- Możemy walczyć! - krzyknął z zapałem Donato.
Westchnąłem.
- Ich jest więcej... O wiele więcej.
- Damy radę - pokiwał głową pewnie Matt.
- Tak tak, damy radę z wyszkolonymi wojownikami posiadającymi różne ukryte talenty, a na dodatek posiadającymi parokrotną przewagę nad nami.
Zapadła cisza.
- To co chcesz zrobić? - szepnął Cody.
- Innej opcji nie widzę. Chcę chronić was, swoją rodzinę i Bellę. Musimy do nich dołączyć.
- Oszalałeś?! - krzyknął Flynn - Pójdziecie tam i co?! Zginiecie! Ta organizacja miała podobno dobrowolnie zbierać członków, a nie grozić im i zmuszać do dołączenia na siłę!
Westchnąłem.
- Zrozumcie ich sytuację... Łowcy w końcu się tu pojawią. Jeśli czegoś nie zrobimy... Zabiją nas wszystkich.
Paru z moich kompanów prychnęło. Spojrzałem po kolei każdemu z nich w oczy.
- Do tej pory łowcy nawiedzali nas samotnie, lub w małych grupkach. Cody, pamiętasz co z tobą było po ostatnim starciu? - zwróciłem się do młodego. Zasępił się - No właśnie. A pomyśl o ich setkach... armii wyszkolonej by siać śmierć.
Cody lekko się wzdrygnął. Znowu zrobiło się cicho.
- Dominic ma rację - mruknął Matt - Muszą do nich dołączyć.
- Zaopiekujemy się waszą rodziną - odezwał się znienacka Alberto.
Obrzuciłem go ponurym spojrzeniem. Flynn i Carl parsknęli śmiechem pod nosem. Jak zmierzyłem ich wzrokiem, szybko się uciszyli.
- A więc zostało nam 3 dni... - wyszeptałem.
Te ostatnie dni spędziłem na przygotowaniach do wyjazdu i należytym pożegnaniu się z rodziną. Nie wiedziałem czy kiedykolwiek ich znów zobaczę, dlatego każda chwila była na wagę złota.
- Sarah, musisz się w końcu wziąć w garść - warknąłem dzień przed wyjazdem - Jak mam was tu zostawić z świadomością, że jesteś w takim stanie?!
- To nie zostawiaj... - wyszeptała - Proszę. To wszystko przeze mnie. Ja nie wiedziałam... Gdybym tu nie dotarła, nie byłoby tego wszystkiego..
- Nawet tak nie mów - odparłem zły - I tak by w końcu przyszli po Julię... Bellę, a ja postąpiłbym tak samo. Proszę cię zaopiekuj się mamą i dziadkiem... Miej oko na Sophie. I na tego chłopaka co się obok niej kręci -burknąłem.
Sarah uśmiechnęła się blado.
- Jest taka młoda, a ty już musisz odganiać od niej chłopaków.
Przewróciłem oczami. W drzwiach stanęła zaspana Bella.
- Obudziłem cię? - spytałem zmartwiony.
- Nie nie... - ziewnęła - Pójdę wziąć prysznic. Później mam... Ostatnią wartę - zadrżał jej lekko głos i zanim zdążyła się rozkleić weszła szybko do łazienki.
Ścisnąłem sobie nasadę nosa. Musiałem być silny za nas dwoje.
Pożegnanie było dziwne. Mama nie mówiła zbyt wiele, żeby się nie rozpłakać. Dziadek prawie w ogóle się nie odzywał. Chłopacy podchodzili do nas z dziwnymi minami. Gdy każdy ściskał Bellę jak najmocniej potrafił, padło parę groźnych spojrzeń z mojej strony i zabawnych żartów z ich. Chcieli nas eskortować pod miejsce spotkania z tym typem, ale uznałem że to zbyteczne.
- Miej na niego oko.. Niech nie wpakuje się w jakieś problemy - usłyszałem szept mamy gdy przytulała Bellę.
Sophie ryczała cały czas. To właśnie przy niej prawie sam się rozkleiłem.
- Bądź dzielna Sophie. Liczę na ciebie - przykucnąłem i pocałowałem ją w czoło.
- Będę za tobą tęsknić Dominic - wychlipała - Będziesz dzwonić?
- Jeśli będę mógł... - uśmiechnąłem się smutno.
Flynn miał minę jakby miał się zaraz rozpłakać.
- Weź się w garść stary - poklepałem go po plecach - Nie wyjeżdżam na zawsze.
- Powodzenia tam - mruknął Hugo. Skinąłem bez słowa głową. To samo zrobiłem przy Alberto, ale jemu rzuciłem groźniejsze spojrzenie.
Będzie mi brakować tych wszystkich głupków.
Z Sarah pożegnaliśmy się wcześniej w domu. Wiedziała, że będzie Alberto więc wolała nie wychodzić.
Po 20 minutach ruszyliśmy w stronę lasu, czując na sobie spojrzenia tych wszystkich bliskich nam ludzi. Bella nie wytrzymała i rozpłakała się. Przygarnąłem ją do siebie wolnym ramieniem. Na plecach niosłem dosyć spory plecak, a w lewej ręce trzymałem jej sportową torbę.
- Cii wszystko będzie dobrze. Wrócimy tu - obiecałem jej.
- Nie przewiduję innej możliwości - odparła przez łzy uśmiechając się lekko.
- Bella... Cokolwiek się stanie... Chcę żebyś wiedziała, że... Naprawdę mi na tobie zależy - wyszeptałem.
Bells przylgnęła do mnie mocniej w odpowiedzi. Pogłaskałem ją po włosach. Musieliśmy ruszać.
Mężczyzna czekał w umówionym miejscu. Widząc nas, nie ukrył zadowolenia.
-Widzę, że zdecydowaliście się jednak z nami współpracować - uśmiechnął się kpiąco - Więc w drogę - polecił i ruszył pędem przed siebie. Zrobiliśmy to samo. Jako ludzie biegaliśmy wolniej niż w postaci wilka, ale byliśmy prawie na równi z nim.
Zatrzymaliśmy się na drodze. Musieliśmy poczekać chwilę na Bellę, która jednak szybko do nas dołączyła. Przed nami stało czarne porshe. Przyjrzałem mu się z uznaniem, jednak nie powiedziałem nic. Przy samochodzie stał jeden uzbrojony człowiek, otwierając nam drzwi. W środku siedział już kierowca. Ten stojący pachniał jak ten który nas tu przyprowadził. Ten siedzący... Pachniał też jakoś zwierzęco. Wziąłbym go też za wilkołaka, ale ten zapach...
- Jeszcze wam się nie przedstawiłem - uśmiechnął się dziwnie 'przyprowadzający' - Jestem Alan. To jest Patrick - 'stojący' skinął głową - A tam Victor - 'zwięrzęcy' zerknął na nas. Mogłem przysiąc że mrugnął. Nawet z twarzy miał coś... kociego?
Patrick zapakował do bagażnika nasze bagaże. Czułem się nieswojo. Lubiłem sprawować kontrolę, a nie słuchać rozkazów wydawanych przez obcych ludzi.
- No więc Dominicu - zaczął Alan siedząc obok nas na tylnym siedzeniu - Dowódca zgodził się na to, byś został jednym z naszych trenerów. Najpierw przejdziesz jednak osobne szkolenie, a dopiero później po dokładniejszym rozpracowaniu twoich umiejętności, dostaniesz swoją grupę - lub osobę - zależy od twoich predyspozycji.
Skinąłem bez słowa głową.
- Co do pani Julii... Będzie miała pani czas by się na początek zaaklimatyzować. Potem przejdzie pani serię szczegółowych badań.
- Badań? - wyszeptała wystraszona.
- Niegroźnych, proszę się nie bać. Musimy dostosować pod panią ćwiczenia. Sprawnościowe - i mentalne. Ta procedura obejmuje każdego nowego członka.
- Czy istnieje szansa, że będę mogła współpracować z Dominicem? - spytała niepewnie.
- Właśnie. Chciałbym omówić z wami tą kwestię - przyjrzał nam się badawczo - Nie wnikamy w to jakie wiążą was relacje... - Bella zarumieniła się lekko, co nie uszło uwagi Alanowi - Jednak w naszym ośrodku nie tolerujemy żadnych romansów. Przyjaźnie też nie są mile widziane. To walka o przetrwanie moi drodzy nie miejsce spotkań towarzyskich.
- To znaczy że nie będziemy mogli się widywać? - zamarłem.
- Czasem będziecie mogli... Jednak szczerze powiedziawszy wolałbym tego uniknąć.
Widząc jak zmieniał mi się wyraz twarzy, Alan dodał opanowany - Możemy do tego wrócić po przyjeździe.
- Tak, tak oczywiście - pokiwała szybko głową Bella nie spuszczając mnie z oczu - Chciałabym wiedzieć... jakie jest zakwaterowanie.
Alan rozluźnił się lekko. Nie wydawał się zły, jednak typ od razu mi podpadł.
- To zależy do jakiej trafi pani sekcji.
- Sekcji?
- To okaże się po przybyciu. U nas nie dzielimy na rasy... Tylko na zakres działań i obowiązków. Sekcje zaczynają się od baraków, w których mieszkają zwykli żołnierze,, a kończą się na apartamentach dla tych najbardziej uzdolnionych. Jak mówiłem wszystko okaże się po przyjeździe, jednak Dominic możesz być pewny, że jako jeden z trenerów dostaniesz własny lokal.
Skinąłem bez słowa głową. Dla mnie to było bez znaczenia. Mogłem spać nawet w tych całych barakach... byle Bella była bezpieczna.
Alan oznajmił, że reszty dowiemy się na miejscu i zapadła cisza.
Niepokoiłem się jak to wszystko się ułoży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz