- Kłopoty? - zagadnąłem rozbawiony.
- Nie twój interes - warknęła.
Podałem jej piwo, które wcześniej zgarnąłem ze stołu.
- Mówiłam ci, że nie pije - zaprotestowała rozdrażniona.
- Może jednak? Nie ma nic lepszego na zmartwienia niż dobre piwo.
- Alkohol nie rozwiązuje problemów - mruknęła.
- Mleko też nie - parsknąłem śmiechem stosując oklepany tekst z neta.
Rozchmurzyła się lekko, ale nadal była zła.
- Znam ten ból. Serio. Nie ma nic gorszego niż kontrolujący rodzice - udałem powagę.
- Ciebie też kontrolują? - spytała lekko podniesiona na duchu.
- Nie mają jak... Bo nie żyją - parsknąłem śmiechem.
Popatrzyła na mnie jak na debila.
- Z tobą serio jest coś nie tak - mruknęła.
- Za to mnie lubisz - uśmiechnąłem się szerzej.
- Skąd ta pewność? - zmrużyła oczy.
- Instynkt - odparłem pewny siebie.
- No cóż... Tym razem cię zawiódł - uśmiechnęła się złośliwie.
Parsknąłem śmiechem. Postanowiłem wrócić na poprzedni temat.
- Ojciec też cię tak kontroluje? - spytałem swobodnie.
- Niee.. Bardziej m a t k a - wycedziła - On miewa różne humory, ale da się z nim pogadać. Chociaż... Ostatnio jest jakiś dziwny.
- Dziwny? - podchwyciłem.
- Pojawią się jacyś obcy ludzie - ciągnęła zamyślona - Prowadzi dziwne rozmowy przez telefon.
- Na przykład? - czułem, że coraz bardziej przeciągam strunę.
- A co ty mnie tak wypytujesz? - przyjrzała mi się podejrzliwie.
Collins niestety nie była głupia i musiałem się bardziej postarać.
Zrobiłem zmartwioną minę.
- Wiesz, chciałbym ci jakoś pomóc...
Przypatrywała się mi przez dłuższą chwilę. Chyba połknęła haczyk.
- Wiesz... - zaczęła niepewnie - Ostatnio widziałam u niego...
I nagle usłyszałem pijacki głos mojego ukochanego przyjaciela.
- Aim g-gdzie ty się podziewasz? - stanął za nami z jakąś laską uwieszoną u jego boku - Ta Evelyn czy jak jej tam wszędzie cie szuka.
Zamarłem.
- Evelyn? Ta brunetka? - upewniłem się.
- Tak właśnie ta - mruknął Jass - D o m a g a się ciebie. To może być niezła noc stary - uśmiechnął się Jass.
Miałem ochotę strzelić go w ten pusty łeb. Lucy udawała, że nie słucha i patrzyła w ziemie, ale widziałem jak jej mina stężała gdy usłyszała ostatnie zdanie. Jass odwrócił się i odszedł z dziewczyną mamrocząc jeszcze, żebym nie przegapił okazji. To było jak gwóźdź do trumny.
- No idź Aim - powiedziała ironicznie Collins - Czyli to jednak twoje prawdziwe imię?
- Nie - odparłem - To taka ksywa - mruknąłem.
- Pierwszy raz widzę żeby zaciesz zszedł ci z gęby - udawała szok - No no Aim...
Zacisnąłem szczęki i wstałem. Wiedziałem, że dłużej nic tu po mnie. Ruszyłem w kierunku drzwi wejściowych.
- Tylko w y c e l u j sobie dobrze Aim! - usłyszałem jeszcze za sobą.
Evelyn już czekała na kanapie. Zrezygnowany wziąłem sobie kolejne piwo i usiadłem obok niej.
- Witam - szepnęła mi do ucha - Szkoda, że zniknąłeś tak bez słowa..
- Byłem ostatnio dosyć zapracowany - mruknąłem.
- Ah tak - żachnęła się i oparła na mnie.
W tej samej chwili weszła do środka Collins. Nie patrząc na mnie zaczęła niespodziewanie rozmawiać z jakimś chłopakiem pod ścianą.
Ignorując mówiącą coś do mnie Evelyn, obserwowałem każdy ruch Lucy pijąc piwo.

- Może pójdziemy na górę? - zasugerowała w końcu.
- Wybacz Evelyn, ale nie mam dziś ochoty - mruknąłem i ruszyłem przed siebie, mijając zaczepiające mnie laski. Wyszedłem z domu. Musiałem trochę ochłonąć i pomyśleć co dalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz