czwartek, 18 sierpnia 2016

Od Sarah

   Obudziłam się wcześnie, zbierając do pracy. Zanim zacznie się rok studiów wolałam nieco zapracować na wszystkie potrzebne rzeczy. Zebrałam się i znalazłam pracę w naszej mieścinie, w wyrobie czekoladek. Płacono mi nie za wiele, ale pani Louisa była przemiła... dzięki ci dziadku!
  Gdy wyszłam z domu, trzaskając drzwiami do samochodu mamy krzyczałam pospiesznie spod domu, by szybciej piła kawę.
-Mamoooo! - ponagliłam ją.
-Louisa nie będzie zła, słonko. - powiedziała czule i wyszła z domu.
  Poczułam na sobie czyjś wzrok gdy zapinałam niezdarnie rozporek swoich jasnych, jeansowych spodni. Alberto.
  Siedział na tarasie z tym swoim nowym, bezpańskim psem. Pasowali do siebie, kundelek był puchaty, niezadbany, że tak powiem - nieogolony... Patrzeliśmy sobie w oczy przez krótką chwilę.













-Ile zapinasz rozporek?! - mruknęła mama.
  Otrząsnęłam się gdy zobaczyłam, jak się śmieje ze mnie ten ŚMIESZEK na tarasie. Ja mu dam...
  Wsiadłam i pojechałam z mamą jak najszybciej do wyrobów Lou, nie była zła za spóźnienie kilku minutowe, jednak był spory ruch. Robiła pyszne czekoladki, szybko nauczyła mnie robić masę na ciasta, czekoladki i dała mi formę na nie. Szybko zaczęłam pracować w kuchni, a Louisa w wolnych chwilach przychodziła i kontrolowała jak sobie radzę i skromnie mogę stwierdzić, że świetnie!
  Lou poszła zapalić, mimo emerytalnego wieku kopciła jak smok. Wtedy usłyszałam dzwonek, który sygnalizował wejście klienta. Gdy zerknęłam szybko do kasy nikogo nie widziałam, przesłyszało mi się...
  Nagle poczułam czyjś wzrok na sobie. Znów mi się coś wydaje...
-Sarah... psst...! - usłyszałam szept.
  Odwróciłam się i zobaczyłam go...
















-Co ty robisz? - spytałam zdziwiona wracając do mieszania masy czekoladowej.
  Roześmiał się i stanął obok mnie obserwując co robię. Musiał czuć zapach, nawet mnie było trudno się opanować przed jej spróbowaniem.
-Bawię się w ninje. - parsknął. - Louisa McPhee mnie nie lubi... gdyby widziała, że wchodzę do jej kuchni...
-Czemu cię lubi? - spytałam zatracona w pracy.
-Jak byłem małolatem podkradałem jej stąd masę czekolad i dostałem zakaz od glin. - zaśmiał się.
-Lepiej stąd znikaj, co chwilę tu kontroluje jak sobie radzę...
-A umówisz się ze mną? - spytał nadal mnie obserwując.
-Nie. - odmówiłam stanowczo.
-Pracuję, jestem zajęta.
  Milczał, oczekując nadal innej odpowiedzi. Nagle wsadził palucha do garnka z masą czekoladową i posmakował.
-Pycha. - znów patrzył na kociołek.
-Wynocha! - warknęłam i wróciłam do mieszania.
  Nie ruszył się, nadal obserwował.















-Przyjdę po pracy. Kiedy kończysz? - spytał ignorując to, że pracuję.
-Spadaj. - warknęłam.
-Hmm... to będę sterczał pod sklepem jak słup soli i się nie ruszę. - uśmiechnął się.
-Czy ty masz czasem warty? - spytałam zirytowana.
-Nocne. - błysnął zębami. - To jak?
-A wyjdziesz stąd? - usłyszałam jak Louisa się zbliża do kuchni. - Szybko!
-A po pracy...
-TAK, O 16! WYJDŹ! - szepnęłam, a on z uśmiechem wyparował tylnym wyjściem.

  Gdy zrobiłam czekoladki i je sprzedałam dostałam prezent od Louisy dla rodziny w postaci czekoladek. Robiła znane przysmaki na wzór Lindora i były cudownie przepyszne...
  Włożyłam je do torby i przy wejściu natknęłam się na Alberto.
-Chodź. - uśmiechnął się i ruszyliśmy.
  Ja niechętnie, ale to on nawiązywał do rozmowy.
-Kto to ci z wczoraj?
-Łowcy.
-Yhm... - mruknął.
-Zmienimy temat? Kim w końcu jesteś z zawodu?
-Nikim. - zaśmiał się.
-Poważnie?
-Matt oblega nas wartami, ja robię to tylko w nocy. W dzień mam czas wolny, dorabiam jako mechanik.
-A co z marzeniami o weterynarzu?
-Matka tego chciała od zawsze. Nie wiem czemu. Ale jest na mnie zła gdy przerwałem studia...
-Nie chwaliłeś się.
-Nie ma czym...
-Właśnie... słyszałeś o tym kolesiu który chciał zgwałcić dziewczynę w Clearwater? - spytałam, gdy mijaliśmy rzekomą uliczkę zajścia.
  Zaczął się dziwnie zachowywać.
-Yhm... no, ta... i co?
-Ten który go nieźle pobił został na dwa dni w pierdlu... bezsensu... słyszałeś o tym? Ciekawe co z nim...
  Milczał, westchnął tylko.
















-Co jest? - spytałam zaskoczona reakcją.
-Nic, nic, trochę dziwna sytuacja...
  Dostał nagle telefon od Matta. Zdenerwowany rozłączył się i pognał do auta. Pociągnął mnie za rękę.
-Co jest?
-Cody dostał po mordzie.
  Gdy dojechaliśmy na miejsce był tylko Cody i jakiś jego kumpel. Odesłaliśmy go, wsadziliśmy młodego do auta. Zły Alberto prowadził jak szalony, chciał wiedzieć co zaszło.
-Chodzi o Kayle? - spytałam z nieukrywanym uśmiechem.
-Ta... - wykrztusił z bólu.
-Jaka Kayle? - spytał zdezorientowany Albi. - Laska cię sprała?!
-Nie! Jej koleś... powiedziałem jej tylko... że jest zajebista i gdy leci ta nuta Beatlesów 'She loves you' przypomina mi się jej... a zresztą... no kurwa, zjarałem się i ją komplementowałem jak Shakespare!
  Roześmiałam się z Alberto, jednak przestaliśmy, gdy Cody zaczął zwijać się z bólu.











-Nie radziłam ci robić tego przy tym jej fagasie! - zaśmiałam się.
-Ale jak zobaczyłem na imprezie jak ona... jak oni razem w kiblu... biorą jakieś prochy, ona to wciąga... Uzależnił ją...
-Och, Cody... - pogłaskałam go po włosach.
-Auć, tu też dostałem... - parsknął poprzez ból.
-Sorki...

  Gdy odstawiliśmy go do domu jego matka wpadła w szał i szok, obwiniła mnie i Albiego jednak miałam nadzieję, że młody wszystko wyjaśni...
  Alberto odprowadził mnie pod dom.
-Miałeś mnie poduczyć... - uśmiechnęłam się.
-Mogę wpaść... - błysnął zębami.
-Wystarczy, że się wepchnąłeś mi do pracy! - westchnęłam.
  Uśmiechnął się.














   Rano siostra i rodzina zajadała czekoladę Louisy. Szybko zebrałam koc i wyszłam z domu komunikując, że korzystając z wolnego idę skoczyć z ekipą na plażę. Była piąta, słońce jeszcze powolutku wschodziło, wyło pięknie. Matt zszedł ostatni raz z warunkowego spędzania czasu z Donatem po jego powrocie i wszyscy wracają na warty bez zmian. No oczywiście, nacisnął również na Dominica, którego nie ma, Bellę rozumiał więc odpuścił jej...
  Siedziałam na kocu z ekipą, pijąc piwo. Flynn wygłupiał się z Verą i chłopakami nawzajem a Donato gadał zacielke z Hugiem o wczorajszej akcji z Codym, którego już dziś z nami nie było...
-... gździcie się gdzieś na boku, korzystasz z tego, że nie ma jej brata czy jak? - parsknął Hugo.
-Ej, ja tu jestem! - zaśmiałam się.
-To tylko przyjaźń. - zaznaczył Alberto.
-Jasne, oni - wskazał na pary obok nas. - też się przyjaźnią. To kwestia czasu aż zaczniecie ze sobą po kryjomu sypiać.
-Pieprzysz, już to robią. - mruknął Flynn odrywając się od Very.
-Ach tak?! - spytałam uśmiechnięta.
-Tak! Właśnie tak jest!
  Spojrzałam w stronę słońca odpuszczając dyskusję.










-Kiedy przyjeżdża Dominic? - spytał Carl.
-Nie wiem. - odparłam obojętnie.
-Alberto, coś mi mówi, że masz mało czasu... wiesz! - mrugnął do niego.
-Ale z was kretyni. - westchnęła Vera.
-Popieram! Popieram! - zaśmiałam się i przybiłam z nią piątkę.

  Dopiero gdy wróciliśmy do domu wraz z Albim późnym wieczorem zaczęło dziać się coś, co nie powinno mieć miejsca...
  Byłam u niego w domu, mieliśmy się tylko pouczyć... Natomiast rzucił się na mnie, przywarł do drzwi trzaskając nimi głośno. Całował mnie, jego dłonie powoli błądziły po moim ciele... czułam jego rozgrzane mięśnie przylegające do mojego lodowatego ciała.
-Nie mogę wytrzymać... - szepnął mi do ucha całując szyję.
-Alberto... przyjaźnimy się...
-Może...
  Zdjął mi koszulkę, na początku stawiałam opór, jednak... potem... nie mogłam... nie dałam rady mu się oprzeć. Słyszałam jak ktoś do mnie dzwoni, jednak ignorowałam to...

  Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam z początku co sie dzieje.. jednak... potem..
  Jedynie słyszałam szept Alberta.
-Co ja zrobiłem...














  Potem zadzwonił ktoś do niego, wstałam by podsłuchać gdy wyszedł do łazienki.
-... to nie miało być tak... słuchaj, wiem,że to siostra mojego kumpla, ale on nawet się nią nie interesuje... cholera... Nie! Ty narzuciłeś, żeby ją uwieźć i dopierdolić jej ojcu! A skąd miałem wiedzieć?! Nie wiem jak ich ojczulek wygląda! Dobra... nie, właśnie nie mogę jej tego powiedzieć... ta, zabawne... słuchaj, ja ją... ona nie zasłużyła na to...
  Zebrałam swoje rzeczy i wyszłam przez okno gdy się ubrałam unikając z nim rozmowy. Uciekłam w stronę kolesia, z którym rozmawiał ten śmieć. Byłam w samochodzie mamy, czekałam aż Carl wyjdzie z domu, a potem sama go dopadnę. Gdy zobaczyłam Alberto, który prawie mnie zauważył schowałam się.
-Ożeż kurwa!













 
  Gdy Alberto zniknął z pola widzenia, wkroczyłam do akcji atakując Carla. Jednak to był błędny zidentyfikowany głos, miał podobny do Flynna... więc odesłał mnie do niego, napadłam na niego przy Verze cała zapłakana.
-Wykorzystał mnie, wiedziałeś o tym! Jeszcze mu zarzuciłeś ten pomysł! O co chodzi?!
-Ja nie wiem... - jąkał się.
-O co chodzi, Flynn? - warknęła Vera stając obok mnie.
-No... no bo... ech! Bo to Alberto zatrzymał tego typa co chciał zgwałcić tą laskę w uliczce... zmasakrował go a jakiś znajomy tego gwałciciela nie wiem... okazał się ojcem Sarah i Dominica... no i... narzuciłem mu w sumie... żeby się zemścił na córeczce jego skoro mają taki dobry kontakt, nie dostanie się Albiemu bo Dominic nie dba o siostrunię... więc...
  Nie wytrzymałam.
-Dupek! - krzyknęłam. - Jesteś zwykłym szmaciarzem, nienawidzę was! - wypłakałam.
  Odeszłam, za sobą usłyszałam krytykę Very.
-Pierdol się! - warknęła do niego.











  Dopiero po chwili doszła do mnie Vera, stanęła obok mnie, a ja kucałam na piachu nie mogąc się uspokoić.
-Przykro mi... ja... nie wiedziałam...
  Ciężko oddychałam, chciałam, by to było fikcją. Naprawdę Alberto... wydawał się... miły...
-On taki jest... -kontynuowała.
  Nie prawda.
-Nie wierzę w to... wyko... wykorzystał mnie... jak... jak... Simon... - westchnęłam płacząc dalej.











   Vera objęła mnie ramieniem. Dopiero po godzinie uspokoiła mnie i wróciłam z nią do domu, gdzie Matt przekazal informację, że Alberto zniknął.
-Tchórz. - warknęła Vera, jednak nikt nie wiedział co się stało.
  Zamknęłam się w pokoju, dopiero mama gdy się dobiła położyła się ze mną zamykając drzwi. Wtuliłam się w nią i płakałam w ramię... poczułam tę traumę co kiedyś czułam... gdy Simon wystawił mnie w pole i zmienił na siłę w dziwkę i tam mnie trzymał... zaczęłam ciężko oddychać, mama nie opuszczała mnie. Milczała, nie pytała, tylko chciała ze mną być. To dla mnie wiele znaczyło. Jednak wiedziałam, że niedługo musi iść bo znalazła pracę i musiała... gdy tak się stało zamknęłam drzwi na klucz,wiedziałam, że niedługo wraca brat i nie chcę by wiedział co sie stało, tylko potwierdzi się to co mówił o mnie, ze jestem zwykłą...
   Dziwką...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz