wtorek, 9 sierpnia 2016

Od Kath

  Zatrzymałam się na parę dni niedaleko domu Dominica, wynajęłam domek letniskowy na uboczu i starałam się żyć normalnie i ignorować podejrzliwość wilkołaków, było to zbyt trudne... Poszłam się przejść, w lesie panowała cudowna cisza, był piękny dzień... rozkoszowałam się chwilą, cudowne było męczyć się znów jak człowiek, czuć wyraźniej zapachy, być uczulonym na piękno z każdej kategorii i strony. Stałam się wrażliwa ale i bardzo... bardzo charakterna... niektórzy mówią, że momentami śmieszna, upierdliwa czy irytująca... ale tylko momentami. No i wybuchowa - od zawsze.
  Nie sądziłam, że człowieczeństwo może mnie tak zmienić... tępiłam ludźmi z każdej strony, jednak teraz mam mieszane uczucia... stałam się tym czego od lat wraz z pierwotnymi nienawidziliśmy... muszą mieć mnie za śmiecia, a nawet gorzej...
  Gdy zaszłam nieco dalej niż planowałam zauważyłam tę samą polanę na której zgubiłam się wczoraj. Było tu ładnie, kwitły kwiaty, kwitło tu życie i piękno... jednak...
  Usłyszałam kogoś...
  Wyostrzyłam wzrok, ktoś mnie obserwował. Odwracałam się i kręciłam by wynaleźć źródło nieustającego dźwięku łamanych gałązek... jednak nic nie widziałam...
  Odwróciłam się za siebie i zauważyłam wampira. Jego oczy były krwisto czerwone, był czarnoskóry i dość wysoki.
-Kojarzysz mnie, Katherine? - spytał z uśmiechem.
-Marcel... - szepnęłam nie dowierzając.
-Dobrze, że jednak pamiętasz... opuściłem Orlean gdyż Klaus przybył z dość ciekawą propozycją... Chce tu sprowadzić wampiry, osiedlić moją część Orleanu... przegrałem, ponieważ wampiry mają szacunek do króla. Aczkolwiek to ja, niemalże... dwa... trzy dni temu nim byłem przez dwieście lat. Wróciłem, by wybić jego pieprzoną rodzinkę.
-Nie da się ich zabić...
-Mam czarownice ze sobą, droga Kathie. Znasz mnie. Wiesz, że mam władzę nad czarownicami z Nowego Orleanu które mogą całą rodzinę pierwotnych zamknąć na wieki pod kloszem. Ale najpierw zacznijmy od zabicia ciebie, bo zdaje się, że niebawem będzie cię potrzebować...
  Gdy podniósł rękę, przygotowując się do ataku usłyszałam za sobą warknięcie. Odwróciłam się wraz z Marcelem, ujrzałam czarnego wilka.
  Dominic już wyzdrowiał...?
  Podszedł do nas niczego się nie obawiając, wyprostował się... zamurowało mnie gdy zobaczyłam jaki jest ogromny. Spiął mięśnie i warczał, nie atakował. Dawał znak, że chce, by wampir uciekał przed nim. Sprawiało mu to frajdę...?
-O mój boże... - wycedziłam widząc go w całej okazałości.
  Zmroziło mnie. Nie wyglądał jak Dominic, poznałabym go... chyba. Albo tak długo go nie widziałam, że wzbudza we mnie strach... pod postacią wilka dawno nikogo nie widziałam a ten przyprawił mnie o mocny dreszcz. Cofnęłam się o parę kroków, jednak wilk wpatrywał się tylko w Marcela, jakby pragnął go rozszarpać.
-Cały czas za mną łazisz, Will. - parsknął Marcel. Na jego miejscu dawno dałabym w długą. Wpatrywałam się w wilka z podziwem jak  i przerażeniem, sama miałam ochotę uciekać.
  Wilk zawarczał groźnie, że cofnęłam się i potknęłam o wystający konar.
  Marcel kiwnął mi i zwiał, a wilk za nim. Wiedziałam, że nie zabije go, jego dar to manipulacja i prędkość, dorównuje wilkom jak i zarówno może je łatwo wyprzedzić i wyprowadzić w pole. Kim był ten wilk...? Nowy?
  Gdy uciekłam w stronę przeciwną niż pobiegł czarna bestia i Marcel, wpadłam na Flynna przerażona. Wskazywałam na zarośla z których wybiegłam i jąkałam się co chwilę.
-Tam... t-tam... jakiś... wielki... WIELKI wilkołak... bestia... wyglądał jak Dominic ale... gdzie Dominic...? - spytałam drżącym głosem.
  Flynn spoważniał.
-Jest u siebie, jaki wilkołak? - zdziwił się. - Nowy?
  Podeszli do nas wszyscy z watahy, oprócz leżącego w domu Dominica. Cody mógł normalnie chodzić, stanął obok mnie. Bells była pod postacią wilka, widocznie zeszła z patrolu wraz z Hugiem, który też przybiegł za nią.
  Matt podszedł do nas i właśnie wtedy pojawiło się wielkie psisko. Bestia, jakiej dawno nie widziałam na oczy od mojego odejścia. Wilk wpatrywał się w nas i jego wzrok spoczął na Matt'cie. Kiwnęli sobie głowami. Alfa odwrócił się do nas wszystkich uspokajając niektórych.
-Ci, którzy wczoraj nie mieli okazji poznać... to Will. Mój... przyrodni... brat. - powiedział to dziwnie, jakby z ciężkim sercem.
  Niektórzy spojrzeli się na Matta zaskoczeni. Flynn i Hugo widocznie o tym wiedzieli...
-Jest z Nowego Orleanu, przybył wczoraj. Należy do watahy, ma takie same obowiązki jak wy. Tylko czasem łamie zasady. - warknął ostatnie jakby mu zastrzegał, że ma tego nie robić. - Wszystko jasne?
  Will spojrzał na Bellę i zareagował dosyć normalnie na to, że jest wilczycą. Jedynie sama Bella zachowała się dziwnie, szczeknęła na niego gdy przechodził obok. Ja, drżąc odsunęłam się od Will'a nawet parę metrów przez strach. Podziwiałam ją za odwagę.
  Był od niej dwa razy większy, jednak nie bała się. Chyba się nie polubią...
  Will tylko wyszczerzył do niej wielkie białe kły, minął ją i poszedł za Mattem. Widocznie mieli do pogadania...
  Spojrzałam na Bellę, która podreptała do mnie i trąciła mnie w ramię pyskiem. Spojrzałam na nią i przewróciłam oczami.
-Nie uważasz, że jest przerażający?
  Fuknęła tylko pod nosem, co chyba oznaczało parsknięcie. Podrapałam ją za uchem.
-Jesteś jedną z nich, nie masz się czego bać.
  Szczeknęła przyjaźnie, co oznaczało najwyraźniej śmiech.
  Gdy opowiedziałam wszystko Dominicowi oburzył się, że Matt ukrywał przed nimi to, że ma przyrodniego brata i skąd w ogóle on się wziął aż z nowego Orleanu... ja tylko przerażona i podekscytowana zarazem opowiadałam mu co się działo... No i zdziwił się, że ten cały Will jest tylko o dwa lata młodszy od Matta, i że ma taką samą sierść jak Dominic, może nieco mroczniej wygląda sam ten ''nowy'' wilkołak... jednak są podobni.
  Gdy poszłam po trochę drewna do kominka do domu Dominica... pomagałam nieco jego mamie jak kiedyś... weszłam do szopy i gdy klękłam zabierając trochę drewna ktoś nagle za mną stanął. Spojrzałam na niego... to ten który wczoraj mnie tak mocno wkurzył...
  -Wystraszyłaś się mnie. - odparł śmiertelnie poważnie.
-Ehm... no... nie prawda. - zaparłam się i wstałam z drewnem.
-Pomogę ci.
-O nie,nie, nie trzeba panie...
-Panie Pociągający? - wspomniał wczorajszą rozmowę.
-Jesteś.. jesteś okropny, niemożliwie arogancki!
-Możliwe. - wzruszył ramionami. - Chyba ta Bella mnie nie polubiła.
-Ja też cię nie lubię. - skomentowałam ruszając do wyjścia z szopy.
-Dlatego chciałaś mnie wczoraj pocałować? - uniósł wymownie brwi.
-Spadaj. - odparłam wychodząc w stronę domu Dominica.
  Intrygował mnie... to skąd się wziął... jeśli jest wilkołakiem z Nowego Orleanu to znaczy, że jest nieco inny niż te tutaj... ma większą wolę, jest nieograniczony... jest... zupełnie i bezgranicznie wolny, jeśli wiadomo o co chodzi... Był tak wkurzający a jednocześnie zainteresował mnie obojętnością i tym, że ma na pieńku z Marcelem. O ile wiem, tamtejsze wilkołaki są nieokrzesane, mordują wampiry jak mrówki bez problemu radzą sobie z ich złapaniem, wiedzą jak wybić łowców, znają ich sztuczki i przede wszystkim - znają pierwotnych... ciekawe, jaka jest jego historia?
  Co nie zmienia faktu, że jest pieprzonym gburem i ignorantem, cynicznym, wrednym psem bez ograniczeń...!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz