwili rozwarła je przerażona.

- Co się stało? - spytałem zaniepokojony pochylając się nad nią - Coś cię boli?
- Tam... - wyszeptała cały czas patrząc w górę i ścisnęła mnie mocniej za rękę.
Podążyłem za jej spojrzeniem. Co ją tak wystraszyło. Biały sufit?
- Nic tam nie ma Bells.. - zmarszczyłem brwi przypatrując się jej.
Po chwili oderwała wzrok od tego miejsca i popatrzyła na mnie. Powoli się uspokajała.
- Chyba masz rację - zaśmiała się nerwowo - To pewnie przez ten koszmar.
Przyjrzałem się jej bliżej. Przez koszmar się tak uśmiechała? Coś mi się nie zgadzało.
- Bells wszystko dobrze? - spytałem zmartwiony.
- Tak Dominic.
Zapadła cisza. W milczeniu jeździłem kciukiem po jej dłoni. Czułem jej spojrzenie na sobie, jednak nie podniosłem wzroku. Ciekawe czy Kath już się spakowała..
Niespodziewanie podniosła się na łokciu i położyła mi palce na brodzie. Nadal nie podnosiłem wzroku, więc delikatnie acz stanowczo, uniosła mi podbródek.
- A u ciebie wszystko dobrze? - spytała przyglądając mi się badawczo.
Zebrałem się w sobie szybko na uśmiech.
- Oczywiście Bells. Mama przechodzi jakieś badania, lekarz powiedział, że jest duża szansa że znowu zacznie mówić - gadałem jak nakręcony - Po Marcelu i jego bandzie nie został ślad. Donato ma jutro przyjechać. Alberto nie wygląda na wyjątkowo zachwyconego - uśmiechnąłem się pod nosem - Cody jest trochę poturbowany, ale...
- Jezu - przerwała mi - To przez tą potyczkę z Marcelem?
Skinąłem głową.
- Tak, ale jak miałem mówić.. Kiedy brat.. Kiedy ten Jeremy - poprawiłem się szybko - zaatakował go, było naprawdę gorzej.
Otwierała usta żeby o coś zapytać, więc znów zacząłem nawijać.
- Maria pytała o ciebie. Oznajmiła, że tylko jej stan trzymał ją do tej pory w domu, bo tak to by od razu przyjechała. Ale tak między nami, nie wiem czy zdąży za nim wypiszą cię ze szpitala - parsknąłem śmiechem.
- Nie zakładaj, że tak szybko stąd wyjdę. Ten lekarz zachowuje się tak, jakby chciał mnie tu na siłę zostawić.
Roześmiałem się.
- Może wpadłaś mu w oko - uśmiechnąłem się szelmowsko - Nie zdziwiłbym się, bo nawet w tym stanie jesteś prześliczna.
Parsknęła śmiechem i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Dominic, czy ty mnie właśnie podrywasz? - zmrużyła oczy.
- Może. A co? Czeka mnie za to jakaś kara?
Wybuchnęła śmiechem.
- Poczekaj aż stąd wyjdę...
- Ej to nie fair - zaprotestowałem - Nie mogę rzucić raz na rok jakiegoś komplementu?
- Może by jeszcze przeszedł, gdyby był prawdziwy.
- Był bardziej niż prawdziwy - odparłem z udawaną powagą.
- Jesteś niemożliwy - roześmiała się i spuściła wzrok.

Uśmiechnąłem się szeroko. Zapadła cisza. Po chwili spojrzała na mnie jakby coś sobie przypomniała.
- A jak się ma... Kath? - spytała ostrożnie.
Przez moment nic nie odpowiedziałem.
- Wyjeżdża - mruknąłem cicho.
- Och - odparła. Chyba szybko domyśliła się co jest grane.
W tej samej chwili zadzwonił mi telefon. Okazało się że to ojciec.
- Zaraz wrócę - rzuciłem szybko i wyszedłem na korytarz kierowany ciekawością.
- Słucham - odparłem bezbarwnym głosem odbierając.
- Dzwoniła do mnie Sarah. Pytała o twój adres - wypalił od razu równie obojętnym tonem, jednak wyczułem w nim coś jeszcze. Emocje, której nie mogłem zidentyfikować.
I dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, o kim mówił.
Sarah.
- Sarah? - wykrztusiłem.
- Tak - odparł - Dzwoniła już parę dni temu. Gdybyś odbierał telefon, wiedziałbyś wcześniej.
Nagle zalała mnie fala gniewu. Na ojca. Na matkę. Na Sarah.Na Willa. Na Matta, że go tu sprowadził. Na Kath..
- I co mnie to obchodzi? - warknąłem - Ona nic dla mnie nie znaczy. Nie jest moją siostrą. Mam nadzieję, że nie podałeś jej naszego adresu.
- Podałem - uciął krótko i się rozłączył.
Byłem wściekły. Próbowałem jeszcze się do niego dodzwonić. Na nic się to zdało. Miałem ochotę wyrzucić ten telefon przez okno. Co to miało znaczyć? Czego Sarah chciała? Czy naprawdę chciała się pojawić w Clearwater i zrujnować nam wszystkim życiem? Ja wiedziałem kim była. Ale mama? Toby? To by ich załamało.
W takim stanie zastała mnie Bella, stojąc w drzwiach. Nie odzywałem się przez dłuższa chwilę.
- Co się stało? - spytała w końcu.
- Nic. To tylko mój ojciec - machnąłem bezradnie telefonem.

Podeszła i niespodziewanie przylgnęła do mnie ostrożnie. Zaskoczony dopiero po dłuższej objąłem ją ramionami. Poczułem jak wtula głowę w moje włosy i odetchnąłem głęboko.
- Cokolwiek się stało, chce ci tylko powiedzieć, że... że problemy są po to by je rozwiązywać. Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Odsunąłem ją lekko i przyjrzałem jej się badawczo. Po chwili uśmiechnąłem się i odgarnąłem jej czule włosy z czoła.
- Widzę, że ty specjalistka - mruknąłem już w lepszym humorze - Wracaj do łóżka - nakazałem jej i poprowadziłem ją za rękę do środka.
Bella jednak trochę się myliła. Problemu z Kath nie dało się rozwiązać. A wkrótce miało być jeszcze gorzej. Czułem to..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz