Wcześnie rano zerwałam się z łóżka. Byłam zaskoczona ostatnim wydarzeniem, nie wiem co strzeliło Dominicowi do głowy by mnie pocałować. Co mi pozwoliło, bym się mu poddała? Minusy włączonego człowieczeństwa... Pamiętam jak chciałam je wyłączyć gdy trafiłam tutaj... jeszcze byłam samotna, w lesie.
Wybrałam się do posiadłości pierwotnych. Mimo tego, że nienawidziłam Klausa i całej reszty tej spapranej rodzinki wierzyłam, że mam tam drugi dom. Nie ufałam im ale dobrze mieć ich po swojej stronie. Tym bardziej, że to oni mnie stworzyli i wszystkiego nauczyli... mimo tego, że chcieli mnie potem zabić bo przez wyłączone człowieczeństwo byłam problemem rosnącym w oczach.
Elijah czekał przed domem, widocznie musiał mnie uprzedzić o czymś niezmiernie ważnym. Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Niklaus wraca z Nowego Orleanu. - oświadczył.
Zmroziło mnie.
-Z... z... nim...? To znaczy... z Jeremym?
-Nowy Orlean jest teraz inny niż za naszych czasów... NASZYCH, moich i twoich...
-I Klausa, gdy dowiedział się o dziecku.
-Sama je zabiłaś. - przypomniał.
-Wtedy mnie zostawiłeś. Wyłączyłam człowieczeństwo.
-Nie przesadzaj, że moje odejście tak się uderzyło. Każdy jest pionkiem w twojej grze. Nikogo nie umiesz kochać.
Miał racje. Jednak... nie do końca... jego odejście było pierwszym które mnie zabolało. Było to dziesięć lat przed moją ''śmiercią''. Byłam zdesperowana, czułam, że brak mi kogoś, lepszej części. Potem zniszczyłam to co się nazywa miłością, już nie czułam więcej tego ''czegoś''. Nigdy nikogo nie pokochałam, mogłam się jedynie zawieźć,tak jak na Damonie. No i Jeremy jest zupełnie inną historią...
-Czy Jer...?
-Jeszcze nie podjęliśmy decyzji o przestawieniu go. Na razie jest dość silny by zniszczyć Marcela.
-Marcel? - zdziwiłam się. - Przecież ma w garści pół Orleanu!
Zamilkł.
-W środku mamy gościa. Janine Anne.
Usłyszałam imię i od razu zagotowało się we mnie. Elijah też po wymowie tych słów z lodowatego wampira stał się wrzącą wodą. Obydwoje mielismy szczególny uraz do Janine Anne za jej dawne wybryki w Nowym Orleanie. Była wiedźmą która knuje przeciwko Klausowi i naszej rodzinie. A mnie i Elijah poróżniła wtedy pamiętnego dnia, gdy on odszedł a ja stałam się mordercą.
Zaprowadził mnie do piwnicy, tam siedziała na krześle w ciemnym pomieszczeniu oświetlonym tylko paroma świecami. Nie wiem jak pierwotni uodpornili się na czary wiedźm, ale podziwiałam tę umiejętność. Zawsze oni byli dla mnie kimś, mieli władzę, wszyscy się ich bali i znali... tak jest po dziś dzień.
-Witaj Janine. Tęskniłaś za mną? - spytałam z uśmiechem.
Patrzyła się na mnie i Elijah radośnie, okazywała nam pogardę w każdym słowie a tylko byłam o krok od oderwania jej łba. Delikatna, człowiecza strona Katherine poszła w zapomnienie. Poczułam się cudownie wolna, bez granic... jak kiedyś.
Uderzyłam ją w twarz tak, że krzesło przewróciło się i uderzyła drugą częścią twarzy o twardy, zimny beton. Uśmiechnęłam się na ten widok. Wreszcie mam szansę ją zatłuc, powoli wybijać jak ona zniszczyła to co miałam. Zniszczyła ostatnie moje ludzkie tchnienie. Zabrała to, czego od setek lat mi brakowało i po ponownym urodzeniu znów mi brakuje.
-Musisz ją zostawić dla Klausa. Chce z nią pomówić.
-Mam to gdzieś! - spojrzałam na niego czerwonymi, lśniącymi oczami.
Elijah podszedł do mnie, położył mi dłoń na policzku i spojrzał na moje zaróżowione, malinowe wręcz usta a potem na zaszklone, wampirze czerwone oczy.
-Taka jak kiedyś... Jednak to tylko wygląd, prawda?
Spojrzałam mu w oczy cofając się do tamtych czasów. Jednak nadal nie wiem co to miłość, nie rozumiem tego uczucia i nie wiem jak to działa.
-Jest pionkiem w twojej grze? - spytał nagle, a ja oderwałam się od niego.
Moje oczy na wspomnienie o Dominicu przybrały ludzki kolor a temperatura ciała wróciła do normalności.
-Skąd o nim wiesz?
-Znam cię jak nikt Katherine. Jedno spojrzenie i wiem wszystko.
-Nie jest pionkiem.
-To kim jest? Przecież nie umiesz kochać?
Widział to co się stało. Więc już teraz zrozumiałam, że muszę odejść od wilkołaków. Elijah będzie chciał zabić Dominica przy pierwszej lepszej okazji - giną jego bliscy i ten, który cię dotknie - kiedyś tak postanowił Klaus. A potem Rebekkah i Elijah, no i Kol przejęli pałeczkę. Odbijało się to od nich... od kiedy ich zdradziłam... intrygowałam przeciwko nim zaczęli się mścić i chowają urazę do teraz...
Elijah zauważył strach i zakłopotanie w moich oczach. Znów mnie dotknął, a moje oczy znów stały się lśniąco czerwone. Znów poczułam chłód w sercu i wolność, która pchała mnie niebezpiecznie w rządzę mordu którą tylko on mógł opanować. Jednak to było gdy go kochałam. Gdy wiedziałam, że umiem kochać. Gdy jeszcze mogłam.
-Nie skrzywdzimy ich. - odparł czule. - Ale musimy załatwić stare sprawy powoli.
Spojrzałam na czarownicę i postawiłam do pionu krzesło i dziewczynę. Była poobijana, z nosa leciała jej krew. Nie mogłam się opanować i rzuciłam się na jej szyję, dopiero po donośnym głosie Elijah byłam w stanie się oderwać. W porę, bo dziewczyna by skończyła trupem a Klaus by się wściekł.
-Porozmawiaj z Jenną. - powiedziała nagle czarownica.
-Co ona ma do tego? - zdziwiłam się.
Posłała mi szeroki uśmiech.
-Ma do Jeremy'ego...
W kawiarni była Jenna, nie za bardzo nastawiona do rozmów ale jednak... przyszła.
-Czego chcesz? Nie mam całego dnia? - spytała, a ja usiadłam żądna wyjaśnień.
-Mówi ci coś Janine Anne? - wyprostowała się nagle. - Nie szukaj wymówek bo sama cię rozniosę tu i teraz, a twojego wilczka który się panoszy po lasach również się pozbędę. Więc, kurwa, gadaj albo cię zabiję.
-Janine... jest z Orleanu.
-To wiem, mów dalej a przemyślę czy dobrze zrobiłam pozwalając ci żyć.
Pod stolikiem wycelowała we mnie bronią i ze złośliwym uśmiechem wpatrywała się we mnie.
-Skoro tak się bawisz, możemy sobie pogrozić nawzajem.
Spojrzałam na broń i na nią, jednak nie zraziło mnie to.
-Jeremy Pierce. Co ci to mówi? Tą osobę kojarzysz?
-Tak. Twój brat.
-Klaus go wybudził. Za pomocą czarownic, jednak jest w Orleanie pewna ich grupa, w której siedzi Janine. Knuje przeciwko Klausowi, nam wszystkim, co pominęłaś? I co cię łączy z Jeremym?
-Pomogłam Klausowi w odnalezieniu zakonu czarownic w Orleanie. Potem wysłał mnie tu, bym czekała.
-Na co? Na śmierć?
-Jeremy mnie nie skrzywdzi.
-Bo?
-Jestem od Marcela.
Zesztywniałam, chciałam się na nią rzucić.
-Marcela? - wycedziłam przez zęby.
-Dał mi dom i schronienie, to tyle.
-Pracujesz dla Marcela, prawda?
-Nie tyle co pracuje, ale wiem o nim sporo. Klaus mnie potrzebuje. A ja potrzebuje Jeremyego do wyszkolenia go.
-Jest wystarczająco dobry, po co go uczysz? - spytałam z obrzydzeniem patrząc na nią.
-Bo teraz trzeba go pilnowac parę dni, jest po przebudzeniu i wszystkie zmysły są wyostrzone. Muszę lecieć, do potem. - kiwnęła mi głową i odeszła chowając pistolet.
Niczego się nie boi. Rzeczywiście jest niezła.
W domu mogłam się odstresować. Poza tym Sophie nie była w najlepszym humorze, starałam się ją pocieszyć. Później dopiero gdy byłam sama w pokoju starałam się pomyśleć nad tym wszystkim. Mój brat wraca... wszystko się powoli zmienia, nie wiem nawet czy powinnam pozwolić Klausowi na to by Jer tu był... gdy go wypuszczą może zasiać chaos a wtedy Klaus będzie musiał go zabić. Nie mogę kolejny raz na to pozwolić. I nie mogę pozwolić by uczucia mną władały, choć mam ich garstkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz