środa, 31 sierpnia 2016

Od Lucy

  Siedziałam pod ścianą związana wcześniej przez Wesa. Byłam wyczerpana, chciałam żeby w końcu mnie wypuścili i co takiego robi mój cholerny ojciec, nie może mnie stąd wyciągnąć?! No spójrzmy prawdzie w oczy, że kto inny jak on może mi pomóc, ponad to jest przecież kimś, kto nigdy nie dałby takim bandziorom wolnej ręki...!
  Do środka wszedł zmarnowany Wes z bronią w ręku. Automatycznie się przytuliłam do zimnej ściany chcąc uciec od kata jak najdalej. Przetarł czoło i spojrzał na mnie z uśmiechem. Rozwiązał mnie, wstałam, przylegając do ściany.
-Co się tak boisz, co? - spytał czule.
-Wypuśćcie mnie w końcu... - poprosiłam.
-Przecież dobrze się razem bawimy, nie? Byłoby mi smutno, gdybyś odeszła...
-Wes! - krzyknął Paul. - Mamy jej tatuśka... chyba.
-Idziesz ze mną. - złapał mnie za ramię i poprowadził na górę sali fabrycznej.
-Był tu, zostawia ślady... nie wiem czy specjalnie... ale boi się nas. Najwidoczniej.
  Na pewno to nie tak, że mój ojciec się ich boi. Na pewno nie.
-Może złapiemy kumpli Collins? - spojrzał na mnie Wes. - Wtedy nasza słodka przyjaciółka coś wyśpiewa?
-Kogo? Przecież nikogo nie zdradzi...
-Sprawdziłem rejestr jej klasy - zaczął Paul. - no i ma tam Christopha Scotta, Bonnie Hassan, co przykuło moją uwagę najbardziej? Aim. - spoważnieli oboje.
-Jamie? - wypaliłam, i zaraz się skarciłam.
-Znasz go, świetnie. - parsknął Wes. - Trudno go wyłapać... jest jednym z tych dobrych, od kilku lat się z nim bawimy, może ona coś wyśpiewa?
-Nie... - pokręciłam głową zrozpaczona.
-Nie mów, że cię obchodzi Aim... - parsknął Wesley.
-Może to jest ta osoba, którą powinniśmy... - zaczął Paul.
-Nie! - wyrwało mi się. - Zostawcie go... Christopha... całą resztę...
-Mamy ją na tego Chrisa i Jamiego. - klasnął zadowolony Paul.
  Wes nagle zaczął się śmiać.










-Nie wierzyłem w to, że ktoś taki jak Jamie zakręci się wokół takiej laski jak Collins... - mruknął Paul.
-Mi ona pasuje, dla ciebie liczy się wysoka dziwka i tyle w temacie. Ma być łatwa. - rzucił Wes.
-No, nie lubię takich z którymi musze się męczyć pół wieku.
-Zostawisz mnie samą z naszą maskotką? - spytał Wes, a Paul wyszedł.
  Wodziłam za nim wzrokiem gdy przechadzał się powoli przede mną.
-A więc... powiedz mi skąd znasz Jamiego?
-Przyszedł do szkoły... w sumie skąd ty go znasz?
-Ja zadaję pytania. - uśmiechnął się.
-Odpowiedz. - zażądałam, jednak nadal bałam się cokolwiek mówić. Wiedziałam, że mógł mnie za to ukarać.
-Pracowałem w organizacji półtora roku i odszedłem do lepszej... naprawiamy to co jest tym spaczonym i popieprzonym. Ale na szczęście nie rozumiesz takich rzeczy.
-I nie chcę rozumieć. - mruknęłam pod nosem.
-Ułatwia mi to sprawę. Jamie był tym lepszym, nie zawsze było między nami kolorowo... oczywiście, gdy przeszedłem na lepszą stronę za granicą uznałem, że mnie znienawidził i tak jest. Przyjemnością jest dla mnie sprawianie bólu osobom które są dla niego ważne.
-Nie jestem dla niego ważna... - wtrąciłam.
-Jesteś pod jednym malutkim względem, moja droga, słodka Lucy. Jesteś córką korporacyjnego, prawniczego donosiciela broni mojej organizacji. Nienawidzi nas, twojego ojca, a potrzebuje ciebie w pewnym znaczeni tego słowa.
  Patrzyłam na niego nie dowierzając.











-Dlatego tak za mną łaził? - spytałam już rozumiejąc.
  Wiedziałam, że coś knuje...
-Tak. - uśmiechnął się Wes. - Nic dla niego nie znaczysz oprócz tego, że dla niego jesteś tablicą informacyjną na wyciągnięcie ręki. Ale gdyby nie to, że twój ojciec spaprał robotę z dostawą... już by pewnie nie żył, znając prędkość wykonywania roboty Jamie'go. Ale N I C dla niego nie znaczysz. Będzie nam na rękę, jak przyjdzie tu i wyciągnie cię stąd bo będzie chciał więcej informacji. A Ty mu je dasz.
  Kręciłam nerwowo głową.
-Kłamiesz. - parsknęłam.
-To jest najlepsze, bo nie kłamię. On taki jest, Lu.
-Nie. On nie jest w żadnej chorej organizacji, nie jest tym kim wy...
-Jest kimś lepszym. Wykonuje zlecenia, zabija, zarabia, siedzi w tym. Rozumiesz? Dotarło?
-Wmawiasz mi to... specjalnie.
-W każdym razie postawię sprawę jasno. - nachylił się do mnie. - Jeśli nie wyśpiewasz wszystkiego o tatuśku to specjalnie dla ciebie wybijemy Christopha, Jamie'go...
-Dobrze! - przerwałam usilnie powstrzymując płacz. - Powiem co chcecie...
-Świetnie. I pamiętaj, jestem słowny. Cokolwiek zrobisz, zbuntujesz się czy zaprzeczysz... Jamiemu stanie się krzywda.
  Wszedł Paul, który prędko minął mnie i Wesa. Spojrzałam za nim.









-Jadą tu.
-Kto? - spytał Wes.
-Ludzie jej tatuśka, sam nas obserwuje. Zwijamy się stąd. Jest nas tylko dwójka nic nie zrobimy!
-Biorę bronie i samochód ty weź córeczkę korpoświra. - mruknął Ruch i odszedł.
  Ja chciałam uciec ale nie mogłam. Zastrzelą mnie jak tylko ruszą się bez pozwolenia... i tak byłam zbyt słaba by uciekać... by się zbuntować i walczyć... dawno wola walki i siła którą w miarę miałam zniknęła...

Od Belli

Dni mijały a ja już kończyłam szkolenie. Dziś byłam na kolacji z Gnashow'em.
-Podobno chciałeś ze mną o czymś porozmawiać?-zapytałam popijając drinka
-Tak.. wiesz.. lubię cię i to bardzo. Zależy mi na tobie i nie chciałbym byś ryzykowała.. ale nastały czasy ze tacy jak.. ty.. jak my.. musimy ryzykować dla dobra ogółu.
-Przecież dlatego tu jestem więc mów.
-Szykuje się akcja. Planujemy zaatakować część grupy organizacji. Zbieramy tych lepszych. Jak nam się uda to ich osłabimy.

Znalezione obrazy dla zapytania dziewczyna gif tumblr

Zastanowiłam się. Mam coś do stracenia? Zostałam sama jak palec.. nawet nie mam do kogo wracać.. już nie.
-Piszę się na to.
-Na prawdę?-było widać że się ucieszył co sprawiło ze zaczęłam się zastanawiać nad tym co mówił na początku.. -Ale wiesz ze to będzie na prawdę ryzykowna akcja? Możesz nie wrócić.
-Jestem na to gotowa.
-Nie przestaniesz mnie zadziwiać.
Uśmiechnęłam się.

***

Szłam korytarzem. Miałam zaraz trening z Wiktorem. Na swojej drodze napotkałam nikogo innego jak Dominica. Nie miałam jak uciec, ominąć go. Musiałam się z nim zmierzyć.
-Bella...-zaczął.
-Spieszę się..-powiedziałam chcąc go ominąć.
-Co się stało? Czemu mnie unikasz?
-Nie unikam..-skłamałam.
-Właśnie że unikasz.. nie rozumiem.. to przez niego?
-Kogo?-spojrzałam na niego, po raz pierwszy.
-tego Gnashowa.
-Jego w to nie mieszaj.
-To co jest? Nie rozumiem..
-Puść mnie.. mam trening..
-Porozmawiajmy..
-Nie mamy o czym nie rozumiesz?!
-Bella..-dotknął mojej ręki ale zabrałam ją szybko.
-Zostaw mnie w spokoju.
-Powiedz mi co się stało..
-Co się stało? W sumie to nic..
-To dlaczego mnie unikasz?
-Po prostu nie wchodzę Ci w drogę..
-Nie rozumiem..
-Nie utrudniam ci życia.. przynajmniej jedną osobę mniej masz do okłamywania..
-Okłamywania?
-Tak.. mówiłeś że ci na mnie zależy. Przyjechałeś tu ze mną bo się martwiłeś..
-Bo tak jest!
-Widziałam Cię..
-Co? Nie rozumiem..
-Widziałam cie wtedy na sali. W czasie balu. Spokojnie. Możesz robić to co chcesz z kim chcesz. Tylko nie zrań tej dziewczyny z którą się całowałeś. Nie dawaj jej nadziei.-powiedziałam omijając go.
Złapał mnie za rękę.
-Bella..
-Nie Dominic. To bolało.. ale nie przejmuj się. Masz mnie z głowy.
-Co?
-Dokładnie to co usłyszałeś. Wieczorem wyruszam na akcję. Mogę nie wrócić ale co by cie to obchodziło.. jeden problem z głowy..
Zabrałam mu swoja rękę i weszłam na salę. Słyszałam ze mnie woła ale nie odwracałam się.
Miałam oczy pełne łez. Nie chciałam by tego widział, już i tak mu za wiele powiedziałam.

Od Lucy

  Nie mogli wytropić mojego ojca a z dnia na dzień stawałam się słabsza. Chodziło im o niego, w dalszym ciągu próbowali go zabić... a ja miałam być przynętą. Jeśli się nie sprawdzę to za parę dni coś mi zrobią, albo zabiją, albo zabiorą ze sobą za granicę...
  Kat stał, paląc papierosa. Pilnował mnie cały czas. Ja związana, cała we krwi starałam się jakoś stąd wyrwać. Chciałam spać, jednak nie mogłam zmrużyć oka.
-Wszystko zależy od twojego ojca, kotku. - zaciągnął się.












-Proszę... - wycedziłam. - Wypuść mnie... - spuściłam bezwładnie głowę.
-Niestety nie mogę ale chciałbym. - kucnął przy mnie i dotknął mojego policzka.
  Był stanowczo za blisko. Zapaliła mi się czerwona lampka, ale co mi po niej, skoro nawet nie mogę się ruszyć?
-Nie jestem zastępcą przywódcy, więc... wykonuje rozkazy... chociaż... fajnie by było mieć taką kobietę przy boku... nadawałabyś się dla mnie... - wymruczał.
  Zaczęłam się bać go jeszcze bardziej.Spojrzałam mu w oczy i poprosiłam jeszcze raz, by mnie wypuścili, że chcę wrócić do domu... jednak on tylko parsknął śmiechem.
-Kochanie, ale aktualnie to tu jest twój dom.
-Wes! - krzyknął najmłodszy z całej trójki. - Rush, ślicznotko!
-Tu jestem, Colin. - odparł niewzruszony jak się dowiedziałam, Wes.
  Kończył właśnie papierosa, gdy Colin podszedł do nas zamurowało go na widok mojej zakrwawionej koszulki i szyi. Wesley niczym nie wzruszony wzruszył ramionami zniecierpliwiony.
-Czego? - warknął do chłopaka.
-Paul cię woła, jest wkurzony...
-Co mnie obchodzi ten zadufany w sobie dupek. - skomentował Wes.
-Podobno ktoś z organizacji działa w sprawie Collins... - wypalił zestresowany.
  Wes zgniótł papierosa i spojrzał na młodego wyraźnie rozbudzony.
-Kto dokładnie? - warknął zaciskając pięści Wes.
  Colin wyraźnie się zestresował, błądził wzrokiem i jąkając się powiedział, że nie wie.
-Jak to nie wiesz?
-RUSH, ILE MAM CZEKAĆ!? - krzyknął na dół jak się domyślam, Paul.
-Nie wiadomo, działają...
-Tak jak zawsze. Z ukrycia. - dokończył westchnięciem Wes. - Pilnuj jej, ale nie dotykaj. Ona jest moja. - zaznaczył Wes i wyszedł.
  Młody tylko podszedł do mnie i usiadł naprzeciwko mnie tylko, że na podłodze.
-Nieźle się trzymasz... ale lepiej, żebyś powiedziała im gdzie twój ojciec się ukrywa.
-Żeby go zabili i mnie przy okazji? Nie wydam swojego taty.
-I tak by go wykończyli.
-Kto? Ci dwaj?
-Nas jest więcej, Collins. - uśmiechnął się chłopak.
  Dopiero gdy po dłuższej kłótni zjawił się Wes, który wyrzucił młodego z piwnicy dając mu zadanie szpiega. Chłopak wyraźnie się ucieszył, jednak czuć było na kilometr, że lekko się boi.
  Gdy Wesley zaczął mnie rozwiązywać, aż zesztywniałam. Wstałam i patrzyłam na niego i pierwsze co to nagła ochota dania mu w mordę... po prostu zwyciężyła. Uderzyłam go gdy tylko dotknął mojego ramienia.










-O cholera! - zaklęłam gdy poczułam ból po uderzeniu.
  Odsunęłam się od Wesa i zacisnęłam pięść z bólu, który rósł. Jak ktoś potrafi znieść taki ból!? Boli cholernie, aż miałam łzy w oczach.
-Nieźle, Collins. - otrząsnął się szybko. - Chyba nie lubisz jak cię dotykam... polubisz. - wzruszył ramionami i złapał mnie za ramię.
-Gdzie idziemy? - wycedziłam.
-Do Paula.
  Gdy stałam, mając związane ręce słuchałam kłótni Wesa i Paula, którzy nerwowo dyskutowali między sobą na temat czy mnie wypuścić. Paul zaprzeczał, zabraniał, Wes wahał się.
-Mogę udawać jej faceta, nie? - parsknął Wes wyraźnie zadowolony z tego pomysłu.
-Ona nie może wyjść na wolność, rozumiesz, kretynie?
  Nagle przez okno wpadło ciało. Odskoczyłam wystraszona, był to martwy Colin. W ustach miał zakrwawioną kartkę na której było napisane wyraźnie... Oddacie ją od razu albo zginą kolejni.
  Paul wściekł się. Spojrzał na mnie.
-To twoja sprawka, co?!
  Spojrzałam tylko na niego.









-Kto to zrobił, co?! Twój tatuś, czy kto!? Znasz kogoś z organizacji?
-Nikogo nie znam, nawet nie wiem co to ta organizacja... - wypłakałam.
-Ona naprawdę nie wie nic... na ich temat. Nawet o ojcu nic nie wie... o nas też nie wiedziała. - wyjaśnił Wes. - Prowadziłem z nią malutkie przesłuchanie, robiłem co mogłem ale ona gdyby mogła to by dawno wszystko wyśpiewała. Bezsens jest ją tu trzymać... Ten ktoś wie gdzie jesteśmy przez tę małolatę którą wczoraj sprowadziłeś.
-To tylko zabawa, przecież wiesz, że niedługo ją zabiję. - parsknął Paul. - Jak jej tam...
-Stephanie. - sprostował Wes znudzony. - Mam ją gdzieś, mam ochotę na nią - wskazał na mnie a ja momentalnie się przeraziłam. - ale oczywiście ty możesz się bzykać z wampirzycą, a ja nawet tknąć nie mogę Collins!
-Stephanie jest wampirem, skorzystam na tym, przecież sypiamy ze sobą od dwóch dni, przychodzi do mnie za trzy dni więc ją zabiję, pasuje?
  Wes pokręcił głową zrezygnowany.
-Gdzie twój ojciec pracuje? - spytał Paul groźnie. - Chyba wiesz, prawda? - pogroził mi nożem. - Możemy cię tak kroić aż powiesz, nie ma problemu... - naciął mój policzek, wtedy się przeraziłam.
-W Seattle, piszą o nim w gazetach... - wycedziłam trzymając się za krwawiący polik.
-Świetnie. Wes, mógłbyś jej to jakoś przemyć. Nadal jest nam potrzebna... ja muszę przemyśleć kto zrobił to Colinowi...
  Znów trafiłam do piwnicy...
  Chciałabym wiedzieć co się dzieje bo nadal nie wiele rozumiałam... bałam się i chciałam stąd się wydostać...

wtorek, 30 sierpnia 2016

Od Lucy

-Z takimi jak Ty tak zawsze jest... - zwrócił się do mnie wysoki brunet, napinajac gruby, szorstki sznur na mojej szyi. -... że jesteście jak porcelanka i w najmniej oczekiwanym momencie możecie... - naciągnął jeszcze mocniej linę,  aż zatrzeszczała o taboret. -... pęknąć!
  Sznur wszedł głębiej, niczym napięta struna harfy, przyciął skórę na szyi aż moja twarz momentalnie stała się czerwona i nabrzmiała,  jakby miała zaraz...
-Dość - mruknął drugi mężczyzna który wyłonił się z mroku piwnicy.
  Ten pierwszy puścił sznur, który nagle się poluzował a ja gwałtownie nabrałam powietrza. Jakbym chciała zassać cały tlen który znajdował się w pomieszczeniu.
  Chłopak torturujacy mnie od dłuższego już czasu odetchnął ciężko i przejechał po mokrym od potu czole.
-Kończymy? - spytał przez ramię nie spuszczajac ze mnie wzroku.
  Jego oczy pozostały puste, niczym jak bezbarwny świt malujący mdłym blaskiem niebo za oknami.
  Mężczyzna który wcześniej wyłonił się z mroku zbliżył się do mnie chwytając za moje ciemne włosy odchylając do tylu. Ubranie które miałam na sobie było zbrukane krwią juz od dobrych paręnastu minut.
-Nie masz szczęścia do przyjaciół, co Panno Collins? - jedyne co mogłam w tej chwili robić to patrzeć na dwójkę moich katów rozbieganym wzrokiem.
  Zjawił się blondyn który najbardziej chyba sobie radził z wielką strata swoich kompanów i przywódcy, szybko natomiast przejął tę rolę. Widziałam w jego oczach nienawiść, którą mnie darzyl a ja byłam pewna, że poza zakrwawionymi ubraniami i szyja można łatwo dostrzec strach na mojej twarzy.
  Popatrzył na mnie zimno.
-Chcesz żyć, prawda? - spytał sucho.
  Nieznacznie kiwnęłam głową.
-Czemu go chronisz, co? - spytał blondyn. - Chcemy tylko twojego tatuśka,  który zamordował mojego przywódcę i dwóch kumpli. Widzisz ilu nas zostało? Trzech. Tylko trzech na tym kraju... a ja mam za zadanie odebrać bronie które twój ojczulek nam wysyła. Zrobił z nas nieźle jaja,  a więc teraz my pobawimy się z Tobą. Nie mów,  że nie podobają Ci się nasze zabawy?
  Popatrzyłam bezradnie na niego. Był wysokim blondynem który chciał mnie najpewniej skrzywdzić. Poczułam jeszcze większy strach i zaczęłam płakać. Trudno było mi cokolwiek powiedzieć gdyż miałam zaklejone usta taśmą.
-Zajmij się nią. Nie ucieknie ale wole mieć na nią oko, jest dla nas cenna. - zwrócił się do niskiego bruneta. - A dla ciebie mam inne zadanie. Masz szansę udowodnić mi, że Jared nie popełnił błędu biorąc cie z nami. - zwrócił się do najmłodszego członka tej trójki.
  Blondyn który aktualnie palił się na dowódcę był wysoki i muskularny. Mógł mieć przeszło trzydziestkę na karku a jego paskudne oblicze pokrywały liczne ślady starych blizn. Świadectw, że naukę jaka pobierał od życia odkupil nieraz wysoką ceną w walkach z kimś na noże czy jakieś inne ostre przedmioty.
-Musimy dyskretnie działać i znaleźć jej ojca zanim on znajdzie nas... no i organizacja może nas wytropić wiec zajmij się tym. To twoje zadanie. - dokończył, rzucając skórzaną torbę w stronę młodego chłopaka, który po chwili skinął głową i zniknął za mosiężnymi drzwiami piwnicy.
  Wolałam nie myśleć co chodziło po głowie całej tej chorej trójce dziwnych typów. Miałam ochotę umrzeć jednak musiałam jakoś się wydostać i być silna. Lecz jak być dobrej myśli skoro ktoś z jednej strony poluje na twojego ojca a z drugiej robi ci Krzywdę?
-Musisz coś jeść, ślicznotko. - uśmiechnął się obrzydliwie najniższy chłopak.
  Miał około dziewiętnastu lat ale to on był od zajmowania się mną, chodzi mi tu o katowanie na rozkaz tego chorego blondyna który pcha się usilnie na miejsce swojego dawnego przywódcy.   -Ale jak masz jeść, skoro masz taśmę na pięknych usteczkach? - zaśmiał się pod nosem.
  Gdy dotknął mojej twarzy poczułam dreszcz obrzydzenia, miałam ochotę chociażby odgryść mu te paskudną dłoń zanim znów mnie skrzywdzi. Byłam głodna, wyczerpana i spragniona wolności, świeżego powietrza i pragnęłam zaprzestać czuć ból który zadawał mi chłopak, chciałam poczuć się znów bezpieczna jednak gdy moi oprawcy mówili o usunięciu pamięci... nic nie działało a próbowali wszystkim co wpadło im do głowy. Nie rozumiałam z tego nic, nie chciałam rozumieć. Pragnęłam wrócić do domu i czuć się bezpiecznie jak dawniej... jednak teraz już wiem, że nikt mi go nie zapewni a tym bardziej mój ojciec. Nie jestem z nim bezpieczna choćby nie wiem jak bardzo chciał mnie chronić. Wiem, i nie oszukujmy się ze przez niego tu jestem. Bałam się robić krok do wydostania się bo wiedziałam że nie dam rady im trzem skoro nawet boją się wyjść na światło dzienne. Straciłam poczucie czasu, nie wiem ile tu jestem i ile jeszcze wytrzymam... jeśli tata nie zacznie działać to najprawdopodobniej mnie tu...
   Nawet nie chce myśleć co mi zrobią, jeśli zostane tu na dłużej...
   Chciałam krzyczeć, wyrwać się i wybiec na ulicę i prosić usilnie o pomoc każdego kto by się napatoczył... jednak tam są zwykli ludzie jak ja... wiem, że jeśli ktoś zechciał by mi pomóc ucierpi...
  Byłam związana od góry do dołu, minuty ciszy przelanej bólem były dla mnie jak ostatnie chwile życia. Czułam jak łzy bez przerwy zdobią moje zaczerwienione policzki, moje przetarcia na lewej skroni zaczynają zasychać... moje serce biło coraz szybciej, jakby ono też chciało posłuchać to co podpowiada rozum i dać w długą... wiedziałam że ojciec będzie działać powoli, z rozwagą i tak by włos mi z głowy nie spadł... wiedziałam podświadomie, że nie przeżyje tyle w towarzystwie trzech niebezpiecznych dziwnych, popieprzonych sadystów... Głowa mi pękała,  z bólu mogłam jedynie płakać, tylko to mogłam robić. Nie mogłam drgnąć czy też wydać z siebie odgłos który przypomina odmowę gdy żądają mi pytania odnośnie ojca... boli gdy uderzają, krzesło jest tak przymocowane ze ani drgnie. Wiem, że jeśli jakimś cudem stąd się wydostanę to stracę poczucie bezpieczeństwa. Przez to co mój ojciec zrobił... nawet nie wiem o co w tym wszystkim chodzi jednak... tata nie zapewni tego co powinien... nie wiem co będzie dalej. O ile przeżyje.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Od Mariki

Był tak daleko.. A jednak tak blisko.
Cisza.
Daleki śpiew ptaków.
Bicie mojego serca.
Szum rzeki.
Strzał.
Strzeliłam z kuszy prosto w krztałt wilkołaka. Strzała tkwiła w miejscu gdzie powinno być jego serce.
Odstawiłam kuszę z uśmiechem. Mimo to nadal nie byłam z siebie zadowolona.
Usłyszałam klaskanie. Odwróciłam się.
-Moja córeczka jak zwykle najlepsza-powiedział mój ojciec podchodząc do mnie.
-Przesadzasz, tato. Mam jeszcze wiele pracy przed sobą..
-Wiadomo. Jednak jesteś dobra.. Ale co się dziwić.. Urodę masz po matce ale talent do walki odziedziczyłaś po mnie.
-Co do tego nie ma wątpliwości. -zaśmiałam się podchodząc do niego.
Poszłam z ojcem do ośrodka. Jak się okazało był jakiś problem.
Chłopaki biegali. Zrobiło się niezłe zamieszanie.
-Co się stało?-zapytałam.
-Nic czym byś się miała przejmować. Idź do siebie ja się wszystkim zajmę.-odparł tata kierując się do chłopaków po wyjaśnienia.
Uśmiechnęłam się i poszłam do swojego pokoju.
Poradzą sobie. Jak zwykle zresztą..
***
Po szybkiej kąpieli usiadłam w fotelu przy oknie. Wzięłam zdjęcie z szafki.
Byłam na nim ja, mama i tata.
-Tęsknie za tobą mamo.. Nie martw się. Pomszczę cię.
Moją mamę zabił wilkołak. Ja ledwo uszłam wtedy z życiem. Poświęciła się abym ja mogła żyć...

Jechałyśmy samochodem. Zaczęło się ściemniać a w dodatku rozpadał się deszcz. Między chmurami przebijał się tylko blask księżyca w pełni. Samochód wpadł w poślizg. Spadłyśmy z mostu i polecałyśmy w las dachując. Zatrzymałyśmy się dopiero na drzewie...
Kiedy mama odzyskała przytomność wyniosła mnie z samochodu. Wołała o pomoc.. Wtedy znalazł nas ten potwór...

Miałam wtedy 15 lat..
Teraz mam już 19 lat i wiem o wszystkim.
Mój ojciec jest głową organizacji. Wreszcie wszystko się zmieniło. Istoty nadnaturalne muszą zniknąć z tego świata.
Jestem Marika Recensere. Mój tata to Dante Recensere. Jesteśmy łowcami. Tata przewodzi organizacji walczącej ze złem tego świata. Kiedyś w tej organizacji pracowały także istoty nadnaturalne. Walczyło się ze złem. Jednak stary przywódca umarł a mój tata zajął jego miejsce. Nastały nowe i lepsze początki. Naszym celem jest wyczyszczenie tego świata ze zła, z istot nadnaturalnych.

Od Lucy

  Nie spałam, nie jadłam ani nie wykonywałam ich rozkazów. Chcieli ode mnie wyciągnąć gdzie jest mój tata... nie mogłam tego powiedzieć. Broniłam swojej rodziny za wszelką cenę a oni rozkręcali się coraz bardziej. Nie mieli dla mnie litości, gdy się im stawiałam nie mieli przeszkód by mnie chociażby uderzyć.
-Zostaw ją. Ojczulek zaraz tu będzie. - zakomunikował facet idący korytarzem do zrujnowanego pokoju w którym byłam.
  Stanął przede mną szeroko się uśmiechając, a ja cofnęłam się czołgając w stronę ściany.
-Twój ojciec zrobi wszystko, by cię uratować - parsknął. - co oznacza, że odda nam tyle broni ile będziemy chcieli.
  Chciał mnie pogładzić po policzku, ale ja tylko się odsunęłam ile jeszcze byłam w stanie. Wstał, patrząc na mnie w dalszym ciągu.
-Może wcale cię nie oddamy? - westchnął, a ja odprowadziłam go wzrokiem gdy wychodził.











  Dopiero gdy weszli do zniszczonego pokoju zaczęłam się wyrywać i opierać się. Gdy jeden z nich chciał mnie uderzyć, jednak ich przywódca kazał mu tego nie robić.
-Ma być w miarę dobrym stanie. - warknął. - Jeśli ją tkniemy to jej ojciec poruszy niebo i ziemię, żeby się na nas zemścić, pomyśl. Kretyn. - warknął.
-Czeka już. - kiwnął go przywódcy.
  Pociągnęli mnie w stronę ojca. Gdy go zobaczyłam miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, co się do diaska dzieje i dlaczego oni mnie chcą porywać, o jakie bronie chodzi i co jest grane.
-Witaj, Robercie. - kiwnął mojemu ojcu przywódca bandy.
-Oddaj ją. - mruknął spokojnie tata.
-Najpierw broń, potem córeczka.
  Ojciec wyjął telefon i zadzwonił gdzieś.
-Ten sam ładunek co zawsze, do siedziby. Bez gadania. Poniosę koszty, spokojnie, nie martw się. Jasne? Nie pytaj, po prostu zrób co każę.
  Nie spuszczał mnie ze wzroku.










  Rozłączył się i patrzył na mnie i trzech facetów stojących po mojej lewej i prawe stronie. Trzymali mnie za ramiona mocno, bym nie uciekła ani nie próbowała sztuczek.
-Teraz byłoby miło, gdybyście oddali mi córkę. - uśmiechnął się ironicznie ojciec.
  Nie znałam go nigdy od takiej strony. Był stanowczy, twardy i nawet u mnie wzbudzał lekki strach i obawę. Zauważyłam, że tata położył dłoń na broni którą miał z prawej strony pasa, spięłam się.
-Wolałbym, żeby ona jednak jeszcze z nami została. - uśmiechnął się znacząco przywódca.
  Ojciec widocznie się zdenerwował, szybkim ruchem wyjął pistolet i zastrzelił jednego gościa który stał obok mnie. Zakryłam usta zaskoczona, a przywódca spojrzał na mojego ojca zażenowany.
-I po co to było, Robercie? Osoba za osobę. - wyciągnął broń i strzelił do mojego ojca. - Zabierzcie ją stąd, ja zatrzymam ojczulka.
-Tylko go nie zabij! - krzyknął spanikowany, młodszy chłopak obok mnie.
  Wiedziałam, że ojciec sobie poradzi jednak nie byłam pewna, czy ja sobie dam jakoś radę. Chłopak zamknął mnie w jakimś pokoju a ja próbowałam sie wydostać. Byli kompletnie nie zorganizowani, powstało zamieszanie które miałam zamiar wykorzystać.Gdy zrobiłam dziurę w drzwiach wyjrzałam przez nią, tam stał wielki rottweiler... który na mój widok... zaczął się powoli zmieniać.













  Zaszokowana, ukryłam się w głębi pokoju.
  CO TO JEST DO CHOLERY!?
  Byłam tak zaszokowana, że nie bardzo mogłam nad sobą zapanować. Upadłam na podłogę, gdy słyszałam jak dobija się to bydle do mnie, szukałam czegokolwiek do obrony, jednak podświadomie wiedziałam, że nie zabiję tego czegoś zwykłą dechą leżącą w rogu pomieszczenia. Siedziałam skulona pod ścianą czekając aż pies dobije się do środka i mnie po prostu rozszarpie, zaczęłam płakać, w głowie miałam tylko myśl, że gdyby ojciec nie wpakował się w to wszystko nie byłabym tu i wciąż byłabym normalną dziewczyną kujonką żyjącą pod kluczem. Teraz dostrzegałam uroki życia według wyznaczonych reguł i zasad przez rodziców.
  Nagle szczekanie i warczenie ustało, do środka wszedł jeden z nich. Byłam w szoku by cokolwiek zrobić czy się nawet sprzeciwić. Zaczął mnie podnosić.












  Gdy ledwo mogłam ustać na nogach do środka wszedł kolejny, lekko ranny.
-Gdzie jest Viktor? - warknął ten który mnie podniósł.
-Collins go zabił i zwiał... - wycedził.
-Kurwa. - warknął. - Zabieramy ją... jej ojciec pewnie niedługo zacznie nas znów szukać.
  Straciłam przytomność z wyczerpania. Znów mnie gdzieś wywozili... Czemu!? Przecież dostali to, czego chcieli!

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Lucy

   Nie wiem czy zaczęłam powoli przekonywać się do Jamie'go. Miałam wciąż wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Nie wiem nawet czy mogę nazwać to obawą, strachem... z jednej strony nie obawiałam się, że Jamie jest w stanie cokolwiek mi zrobić, ale z drugiej ta niepewność i wiedza, że na bank coś knuje wyprowadzała mnie z równowagi momentami. Intrygował mnie, jednak musiałam uważać na każdy jego i swój ruch.
  Usiadłam przy blacie w kuchni obserwując go badawczo.
-Co? - zaśmiał się.
-Nic. - otrząsnęłam się obijając palcami o kubek.
-Nie brakuje ci swojego domu? - spytał ciekawie.
-A już mnie wyrzucasz? - zaśmiałam się.
-Nie, pytam tylko. Twoje towarzystwo jest naprawdę...
-Nie kończ lepiej. - pogroziłam mu.
-Jesteś chyba jedyną dziewczyną, która nie umie gotować...
-Zawsze jem na mieście. - sprostowałam.
  Podeszłam do patelni która była nagrzana, przypadkowo gdy się odwróciłam przyparzyłam ramię Jamie'mu. Syknął tylko cicho, jakby nawet go to nie za bardzo ruszyło. Jednak zmoczyłam ręcznik i przyłożyłam do oparzenia.
-To nic, Lucy, nie panikuj. - parsknął rozbawiony.
-Siedź cicho. - warknęłam i zaśmiałam się znów przykładając mu zimny ręcznik do ramienia.










-Już nie jesteś dla mnie aż tak wredna, co się stało? - parsknął.
-Czasem mam te lepsze dni...
-Poważnie?! Są takie?! - roześmiał się a ja uderzyłam go w ramię.
-Przepraszam... - wypaliłam po chwili gdy zorientowałam się, że zrobiłam to w miejsce poparzenia.
-Nie powinnaś wchodzić do kuchni, niezdaro. - parsknął.
-Dlatego nie gotuję...
-Może zamiast odstawiać cię do hotelu wrócisz do domu?
  Spuściłam wzrok milcząc.














-To trwa chyba zbyt długo... nie sądzisz?
-Nie. - odparłam. - Nie mogę tam wrócić.
-Co ci takiego zrobili, że...
-Nie chcę o tym gadać. - przerwałam mu. - Po prostu nie chcę i tyle. Kiedy tam jestem on mnie ogranicza... w sensie ojciec. Kiedy uciekłam stamtąd poczułam się normalnie. Nikt tego nie zrozumie bo mało osób jest w takiej sytuacji jak ja. Ostatnio znalazłam u niego...  - zawahałam się. - komplet broni... to było pierwsze dziwne zjawisko jakie miało miejsce... potem zauważyłam listę naboi, nie były to zwykłe do zwykłych broni... wiem, że były różne...
-Skąd się na tym znasz?
-Za plecami ojca jego kumpel, Nick mnie uczył na ich temat.
-Czy mówił ci o jakiś standardowych czy...
-Za dużo chcesz wiedzieć. - parsknęłam. - To cholernie podejrzane. Ale niech stracę... - westchnęłam. - Wydawało mi się, że niektóre były zupełnie wymyślone, wyssane z palca... naboje również nie wskazywały na jakieś normalne...
-I to cię tak przeraziło, że uciekłaś?
-Jak byłam mała weszła para dziwnych typów do domu. Postrzelili mnie w nogę, potem grozili mi przed twarzą bronią, mówili, że mnie zabiją. Mówili też, że ojciec jest im coś winien... Zamknęli ich ale gdy widzę u kogoś broń... mam widok tych mężczyzn przed oczami. Chyba za dużo powiedziałam. - westchnęłam. - Odstaw mnie do hotelu. - poprosiłam.

  Gdy byłam już sama w jednym z hotelów upewniając się przez Jamie'go wcześniej, że nie ma tam ludzi ojca spokojnie mogłam odetchnąć. Był wtorek, mogłam spokojnie rozpracować plan jak wejść do domu gdy nie ma ani matki ani ojca, brat był w szkole. Wzięłam klucze do domu i pojechałam taksówką do Portland do domu. Weszłam do środka i jak myślałam, nie było ojca. Weszłam do salonu i zamarłam. Moja matka, a raczej... nie-matka, leżała na ziemi nieprzytomna. Była krew na ścianach, meblach i wszędzie indziej. Byłam przerażona.









  Złapałam za telefon i chciałam zadzwonić na pogotowie, jednak usłyszałam jak ktoś wchodzi do środka łamiąc pod nogami resztki szkła. Powoli spojrzałam na osobę która stała w przejściu.
-Już wezwałem pogotowie. - zapewnił obcy facet.
  Zaczęłam panikować.
-Nie zbliżaj się do mnie. - wycedziłam.
-To nie ja tu przyszedłem i zrobiłem ten burdel... To ludzie, z którymi twój ojciec sobie zadarł. Nie mogą go dotknąć przez obstawę ale mogą jego najbliższych. To dopiero początek.
-Mój ojciec nie ma takich wrogów... - szepnęłam.
-Prędzej czy później by i tak przyszli. Twój ojciec podał im przez przypadek zły towar i teraz...
-Jaki towar? O czym ty mówisz i kim do cholery jesteś!?
-Ciebie też będą chcieli, Lu. - spojrzał mi w oczy.











-Nic nie... nic nie rozumiem...
-Nie pokazuj się przy swoim ojcu. Będzie najlepiej jeśli zostanie tak jak było wcześniej. Nie daj się złapać przez ochronę ani tych ludzi.
-Ale kim jesteś...?! - wycedziłam z trudem.
-Jestem kimś z góry. - mrugnął do mnie i skierował się do wyjścia.
  Gdy po chwili wybiegłam za nim... zniknął.
  Jednak zamiast niego pojawiła się karetka i wbiegła do środka. Policja przeprowadziła, a raczej próbowała przeprowadzić przesłuchanie. Ojciec pewnie zjawił się w szpitalu, nawet nie mogłam tam wejść ze względu na ludzi porozstawianych na parkingu placówki. Musiałam skierować się do hotelu. Dopiero po chwili zjawiło się przede mną dwóch gości. Stanęłam jak wryta i wpatrywałam się w nich powoli się cofając. Nic nie mówili, tylko się uśmiechali.













-Bierzemy cię słonko ze sobą. - złapał mnie ten niższy.
  Zaczęłam się wyrywać.
-Spokojnie, bo nie będziemy dla ciebie mili i źle się to skończy.
-Czego chcecie!?
-To my złożyliśmy wizytę twojej mamusi, a ty jesteś tylko zemstą na twoim ojcu. Przysłał nam zły towar... trochę nam to nie na rękę. Odda nam wszystko jak należy jeśli zobaczy swoją córeczkę, jeszcze, w jednym kawałku. - uśmiechnął się ten wyższy i poprowadzili mnie do samochodu.
  Cholernie się bałam. Szukałam telefonu w kieszeniach ale zostawiłam go w hotelu.
-To wina twojego ojca, mógł dopilnować dostawy jak trzeba. - uśmiechnął sie do mnie ten niższy. - I lepiej dla ciebie, żebyś nie próbowała uciekać, żadnych sztuczek, wykrętów. Po prostu bądź grzeczna, a krzywda ci się nie stanie.
  Nic z tego nie rozumiałam... Gdy dojechaliśmy do jakiegoś starego budynku zaczęłam im się znów wyrywać. Jednak to na nic... Było ich tylko czterech, jednak i tak się bałam. Nie wiedziałam o co im chodzi, co mój ojciec ma z tym wspólnego...?! Związali mnie i posadzili w ciemnym pomieszczeniu. Próbowałam się jakoś wydostać, jednak bezskutecznie.

Od Jamiego

 Gdy Lucy straciła przytomność i osunęła się na ziemię wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwile.
Potem odwróciłem się powoli do Michaela. Nie panowałem nad sobą. Szybkim ruchem podszedłem do niego i pchnąłem go na ścianę zaciskając mu ręce na gardle.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Jamie, uspokój się - syknął
- To, że oficjalnie jesteś pieprzonym przywódcom nie daje ci prawa wpieprzać się w moje zadania - warknąłem - Dobrze wiesz, że dowództwo tak naprawdę należy się mi.
- Jakoś nigdy się o nie nie dopominałeś - parsknął.
Podeszli do mnie Daniel i Alex.
- Jamie, nie przesadzaj.. - szepnął ten pierwszy. Był strażnikiem i w tej chwili sam był rozdarty.
- Nigdy się nie dopominałem i nie będę dopominać - syknąłem - A ty dobrze wiesz, że on łamie prawo. Naprawdę czarownica? I może od razu demona sobie wytresuje? - zwróciłem się w stronę Daniela.
- A od kiedy to prawo cię obchodzi? - zmrużył oczy pan 'dowódca'.
- Od kiedy dotyczy bliskich mi osób - warknąłem.
Michael się roześmiał.
- Ty nie masz bliskich osób Aim. Z każdym jesteś dla wygody. Wykorzystujesz te wszystkie ludzkie istoty, a później zostawiasz gdy już nie są ci potrzebne.
Wściekły wzmocniłem uścisk. Daniel złapał mnie za ramię. Alexa w ogóle to nie interesowało. Spoglądał na Lucy.
- No dalej. Uduś mnie. Ciekawe co powiedzą ci na górze - rzucił prowokująco Michael.
- Nie obchodzi mnie co powiedzą 'ci na górze' - syknąłem.
Puściłem go jednak po chwili. Ruszyłem powoli w stronę Collins. Znów się w nią wpatrywałem, niespodziewanie czując ogromne wyrzuty sumienia.
Image
To ja ją w to wszystko wpakowałem.
W tej samej chwili w drzwiach stanął zasapany Jason, a za nim Ash.
- Przegapiliśmy coś? - spytał.
- Nie. Aim już wychodzi. I zabiera swoją... dziewczynę - wycedził Michael.
Obrzuciłem go spojrzeniem mówiącym, że 'jeszcze się policzymy' i podniosłem z ziemi Lucy.
Patrząc na nią postanowiłem sobie, że jak najszybciej skończę z jej ojcem i zniknę z jej życia, żeby nie musiała przechodzić podobnych sytuacji.


Gdy rano zaczęła już do siebie w miarę dochodzić, postanowiłem pochwalić się swoimi umiejętnościami kulinarnymi.
- Głodna? - spytałem już po raz drugi.
- No może trochę - wzruszyła ramionami.
- To chodź, pomożesz mi coś upichcić - rzuciłem rozbawiony i zniknąłem w kuchni.
Gdy weszła za mną rozejrzała się ciekawie.
- Ładne mieszkanie. Ale czysto kawalerskie.
- Czysto kawalerskie? - spytałem rozbawiony - No cóż. Nie sprowadzam tu żadnych dziewczyn.
Wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę? Ż a d n y c h?
- Bo ci te oczy zaraz wypadną - parsknąłem śmiechem - Żadnych. Jesteś pierwsza.
- Cóż za zaszczyt - stwierdziła ironicznie.
Przewróciłem oczami.
- No chodź tu. Z daleka będziesz gotować?
- Coś dziś nie w humorze jesteś - stwierdziła i podeszła do mnie posłusznie.
- Ty za to odwrotnie - odparłem rozbawiony.
Nie wiedziałem, czy jej niewiedza mnie martwi czy bawi.
- No chodź tu bliżej - ponagliłem ją i pociągnąłem za rękę, tak że znalazła się przede mną.
- Co będziemy gotować? - spytała.
- Taco - odparłem pewnie.
- Taco? - powtórzyła.
- Pomidory, mięso, tortilla - parsknąłem śmiechem.
- Wiem co to taco - zniecierpliwiła się.
- To do roboty - roześmiałem się -  Więc najpierw pomidory - podałem jej jednego.
Złapała za nóż. Widząc jak jej nieudolnie idzie, parsknąłem śmiechem i położyłem rękę na jej dłoni krojąc dokładniej kawałki.
- Marna z ciebie kucharka - skomentowałem.
- Czy szef kuchni musi stać tak blisko? - spytała.
Przysunąłem się jeszcze bliżej.
- Jeśli uczy kogoś gotować, to tak - mruknąłem.
Zerknąłem przez okno. Padało. Czasu było coraz mniej, a ja m u s i a ł e m dotrzeć do jej ojca. Postanowiłem ją nakłonić, by wróciła do domu. Ale to później. Teraz nawet nieźle się bawiłem.

sobota, 27 sierpnia 2016

Od Belli

Gnashow poznał mnie z jego koleżanką. Tina była całkiem fajna. Przynajmniej nie czułam się tu całkiem sama. Wiktor, Tina i Gnashow były aktualnie jedynymi osobami z którymi mogłam normalnie porozmawiać.
Widok Dominica nadal mnie bolał.
-Nie rozumiem.. On mówił że mu zależy na tobie?
-Yhm.. Przyjechał tu ze mną z tego powodu..
-To dlaczego obciskiwał się z inną?
-Nie wiem..
-Patrzył się na ciebie..
-Nie obchodzi mnie to. Nie chce go znać. Chcę zapomnieć.
-Na pewno?
-Okłamał mnie, Tina. Nie znosze kłamstw. Najwyraźniej jestem jedną z wielu..
-Pożałuje że Cię tak potraktował. Gnashow nigdy Ci nic takiego nie zrobi.
Westchnęłam.
-Nie kocham go.. Nie zależy mi nawet..
-Przestań! To przystojny i fajny chłopak!
-Wiem.. Gnashow jest miły ale..
-Oj przesadzasz.. Wiesz że wpadłaś mu w oko??
-Czemu zawsze wpadam w oko chłopaką na którym mi nie zależy w ten sposób? A jedyny chłopak na którym mi zaczęło zależeć traktuje mnie jak jedną z wielu?
Odstawiłam śniadanie. Straciłam apetyt.
Tina westchnęła ale zaraz się rozweseliła. Dlaczego?
Podszedł do nas Gnashow..
-Witam Panie.-powiedział i puścił oko do Tiny a mnie ucałował w ręke.
-Muszę już iśc.. Do potem-powiedziałam i wstałam.
Wyszłam i skierowałam się w strone sali traningowych.
Miałam traning z Wiktorem.
Kiedy schodziłam ze schodóe zobaczyłam Dominica.. Prowadził tę dziewczynę. Wyczułam jej krew.
Nigdy nikomu źle nie życzyłam ale teraz się uśmiechnęłam. Jednak trwało to chwile. Jak zobaczyłam jak się do niego przytula... Zacisnęłam pięści i wbiegłam do sali gdzie czekał Wiktor.
-Hej!-krzyknęłam-Roznosi mnie energia i jak jej nie wyładuje na czymś to może ktoś ucierpieć!
-Ooo... Co za zmiana?-powiedział wtchodząc z szatnii.
-Jestem wściekła.
-To dobrze. Potrenujemy walke z twoim darem.
-Super.. Chce po treningu nie mieć siły aby nawet myśleć..

****

Po treningu opadłam na materace a wiktor usiadł obok.
-Ok.. Na prawde najwyraźniej tego potrzebowałaś? Co się stało?
-Jeśli ktoś mówi komuś że mu na kimś zależy to czy może to szybko minąć?
-Nie rozumiem..
-Jak sztbko mogą się zmienić uczucia?
-Zależy.. Chodzi o Gnashowa?
-Nie..
-O tego chłopaka??
-Yhm..
-Porozmawiajmy. Powiedz mi wszystko. Możesz mi przecież zaufać
-On mówił mi że mu zależy. Dlatego też tu przyjechał. Żebym nie była sama.
-To chyba dobrze?
-Na ostatnim balu.. Poszłam z nim bo chciałam porozmawiać.. Spędzić z nim wreszcie troche czasu..
-I co?
-Zobaczyłam go z jakąś dziewczyną. Całowali się.. Żeby to chociaż wygląda£o tak jakby to ona go pocałowała a on tego nie chciał.. Ale on chciał!! Dziś znowu ich razem widziałam..
-Może porozmawiaj z nim?
-Nie, nie mamy o czym. Jest pierwszym chłopakiem do którego w ten sposób się zbliżyłam ale on to olał.. Zranił mnie. Nie pozwole aby znowu tak się stało.
-Twój wybór.
Uśmiechnęłam się do Wiktora. Niby tak naprawde nic nie zrobił ale jednak pomógł mi..

Od Emilie

  Dopiero po kilku dniach zorientowałam się co się działo z moim organizmem. Cas sprawował opiekę tymczasową nad Richem, a Sam i Dean starali się rozwalić ''biznes'' narkotykowy grupie, która wstrzykiwała we mnie narkotyki i wymagali ode mnie informacji na temat Richa. Zestresowana krzątałam się po już wysprzątanym mieszkaniu i czekałam na to, kiedy będę mogła widzieć Richa. Sama często nie było w domu jednak od czasu do czasu informował mnie gdzie jest i że żyje. Dopiero gdy stałam się silniejsza niż poprzednio wybrałam się do centrum San Francisco, weszłam do apteki i poprosiłam o test ciążowy.
  Dopiero w domu go wykonałam i był pozytywny. Byłam w szoku, jednak wiedziałam, że to dopiero pierwszy tydzień. Ostatni raz z Samem uprawialiśmy seks tak około tydzień temu, więc wszystko by się zgadzało... Jednak nie miałam kiedy powiedzieć o tym Samowi. Weszłam do tej samej apteki po jeszcze jeden test a aptekarka spojrzała na mnie z bólem w oczach paląc papierosa.
-Przerąbane. - stwierdziła. - Kolejny?
  Kiwnęłam zdenerwowana głową.
-Może pani go wykonać w kiblu na zapleczu.
  Weszłam tam szybko i znów wykonałam drugi. Był pozytywny. Znowu.
  Zestresowana wyjęłam telefon i napisałam do Sama, by wracał jak najszybciej bo muszę z nim porozmawiać, jednak nie dostałam odpowiedzi.
-Nie odezwie się. Oni tacy są. - wzięła ostatniego bucha aptekarka.
-Nie, on taki nie jest... - sprostowałam nerwowo.
-Pewnie, każda tak mówi a potem... - wskazała na brzuch. - Ile ma pani lat? Dziewiętnaście?
  Parsknęłam.
-O sześć więcej... - odparłam.
-Wygląda pani na dziewiętnaście... - zdziwiła się. - W każdym razie, to marnowanie sobie życia.
-Mam już synka.
-Och, no to nawet jeśli. Drugie dziecko, matko kochana.. Aborcja jest dobrym rozwiązaniem.
-Oszalała pani? - zaskoczona spojrzałam na nią.
  Uśmiechnęła się i podała mi rękę.
-Ayris.
-Emilie...
-To jaki jest ojczulek dzieciaków?
-Ehm... Dean jest ojcem chłopca a tego dziecka... Sam...
-No nieźle. - zaśmiała się. - A przystojni?
-To bracia.
-O cholera jasna. - zakrztusiła się dymem. - Lubię cię bardziej.
  Spojrzałam na wyświetlacz.
-Nadal nie wiem, jak powiedzieć to Samowi...
-Prosto z mostu. - wzruszyła ramionami.
  Może tak... może nie...?

Od Lucy

  Brooks kontynuował lekcje, a ja jednie bazgroliłam w swoim zeszycie niewzruszona tematem, który prowadził nauczyciel.
-Bez powodu rysujesz szubienicę...? - mruknął rozbawiony Jamie.
  Ocknęłam się i spojrzałam na zeszyt.
-Czego nie rozumiesz? Spadaj czy mojego tonu ostrzegawczego?
-Wy dwoje zostaniecie po lekcjach. - uśmiechnął się. - Zrobicie zadanie jako pierwsi a ja chętnie je sprawdzę.
-Ale... - zaczęłam gorączkowo.
-Jakiś sprzeciw, panno Collins? - warknął Brooks, a ja zerknęłam wściekła w stronę Jamiego.
  Roześmiał się.
-Ups...
  Po teście z biologii rozglądałam się nerwowo w stronę korytarza, czy nie mignie mi gdzieś ojciec. Wtedy będę zgubiona, po prostu chyba się powieszę. Jamie siedział ze mną w tej samej sali a Brooks wyszedł zamykając nas w niej.
-A więc, panno Collins, kłopoty rodzinne? - zaczął niespodziewanie Jamie. - Przez ojca czy matkę? Albo przez brata?
-Przeginasz.
-Ależ skąd. - odparł niewinnie. - To jak? Jesteś za bardzo tajemnicza, otwórz się na mnie.
  Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na niego.














-No co? - parsknął.
-Powiesz mi, czemu to robisz? - zmrużyłam oczy.
-Pracuję na satysfakcjonująca mnie ocenę. - zaśmiał się.
-Nie o to pytam.
-A o co? - zdziwił się i wyprostował.
-Czemu za mną łazisz? Po co tak wypytujesz na siłę o moim życiu rodzinnym i prywatnym?
-Bo mamy zadanie...
-Dobrze wiemy, że nie chodzi tu tylko o głupie zadanie Brooksa. - odparowałam z kamienną twarzą. - Naprawdę nie mam ochoty ani czasu na wygłupy, Jamie.
-Nie wiem o co ci chodzi. - parsknął.
-Wiesz i to bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się tajemniczo i wstałam w stronę drzwi.
-Zamknął je. - zauważył po chwili milczenia.
  Parsknęłam zirytowana.
-Zawsze ma zapasowe. - wyjęłam je z jego płaszcza i zwróciłam po chwili otwierając drzwi.
-Dostaniesz pałę... - napomniał licząc, że to mnie zatrzyma.
  Odwróciłam się do niego, stał tuż przede mną, co mnie lekko zaskoczyło.
-Chcesz to zaliczyć na dobrą ocenę? To musisz zostać i sprawiać pozory, że ci zależy. - zaczął mnie przekonywać. - Wiem, że jestem przystojny i tak czy siak mi się nie oprzesz.
-To, że jesteś przystojny nie zmienia faktu, że coś kombinujesz.
-Czemu uważasz, że musze coś kombinować?!
-Bo za bardzo zależy ci na informacjach odnośnie mnie. - spojrzałam mu badawczo w oczy.
  Zamilkł.
-Ale - zaczął szybko. - możemy się jakoś dogadać, nie? Patrz, ty i ja razem zrobimy to zadanie zamiast dochodzić kto co knuje, powiesz mi trochę o sobie, albo jak chcesz zapiszesz na kartce. - wskazał na notes, a ja zerknęłam na niego.











-Nadal mało przekonujące.
  Westchnął zrezygnowany.
-Kończą ci się asy w rękawie, Romeo? - spytałam lekko rozbawiona.
-Czemu akurat Romeo? Już wolę Aim..!
-Bo po sobotniej imprezie dowiedziałam się, że jednak walisz na kilka frontów.
-Co?!
-Ja, Evelyn, Stephanie się kręci obok ciebie...
-To napalone na mnie wariatki, jestem tu poszkodowany! - zaśmiał się.
-A ja nie wierzę w ani jedno słowo, Jamie. - odparłam poważnie. - Nie jestem taka głupia, jak zresztą mogłeś zauważyć.
-No, czyli coś o tobie jednak wiem. - parsknął. - Czemu się tak nerwowo rozglądasz?
-Znów seria niewygodnych pytań? - uniosłam brwi.
-Ale polepszył ci się humor. - uśmiechnął się widząc mój lekki uśmiech. - Skoro wyznałaś mi poprzednio, że jesteś bezdomną możesz skoczyć ze mną w miasto.
-Nie, nie mogę.
-Bo?!
-Nie umawiam się z...
-Przystojniakami? - wtrącił rozbawiony. - A ten twój kumpel, Christoph czy jak mu tam?
-On jest bliskim przyjacielem. - sprostowałam. - Ty tylko kleszczem.
-Kleszczem!?
-Przyczepiłeś się do mnie.
-Zaraz tam przyczepiłem.. - machnął ręką. - Po prostu... intrygujesz mnie.
  Zaczęłam się śmiać.
-Dobry Boże, nie słyszałam nigdy głupszego tekstu. Zajrzyj do Google, tam może coś znajdziesz. - parsknęłam. - Chodź.  - kiwnęłam w stronę miasta.
-Jednak idziesz? - zdziwił się.
-Zaraz się rozmyślę. - spoważniałam.

  Wyszliśmy na już ciemne ulice Portland.
-Znasz jakiś dobry klub? - spytał.
-Nie wiem nawet, że tu jakieś są. - wzruszyłam ramionami a on spojrzał na mnie zaskoczony. - No co? Nigdy nie chodziłam na imprezy to skąd mam wiedzieć?
-Bez sensu. Twoi rodzice... sorry. Miałem nie pytać. - zaśmiał się.
-Ta, moi rodzice tacy są. Mają swoje zasady których muszę przestrzegać.
-Powiedziałaś mi to bez mojego nalegania, co za nowość. - parsknął.
-Bo myślisz pewnie, że zapraszając mnie do jakiegokolwiek baru czy klubu, upijesz mnie i wydobędziesz potrzebne ci informacje. - wyjaśniłam.
-No, dobra jesteś. - zaśmiał się. - Czyli rozumiem, że nie pójdziesz ze mną do żadnego klubu czy baru? - posmutniał.
-Pomyślę. - spojrzałam na niego.














-To co proponujesz? Można jechać do Seattle, to kawałek...
-Możesz mnie odwieźć do Chrisa zaraz po tym jak wyjdziemy z klubu. Tak, możemy iść, ale nie piję.
-No dobra. Zaraz, czemu do Chrisa.
-Wyjaśnię w barze.

  Gdy siedzieliśmy w środku miałam mieszane uczucia. Wiedziałam, że Jamie jest tu bo ma jakiś interes co do mnie, nie kręci się wokół mnie bo mu się podobam czy nawet chce mnie przelecieć, po prostu czegoś chce. Nie wiem czego, muszę być ostrożniejsza.
-Mieszkam teraz u Christopha. - wyjaśniłam.
-Zbuntowana Collins uciekająca z domu? - parsknął. - Masz wszystko, co ci nie odpowiada?
-Moja matka.
  Postanowiłam, że więcej nic mu nie powiem. Musze uważać.
-Co twoja matka ma do uciekania z domu?
-Nie ważne. W każdym razie wiem, że ojciec zaraz zacznie mnie szukać, muszę zmienić miejsce pobytu...
  Nagle usłyszałam znajomy głos przy barze.
-Nie widział pan może tej dziewczyny? - facet pokazał zdjęcie barmanowi.
  To mój ojciec, o boże. Obejrzałam się dla pewności.










  Od razu chciałam się zapaść pod ziemię. Spojrzałam nerwowo na Jamiego.
-Kto to? - spytał, ale domyślał się odpowiedzi.
-Mój ojciec.
  Znów dziwnie się zachował, jakby dostał w prawdzie to, czego chciał.
-Schowaj mnie, zrób coś, proszę. - szepnęłam gdy barman zaczął rozglądać się po sali.
  Jamie jakoś dziwnie niechętnie wstał i pociągnął mnie w stronę ludzi na parkiecie i wyszliśmy wyjściem ewakuacyjnym.
-Odwieź mnie do domu... - poprosiłam spanikowana.
-Co on cię bije czy jak, że się tak boisz?
-Po prostu nie chcę tam wracać. Szukał mnie w szkole, pewnie wie, że wzięłam tygodniowe wolne...
-Tygodniowe wolne? Nie będzie cię w szkole?
-No tak.
-Wiesz co, pewnie będzie cię szukał u Chrisa, wpadnij do mnie.
  Spojrzałam na niego jak na kretyna.
-Powaliło cię, tak? To już ten moment zaawansowanego upośledzenia?
-Chcę pomóc. - odparł spokojnie.
-Dobra... - westchnęłam. - Jedna noc. - zaznaczyłam.
-Wstępujemy do Chrisa?
-Nie, on pewnie wysłał swoich ludzi.
-Kim jest twój ojciec?! Biznesmenem!?
-Od kilku dni stał się znanym założycielem firmy prawniczej, ma wielu prawników, tych najlepszych w biurze w Seattle, w dosłownie godziny stał się znanym, bogatym celebrytą o którym piszą w mediach... ma ludzi, ochroniarzy, jest ich pełno. Wysłał pewnie część by mnie znaleźć. Pewnie są już u Chrisa albo byli. U ciebie mnie nie znajdą. To są jacyś pieprzeni profesjonaliści...
-Skąd o tym wiesz?
-Pisali w gazecie, czytałam o nim u Chrisa rano przed szkołą... - wyjaśniłam.
  Gdy odwróciłam wzrok z prowadzącego już samochód Jamie'go, wjechał w nas jakieś czarne auto. Straciłam przytomność.

  Dopiero po godzinach ją odzyskałam. Nie widziałam przy sobie Jamie'go, tylko stał obok obcy facet ,który ciągnął mnie w nieznanym mi kierunku. Przyprowadził mnie do dziwnych wytatuowanych kolesi, byłam przerażona.
-A więc to Collins. - zaśmiał się facet stojący przede mną. Obok niego było dwóch z bronią przy pasie, a obok mnie stał jakiś blondyn.
  Milczałam, zamurował mnie strach.
-Lepiej, żebyś wszystko mu powiedziała. - mruknął blondyn na ucho.
 









-Twój ojciec nielegalnie handluje bronią, nabojami przeciwko nam...
-Wam? - spytałam nie rozumiejąc.
  Zaśmiał się.
-Lepiej, żebyś nie wiedziała kim jesteśmy, słonko.
-Gdzie Jamie? - zadrżał mi głos.
  Zaśmiał się blondyn stojący obok.
-W bezpiecznym miejscu. - mrugnął do mnie.
-Kim jesteście?
-Skoro nalegasz... jesteśmy upadłymi aniołami, droga Lucy. A twój ojciec handluje z nie fajnymi osobami, które zagrażają nam wszystkim. Oczywiście, pewna organizacja również robi co może, by uratować was, ludzi, ale moja mała grupka zareagowała osobiście, gdyż lekko się zdenerwowałem gdy usłyszałem, że naboje są sprzedawane na nas, aniołów.
-Nie istnieją anioły... - parsknęłam nerwowo.
-Oczywiście, nic nie będziesz pamiętać o tym co ci powiedziałem, ale tymczasowo potrzebuję konkretów, a ty mi je dasz. - zacisnął szczękę.
  Nagle do środka wparował wściekły Jamie. Odepchnął blondyna stojącego obok mnie przepychając się do zdaje się, szefa czteroosobowej grupy.
-Załatwię to. - wycedził przez zęby.
-Za długo to trwa. Ile wasz pierdolony system załatwia takie rzeczy?! - wybuchnął upadły anioł, aż podskoczyłam. - Jesteś jednym z najlepszych a zachowujesz się jak baba. - warknął. - Ile można...
-Bo powiesz o słowo za dużo. - odparł blondyn.
-W dupie to mam! Jeden od nas już padł, łowcy na nas zaczęli polować odkąd jej ojczulek handluje tym gównem. Ile zajmuje ci przejęcie umysłu tej dziewczyny, co, Jamie?!
-Ona jest inna. - warknął. - Potrzebuję czasu.
-Niech będzie.
  Podszedł do mnie przywódca aniołów. Dopiero po chwili wyprostował się zaszokowany.
-Nie działa? - szepnął. - Czemu to nie działa?! - wybuchnął.
-Mówiłem, że jest inna.
  Upadły anioł spiął mięśnie, wyszedł na chwilę.
  Patrzyłam na Jamie'go cała przerażona. Blondyn nadal trzymał moje ramie, ściskając je mocno. Jednak milczałam, nawet nie pisnęłam słowem do Jamie'go.
  Anioł wrócił a wraz z nim związana czarownica.
-Rób co należy. - nakazał.
-Co ja mam zrobić? - spytała cicho.
-Prawo... - zaczął zaskoczony brunet stojący jako strażnik.
-Prawo mnie teraz nie interesuje. Mówiłem, że przyda nam się odrobinę magii. Usuń jej pamięć, to co tu zaszło. - zwrócił się do czarownicy. - Wypuszczę cię potem..
  Dopiero po godzinie udało się... usunąć mi pamięć...

  Obudziłam się w łóżku... nie swoim. Zerwałam się szybko i wpadłam na Jamie'go.
-Co ja tu... - zaczęłam zdenerwowana.
-Zasnęłaś w aucie jak jechaliśmy do mnie. Śpiąca królewna wyspana? - oparł się o ścianę.
-Nie spałeś ze mną w jednym łóżku... tak?
  Roześmiał się.
-Przeleciałem jak spałaś. - parsknął.
-Nie byłeś w szkole? - spytałam zaskoczona.
-No przecież nie zostawię cię samej, Collins. - zrobił smutną minkę a ja uniosłam brwi.
-Nadal uważam, że coś knujesz. - uśmiechnęłam się.
-Głodna? - zmienił temat.
-Zmiana tematu ci nie pomoże... głowa mnie boli...
  Podał mi tabletkę.
-Pigułka gwałtu. - wyjaśnił rozbawiony. - Nie bój się, to nic takiego.
  Chyba pierwszy raz od dawna na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
  Połknęłam tabletkę.
-Myślałem, czy cię nie przebrać, ale...
-Zamordowałabym cię. - przerwałam mu ostro, a on sie roześmiał.
-Wiem. - parsknął. - Więc zdjąłem tylko kurtkę, wybacz!
  Uniósł ręce w geście obronnym.
-Wieczorem zadzwonię do Chrisa i spytam się czy mogę wrócić po swoje rzeczy. Potem odstawiłbyś mnie do najbliższego jakiegokolwiek hotelu, w którym wcześniej upewniłbyś się, że nie ma ludzi ojca... mógłbyś?
-Pewnie, skarbie. - mrugnął do mnie.
-Nie mów tak do mnie. - pogroziłam palcem.
-Bo co? Pobijesz mnie? - parsknął.
-D e b i l . - mruknęłam.

Od Jamiego

 Na korytarzu nigdzie nie widziałem Collins. Zacząłem się lekko niepokoić. Czyżby kac ją wykończył? A może kochany tatuś oszust? Zostały dwie ostatnie lekcje. Zajęcia dziennikarskie i biologia.
Gdy wszedłem do klasy nie było jej. Usiadłem na swoim standardowym miejscu obok ściany. Miałem coraz mniej czasu, a musiałem zbliżyć się do jej ojca. Najgorszy w tym wszystkim był jeden fakt, który prześladował mnie od wielu dni. Do myśli każdej innej dziewczyny mogłem po pewnym czasie wniknąć i zmusić ją, by powiedziała co wiedziała na temat który mnie interesował. Oczywiście, one najczęściej nic nie wiedziały, bo tatusiowie - a czasem i mamusie -  ukrywały swoje sekrety i drugie życie przed pociechami - dlatego musiałem zapoznawać się z nimi tradycyjnymi metodami. Przyspieszałem często sprawę,  manipulując przy myślach swojej ofiary i zmuszając ją, by przedstawiła mnie swoim rodzicom.
Przy Collins miałem jeden problem, na który wcześniej nie zwróciłem uwagi. Nie mogłem manipulować jej myślami. Umiejętnością upadłych aniołów - tak to trzeba było nazwać, bo żaden anioł nie naruszyłby dobrowolnie prywatności człowieka - nie było czytanie w myślach. My swoim ofiarą wkładaliśmy tam własne, zmienialiśmy ich zamiary, tworzyliśmy nawet czasem iluzję. Delikwentowi mogło się nawet wydawać, że po środku korytarza widzi ogromnego niedźwiedzia. Czasem bywało to niezwykle przydatne.
Ale nie przy Lucy. Ona mnie po prostu blokowała. Nie mogłem ją tym sposobem do niczego zmusić. Słyszałem, że zdarzają się takie osoby. No ale do cholery czemu akurat ona? Czasu miałem coraz mniej, a wczoraj dodatkowo opieprzył mnie Noah.
- Wiesz co się dzieje na drugim kontynencie? Łowcy przejęli już prawie całą Europę. To tylko kwestia czasu jak dotrą tutaj. Dlatego weź się do roboty, a nie zajmuj głupimi flirtami bo tego człowieka trzeba jak najszybciej rozpracować i zabić.
Przerwałem rozmyślania gdy z ulgą zobaczyłem jak Collins wchodzi do klasy. Zilustrowałem ją wzrokiem.
Znalezione obrazy dla zapytania shiloh fernandez gif
Tuż za nią wszedł Brooks.
Usiadła obok mnie bez słowa. Była jakaś przygaszona.
- Kac jeszcze nie opuścił? - mruknąłem, gdy facet sprawdzał obecność.
- Spadaj - syknęła.
- O co ty się obraziłaś? - spytałem rozbawiony.
- O nic się nie obraziłam. Może po prostu nie mam ochoty z tobą gadać?
- A czemu nie masz ochoty? Bo się obraziłaś - wyszczerzyłem zęby.
- Mówiłam ci już, jaki jesteś denerwujący? - syknęła.
- Noo już parę razy - roześmiałem się.
Brooks zmierzył nas spojrzeniem.
- Jak już mówiłem - nacisnął - Macie czas by dokończyć wywiady do następnego tygodnia. I powtarzam jeszcze raz. Mają być porządne. Nie przepuszczę nikogo, jeśli nie zaliczy tego przynajmniej na 4.
Pozostali popatrzyli po sobie i na Brooksa jak na wariata.
- Lepiej bierzmy się do tego - zacząłem rozbawiony.
Collins niechętnie wyciągnęła swój arkusz.
- Nie mam głowy do tego - westchnęła w końcu.
- Czyżby jakieś problemy, Lu? - spytałem miękko.
Popatrzyła na mnie krzywo.
- Nie twój interes... Aim - dodała ironicznie.
Westchnąłem z udawanym żalem.
- Chcesz pomóc koleżance, a ta ci się tak odwdzięcza...
Lucy zmroziła mnie spojrzeniem. Roześmiałem się cicho.
- Dobra, bierzmy się do roboty. W końcu od tego zależy nasza przepustka do naszej klasy - dodałem sarkastycznie.
- Zawsze będziesz mógł zająć się tym sam - mruknęła.
- Albo dokończyć poza szkołą. Może np. u mnie? Albo u ciebie w domu? - czułem, że przeciągam strunę.
- Tak się składa, że na razie nie mam domu - mruknęła rozgoryczona.
- Wiedziałem, że masz problemy - odparłem usatysfakcjonowany.
Zorientowała się, że powiedziała za dużo. Mierzyła mnie przez dłuższą chwilę wzrokiem po czym rzuciła krótkie:
- Spadaj.
Roześmiałem się cicho. W takim tempie to za rok nie poznam jej starego.

Od Dominica

 Na śniadaniu Noah szturchnął mnie w ramię.
- Ej, ona cały czas się na ciebie gapi - mruknął.
Podążyłem za jego spojrzeniem i popatrzyłem na Elise, która szybko zawstydzona spuściła wzrok.
- Nono romans z uczennicą - zażartował - Wiesz, że to zabronione.
Obojętnie zamoczyłem chleb w jakimś sosie i zacząłem szukać wzrokiem osoby, na której mi w tym momencie najbardziej zależało.
Nie było jej przy stole, przy którym najczęściej jadała. Po chwili jednak zauważyłem jak wchodzi do sali w towarzystwie jakieś nieznanej mi dziewczyny. Wyprostowałem się lekko obserwując każdy jej ruch. Ta druga to chyba dostrzegła, bo szturchnęła Bellę patrząc na mnie i coś do niej szepnęła.  Bells zmrużyła tylko oczy i odwróciła wzrok.
Świetnie. Czyli teraz się nie znamy.
- No no masz powodzenie - mruknął rozbawiony Noah.
W tej samej chwili zobaczyłem jak podchodzi do niej Gnash. Spiąłem w jednym momencie.
- Mówiłem ci, że tak będzie.. -mruknął mój towarzysz.
- Dobra, idę na trening - mruknąłem i wstałem od stołu.
Miałem jeszcze sporo czasu, ale wolałem ostrzyć noże w sali niż przyglądać się zalotą Gnasha do Belli.
Gdy grupa weszła w duszy odetchnąłem z ulgą. Mogłem w końcu czymś zająć myśli.
- Dobra. Dziś będziemy rzucać do celu, ale pokonując różne przeszkody - pokazałem ręką na rozwieszone liny, siatki, tunele i drewniane płotki - Dodatkowym utrudnieniem będzie to, że cel będzie r u c h o m y, ale to przerabialiście już ostatnio.
Elise nie spuszczała ze mnie wzroku, a ja uparcie wpatrywałem się we wszystkich tylko nie w nią.
- Dobra, podzielcie się na dwa zespoły. Jeden zaczyna tu, drugi tam - pokazałem gestem przeciwną stronę sali.
Wytłumaczyłem im jeszcze dokładniej zasady i zaczęli. Obserwowałem ich dokładnie, udzielając szczegółowych rad.
- Tyler, musisz bardziej skupić się na celu - powiedziałem zauważywszy, że znowu chybił.
Znalezione obrazy dla zapytania Tobias eaton gif
- Greg, ruszaj się szybciej-  krzyknąłem - Victor uważaj, bo trafisz...
Za późno. Elise nagle upadła na ziemie, z nożem tkwiącym w jej udzie.  Podbiegłem do niej szybko.
- Co mówiłem, żeby poczekać, aż osoba pokona początkowy odcinek? - warknąłem do niego.
- Ja-ja nie chciałem to tak nagle wszystko i...
- Dość - przerwałem mu. Wszyscy zgromadzili się wokół nas - Trochę zaboli, ale jesteś wilkołakiem więc nie będzie większych problemów, dobrze? - zwróciłem się do Elise.
Pokiwała w milczeniu głową.
- Dobra... To raz, dwa... - zacząłem odliczać a ona zacisnęła zęby - Trzy - zakończyłem i szybkim ruchem wyjąłem ostrze.
Popłynął potok krwi. Jedna z bliższej stojących dziewczyn gwałtownie zbladła.
- Cholera - mruknąłem i pospiesznie zdjąłem bluzę zostawiając na sobie obcisły, czarny podkoszulek. Nie wiem czy mi się wydawało, czy usłyszałem czyjeś westchnięcie. Zignorowałem to jednak i obwiązałem nogę Elise.
Po paru dłużących się minutach i nerwowych szeptach krew przestała płynąć. Gdy zobaczyłem, że sytuacja jest już opanowała, zakomunikowałem.
- Na dziś to koniec treningu. Żegnam. Do następnego razu.
Usłyszałem rozżalone westchnięcia i obraźliwie słowa skierowane pod adresem Victora. Szczerze? Należało mu się.
- Odprowadzę cię do skrzydła szpitalnego, dobrze? - mruknąłem.
- Nie trzeba, nic mi...
- Idziemy - rozkazałem i zarzuciłem sobie jej rękę na plecy, by pomóc jej wstać.
Gdy szliśmy korytarzem, miałem wrażenie, że mignął mi gdzieś cień Belli. Zacisnąłem zęby. Nie chciałem teraz o tym myśleć.

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Lucy



 W tle leciała od kilkunastu minut ta sama nuta, a ja tylko cieszyłam się, że pogodziłam się z Christophem. Brakowało mi tego głupka od tych kilku dni, jednak dziwiło mnie, że z Beth nadal się nie pogodzili. Chris leżał na ziemi, przegrał w przepychanki z pijanym Finnickiem. Stanęłam nad nim i zaczęłam się śmiać, lekko wstawiona.
-Pomóż mi wstaaaać! - zapłakał.
-Jesteś przecież trzeźwy. - zaśmiałam się.











  Powoli się podniósł i krzyknął do Finnicka grożąc mu.
-Jeszcze się zemszczę stary!
  Stanął przede mną uśmiechnięty.
-Widzę, że powoli polepsza się humor. - uśmiechnął się.
-Nie wiem... - skrzywiłam się.
-Ale pijesz! Tylko błagam, nie mieszaj...
-To mój szósty drink... chyba.
  Uniósł brwi.
-Poważnie?
-Chyba! - zaśmiałam się.
-Kim jesteś i co zrobiłaś z Lucy Collins!? W każdym razie, mam coś dla ciebie.
  Uśmiechnął się.











-Co to? - podał mi trzydzieści dolców.
-Pamiętasz, jak byłem ci winien za czasów dzieciństwa, że wykradłaś Finnickowi zielsko?
-Pamiętasz takie rzeczy?! - zaśmiałam się. - To było pod koniec podstawówki!
-Zawsze oddawałem ci długi...
-Po kilku latach! - parsknęłam.
-Ktoś się na ciebie gapi od jakiegoś czasu, przylać mu? - spojrzał za mnie.
  Nawet nie musiałam się odwracać.
-Ta, to taki jeden... jeszcze nad nim pracuję.
  Roześmiał się.
-W jakim sensie, Collins!?
-W takim - zaczęłam. - że się do mnie przylepił i próbuję rozgryźć o co mu chodzi.
-Chyba sobie idzie. - mruknął, wtedy się odwróciłam.
  Wzruszyłam ramionami i chwiejnym krokiem podeszłam do stolika, na którym roiło się od różnych alkoholi.
-Nie przesadzasz? - spytał dla pewności Chris.
-Nie wiem. - parsknęłam śmiechem i napiłam się już z pełnego kubeczka.
-Dobra, może starczy, Pani Collins. - odebrał mi z rąk kubek.
  Zjawił się za moimi plecami nawalony Sean. Zaczął mnie powoli obmacywać, mimo, że byłam pijana bez problemu odepchnęłam go od siebie.
-Stary, odczep się od niej. - wtrącił Chris spokojnie.
  Cofnęłam się za Chrisa.
-No weź, jesteśmy pijani!
-Zaraz oberwiesz w ryj, Sean. - pogroził mu Christoph.
  Sean niespodziewanie uderzył Chrisa, który szybko się zrewanżował. Nie oberwał mocno, zdawało się, że nawet tego nie poczuł, w przeciwieństwie do Seana, który poślizgnął się i upadł.
-I się trzymaj z daleka. Jeśli mówi, że nie to nie.
-Dzięki... - szepnęłam do Chrisa lekko zakłopotana.
  Poszłam z przyjacielem, który zaproponował, że mnie doprowadzi do normalnego stanu.
-Zaraz się zrzygam. - wymamrotałam siadając na wannie.
-Spoko, wytrzymaj chwilę. - poprosił i przyniósł mi herbatę.
-Poważnie? - parsknęłam powstrzymując wymioty.
-Nie rzygaj, pokaż kto tu ma jaja. Ty czy twój żołądek...
-Ja mam jaja. - stwierdziłam stanowczo, a Christoph się roześmiał.
  Wypiłam herbatę i po jakimś czasie wyrzygałam wszystko. Podniosłam się z podłogi, a raczej przyjaciel mi pomógł.
-Masz szczoteczkę, a tu pastę.
-Używana, tak? - parsknęłam.
-Może tak, może nie. - błysnął zębami.
  Umyłam zęby i wytarłam buzię ręcznikiem.
-Skąd miałeś...
-To podstawowa rzecz na domówki, jak się zrzygasz to musisz umyć zęby żeby móc się z kimś ewentualnie lizać czy wiesz...
-Co za debil. - zaśmiałam się.
-Jak się czujesz? - spytał zanim wyszliśmy z łazienki.
-Źle. - mruknęłam.
-Kiedy masz być w domu?
-Nie mam domu...
-Co? - spytał zdziwiony.
-Wyjaśnię potem...
  Straciłam przytomność.

  Obudziłam się dopiero rankiem w pokoju zdaje się młodszej siostry Stephanie. Obok mnie siedział Christoph, uniosłam zaskoczona brwi i podniosłam się.
-Co się stało...? Która godzina...?
-Straciłaś przytomność i... piąta.
-Piąta...? - mruknęłam zmęczona. - Ile tu leżę?
-Trzy godziny. Twój organizm zdaje się nie przywykł do takiej ilości alkoholu, musiałaś wypić około siedmiu, może ośmiu pełnych kubeczków wódki...
-Przepraszam za zawracanie głowy, panie doktorze.
-Nic się nie stało, pani Collins.













-Bawiłeś się gdy mnie tu dostarczyłeś? - spytałam z wielkim bólem głowy.
-Miałem zamiar zejść na dół po miskę gdybyś ewentualnie chciała się zrzygać... wszedłem do drugiej łazienki i zastałem w niej Beth z jakimś fagasem...
-Co? - wycedziłam. - Jak to...? Ona...? Przecież...
-I kłamałem. Nie zdradziłem Beth. Nigdy.
-To po co...
-Byliśmy pokłóceni... nie chcę o tym gadać.
-I co teraz...?
  Spojrzałam na jego siną dłoń.
-Dałem mu w pysk. - parsknął lekko zdenerwowany. - A na nią nawet nie zwróciłem uwagi.
-O mój Boże... Przykro mi, Chris... ja...
-Spoko, dam radę. Przynajmniej znów mogę zaliczać laski. - zaśmiał się.
-Chociaż jeden plus. - mrugnęłam do niego.


  Gdy wyszłam z domu wraz z Chrisem, by mnie odwiózł do domu, nie mogłam znaleźć kierowcy. Pewnie leży z jakąś laską w łóżku... parsknęłam na tę myśl. Na trawniku przed domem leżeli ludzie, którzy najprawdopodobniej dopiero pod koniec padli. Usłyszałam Beth która wychodzi z domu, a za nią znajomy koleś...
-No weź mała, przecież to tylko jeden numerek! Może jeszcze jeden... - zaczął Jason.
  Już wiem, skąd go znałam.
-Chris! To nie tak, ja...
-Tylko pieprzyłaś się z innym gościem, ty tylko byłaś pijana, co jeszcze masz do powiedzenia?
-To przez nią, tak? - wskazała na mnie.
  Stanęłam jak wryta. Czy ona mnie oskarża o...
-Nie mieszaj jej w to. Zdradziłaś mnie z tym kolesiem, spoko.
  Dziwiłam się, jak obojętnie do niej podchodził. Jak nie ten sam Christoph..
-Idź się z nim dalej bzykać, tak ładnie cię prosi. - kiwnął jej rozbawiony i odszedł ze mną.

  Dopiero po południu wpadła do mnie Bethany, która oskarżała mnie o rozpad jej związku. Zirytowana siedziałam w salonie, przerwałam jej bezsensowny bełkot.
-Nie obchodzi mnie to. - odparłam powoli.











-To ty zawsze byłaś dla niego najważniejsza, byłaś i jesteś!
-Nic nas nie łączy. Przyjaźnimy się od dziecka, Beth. - kontynuowałam spokojnie. - Nie masz prawa mnie oskarżać, ja nie zdradziłam Chrisa tylko ty i ty za to płacisz.
  Wściekła wstała i wyszła, mijając zapłakana mojego zaskoczonego ojca wchodzącego do środka. Odwróciłam wzrok, gdy obserwował mnie z tego samego miejsca od paru minut.
-Co? - westchnęłam.
-Nie wróciłaś na noc.
-Brawo, Sherlocku. - parsknęłam zła.
-Gdzie byłaś?
-Na imprezie.
-Co? - wściekł się. - To przez Chrisa? Czy tego chłopaka który wczoraj tu był?
-Masz na myśli Jamie'go? - roześmiałam się. - Nie, to go tym bardziej nie dotyczy.
-To przez Chrisa?
-Przez was. - sprostowałam. - Jesteście egoistami i pieprzonymi zadufanymi w sobie rodzicami, z czego moja matka wcale nie jest moją matką. Ach, o tym mi nie powiedziałeś! No tak, przecież...
  Kłótnia ciągnęła się w nieskończoność. Robiło się groźniej, ojcu puszczały nerwy a gdy przyszła matka parę razy przymierzała się by mnie uderzyć. Nienawidziła mnie tak bardzo, jak nigdy nikt mnie nienawidził. Nadal nie wiedziałam za co. Jednak gdy sprawa doszła do takiego stopnia, że ojciec nawet nie zwracał uwagi na przekleństwa, które matka rzucała pod moim adresem i na ilość podniesionych rąk na mnie, miałam dość. Zostawiłam rozmowę z nimi i wbiegłam do pokoju. Zadzwoniłam zapłakana do Christopha, szukając tam ratunku i tymczasowego schronienia.
-Co się stało, Lu? - spytał zmartwiony.
-Potrzebuję tymczasowego dachu nad głową... pomóż mi, proszę, nie wytrzymam długo w tym domu...











Oczywiście, nie miałam zamiaru zostac tam długo. Ojciec prędzej czy później mnie u niego znajdzie, więc kilka dni znajdę jakiś szybki nocleg w którym na pewno mnie nie znajdzie. A szybko dojdzie do tego, gdzie mieszka Christoph przez telefon do jego rodziców... miałam mało czasu...
-Ale co sie dzieje? Dobra... opowiesz mi wszystko jak... gdzie mam podjechać?
-Nie mogą się dowiedzieć gdzie jestem, musisz podjechać.. może... pod stację benzynową obok baru przy wyjeździe z Portland.
-Będę tak szybko jak się da.
  Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, laptopa również wzięłam. Zeszłam na dół ignorując rodziców.
-Gdzie się wybierasz gówniaro!? - usłyszałam krzyk matki.
  Odwróciłam się do niej.
-Nie wasz interes. - parsknęłam przez łzy i wyszłam trzaskając drzwiami.
  Wyszło tak, że nikt nie wiedział gdzie się zatrzymam. Gdy doszłam na umówione miejsce szybko wsiadłam do samochodu Christopha i odjechałam w stronę Seattle. Załatwiłam w między czasie u dyrektor, że zwalniam się od wtorku do końca tygodnia ze szkoły ze względu na problemy rodzinne. Ku mojemu zdziwieniu, uznała zwolnienie.
-Czemu nie od poniedziałku?
-Jest test z biologii który decyduje o mojej ocenie z pierwszego semestru. - wyjaśniłam.
-Powiedz teraz co się stało.
-Rodzice. Kłamstwa... Wiem, że ojciec będzie mnie szukał, dlatego przyjdę na biologię a potem poczekam, aż skończysz lekcję w jakimś...
-Pojadę z tobą. - uśmiechnął się pocieszająco.
-Dzięki. - szepnęłam i starłam łzy z policzków.

  Na następny dzień zrobiłam według planu. Pojechałam do szkoły i równo z dzwonkiem miałam zamiar wejść i wyjść po teście i zniknąć... musiałam. Inaczej ojciec mnie znajdzie, a nie miałam ochoty tam wracać...

Od Jamiego

Poszedłem za Collins na drugą część domu. Zastałem ją wściekłą, siedzącą na schodach od tarasu. Przysiadłem się obok bez pytania. Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem.
- Kłopoty? - zagadnąłem rozbawiony.
- Nie twój interes - warknęła.
Podałem jej piwo, które wcześniej zgarnąłem ze stołu.
- Mówiłam ci, że nie pije - zaprotestowała rozdrażniona.
- Może jednak? Nie ma nic lepszego na zmartwienia niż dobre piwo.
- Alkohol nie rozwiązuje problemów - mruknęła.
- Mleko też nie - parsknąłem śmiechem stosując oklepany tekst z neta.
Rozchmurzyła się lekko, ale nadal była zła.
- Znam ten ból. Serio. Nie ma nic gorszego niż kontrolujący rodzice - udałem powagę.
- Ciebie też kontrolują? - spytała lekko podniesiona na duchu.
- Nie mają jak... Bo nie żyją - parsknąłem śmiechem.
Popatrzyła na mnie jak na debila.
- Z tobą serio jest coś nie tak - mruknęła.
- Za to mnie lubisz - uśmiechnąłem się szerzej.
- Skąd ta pewność? - zmrużyła oczy.
- Instynkt - odparłem pewny siebie. 
- No cóż... Tym razem cię zawiódł - uśmiechnęła się złośliwie.
Parsknąłem śmiechem. Postanowiłem wrócić na poprzedni temat.
- Ojciec też cię tak kontroluje? - spytałem swobodnie. 
- Niee.. Bardziej m a t k a - wycedziła - On miewa różne humory, ale da się z nim pogadać. Chociaż... Ostatnio jest jakiś dziwny.
- Dziwny? - podchwyciłem.
- Pojawią się jacyś obcy ludzie - ciągnęła zamyślona - Prowadzi dziwne rozmowy przez  telefon.
- Na przykład? - czułem, że coraz bardziej przeciągam strunę.
- A co ty mnie tak wypytujesz? - przyjrzała mi się podejrzliwie.
Collins niestety nie była głupia i musiałem się bardziej postarać. 
Zrobiłem zmartwioną minę.
- Wiesz, chciałbym ci jakoś pomóc...
Przypatrywała się mi przez dłuższą chwilę. Chyba połknęła haczyk. 
- Wiesz... - zaczęła niepewnie - Ostatnio widziałam u niego...
I nagle usłyszałem pijacki głos mojego ukochanego przyjaciela.
- Aim g-gdzie ty się podziewasz? - stanął za nami z jakąś laską uwieszoną u jego boku - Ta Evelyn czy jak jej tam wszędzie cie szuka.
Zamarłem.
- Evelyn? Ta brunetka? - upewniłem się.
- Tak właśnie ta - mruknął Jass - D o m a g a  się ciebie. To może być niezła noc stary - uśmiechnął się Jass.
Miałem ochotę strzelić go w ten pusty łeb. Lucy udawała, że nie słucha i patrzyła w ziemie, ale widziałem jak jej mina stężała gdy usłyszała ostatnie zdanie. Jass odwrócił się i odszedł z dziewczyną mamrocząc jeszcze, żebym nie przegapił okazji. To było jak gwóźdź do trumny.
- No idź Aim - powiedziała ironicznie Collins - Czyli to jednak twoje prawdziwe imię?
- Nie - odparłem - To taka ksywa - mruknąłem. 
- Pierwszy raz widzę żeby zaciesz zszedł ci z gęby - udawała szok - No no Aim...
Zacisnąłem szczęki i wstałem. Wiedziałem, że dłużej nic tu po mnie. Ruszyłem w kierunku drzwi wejściowych.
- Tylko w y c e l u j  sobie dobrze Aim! - usłyszałem jeszcze za sobą.
Evelyn już czekała na kanapie. Zrezygnowany wziąłem sobie kolejne piwo i usiadłem obok niej.
- Witam - szepnęła mi do ucha - Szkoda, że zniknąłeś tak bez słowa..
- Byłem ostatnio dosyć zapracowany - mruknąłem. 
- Ah tak - żachnęła się i oparła na mnie.
W tej samej chwili weszła do środka Collins. Nie patrząc na mnie zaczęła niespodziewanie rozmawiać z jakimś chłopakiem pod ścianą.
Ignorując mówiącą coś do mnie Evelyn, obserwowałem każdy ruch Lucy pijąc piwo.
Znalezione obrazy dla zapytania shiloh fernandez selena gomez gif
- Może pójdziemy na górę? - zasugerowała w końcu.
- Wybacz Evelyn, ale nie mam dziś ochoty - mruknąłem i ruszyłem przed siebie, mijając zaczepiające mnie laski. Wyszedłem z domu. Musiałem trochę ochłonąć i pomyśleć co dalej.


























Od Sarah

 Mijały tygodnie a ja czułam się coraz gorzej. Miałam pewne obawy i postanowiłam je w końcu sprawdzić.
- No i gdzie chcesz iść? - zapytał gdy szliśmy chodnikiem przez miasto.
Udałam, że się zastanawiam.
Znalezione obrazy dla zapytania cara delevingne gif
- Mówiłeś, że potrzebne ci jakieś części do samochodu..
- Taak.. - mruknął - Ale mogę to załatwić kiedy indziej.
- Nie, nie - zaprotestowałam - Ja muszę wyskoczyć po coś do apteki, więc możemy się spotkać za pół godziny... w tej restauracji no wiesz której.
Albi przyjrzał mi się podejrzliwie.
- Czemu do apteki?
- No wiesz... Takie tam kobiece sprawy - wymyśliłam na poczekaniu.
- Aa - mruknął - To za pół godziny w restauracji - powiedział i pocałował mnie szybko w usta.
Ruszył przed siebie, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w jego plecy.


Po chwili ruszyłam w kierunku apteki.
Gdy stanęłam w środku w kolejce strasznie się denerwowałam. Gdy wypadła kolej na mnie zacięłam się sama w sobie.
- W czym pani pomóc? - popatrzyła na mnie zniecierpliwiona aptekarka.
Ludzie za mną chrząkali znacząco. Zebrałam się w sobie i powiedziałam cicho.
- Poproszę test ciążowy... Albo dwa. Niech pani da dwa od razu.
- Tej samej firmy?
- Niech będą dwa różne - mruknęłam.
Gdy odchodziłam z zakupem wydawało mi się, że aptekarka spojrzała na mnie ze współczuciem. Potrząsnęłam głową. Gdyby wynik wyszedł pozytywny nie byłoby mi to na rękę... wciąż myślałam o powrocie na studia. Jednak nie byłby też tragedią...
Doszłam do restauracji przed czasem i Albiego jeszcze nie było. Gdy przyszedł (punktualny jak zawsze) miał jakąś dziwną minę.
- I co kupiłeś? - mruknęłam. Zerknął na torebkę którą kurczowo przyciskałam do siebie. Miałam wrażenie, jakby miał w oczach rentgen.
- Tak, wszystko jest już w bagażniku. A ty? - zaczął ze znudzeniem przeglądać kartę.
- Też - odparłam patrząc się w okno.
- Wybrałaś już? - mruknął.
- Mhm - odparłam.
Gdy podeszła kelnerka i złożył zamówienie, nie umknęło mojej uwadze, że wodził za nią wzrokiem gdy odchodziła.
Znalezione obrazy dla zapytania Hugh dancy gif
Nie mogłam już wytrzymać tego napięcia. Był tak dziwny, że poważnie zaczęłam się martwić.
- Stało się coś? - wypaliłam.
Zerknął na mnie równie obojętnie co na tą kartę dań.
- Nie, a czemu pytasz?
- Dziwny jesteś.. - mruknęłam.
- Wydaje ci się - odparł - A co słychać u Dominica?
Super. Zmiana tematu.
- Nie wiem. Nie możemy się kontaktować - mruknęłam.
- To słabo - odparł patrząc się w dalszym ciągu na kelnerkę.
Nie wytrzymałam. Wstałam gwałtownie. Popatrzył na mnie zaskoczony.
- Wiesz co jednak nie jestem głodna. Wracam do domu - powiedziałam stanowczo i wyszłam z restauracji.
Nie obchodziło mnie to, jak i czy wyregulował rachunek. Dogonił mnie na ulicy.
- Poczekaj, odwiozę cię do domu - złapał mnie za rękę.
Wyrwałam mu się.
- Nie, dzięki - burknęłam i złapałam nadjeżdżającą taksówkę.
Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Czyżby to te 'hormony' dawały o sobie znać?
- Stało się coś panienko? - spytał taksówkarz - Może pomóc jakoś?
- Nie trzeba - mruknęłam.
Po dojechaniu okazało się, że rachunek był gigantyczny. Mimo to zapłaciłam, podziękowałam taksówkarzowi i weszłam do domu.
Zobaczyłam Sophie i jakiegoś chłopca. To chyba był ten Rich. Weszli do jej pokoju. Przynajmniej ona była zadowolona.
Nie miałam ochoty rozmawiać ani z Tobym, ani z mamą. Ruszyłam do pokoju i zamknęłam się pospiesznie, a potem rzuciłam się na łóżko wylewając z siebie cały żal z tego popołudnia.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Od Belli

Gdy tylko Gnashow musiał gdzieś iść spojrzałam w stronę gdzie był Dominic. Zobaczyłam tylko jego plecy. Ruszyłam za nim. Na początku myślałam że go zgubiłam jednak usłyszałam kogoś na sali treningowej. Chciałam z nim porozmawiać. Uchyliłam lekko drzwi.
To co zobaczyłam sprawiło że zamarłam. Dominic całował się z jakąś dziewczyną.
Coś we mnie pękło. Szybko się wycofałam i pobiegłam korytarzem unosząc dół sukni. Wpadłam na Gnashowa.
-Julia.. Szukałem cię..-powiedział odsuwając mnie na odległość ramienia.
Przyjrzał mi się badawczo.
-Coś się stało?
-Ja.. Źźle się czuje-powiedziałam łamiącym się głosem.
Gnashow spojrzał gdzieś za mnie.
-Odprowadzę cię do pokoju.
Objął mnie ramieniem. Nie wiedziałam że łzy spływają mi po twarzy dopóki nie podał mi chusteczki.
Pod drzwiami pokoju przytulił mnie a wtedy pozwoliłam aby potok łaz spływał.
-Niczym się nie przejmuj śliczna..-powiedział i chciał mnie pocałować.
Odsunęłam się.
-Ja.. Ja.. Nie mogę..
-Chodzi o tego chłopaka?
-Po prostu nie mogę.. Dziękuje za wieczór.-powiedziałam i weszłam do swojego pokoju.
Długo nie mogłam spać. Siedziałam tylko pod drzwiami. Nadal byłam w sukni. Nie miałam na nic siły.
Nie miałam ochoty na nic.
A najbardziej niemiałam ochoty oglądać już Dominica.
On podrywał każdą?! Bałamucił i zostawiał..
Podły kłamca.
Postawiłam sobie za cel unikanie go i udawanie że w ogóle nie istnieje.
To będzie trudne..
Nawet jak wyjdziemy stąd cało nie będę chciała go widzieć. Mam dom który odziedziczyłam po rodzicach.. Mam więc dach nad głową zdala od tego kłamcy.
Teraz uświadomiłam sobie że Gnashow jest od niego o wiele lepszy.