Dotknęła mi dłoni, to był jej dar. Przez dotyk mogła zobaczyć co tylko chciała. Pozwoliłam jej na to by nie opowiadać niczego od początku.
-Tęskniłam. - położyłam jej głowę na kolanach a ona pogłaskała mnie.
-Ja też...
-Jak to Rich nie chce poznać ojca?
-Nie. - odparłam. - Wiem jaki jest Dean, ale Rich tego nie rozumie.
-Nie zrozumie tego, jeśli nie pozna Deana od nowa.
-Coś mu się przestawiło, nie wiem... Rich uczestniczy w bijatykach, ustawkach szkolnych... uczy się dobrze, ale ciągle się bije z Davidem...
-Rozmawiałaś z nim o tym?
-Tak! Mówi, że na to zasłużył.
-Może zrozum go?
-Zrozumieć codziennie bójki? - parsknęłam.
-Może odreaguj jakoś od tego?
-Jak? Nie zostawię Richa z opiekunką. Każda wytrzymała co najmniej dzień. Wyobrażasz sobie? Raz jedna przyszła i zostawiła torebkę w kuchni na blacie a on wrzucił jej tam martwą mysz, którą wcześniej pomalował zielono zgniłą farbą. Dalej nie wiem skąd wytrzasnął martwą mysz.
Roześmiała się, a ja wstałam z łóżka gdy dostałam SMS'a od Sama.
Nath tylko spojrzała przez ramię.
-Kto to? - spytała ciekawsko mi się przyglądając.
-Sam. Mieszka tu...
-Nie gadaj! - wykrzyczała podekscytowana.
-Nie,nie... to brat Deana...
-No jeszcze ciekawiej! To ten który cię pocałował? Masz ciekawsze życie ode mnie a mam bliźniaków. - westchnęła skrzywiona.
-Nathalie, to jego brat, nie ma nic między nami.
-Ale co ci szkodzi? Dean odszedł, wraca i ma nadzieję, że go jeszcze kochasz? Ma do czego wracać w ogóle?
-Ma. - odparłam zirytowana. - Do syna.
-Przecież on zamknie się w pokoju i nawet nie zechce słuchać ojca.
-Rich potrzebuje ojca.
-A gdybyś związała się z kimś innym? - spytała nagle. - Przecież Dean i tak ma swoją drogę, samotnika... co mu robi gdy będziesz z kimś innym? Dasz synowi nowego ojca.
Spojrzałam na nią jak na kretynkę.
-Żartujesz? Tak się nie robi, zobaczę co będzie... - odpisałam Samowi na SMS'a i spojrzałam na przyjaciółkę która zaczęła się już zbierać.
Weszłam do kuchni i zobaczyłam tylko jak Rich je kurczaka. Uniosłam brwi i patrzyłam na niego.
-Skąd masz zrobionego kurczaka? - spytałam zaskoczona a on odwrócił wzrok na kumpli.
-Yyy... no... - uniosłam brwi czekając na wyjaśnienia, a Nath skręcała się ze śmiechu. - Znalazłem...? - powiedział powoli.
-Znalazłeś? - parsknęłam. - Ale ja nie miałam w lodówce kurczaka. - założyłam buntowniczo ręce a on tylko patrzył na kumpli.
-No dobra no... - westchnął. - Użyłem swojej mocy...
-Co zrobiłeś? - wycedziłam.
Miał zakaz robienia tego przy znajomych.
-No ale ten jeden raz... - zaczął się tłumaczyć.
-On tylko... - teraz tłumaczył go Finn.
Podeszłam do chłopców i usunęłam im pamięć a po chwili przyjechali ich rodzice i odebrali ich.
-Kiedy wróci Sam? - spytał myjąc ręce.
Oparłam się o ścianę i wpatrywałam w niego, a Nath dalej śmiała się jak głupia.
-Nie odwracaj kota ogonem. Nie możesz pokazywać mocy ludziom... w ogóle jak udało ci się je odblokować?
-No byłem głodny... - zaczął. - To sobie wyczarowałem kurczaka...
-Wyczarowałeś? Tak?
-No kubełek KFC, rany... - opadły mu ręce. - Ale za darmo!
Nathalie kompletnie już zryczana ze śmiechu tarzała się po kanapie.
-Widzisz, ją to śmieszy!
-Rich...
-Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.
-Jakie pytanie? - spytałam zdziwiona.
-Kiedy wróci Sam?
-A co?
-No... no wiesz co...
Uniosłam brwi i kucnęłam obok niego.
-Coś się stało?
-No... no wiesz.
-Stęskniłeś się za nim? - uśmiechnęłam się.
-Nie można ci nic powiedzieć bo się od razu śmiejesz! - warknął.
-Oj no weź, to urocze przecież!
Spiorunował mnie wzrokiem.
-Zapalę jeszcze u ciebie co? - spytała Nath ścierając z policzka łzy.
-Tak, jasne. Chodź na balkon. A my potem pogadamy.
-Jasne. - machnął ręką i poszedł na górę kręconymi schodami.
Usiadłam na krześle a Nathalie podziwiała Chicago.
-Nie to samo co Seattle. - westchnęła. - Chcesz jednego? - spytała gdy odpaliła.
-Nie, nie palę.
-Jesteś dziennikarką, kryminologiem w jednym i nie palisz? Matko. Każdy pali. - zaczęła swoje złote przemyślenia. - To przecież takie seksowne, nie? Oczywiście jak pali seksowny facet albo laska. Czasem zastanawiam się czy nie daję dzieciom złego przykładu, wiesz...
-Chłopcy mają po osiem lat, nie złapią za zapalniczkę. - wzruszyłam ramionami.
-Może i tak. Ale wiesz, czasem zastanawiam się jak tak patrzę na przystojnego faceta, taki wiesz, że aż nogi miękną... czy on ma żonę i dzieci. Z reguły ci smaczni są tacy... wiesz no, mają wszystko w dupie...
-Masz męża, po co myśleć o innych facetach?
-Brad? Tak... gdy na niego patrzę widzę sens życia, bla,bla,bla. Jest totalnie w moim typie ale w jego typie nie jest dzieciarnia. Jest wysoki, umięśniony i ma te swoje tatuaże... jego sposób chodzenia jak ''metal'' mnie podnieca, wiesz o co chodzi, ale po prostu jestem kobietą, kocham myśleć o innych i oglądać się za innymi kiedy on robi to samo do płci przeciwnej.
-Rany boskie, idź na logistykę. - zaśmiałam się.
-Czasem myślę, że rodzicielstwo go zupełnie nie jara. Ale jak widzę, jak zachowuje się przy mnie i znajomych a jak przy dzieciach... jest przy nich czuły, wychowuje ich na twardzieli, czasem ich podenerwuje. Jest super cyniczny ale chłopcy są jak jego dwa klony, mam trzech facetów w domu i mnie to męczy, szczególnie jak mam takiego drugiego Brada pod nosem. - zaśmiała się i wyrzuciła niedopałkę. - Lecę. Przemyśl to o Deanie. Może rodzicielstwo go nie ''jara''?
Wzięła torbę i gdy wychodziła wpadła na Sama. Minęła go i obkręciła się za nim mierząc go od góry do dołu i wyszła.
-Hej. - odparłam i jak najszybciej odeszłam w głąb mieszkania.
-Tylko ''hej''? Nie pytasz co u Deana?
-Cieszę się, że już wróciłeś. - westchnęłam. - Niech będzie. - wskoczyłam na blat w kuchni i spojrzałam na Sama. - ''Co u Deana?'' - powtórzyłam jego kwestię.
Przekrzywił głowę.
-Myśli o was.
-Ekstra. - odparłam obojętnie.
-Musi zostać w szpitalu.
-Podwójne ekstra.
-Miał walkę z Lucyferem.
Uniosłam brwi.
-Nie odpuszcza. - zaśmiałam się. - A tatusiek wciąż w formie.
-Wróci za tydzień.
-Obawiam się, że nie ma do czego wracać... oczywiście jedyne co to może starać się odzyskać syna.
-Naprawdę go sobie odpuszczasz?
Kiwnęłam głową.
-Yeah. - mruknęłam. - Nie muszę ci tłumaczyć dlaczego.
-Wiem... - zacisnął zęby.
Z góry zszedł do połowy schodów Rich, gdy zobaczył Sama podbiegł do niego i objął go.
-Kurczę, nawet mi nie okazuje takich czułości. - uniosłam brwi.
-Tobie okazuje je inaczej. - zerknął na mnie.
Sam wziął go na ręce.
-Gdzie byłeś? - spytał ciekawsko.
-Ehm... - Sam spojrzał na mnie a ja kiwnęłam głową. - Po twojego ojca...
Rich spochmurniał. Spojrzał na mnie.
-Mamo? Nie wróci tu?
-Nie wiem. - wzruszyłam ramionami.
-A wróci do ciebie? Pozwolisz mu?
-Nie. - uśmiechnęłam się pocieszająco do syna.
Uśmiechnął się lekko.
-Już późno Rich, idź spać.
-Ale przecież... Nie jestem już mały. - odparł buntowniczo.
-Odprowadzę cię, co kumplu? - spytał Sam a Rich ledwo ledwo ale zgodził się.
-Dobranoc mały. - uśmiechnęłam się i wychyliłam się by go pocałować.
-Nie jestem mały! - mruknął obrażony i poszedł z Samem na górę.
Ja siedząc po turecku na blacie wzięłam sok pomarańczowy, zastanawiałam się jak Rich zareaguje na spotkanie z Deanem... nie będzie zachwycony... obrazi się na mnie śmiertelnie... ale nie ma wyjścia, potrzebuje ojca. Na pewno nie polubi Deana od razu tak jak w jakiś sposób pokochał Sama... Nie będzie to łatwe i szybkie... o ile w ogóle możliwe jest to, by Rich pokochał znów ojca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz