niedziela, 7 sierpnia 2016

Od Emilie

-Dobra. - westchnęłam. - Przyjedź do mnie.
-Tak od razu? - zaśmiał się.
  Humor mu dopisuje. 
-Dobra, gdzie jesteś? 
-Mogę przyjechać..
-Gdzie jesteś teraz?
-No jakaś stacja... 
-Super, w Chicago jest dużo stacji. Inna wskazówka?
-Obok takiej luksusowej restauracji... Jakaś francuska...
-Za dziesięć minut w tej restauracji.
  Rozłączyłam się i poprosiłam Sama o to, by zaopiekował się Richem pod moją nieobecność. Nie uśmiechało mi się spotykać z Deanem, jednak nie miałam wyjścia i parę spraw trzeba załatwić od razu. 
  Gdy weszłam do restauracji od razu usiadłam przy stoliku przy którym był również Dean. Z uśmiechem przypatrywał mi się, a ja pomyślałam Boże, co za kretyn. 
-Kiedy pasuje ci zabieranie Richa? - spytałam bez owijania.
-Kiedy tobie pasuje. - rozłożył ręce. 
-Jak mówiłam, weekendy odpadają, wtedy mam wolne. 
-Pracujesz cały tydzień? - spytał zdziwiony, lecz gdy zobaczył moją minę z uniesionymi brwiami wrócił do tematu. 
-Czyli - zignorowałam poprzednie pytanie. - możesz go zabierać we wtorki i piątki, oczywiście o ile się zgodzi. - dodałam złośliwie. 
-To go przekonaj. 
-Ja mam go przekonywać? - parsknęłam. - Naprawiaj co zepsułeś. 
-Nawet nie dajesz mi szansy naprawić. - spojrzał na mnie znacząco.
  Spuściłam wzrok. 
-Nie rozmawiamy o nas, Dean...
-Jasne, pewnie. O Richu. 
  Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się lekko. 
-Jeszcze parę spraw. - dodałam. - Rich w szkole ma paru kolegów, których nie specjalnie lubi. Jeśli powiedziałby ci powód... jakimś cudem gdybyście odnowili kontakt to mi o tym powiedz. 
-A co takiego im robi? - parsknął.
-Jakiegoś dnia zaczepiło go trzech kolegów z klasy, Rich przywalił jednemu ale skończyło się tak, że go pobili. Nie chce powiedzieć dlaczego się nie lubią. No i wczoraj miał pierwszą styczność z demonem, próbował nad nim przejąć kontrolę, namieszać, ale w porę przyjechałam i demon zniknął. Jednak... niestety nasz syn mimo ukrytych umiejętności rozwalił całą klasę... więc muszę za to zapłacić...
-Złożymy się, spoko.
-Nie o to chodzi, sama sobie z tym poradzę, mam na myśli to, że...
-Że się złożymy. - przerwał mi. 
  Przewróciłam oczami.
-Chodzi mi o to, że gdybyś przez ten czas zwrócił szczególną uwagę na jego dziwne zachowanie, jakiś dziwny sposób mówienia... cokolwiek to też masz mi dać znać i nie robić niczego na własną rękę. 
-Pewnie skarbie. 
-I przestań to robić. - nakazałam.
-Przyzwyczajenie. - wzruszył ramionami. 
  Dostałam telefon od Jareda, że muszę przyjechać szybko do pracy. Wstałam szybko i poszłam do wyjścia.
-Gdzie ty idziesz? To wszystko? 
-Muszę jechać do pracy, jakiś facet znów porwał dziewczynę... 
-Zajmujesz się inną pracą? - zdziwił się.
  Parsknęłam.
-Wiele o mnie nie wiesz, Dean. - odparłam i szybko odjechałam.

  Weszłam do biura FBI i weszłam do gabinetu Jareda, siedział w zdjęciach które świeżutko wydrukował i starał się coś w nich rozgryźć. Usiadłam naprzeciwko i wpadłam w stertę zdjęć. Spojrzałam na niego zła, a potem mój wzrok przykuło zdjęcie dziwnego mężczyzny, którego na pewno widziałam nie raz pod szkołą Richa.
-Widzisz mnie w ogóle? - spytał Jared. - Halo? Blondyneczko z taniej fuchy?
  Zignorowałam go dalej analizując zdjęcie. Przewrócił oczami.
-To było w laptopie tej dziewczyny? - spytałam.
-A może teraz ja cię poignoruję? - mruknął pod nosem.
-To nie przedszkole.
-Teraz tak mówisz, a kto cieszył się jak debil na widok mojego zdjęcia w samych gaciach w serduszka z imprezy sobotniej? - parsknął.
  Roześmiałam się nagle.
-Nadal nie mogę! Ha ha! Muszę przyznać, że fotograf jest geniuszem.
-Ty mi je robiłaś. - odparł zażenowany.
  Podniosłam wzrok znad zdjęcia i uniosłam brwi.
-Nie...
-Tak! Nawet nie pamiętasz!
-Pamiętam, nawet nie piłam. Po prostu nie przyznaję się, że byłam na twojej domówce, dzieciaku.
  Westchnął zażenowany.
-Co z tym zdjęciem? - spytał ciekawy.
-Myślę, że mamy porywacza.
-To znaczy?
-Był wiele razy pod szkołą Richa, nie odbierał żadnego dzieciaka, nie ważne ile stałam pod szkołą czekając na syna, on i tak siedział w samochodzie i patrzył na uczniów... do tej szkoły chodziła zaginiona Tina, a ta druga... coś o niej wiadomo?
-Przyjaciółka Tiny.
-Co? - spytałam zaskoczona.
-Faceta nie ma w kartotece, jest czysty. Nie ma natomiast żadnej rodziny, żona i dwie córki zginęły w wypadku samochodowym.
  Po chwili dostałam telefon od nieznanego numeru który krzyczy, że ktoś jest w opuszczonej fabryce, słyszą kroki wielu osób i krzyki, grupka przyjaciół jest uwięziona.
-Po cholerę włażą. - mruknął znudzony Jared. - Wiesz ile takich zgłoszeń było które okazały się żartem albo nikogo tam nie było i dzieciaki przypadkowo się zamknęły w budynku?
-Nie zaszkodzi sprawdzić.
-Poza tym, czemu ktoś zadzwonił do ciebie a nie na policję czy do biura? - spytał zdziwiony.
-Nie wiem... - szepnęłam zaskoczona.
  Jared miał rację...
  Na miejscu nie było żadnych młodych ludzi, nikogo. Przeszłam przez większą część fabryki, jednak dalej świeciło pustkami.
-PROSZĘ NATYCHMIAST OPUŚCIĆ BROŃ! - krzyknął Jared w drugiej części fabryki.
  Podbiegłam do miejsca w którym były niewielkie znaki namalowane krwią. Jared krzyczał do... grupy mężczyzn, powtarzający tę samą kwestię po łacinie w kółko i w kółko...
  Wyjęłam telefon i zaczęłam wybierać numer do Sama. Odebrał niemalże od razu. Przerażona zaczęłam mu mówić jak wygląda sytuacja, co robią ci mężczyźni...
  Sam uspokajał mnie i mówił, by nie przerywać im tego.
  Jednak Jared nie słuchając mnie i nikogo podbiegł do jednego z facetów i próbował wyrwać im broń, a ten odepchnął go z niewiarygodną siłą. Wszyscy przerwali mówić, a następnie strzelili sobie w głowy.
  Krzyknęłam, a w słuchawce usłyszałam zaniepokojony głos Sama.
-Oni... oni... boże... - zaczęłam panikować i płakać.
  Jared wezwał posiłki i mnie odstawił do domu pełną przerażenia i szoku. Weszłam do mieszkania cała dygocząc. Nie mogłam zrozumieć dlaczego to się stało i kto to robi... czemu to się powtarza i czy zaginiona Tina jest w takim niebezpieczeństwie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz