Ciągle myślałam o tym, dlaczego ojciec miał taki zbiór broni, gdy mnie zobaczył nawet nie spanikował, po prostu zachowywał się normalnie co dowodzi temu, że chyba rzeczywiście pracuje nad jakąś sprawą... Może nie powinnam mu tak nie ufać? Nigdy przecież mnie nie okłamywał...
Rozległ się dzwonek, wszyscy zaczęli wychodzić, a ja powoli zaczęłam się zbierać. Zdjęłam torbę z oparcia krzesła i ruszyłam do wyjścia.
-Muszę ci coś koniecznie powiedzieć... - wyskoczył zza moich pleców niespodziewanie Chris.
-Muszę panu przerwać... - wtrąciła Clarise, nauczycielka francuskiego. - mam do pomówienia z Lucy na osobności.
-Ależ oczywiście. - mrugnął do niej i gdy zamknął drzwi spojrzał przez szybkę w drzwiach i zrobił głupią minę.
Uśmiechnęłam się pod nosem, ale gdy spojrzałam na Clarise od razu spochmurniałam.
-Siadaj. - nakazała.
Zajęłam miejsce nie wiedząc zupełnie, o co może jej chodzić. Moje oceny są wręcz celujące, zachowanie na lekcji również...
-Doszły mnie słuchy co zrobiłaś na lekcji u pana Brooksa...
Odwróciłam bezsilnie wzrok.
-To nie tak, że podejrzewam cię o podobne wygłupy...
-To był czysty przypadek. - zapewniłam, wtrącając. - Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego umyślnie, na złość jakiemukolwiek nauczycielowi.
-Oczywiście, oczywiście... - ciągnęła z tym swoim francuskim akcentem. - Aczkolwiek chciałabym, by takie coś nie powtórzyło się u mnie na lekcji, bo wyciągnę z tego konsekwencje.
-Tak, mam tego świadomość. - kiwnęłam zirytowana głową.
-Więc sądzę, że się rozumiemy. Ach, i mam twoją zaginioną pracę... - podeszła do szuflady biurka i wyjęła niewielki stosik spiętych kartek. - Dostałam dwie szóstki... bo napisałaś więcej niż wymagałam u tych nieudaczników... - mruknęła pod nosem.
Uśmiechnęłam się zadowolona.
-Mowa była o jednej ocenie... - zauważyłam.
-Jesteś numerem jeden na mojej lekcji, a napisałaś bezbłędnie, musiałam tak postąpić. Zauważ, że napisałaś dwa razy więcej, tak jak zaleciłam.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się kącikiem ust i wyszłam.
Na korytarzu złapał mnie Chris i Beth, którzy z trudem jak mnie zobaczyli, oderwali się od siebie.
-Już się nie kryjecie? - spytałam z lekkim uśmiechem.
Beth wyrwała mi kartki które trzymałam w ręce i spojrzała na dwie, cudowne szóstki.
-Ulala, mademoiselle! - zaakcentowała.
-Co to? - spojrzał Chris. - Żartujesz sobie!? JA dostałem za to trzy!
Parsknęłam.
-Bo TY robisz wszystko na odwal się, na każdej twojej pracy czy zeszycie jest odcisk kubka od kawy.
-Czego chciała ta ropucha?
-Napomnieć, że sytuacje jakie miały miejsce ostatnio - spojrzałam znacząco na Beth, która oglądała starannie moją pracę. - mają się nie powtórzyć u niej.
Zaśmiał się.
-A to niby jakie?! Aaaaa... - zrozumiał po chwili. - No weź, to nie było nic strasznego.
-Powiedział to całej klasie. - westchnęłam. - W każdym razie, wręczyła mi to - wskazałam na moje dwie oceny. - co rekompensuje wszystko.
-Kujonek. - warknął Chris.
-Nie powiem, kto jest najlepszy z matmy. - mruknęłam pod nosem.
Dopiero w domu gdy zadowolona zjawiłam się w kuchni, gdzie działała mama gadając z klientem przez telefon, pokazałam jej moją pracę. Ona jednak nawet na mnie nie spojrzała, nawet na pracę. Mieszała masę czekoladową, zapewne na tort urodzinowy dla Simona.
-Mamo... - szepnęłam i wskazałam na pracę.
Ojciec zawsze się cieszył z dobrych ocen, jednak mama rzadko. Gdy w końcu oderwała się od telefonu zerknęła na pracę leżącą na blacie.
-Super. - mruknęła, i wróciła do swoich zajęć.
-Super? - spytałam kpiąco.
-... proszę się nie martwić, pańska żona nie ma żadnych asów w rękawie, wygramy to.
Przewróciłam oczami i wrzuciłam pracę do kosza i weszłam do pokoju.
Wieczorem wszedł do mnie tata, poprosił, bym przyszła do jego gabinetu za dziesięć minut. Zawsze był taki oficjalny, nawet w domu nie miał czasu by przyjść do mnie i porozmawiać, musiałam przychodzić do gabinetu gdy tylko mi na to pozwalał. Zawsze go zamykał na klucz i nosił ze sobą.
Gdy zapukałam i usłyszałam słowo ''proszę'' weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi. Tata przeglądał papiery stojąc nad biurkiem, segregował je i dokładnie sprawdzał. Błądziłam wzrokiem po meblach, aż zatrzymałam się na nim.
-Czemu to wyrzuciłaś? - spytał, podając mi pracę którą wrzuciłam do śmietnika.
-Mama ją zignorowała. - wyjaśniłam obojętnie. - Jak zwykle.
-Nie ignoruje cię, była zajęta.
-Nigdy nie patrzy na mnie tak jak od urodzenia patrzy na Simona. - odparłam.
Milczał.
-Co miały znaczyć te bronie? - spytałam w końcu.
Spojrzał na mnie, a potem spuścił wzrok.
-Tłumaczyłem ci, Lucy. To dla klienta.
-Klientowi przetrzymujesz broń? - spytałam zaskoczona. - Nie wiem czy mam się bać, że chowasz zaskakującą ilość broni w domu czy mam sobie swobodnie skakać w skowronkach z tą świadomością... - opadły mi ręce.
Gdy zauważył, jak drżę podszedł do mnie i przytulił.
-Nic ci nie grozi. - zapewnił. - Szczególnie w domu nie masz się czego bać.
-Ale ta broń... - szepnęłam. - Nigdy jej nie przynosiłeś do domu...
-Przynosiłem gdy miałem sprawę która jej dotyczyła. Nigdy jednak nie pokazywałem jej wam, byście się nie martwili ani nie bali. Ty zeszłaś wyjątkowo wcześnie.
Westchnęłam ciężko i zacisnęłam zęby.
Może tata ma rację...
W szkole było znacznie lepiej, nie myślałam na temat broni i taty, co wprawiało mnie w nieprzyjemne dreszcze. Tata wie co robi. No bo przecież nie jest jakimś niebezpiecznym kimś...
Gdy siedziałam przy stoliku z Beth i Chrisem, no i Sean'em, który niedawno się tu przysiadł zostałam wyrwana z przemyśleń przez Mike'a, który zjawił się obok Beth. Chris jedynie piorunował go wzrokiem, musiałam temu zapobiec.
-Coś chciałeś, Mike? - spytałam wyprzedzając nieprzyjemności z ust przyjaciela.
-Ja właśnie... miałem pytanie do Beth...
Chris objął ją ramieniem znacząco, a Mike wyraźnie się speszył.
-Znaczy do Chrisa... do was obojga... - tłumaczył.
-Słuchamy. - warknął Christoph.
-Sorry, że... od pewnego czasu...
-Pewnie, wiemy o co chodzi. - skróciła Beth obojętnie. - Nie ma sprawy. - uśmiechnęła się.
Mike kiwnął parę razy głową i odszedł gdy zawołali go ci z grupy ''spoko'' ludzi. Przewróciłam oczami zniesmaczona i odłożyłam kubek kawy na bok.
-Matko, co za kretyn. - westchnęłam. - Wszystko ok, Chris?
-Ta. - warknął.
Bethany zignorowała zazdrość swojego chłopaka i zajadała hamburgera. Rany, nawet jedząc fast foody wygląda jak bogini.
-Hej, Lucy. - odezwał się Sean.
Spojrzałam na niego chłodno. Z pewnością nie lubiłam nawiązywać nowych znajomości, szczególnie z ludźmi od Chrisa. Wiedziałam, że mają zamiast mózgu penisa.
-Słucham? - warknęłam.
-Chciałabyś ze mną wyskoczyć...
-Nie wiesz, na co się piszesz, przyjacielu. - zaśmiał się Chris. - Ona jest niedostępna.
-No a Ty co, w trójkącie żyjesz?! - oburzył się.
-Nie, tylko... - parsknął. - wiesz, Lucy... ona jest...
-Kujonem? - dokończyłam sprawnie za niego.
-No, o to mi chodziło. - przytaknął bez krępacji Chris.
-Co za przygłupy. - skomentowała z pełną buzią Beth.
-W jakim celu chcesz się ze mną umówić? - spytałam mrużąc oczy.
-No wiesz... tak sobie... ładna jesteś... - plątał się.
Parsknęłam i spoważniałam.
-Heh, super. - mruknęłam.
-Czyli się zgadzasz? - spytał nagle rozpromieniony.
-Umówić się, w twoim przypadku, jak i w wielu innych tutaj zebranych oznacza seks bez zobowiązań, zaliczenie laski, którą masz na swojej żałosnej liście ukończenia szkoły, mój drogi Seanie. - ciągnęłam rozemocjonowana. - I odpada jakiekolwiek randkowanie, szczególnie z kimś tak przyziemnym jak Ty. Popracuj nad wyrywaniem laski, bo słabo ci to idzie... a, i jeszcze jedno.. nie umawiam się z nikim.
Chris i Beth zaczęli gwizdać w moją stronę w geście uznania.
-Kocham twoje spławikowe teksty. - westchnął rozmarzony Chris. - Są takie obojętne. Hey, właśnie!
-Co? - spojrzałam na przyjaciela znudzona.
-Masz bilety na koncert?
Błądziłam wzrokiem po przyjaciołach.
-Ach! - przypomniałam sobie i entuzjazm zaraz zniknął. - Mam. - opadłam na krzesło bawiąc się słomką od soku Beth. - Przyniosę je jutro do szkoły.
-Nie ma mnie jutro w szkole, przynieś je po lekcjach.
-Mam wsiadać specjalnie w autobus i jechać do Seattle? - powtórzyłam obojętnie.
-No, przecież twój tata ma kierowcę, co nie? - przypomniała Beth.
-No, ma. Dobra, będę.
Gdy przyjechałam nazajutrz do Chrisa zaraz po lekcjach, zapukałam. Otworzyła mi siostra Christopha, ma piętnaście lat i należy do tych obojetnych gotyckich dziewczynek.
-Jest Chris? - spytałam zdyszana, bo musiałam przebiec przez ruchliwą ulicę Seattle, przez którą raz na rok można przejść przez cholerny układ świateł i samochodów, no i tego ronda..
-Jest z Beth na górze. - zrobiła balona z gumy.
-Przyjdę później...
-Zaraz zejdzie. - zapewniła.
Spojrzałam na nią i myślałam, czy się zgodzić.
-Zaraz kończy.
Siedziałam z Tris w salonie, ona czytała jakąś książkę o strzelaninie, mordowaniu i wypruwaniu flaków, a ja zaczęłam przysłuchiwać się tykającemu zegarowi w przed pokoju.
-Może... przyjdę niedługo... - zaczęłam, lecz szybko mi przerwała naśladując Beth z górnej części domu.
-O taaak, Chris! Gdzie ty się tego nauczyłeś?!
Uniosłam brwi patrząc na siostrę Chrisa, która już widocznie zaznajomiona z dialogiem Beth uprawiającą seks z Chrisem, po powtarzaniu go spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Dwie minuty i schodzi.
-Czy oni... - zaczęłam niepewnie.
-Ta. - mruknęła z obrzydzeniem.
Złapałam wazon który stał obok, wywaliłam kwiaty i narzygałam do niego.
-Taa, wiem. Ale już przywykłam. - wzruszyła ramionami.
Chris zszedł pięć minut po moim pawiu w wazonie. Beth zapewne była na górze, ale mój przyjaciel bez krępacji przytulił mnie nakładając na siebie koszulkę.
-Co tam Lu? - uśmiechnął się.
-Yhm... masz.. - podałam mu bilety.
-Dzięki. - podał mi jeden. - Masz.
-Ja nie mogę. - odepchnęłam jego dłoń.
-No weź...
-Naprawdę nie mogę. - pokręciłam głową. - W każdym razie nie ma za co.
-Odwiozę cię...
-Kierowca czeka.
-Nie chcesz się przejść do naszej restauracji...?
-Nie, wiesz, jakoś... dziwne, ale nie mam ochoty. - odwróciłam się, wsiadłam do samochodu kierowcy i odjechałam.
No po prosto świetny dzień.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz