wtorek, 9 sierpnia 2016

Od Kath

-Jak to Mason zaginął, hm? - warknął Matt.
-Gdzie tam od razu zaginął... - parsknęłam.
-To gdzie jest?
-Pojechał z pierwotnymi do Orleanu szukać Jer'a. - wzruszyłam ramionami.
-Co takiego?
-Idę porozmawiać z brakiem żeber. - machnęłam na nich ręką i odeszłam.
  Weszłam do pokoju Dominica mijając jakimś cudem niezauważona Sophie.
-Hej kaleko. - zaśmiałam się.
-Nie przypominam, kto miał rozwaloną nogę. Nie pozwalaj sobie.
-Matt mnie podejrzewa o to, że pomogłam Jerowi uciec...
-Dziwisz się? Jesteś jego siostrą...
-Czyli ty też mnie podejrzewasz? - spytałam zirytowana.
-No... wiesz... nie do końca...
-Jesteście śmieszni. - parsknęłam.
-Ale o co znowu chodzi!? Ja tylko...
-Jesteście nie śmieszni, ale popieprzeni! Wszystko wiecie, jesteście tacy ''super odważni i mądrzy''! Podejrzewacie mnie o coś takiego? No tak, przecież czytacie sobie w myślach, co nie? Co za absurd, ja pierdziele! - wyszłam trzaskając drzwiami
  Na zewnątrz spotkała mnie Sophie.
-Wróciłaś?
-Nie. - odparłam. - Nie wracam.
-Czemu?
-Bo mam swoje życie... wiesz?
  Tak. Może i dziecku mogę wcisnąć kit, że mam ''WŁASNE, SWOJE PIĘKNE ŻYCIE'' ale nie sobie. Nie mam swojego życia, moje życie zawsze należało do pierwotnych i nadal należy... tylko z łaski Elijah spotkała mnie chwilówka, tzw wolność. Niedługo w Nowym Orleanie wymyślą coś, do czego będą potrzebować mnie i mnie zabiją. Nawet nie muszę uciekać, mam dość tego.
  Gdy wybiegłam z domu wpadłam na jeszcze jednego wilkołaka, poczułam jego ciepłą temperaturę ciała. Przeklęłam pod nosem i odepchnęłam go od siebie.
-Matko, jacy wy jesteście twardzi! - warknęłam.
-Przepraszam...? - zaśmiał się jeden z nich. - To ta temperamentna Katherine, prawda?
-Ta, a co? - spiorunowałam go wzrokiem. - Też mnie podejrzewasz?!
-Spokojnie mała, nie wiem nawet o co chodzi.
-Jesteś jednym z tych pieprzonych wilków więc dokładnie wszyscy wiedzą o co chodzi! - tupnęłam nogą.
  Bycie bezsilnym człowiekiem było irytujące.
  Roześmiał się i spojrzał na mnie w dół, jakbym była jakimś karłem i mógł spokojnie krzyknąć ''hej ty, tam na dole''. Pieprzony kompleks niższości i cała ta ''psia propaganda'' zaczęła mnie lekko irytować!
-Na szczęście nie jestem tym nieszczęśnikiem który pewnie dostał łomot od ciebie.
-Szkoda mi na niego czasu... Z-zresztą... na was wszystkich! - odparłam jąkając się.
-Naprawdę jesteś słodka jak się wkurzasz.
-Co? - zmrużyłam oczy. - Chyba sobie żart... nie no, przyłożę ci!
  Zaśmiał się i odskoczył ode mnie.
-No,no! Bo złamiesz sobie rękę!
-Jesteście... jesteś... UGH! Jesteście beznadziejni! - założyłam buntowniczo ręce.
-A ty jesteś dziewczyną Masona, co nie? - spytał unosząc brwi. - Wiesz, chce się upewnić. - parsknął.
-Ale z ciebie śmieszek, HA HA HA! Nie, nie jest moim chłopakiem, nie mam nikogo takiego a Mason to kumpel po fachu!
-Po ''fachu''?
-Polował na mnie kiedyś. - wzruszyłam ramionami.
-Czyli jednak wolna.
-NIEtykalna, czaisz? - pogroziłam mu palcem. - Poza tym, pewnie nadal mam w sobie cząsteczkę wampira więc w ogóle może od razu mnie zabijesz?! Przecież jesteście obrońcami lasu...
  Znów zaczęłam histerycznie na niego krzyczeć, a on tylko się ze mnie śmiał.
-Co cię tak bawi, co?!
-Chciałbym powiedzieć ci komplement, ale za cholerę nie mogę bo boje się, że zaraz dostaniesz palpitacji serca.
  Wściekłam się. Zamachnęłam się do uderzenia go ale cofnęłam rękę. Zbliżyłam się do niego zła myśląc jak mu tu dowalić...
-Gdybyś była wampirem nawet bym cię nie dotknął, ale jak mówisz masz w sobie cząstkę wampira więc mnie nie dotykaj, fuj, obrzydlistwo, brzydzę się ciebie. - odparł udając obrzydzenie.
-Tak? Skoro tak to zabij mnie, albo... albo... albo pocałuj. - wypaliłam to ostatnie trochę na poczekaniu.
-Teraz mnie zaskoczyłaś. - uniósł brwi z nagłym uśmiechem.
-Nie mówiłam serio, jak już przy żarcikach jesteśmy...
-Pewnie, lecisz na mnie. Przyznaj.
-NIE - LECĘ - NA - CIEBIE. - wycedziłam.
-Pewnie, tak na mnie lecisz, że przypadkowo powiedziałaś, żebym cię pocałował.
-TO BYŁ ŻART, ŁOSIU! - warknęłam.
-Dobra,dobra, nie awanturuj się tak bo wszyscy cię słyszą. - dalej się droczył. - Lecisz na mnie, przyznaj.
-Cholera no! Głuchy jesteś?! NIE LECĘ NA C-I-E-B-I-E!
-Za dużo kłamiesz, wiesz o tym?
  Spojrzał na mnie triumfalnie.
-UGH! - tupnęłam nogą i poszłam w las.
  Gdy zorientowałam się, że właściwie to sie zgubiłam... byłam jeszcze bardziej wściekła. Obejrzałam się dookoła po całej polanie. Nie wiedziałam gdzie iść! Zła padłam na trawę i zaparłam ręce buntowniczo pod pachy. CHOLERNY LAS!
  Usłyszałam szelest w krzakach, chciałam się zerwać i biec, ale w porę wyszedł z nich ten sam wilkołak z którym NO NIE DAŁO SIĘ ROZMAWIAĆ.
  Gdy znalazł mnie chowającą się za drzewem pośrodku wielkiej polany podszedł do mnie i patrzył jak na wariatkę. Wychyliłam się powoli zza drzewa.
-Czego mnie śledzisz?! - pogroziłam mu palcem odskakując od drzewa.
-Panikujesz.
-Ohoho nie! Na pewno nie! Odsuń się, bo zacznę krzyczeć!
  Uniósł brwi.
-To krzycz, i tak cię nikt nie usłyszy.
-Co chcesz zrobić? - spytałam lekko wystraszona i wyprowadzona z ''równowagi''.
  Gdy chciał mnie wziąć jak worek kartofli przez ramię, bo wiedział, że nie będę chciała iść sama zaczęłam uciekać od niego.
-Jakiś facet mnie goni! POMOCYYYY! - krzyknęłam ale w dwie sekundy złapał mnie i tak jak chciał tak zrobił.
  Przerzuciwszy mnie przez ramię niósł mnie z powrotem do domów.
-Puszczaj mnie bo naprawdę! - wycedziłam przez zęby.
  On milczał. Ze świeckim spokojem niósł mnie wierzgającą zaciekle pół drogi. Gdy pod koniec odpuściłam oparłam łokieć na jego plecach zwisając tak, i podparłam sobie brodę.
-Wkurzasz mnie. - warknęłam.
-Ty mnie też. Ale milutko, że się uspokoiłaś. Myślałem o tym, żeby cię ogłuszyć czymś ciężkim.
-Świetnie, jak dobrze, że mój oprawca jest zawodowym komikiem.
  Wszystko co mówił, robił to bez emocji, akurat teraz bo wcześniej humor zdecydowanie mu dopisywał. Jednak teraz widocznie się spieszył.
  Postawił mnie a ja odsunęłam się od niego. Był ode mnie nieco wyższy, nawet bardzo wysoki. Odwrócił się i odszedł kiwając mi tylko głową.
-Gdzie ty idziesz?! - spytałam krzycząc za nim.
-Na popołudniową wartę.
-A niech cię tam zagryzie coś!
  Odwrócił się do mnie idąc tyłem.
-Ale nadal na mnie lecisz! - rozłożył ręce, odwrócił się znów i poszedł w las zmieniając się w czarno-szarego wielkiego wilka.
  Zła zacisnęłam pięści i poszłam odwiedzić Sophie... może powinnam poświęcić jej czas i jakoś wynagrodzić jej nieobecność i zniknięcie? Przeprosić rodzinę Dominica? Tak, tak zrobię.
  A tego... nawet imienia jego nie znam... ZABIJĘ CHYBA! Zarozumiały, cholerny, cwany, ZABAWNY JAK CHOLERA pies!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz