Wróciłam do Clearwater ponownie by znaleźć pracę. Nie byłam pewna, czy powrót jest dobrym rozwiązaniem ale zaryzykowałam. Weszłam do Gloves i szukałam wzrokiem Masona, który być może załatwił mi pracę gdzieś, potrzebowałam jej. Akurat stał przy stoliku i sprzątał stół, podeszłam do niego, gdy stanęłam przed nim nieco się zdziwił.
-Hej... - zaczęłam nieśmiało.
-No cześć Kath.
-Czy masz może dla mnie jakąś prace? - spytałam zniecierpliwiona.
-Tak, tylko... uznałem, że to nieaktualne więc...
-Dlaczego?
-Dominic powiedział, że wyjechałaś...
-Nie... to nie tak... miałam parę problemów ale już jest dobrze. - zapewniłam.
-Na pewno?
-Tak. - uśmiechnęłam się. - Gdzie mi załatwiłeś pracę, jeśli to jeszcze aktualne...?
-Recepcjonistka w hotelu na górze... płacą nieźle.
-Naprawdę? To świetnie, dziękuję. - przytuliłam go i odsunęłam od siebie. - Przepraszam ale... cieszę się, że mogę zacząć od nowa...
-Nie myślałaś o studiach?
-Tak... ale... muszę najpierw na nie zarobić... dlatego potrzebna mi praca.
-A gdzie mieszkasz?
-Kumple mi pomagają...
-Czemu odeszłaś od Dominica? Kłótnia?
-Nie, po prostu nie mogłam tam zostać. Pracuje tu jeszcze?
-Tak. Ale dziś go nie ma, wziął wolne.
-A Ty za ile kończysz?
-Za dwadzieścia minut. - błysnął zębami. - A co ty na to, byśmy się gdzieś wyrwali?
Uśmiechnęłam się.
-Czyli rozumiem to jako tak. Poczekasz?
-Jasne. - usiadłam przy barze i czekałam.
Mason wyszedł odrobinę wcześniej niż miał, szef pozwolił mu na wcześniejszy koniec pracy więc jeszcze lepiej! Wskazał na swój motor a ja podeszłam do niego oczarowana.
-Nowy?
-Nowiusieńki.
-Wyrywasz na niego każdą laskę?
-Tylko w czasie wolnym.
Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami a on roześmiał się i kazał mi wsiadać.
Gdy dojechaliśmy do znanego mi dobrze klifu wyjęłam z kieszeni lufkę i marihuanę. Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Nie gadaj, że to bierzesz.
-To mój drugi raz. Chcesz?
Zastanowił się i po chwili nalegania zgodził się.
-Czemu jesteś singlem? - spytał nagle. - Czego ci brak?
-Niczego. - wzruszyłam ramionami. - Jestem zupełnie sexy. A faceci tego nie widzą. Poza tym miłość nie istnieje, po co szukać partnera?
-Nie czujesz się ani trochę samotna?
-Trochę. - wzruszyłam ramionami. - Ale od jakiegoś czasu mam to - wskazałam na marihuanę - i kumpla z baru.
-Odsunęłaś od siebie całą resztę?
-Nie... znaczy... moi kumple mają swoje sprawy... mnie one nie interesują... tylko im przeszkadzam.
-Czemu nie wierzysz w miłość?
Zaśmiałam się szukając zapalniczki.
-Jesteś uroczy. - spojrzałam na niego. - Ale takie są realia. Miłość to fikcja, legenda o której można pisać w nieskończoność, wymyślać cudowne historie i opowieści, wciskać dzieciom bajki Disney'a które potem myślą, że zawsze są szczęśliwe zakończenia a księżniczki uratuje książę na białym koniu.
-Przesadzasz, Kathie.
-Nie przesadzam. - pogroziłam mu palcem. - Cholerna zapalniczka!
Podał mi zapalniczkę.
-Palisz? - zdziwiłam się.
-Tylko fajki.
-No,no. Nieźle.
Nie zdążyliśmy nawet zajarać, Mason dostał telefon od kogoś i musiał iść. Jednak ku mojemu zdziwieniu zaproponował mi pójście z nim. Gdy weszliśmy do jednej z opuszczonych szkół wraz z Masonem on grzebał w telefonie a ja zadawałam masę ciekawskich pytań.
-Czemu tu jesteśmy?
-Zobaczysz.
-Ale dlaczego opuszczona szkoła?
-Czekaj chwilę... - zamilkł wyjmując broń i ładując ją.
Zamurowało mnie.
-Co ty robisz? - spojrzałam na niego. - Jesteś łowcą?!
-Ćśś, Kath. - uciszył mnie a ja oburzona podreptałam za nim gdy mnie wyprzedził.
-Jakie ćiś?! - pisknęłam.
Zaśmiał się i kazał mi schować się za szafką.
-Ta, może jeszcze w szafie! - parsknęłam zła.
Nagle zaatakowało mnie... coś. Dostałam kilka razy w brzuch jakimiś dziwnymi pociskami, z początku myślałam, że był to Mason ale okazało się, że to był Jeremy.
Patrzył na mnie działając szybko, jednak Mason okazał się lepszy w te klocki. Upadłam, ściskając brzuch. Byłam w ciężkim szoku, nie wiedziałam co się dzieje...!
Mason obezwładnił Jeremy'ego, do środka weszła Jenna i Rich w postaci 180 cm wilka. Mason nie spuszczał pistoletu z głowy Jeremy'ego a Jenna podbiegła do nich upuszczając broń.
-Posrało cię, Jer?! - warknęła wściekła.
Rick szykował się o koniecznego ataku na Jera w razie gdyby.
-Puść go. Dzięki za pomoc... - mruknęła Jenna. - Dam radę.
-Po cholerę go wypuszczacie?! Wyraziłem zgodę na to by został żywy tylko pod warunkiem, żeby siedział pod kluczem i nikogo nie zabijał! - krzyknął Mason.
-Zwiał! Zabił jednego wilkołaka z patrolu tych psów! Skąd miałam wiedzieć że zaatakuje?! Mówił, że idzie zapalić!
-Zabił z tej watahy? Kurwa! - krzyknął przerażony Mason. - To był mój kumpel. - rzucił się na Jeremy'ego a ten zaskoczony wpatrywał się w niego.
Rick swoim cielskiem odepchnął Masona odgradzając mu drogę do Jera.
-Zobacz co u wilkołaków.
-Gówno! Ja pierdole. Zabiję tego łowcę, przysięgam. Zapierdolę go. - Mason wziął mnie na ręce i wsadził do samochodu. - Będzie dobrze Kath.
-Nie jestem już wampirem, Mason... - wycedziłam plując krwią.
-Co? - spytał zaskoczony.
-Musisz zawieźć mnie do szpitala... wykrwawię się.
-Jak to nie jesteś wampirem do cholery?! Dobra, zawiozę cię do kogoś kto ci pomoże...
Zawiózł mnie do czarownicy która zatrzymała krwawienie i uśmierzyła ból, zabandażowała moje rany postrzałowe i kazała odpoczywać. Gdy Mason wsiadł ze mną do samochodu chciał wyjaśnień, po drodze do watahy zaczęłam mu opowiadać.
-Stefan wrócił do Orleanu w poszukiwaniu antidotum na wampiryzm... miała go czarownica Janine Anne, Elijah chciał by zdradziła miejsce w którym jest lek... nie chciała powiedzieć, więc ją zabił. Stefan i Damon po dwóch tygodniach znaleźli go, prawie płacąc życiem... przywieźli go, zażyłam lek i po kilku dniach odżyłam...
Milczał prowadząc samochód okropnie szybko.
-Nie rób nic głupiego, Mason. - poprosiłam.
-Porozmawiam z nimi.
-Mogą cię obwinić o zabójstwo...
-Znają mnie. Byliśmy kumplami, Dominic dalej nim jest, no i Hugo. Wiedzą, że nie zabiłbym jednego z nich.
Na miejscu Alberto rzucił się na Masona, który w prawym boku ściskał broń w dłoni dla bezpieczeństwa. Wybiegłam z samochodu o resztkach sił, co wzbudziło wśród wilkołaków oburzenie, że wróciłam. Jednak wyczuli, że jestem człowiekiem co jeszcze bardziej ich zaintrygowało.
-Jeden z naszych został ciężko ranny a ty mówisz, że to nie ty zabiłeś?! - warknął Alberto.
-To on żyje? - spytałam szeptem.
-Tak. Jednak nie wiemy, czy się kiedyś obudzi. Zaatakowanie naszego wzbudziło wojnę. Zapłacisz za to...
-To nie Mason! - wtuliłam się w niego. - To... to... to... nie mogę powiedzieć kto to...
-Jeremy. - odparł Mason bez mrugnięcia okiem. - Sam go wykończę, tylko potrzebuję wsparcia. Nie działa sam.
Zjawił się Dominic i Julia. Patrzyli na mnie zaskoczeni.
-Mason? - zdziwił się Dominic.
Kiwnął mu głową a ja wtulałam się w klatkę piersiową Masona.
-Jutro przyjadę i obgadamy wszystko co do wybicia tych którzy się tu panoszą. - kiwnął im, a Matt wystąpił poza szereg.
-Tylko żebyśmy nie zapłacili kolejną ofiarą. - Mason odwrócił się do Matta i pomógł mi wejść do samochodu i odjechał.
-Zabiorę cię do siebie.
-Czemu wydałeś mojego brata?! - krzyknęłam.
-Bo naruszył prawo. A takich trzeba się pozbyć.
-Skąd... tyle umiesz? Jako łowca?
-Ojciec od ośmiu lat mnie uczył. Jednak od niedawna zrozumiałem, że się do tego nadaję. Działam na takiej zasadzie jak wataha Matta, chronię ludzi przed tymi, którzy są niebezpieczni dla tutejszych. Oni to rozumieją ale widocznie teraz dowiedzieli się o tym, kim jestem ja. Mój ojciec jest łowcą, przywódcą i założycielem grupy w Clearwater.
Dalszą drogę milczałam... oparłam głowę o jego ramię w oczekiwaniu na koniec tego okropnego dnia...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz