środa, 3 sierpnia 2016

Od Kath

  Weszłam do domu pierwotnych. Częściej tu byłam ze względu na to, że wyczekiwałam momentu spotkania mojego brata. Jer był starszy o trzy lata, opiekował się mną od kiedy wyratował mnie od Klausa gdy byłam w ciągłej podróży. Los chciał tak, byśmy się spotkali właśnie wtedy gdy niewiele rozumiałam, pomógł mi, nauczył mnie wielu rzeczy. Okazało się, że Jer był synem mojego ojca a moim bratem, na dodatek był ze związku kochanków.
  Słyszałam rozmowę Klausa, Elijah i Rebekki, a Stefan i Damon rozmawiali osobno z Jenną i Rickiem, który nie wyglądał zbyt dobrze. Spojrzałam do przed pokoju a w przejściu siedział, na podłodze... mój brat. Zerknął na mnie, wyglądał jak zagubiony chłopiec lecz wiedziałam, że to tylko cisza przed burzą. Znałam mojego brata.
-Jer...? - pisnęłam, czując jak serce wypełnia radość i miłość.
  Spojrzał mi prosto w oczy, zmroziło mnie. To nie sen.
  Padłam na kolana zanim wstał, sam chyba nie wiedział co się dzieje i gdzie jest. Dlaczego był w śpiączce... sama chciałabym wiedzieć co się stało dokładnie gdy uciekłam wtedy...
  Ze łzami w oczach patrzyłam na brata, chciałam by mnie objął. Potrzebowałam tego i tęskniłam zbyt długo.
  W końcu to zrobił, wziął mnie w ramiona i mimo mojej chłodnej skóry ścisnął mocniej, gdy poczuł zapach moich perfum, włosów... Gdy poczuł mnie na tyle by mógł w końcu przytulić, rozmawiać bez obaw, że jestem tylko snem, zwidami czy zjawą... chwila była na tyle wzruszająca, że sama nie mogłam uwierzyć, jaka pustka wypełniała mnie bez niego.
-Jesteś tu... - szepnęłam, a on pogładził mnie po włosach. - Nie znikniesz...
-Nie zostawię cię mała. Już nie.
-Przepraszam, że wtedy...
  Odsunął mnie od siebie i uśmiechnął się pocieszająco.
-Hey, to nie była twoja wina. Ocalałaś.
  Zaśmiałam się, zapłakana i znów go przytuliłam.
-Uroczo. - usłyszałam głos Klausa za sobą.
  Oderwałam się od brata lekko wystraszona, chciałam obronić go całym ciałem, jednak był ode mnie dwa razy większy, przypakowany i w ogóle, śmiesznie musiało to wyglądać. Jakby Calineczka chciała obronić wielkiego psa.
  Klaus zaśmiał się, a Elijah przypatrywał nam się z zainteresowaniem i współczuciem. Wiedział, że nie mamy wielkich szans na życie jak dawniej, razem, jak brat i siostra powinni. Przez Klausa... nie da nam żyć jak byśmy chcieli. Jeremy o tym wiedział.
-Wyruszamy do Nowego Orleanu. Wykończymy Marcela...
  Wstałam, a na ramieniu poczułam dłoń brata.
-Pozwolisz mu w razie konieczności zginąć. Nie chcę...
-Jest odporny na czarownice, poza tym jest jednym z najlepszych.
-Nie jest gotów. - weszła do środka Jenna.
  Seksownie i zgrabnie podeszła do Jer'a i pogładziła go po klatce piersiowej, a on przyglądał się jej z obrzydzeniem. Odpędził jej dłoń jak natrętną muchę.
-Dopiero się wybudził, zechce mordować wszystkie istoty.
-Jednak was nie chcę zabijać.
  Spojrzałam się na brata zaskoczona.
-Zajmiemy się nim. - do nas dołączył się Stefan i Damon. - Weźmiemy go do siebie, nie musisz się wysilać Jenno, jestem również łowcą więc przypomnę mu parę rzeczy i podaruję bronie.
  Jenna zniesmaczona, krzywo spojrzała się na Salvatorów.
-Ty jesteś pokracznym łowczyną. - zakpiła, jednak Stefan nie zniechęcił się.
-A jednak się postaram zrobić co w mojej mocy. - mrugnął do niej i zabrał brata do miasta.
  Ryzykowne, jednak mój brat jest silny, da radę.

  Odwiedziłam jeszcze po drodze bar Gloves, Mason stał za barem i obserwował wszystkie dziewczyny w barze. Usiadłam centralnie przed nim i wpatrywałam się w niego, gdy zaczęła lecieć moja ulubiona piosenka, Bastille - Pompei, zaczęłam po cichu śpiewać a Mason roześmiał się czyszcząc kieliszki.
-Może karaoke?
-Ha ha ha. - uśmiechnęłam się i spuściłam wzrok w dłonie.
-Coś podać najpiękniejszej Katherine? - błysnął zębami a ja spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Whisky z colą, przystojniaku.
-Tak mi mów. - zaśmiał się i szybko podał mi szklankę którą przed chwilą polerował, nalał whisky i coli. - Dla pięknej pani.
-Ile komplementów, Mason. Nie rozpędzasz się?
-To dopiero początek.
-Nie mogę się doczekać. - zaśmiałam się i napiłam.
-Wiesz komu dałem robotę?
-Zaskocz mnie.
-Dominicowi, który wczoraj zniknął godzinę wcześniej z roboty z jakąś panną. Niezła była.
-Skoro jeszcze nie wrócił musiał zabalować ostro. - zaśmiałam się, a Mason wraz ze mną. Wpatrywał się we mnie, moje bujne loki, lekko czerwone oczy, na których właśnie w tej chwili zawiesił wzrok.
-Jesteś wampirem? - spytał bez ogródek.
  Zaskoczona spoważniałam i rozejrzałam się po barze. Nachyliłam się do niego.
-Skąd wiesz?
-Jasna skóra, wyjątkowo zgrabna, seksowna sylwetka, aż ze tak powiem nadludzka... delikatna czerwień oczu, przedzierająca się przez piwny kolor.
-Może to soczewki?
-Nie jestem głupi, sylwetka cię zdradza. Spójrz jak faceci w barze zwracają na ciebie szczególną uwagę. Co jak co, ale Katherine Pierce się nie zapomina.
-Skąd wiesz nawet jak się nazywam? Znaczy... zdaje się, jakbyś mnie z kimś kojarzył...
-Katherine Petrova. Podobna jesteś do niej, miałem o niej jeszcze w szkole średniej. - zaśmiał się.
  Pomachałam mu przed oczami pustą szklanką po whiskey.
-Czyżbyś chciała jeszcze? - spytał. - Żeby nie było jak ostatnim razem...
-Whiskey to jak soczek, tylko z odrobiną alkoholu. - mrugnęłam do niego.
  Nalał mi jeszcze, a ja starałam się wyzerować.
-Mój brat wrócił... - zaczęłam i lekko posmutniałam.
-No to chyba dobrze? Ile go nie widziałaś?
  Hmm... przeszło 150 lat?
-Od mojego urodzenia... zostaliśmy rozdzieleni. - wymyśliłam na poczekaniu. - Potem gdy był pełnoletni zaopiekował się mną i mieszkaliśmy razem... potem się popsuło. Jest łowcą.
-No to wilkołaki będą miały pianę na pyskach. - zaśmiał się.
-Jer im nic nie zrobi jeśli go poproszę i wyjaśnię sprawę... jednak jest pod kluczem przez takiego mojego dawnego... znajomego.
-Skomplikowane. - podrapał się po głowie starając się zrozumieć.
-A skąd tyle wiesz o istotach nadnaturalnych?
-Mieszkam w rezerwacie, znam Dominica i jego kumpli... mój ojciec jest wilkołakiem.
  Uniosłam zaskoczona brwi.
  Dziś musiałam zniknąć z domu Dominica.
  Spakowałam się i wieczorem dopiero wraz z torbami byłam w drodze do centrum miasta. Usłyszałam kroki, jakby ktoś mnie śledził. Wyczuwałam kogoś, ale nie wiedziałam kogo.
-Kto tam...? - szepnęłam, lekko wystraszona.
-To ja. - zza drzew wyszedł Jeremy.
  Wpadłam mu w ramiona i wtulałam głowę w klatkę piersiową. Poczułam się znów jak trzynastolatka, która jest uzależniona od swojego brata i kompletnie zdezorientowana.
-Gdzie idziesz?
-Muszę stąd odejść. Nie mogę tu zostać. Nadużyłam czyjejś gościnności i...
-Chodź. - pociągnął mnie za rękę i wziął torbę w drugą. - Pójdziemy do...
-Nie do pierwotnych. - zaznaczyłam przerażona.
  Spojrzał mi w oczy.
-Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić, mała.
  Zaprowadził mnie do jakiegoś mieszkania w mieście.
-Mieszkam tu.
-Skąd masz...
-Stefan mi pomógł. Rozgość się. Rano spotykam się ze Stefanem, musi mi przypomnieć kilka rzeczy. Jednak odruchy do walki mi zostały. - uśmiechnął się. - Dobranoc.
  Zostawił mnie w pokoju...
  Jak kiedyś...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz