Nad ranem gdy wrócił z patrolu wpuściłam go do siebie przez okno. Ze śmiechem przyłożyłam palec do ust, żeby był ciszej. Toby i tak nie pochwalał pomysłu, że znowu 'jesteśmy razem' mimo że zawsze go cenił, nie chciałam nawet sobie wyobrażać jakby zareagował gdyby zobaczył nas tu razem o tej porze.
- Jak było? - szepnęłam zarzucając mu ramiona na szyję.
- Męcząco - wypuścił powietrze z ust - Zaplątał się tu łowca. Nawet nie wiem czy celowo czy z czystego przypadku biedak.
- Zabiliście go? - skrzywiłam lekko.
- Musieliśmy - mruknął - Zapobiegamy napadom na takie ślicznotki jak ty.
Wiedziałam do czego zmierzał. Pijawka. Szczerze? Zupełnie się nią nie czułam. Tak długo to wypierałam, w końcu na siłę zaczęłam jeść ludzkie jedzenie że nie czułam już tak mocno pragnienia jak kiedyś. To znaczy dalej było, ale łatwo mi było nad nim panować. Czasem musiałam zapolować na jakieś zwierzę, by nie stracić zupełnie sił. Od ludzi - nawet i bandytów - absolutnie stroniłam.
- Wiesz trochę tego nie rozumiem.. Wy też polujecie jak oni na wampiry.
- Tak... Ale zabijamy takie, które żywią się ludzką krwią. A oni nie dość, że oni w ogóle na to nie patrzą, to jeszcze zabijają naszych, a nawet dokonują zbrodni na aniołach - najczęściej upadłych ale mimo wszystko aniołach - animakach i tej całej reszcie. Dla mnie mogli by zostać tylko przy demonach.
Wzdrygnęłam się lekko. Alberto uśmiechnął się czule i objął mnie mocniej.
- Przecież wiesz, że przy mnie nigdy nie stanie ci się krzywda - wymruczał.
Reakcji ciała doczekałam się natychmiast. Przeszły mnie przyjemne dreszcze a na rękach pojawiła mi się gęsia skórka, którą od razu zobaczył.
Uśmiechnął się łobuziersko.
- Czy ty nigdy nie masz dość?
Przełknęłam ślinę i pocałowałam go delikatnie w usta. W mgnieniu oka pchnął mnie na łóżku. Z trudem wyplątałam się z jego objęć.
- Albi nie teraz. Obudzimy dziadka i mamę - szepnęłam.
- Jakoś wcześniej nam się udawało - wymamrotał całując mnie po szyi.
- Alberto - przerwałam mu stanowczo - Jesteś zmęczony. Idź spać. Obiecuje, że wieczorem... - spłonęłam rumieńcem.
Zaśmiał się lekko i zrezygnowany pocałował mnie w policzek.
- Niech ci będzie.
Podłożył sobie moją bluzę pod głowę i momentalnie zasnął. Była dopiero 7 więc postanowiłam, że trochę jeszcze dośpię. Wtuliłam się w jego bok i powoli zasnęłam.
Obudziły mnie nagłe mdłości. Wstałam, ale zachwiałam się lekko bo zakręciło mi się w głowie. Zdezorientowana nie miałam jednak czasu się namyślać co się stało, tylko od razu pobiegłam do łazienki.
Gdy wymiotowałam w drzwiach pojawiła się mama.
- Skarbie wszystko w porządku? - spytała zmartwiona.
- J-jasne - odparłam drżącym głosem płucząc usta wodą - Chyba się czymś zatrułam.
- Wiesz - zerknęła na mnie z obawą - Chciałabym później o czymś porozmawiać.
- W porządku. Mam jechać dziś z Albim do miasta, więc jak wrócę możemy pogadać.
Uśmiechnęła się lekko i podeszła do apteczki. Wyjęła jakiś lek.
- Zażyj to. Pomoże ci.
Posłusznie połknęłam tabletkę, nawet nie popijając wodą i wróciłam do swojego pokoju.
Usiadłam naprzeciw śpiącego czesząc włosy. Przyglądałam mu się z czułością jednocześnie zastanawiając się co mogło wywołać te mdłości. Może ta wczorajsza zapiekanka?
Nagle Albi otworzył nieprzytomnie oczy.

- Gdzie jestem? - wymamrotał.
- W niebie - parsknęłam śmiechem.
Później pojechaliśmy do Seattle. Chodził za mną po galerii z miną nieszczęśnika.
- Może wezmę jeszcze tą... - mruknęłam - Jak myślisz czarna czy biała?
- We wszystkim ci ładnie - odparł dyplomatycznie wnosząc wzrok do nieba.
Roześmiałam się i pocałowałam go w policzek.
- Już wychodzimy. Może wezmę tą czarną...
Potem poszliśmy coś zjeść. Ja podziękowałam. Po wczorajszym miałam dość zapiekanek i wszelkich fast -foodów.
- Chciałabyś zjeść coś w restauracji? - zapytał zmartwiony.
- Nie nie. Nie mam naprawdę na nic ochotę. Chyba się czymś wczoraj zatrułam...
Przyjrzał mi się z niepokojem i pocałował mnie w czoło.
- W porządku. Chcę ci coś jeszcze pokazać.
Po drodze wygłupiałam się jeszcze niosąc plastikowy kieliszek, który 'zapożyczyłam' z tej budki z jedzeniem. Alberto uparł się, że musi zacząć 'uwieczniać chwilę' i robił mi ciągle zdjęcia.

- Ale ty jesteś śliczna - mruknął przeglądając zdjęcia.
Nie skomentowałam tego w żaden sposób. No bo ileż można powtarzać, że NIE JESTEM?
Prowadził mnie przez parę przecznic, aż w końcu otwarł mi drzwi do jakiegoś zapadłego budynku.
- Będziemy się bawić w chowanego? - spytałam z powątpiewaniem - Albo może to jakiś dom strachu co? - zmrużyłam oczy - Albo.. chcesz mnie zgwałcić?
Parsknął śmiechem i pchnął mnie do środka. Natrafiłam od razu na jakieś schody, po których automatycznie zaczęłam się wspinać
- Idź i nie gadaj tyle. Po za tym gwałt jest gdy jedna ze stron jest zmuszana i nie chce uczestniczyć w stosunku seksualnym. Ciebie to raczej nie dotyczy...
Uderzyłam go żartobliwie w ramię, ale posłusznie wspięłam się do góry. Schodów było dość dużo, ale gdy znalazłam się na górze oczarowana powoli podeszłam do skraju dachu.
Wpatrywałam się w Seattle późnym popołudniem. Było piękne. Poczułam za sobą Albiego, więc odwróciłam się rozmarzona.

- Podoba ci się? - szepnął i stanął za mną.
- Nawet nie wiesz jak - mruknęłam.
- Kocham cię Sarah.
Wzruszenie ścisnęło mi gardło.
- Ja ciebie też - ledwo z siebie wykrztusiłam ledwo powstrzymując łzy.
Kiedy ja się zrobiłam taka uczuciowa?
Gdy odwiózł mnie pod dom, wysiadłam cała w skowronkach. Powiedział, że ma coś do załatwienia i wpadnie późnym wieczorem. Na pożegnanie posłał mi ten jeden z moich ulubionych uśmiechów...
- Dobrze że już jesteś - przerwała moje rozmarzenie mama siedząc na fotelu bujanym na werandzie.
- Miałaś jakieś wieści od Dominica? - spytałam.
To już w końcu były dwa tygodnie od jego wyjazdu.
- Nic... - zmartwiona wbiła wzrok w ręce - Ale uprzedzał mnie, że tak może być... Mam nadzieję, że u nich wszystko dobrze, ale... Nie o tym chciałam z tobą porozmawiać.
Zaciekawiona oparłam się o balustradę.
- A gdzie Sophie? - wyrwało mi się jeszcze.
- No właśnie... W lesie z tym chłopcem. Poprosiłam go, żeby przyprowadziła go do nas w końcu.
- I o tym chciałaś pogadać?
- Nie - zniecierpliwiła się - Chodzi mi... Bezpośrednio o Sophie.
- Stało się coś? - spytałam zaniepokojona.
- Ehh nie wiem jak mam zacząć - mruknęła zakłopotana.
- Mamuś mów prosto z mostu - poradziłam jej.
- Yhm... No bo.. Chodzi o to że... - westchnęła - Sophie nie jest waszą rodzoną siostrą - wypaliła.
Zatkało mnie przez moment.
- Jak to... Nie rodzoną? - wyszeptałam.
Mama nie podnosiła wzroku, nerwowo gładząc materiał swojego swetra.
- Mała ma.. Innego ojca - przełknęła ślinę.
Milczałam przez dłuższa chwilę.
- Nasz ojciec o tym wie? - spytałam bezbarwnym głosem.
- Wie. Zawsze wiedział. Odkąd zaszłam z nią w ciąże - wyszeptała.
- To dlatego jest dla niej taki oziębły... - nagle wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować.
- Yhm... tak - westchnęła - Zgodził się pomagać mi w opiece nad nią, tylko dlatego, że Sophie jest... dzieckiem z gwałtu - wyznała z ogromnym bólem.
- Mamo co ty mówisz? - spytałam zaszokowana.
- Pewnego wieczoru szłam pieszo na autobus, bo zepsuł mi się samochód. Wtedy zobaczyłam naprawdę przystojnego mężczyznę. Obserwował mnie z pod latarni. Patrzył tylko na mnie z jakimś dziwnym błyskiem w oku. Odruchowo przyspieszyłam... Ale nie miałam żadnych szans. Zagrodził mi drogę i zaciągnął do uliczki.
Mama przerwała patrząc się pustym wzrokiem w przestrzeń. Jej oczy pociemniały. Wyglądała zupełnie inaczej... groźniej. Zadrżałam lekko.
- Po wszystkim powiedział, że służy dla wyższej sprawy, a dziecko które się urodzi będzie wyjątkowe - wyszeptała -Wkrótce doszłam do tego, że był upadłem aniołem.
- Więc Sophie jest... - nie potrafiłam tego dokończyć.
- W połowie aniołem. Zgadza się - zakończyła.
Zaszokowana nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Ale to niemożliwe! Przecież w jej krwi jest też domieszka wilkołaka.
- To też się zgadza - mruknęła mama - U ciebie jest tak samo. Nie zauważyłaś tego nigdy? Nie jesteś 100 % wampirem. Hybrydą też nie. Jesteś swego rodzaju dziwnym mieszańcem, ale finalnie bardziej przypominasz człowieka niż wampira lub wilkołaka.
Przełknęłam ślinę. To by wszystko tłumaczyło...
- Czy Sophie wie? - spytałam.
- Nie - mruknęła - Ale zaczyna się czegoś domyślać. Jej moce jak powiedział jej ojciec w wieku dojrzewania dadzą o sobie znać, a skumulują się za parę lat. Nie wiem czy on kiedyś po nią nie przyjdzie - wyszeptała - Nie wiem nic. Ale czuje że powinnam ją chronić. Dlatego chce sprawdzić tego chłopca...Pojawił się znikąd i spotykają się w lesie? Coś mi w tym wszystkim nie pasuje.
Pokiwałam głową.
- M-masz rację - wymamrotałam wciąż nie mogąc dojść do siebie po tych wszystkich rewelacjach.
Szybko położyłam się do łóżka. Znów dopadły mnie mdłości, ale głowę miałam zajętą przeróżnymi myślami. Z niecierpliwością czekałam na Albiego,by wszystko mu opowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz